Kazik Na Żywo – Ostatni koncert w mieście

ostatni koncert w mieście

Jaki jest najlepszy sposób na zakończenie działalności? Nagrane albumu z ostatniego koncertu przed decyzją o finale grupy. Tak zdecydowała zadziałać formacja Kazik Na Żywo, która siedem lat temu reaktywowała się w składzie: Kazik Staszewski, Adam Burzyński (gitara), Robert Friedrich (gitara), Tomasz Goehls (perkusja) i Michał Kwiatkowski (bas). Dwupłytowy album CD to zapis koncertu z warszawskiej Stodoły dnia 6 marca 2015 roku, a wersja z DVD to zapis koncertu z łódzkiej Wytwórni dnia 22 lutego 2015.

Co słyszymy? Największe przeboje formacji oraz utwory z ostatniej płyty „Bar la curva/Plamy na słońcu” z 2011 roku. Więc „Nie ma litości” dla nikogo, utwierdzimy się, że „Wszyscy artyści to prostytutki” no i „California uber alles”, jak traktowany jest „Konsument” i co robi „Andrzej Gołota”. Będziemy mieli „Świadomość”, że będzie głośno i ostro, a „Legenda ludowa” krąży, że Kazik nadal potrafi swoim głosem szarpnąć. Poszukamy odpowiedzi dlaczego „Nie ma Boga”, skąd się wzięła „Las maquinas de la muerte”, zastanowimy się, czy „Polska jest ważna” i zobaczymy jak „Łysy jedzie do Moskwy”. Przez te dwie godziny dzieje się wiele, gitary szaleją niczym w metalowej rzeźni, perkusja z basem tną równo i jest w tym wszystkim prawdziwy kopniak.

A między utworami Kazik próbuje (i to całkiem nieźle) bawić się w konferansjera, opowiadając o inspiracjach, genezie każdego utworu. Ostatni album ma tutaj sporą reprezentację, bo aż 6 utworów, ale nie zabrakło też takich klasyków jak „Celina”, „Ballada o kobiecie żołnierza” czy „Spalam się”. A w przypadku „Marzenia swoje miej” zagrano nawet dwa razy, gdyż miał być element improwizacji (dlatego jest to aż 8 minut). Sam głos już nie ma takiej mocy jak kiedyś, ale to i tak bardzo przyzwoity poziom. Innymi słowy, nie ma miejsca tutaj na nudę, a gitarzyści między utworami pozwalają sobie na krótkie riffy i improwizacje (m.in. „Kocham cię kochanie moje” w „Andrzeju Gołocie”), co zawsze uatrakcyjnia koncert. Dodatkowo został zagrany niezapomniany „Biały Gibson”, o którym pamiętają tylko najwięksi fani.

Jeśli to miało być pożegnanie z fanami, to nie można mówić o rozczarowaniu. Kazik i spółka nadal potrafią ostro przyłoić, a bardzo krytyczne teksty wobec naszej rzeczywistości pozostają nadal aktualne. Tak się powinno odchodzić z klasą.

8/10

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Heartbreaker (deluxe edition)

RyanAdamsHeartbreaker

W ciągu 17 lat swojej działalności Ryan Adams szedł szlakiem wyznaczonym lata temu przez Bruce’a Springsteena, co pokazywał swoim ostatnimi płytami („1989”, „Prisoner”). Początki jednak zwiastowały zupełnie inną drogę, ku country. Debiutancki album (niedawno wznowiony) został przecież wydany w Nashville, stolicy najbardziej amerykańskiego gatunku muzycznego, więc nie byłem pewny czego się spodziewać.

Na początek dostajemy… kłótnię między wokalistką a gitarzystą Davidem Rawlingsem dotyczącą jednej z piosenek Morrisseya, by przejść do szybkiego i skocznego „To Be Young (Is to Be Sad, Is to Be High)”, gdzie błyszczą akustyczne gitary. Bardziej melancholijne jest „My Winding Wheel”, co jest zasługą klawiszy w tle oraz niemal wyciszona „Amy” z pięknymi smyczkami oraz łagodzącymi fletami, gdzie czuć zapowiedź przyszłych dzieł Amerykanina. Melancholią pachnie „Oh My Sweet Carolina” z łkającą gitarą, fortepianem oraz kobiecym wokalem w refrenie, przez co chwyta za gardło. Tak samo jak minimalistyczne „Bartering Lines” czy „Damm Sam (I Love a Woman That Rains)”, będącą niemal klasycznym kawałkiem country. Musi też pojawić się obowiązkowo harmonijka ustna (idąca w stronę bluesa „Come Pick Me Up” czy tylko gitarowe „To Be the One”), bo jakże by inaczej.

Problem jednak w tym, że piosenki zaczynają się od pewnego momentu zlewać w jedno i to samo, chociaż zdarzają się wyjątki (czaderski rock w „Shakedown on 9th Street” czy pianistyczne „Sweet Lil Gal”), ale to są jednak rzadkie oraz krótkie momenty. Tutaj dominuje akustyczne brzmienie gitary oraz bardzo stonowany, niemal kowbojski głos Adamsa (ale niezbyt zmanierowany).

A co proponuje wydanie deluxe, poza poprawionym dźwiękiem? Drugą płytę z utworami w wersji demo oraz odrzuty z sesji nagraniowej. Zarówno inne wersje piosenek z albumu, jak i numery ostatecznie tam nie umieszczone jak przerobiona piosenka Morrisseya „Hairdresser on Fire Jam” czy „Petal in a Rainstorm”, gdzie słyszymy wszelkie kiksy, potknięcia muzyków oraz powtórki). To wnosi debiut Adamsa na wyższy poziom, ale nie zmienia faktu, że jest to zaledwie wprawka przed największymi dokonaniami.

7/10

Radosław Ostrowski

Daria Zawiałow – A kysz!

0006BHK8EIDEU4YL-C122

Debiut, który miał skupić uwagę słuchaczy w tym roku. Tą dziewczynę do śpiewania ciągłego od małego (a dokładnie „Od przedszkola do Opola”), by przejść do popularnego talent show i konsekwentnie przyłożyć debiutanckim albumem. Wreszcie (po dwóch intrygujących singlach) pojawia się to wydawnictwo, czyli „A kysz!”. Czy to znaczy, ze musimy uciekać?

Producencko Darię wsparł Michał Kush (członek zespołu Cush In Head), a całość napisała Daria oraz gitarzysta Piotr „Rubens” Rubik (nie mylić z tym kompozytorem od klaskania). I na dzień dobry dostajemy dwa, już znane utwory, czyli pobudzający „Malinowy chruśniak”, gdzie dochodzi do mariażu elektroniki z gitarą elektryczną (a jak zobaczycie teledysk, to wam już zostanie w głowie), doprowadzając niemal do implozji oraz „Kundel bury” z kotłami na początku oraz bardzo energetycznym refrenem. Na szczęście, to nie jedyne pociski w arsenale. Nie brakuje fragmentów rozmarzenia („Skupienie” z niemal eterycznym głosem w refrenie), lirycznej intymności (fortepianowe „Miłostki” z niemal dyskotekową perkusją), radiowego potencjału (oparte na harfie „Lwy” z zadziornym refrenem), a nawet folkowego zacięcia (mroczny „Chameleon”).

O dziwo, ta różnorodność robi gigantyczne wrażenie. Nawet pojawia się bardzo klasyczny walczyk („Nie wiem gdzie jestem”) rozpisany na smyczki i fortepian. A im dalej, tym coraz bardziej zaskakuje (trąbki, wokale w refrenie) czy wystrzałowym „Królem lulem”. Daria konsekwentnie opisuje najstarszy temat świata, ale robi to z niezwykłym wyczuciem. Nie brakuje zauroczenia, determinacji, ale i rozczarowania, niepewności, strachu. To wszystko brzmi po prostu wspaniale, a wokal może troszkę przypomina Melę Koteluk czy nawet Brodkę („Król Lul”), ale jest bardziej wyrazista i energiczna.

Ta mieszanka popu, rocka i elektroniki po prostu rozsadza. Pytanie, czy następne dokonania będą tak intensywne, przebojowe i inteligentnie zrobione? Czas pokaże, ale tutaj jest gigantyczny potencjał w tej dziewczynie. O takim debiucie wiele marzy, ale Daria to zrealizowała. Nie uciekać, tylko przytulić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ryley Walker – Golden Sings That Have Been Sung

a1950601767_10

Amerykański muzyka folkowy Ryley Walker nie jest zbyt popularny w naszym kraju, gdyż i folk nie należy do zbyt lubianych gatunków muzycznych. Zresztą było przecież wielu chłopaków i mężczyzn z gitarami, więc dlaczego należałoby sobie nim głowę zawracać? Czwarty album wydany w zeszłym roku miał mi dać odpowiedź na to nurtujące pytanie.

Pierwsze, co się rzuca w przypadku „Golden Sings That Have Been Sung” jest bardzo ładna, ręcznie rysowana okładka oraz zawartość – tylko osiem piosenek. Początek jednak intryguje, gdyż „The Halfwit In Me” ma delikatne wejście gitary, ale wspierają ją przyjemne flety oraz bardziej dynamiczna perkusja płynąca razem z elektrykiem, by dać się zanurzyć. Płynnie przechodzimy do „A Chior Apart”, gdzie swoje robi rytmiczna, oszczędna perkusja oraz szybka gitara elektryczna. Buja to jak diabli!! By potem wyciszyć się w refleksyjnym „Funny Thing She Said”, gdzie wybija się na pierwszy plan fortepian ze smyczkami (odzywają się mocniej pod koniec). Bardziej to delikatny jazz (perkusja), ale i tak jest bardzo rozmarzone. Podobnie jak bardzo ciepłe, gitarowe „Sullen Mind” z psychodelicznym środkiem oraz sitarem pod koniec. Jedyne smęcący „You Ask Me Twice” wypadł szybko z pamięci, ale klimat zostaje zachowany. Znaczcie ciekawszy jest wybrany na singla „Roundaout”, gdzie wraca fortepian. Walker bywa troszkę powolny, ale nie usypia, by pod koniec uderzyć 8-minutowym „Age Old Tale”, gdzie nie brakuje psychodelii (dziwaczne dźwięki na samym początku, pojawiająca się harfa) oraz klimatu niesamowitości.

Do tego dostajemy bardzo stonowany wokal, idealnie pasujący do klimatu całości. Albumu bardziej jesiennego czy zimowego niż do zbliżającej się wiosny. Rozmarzona, delikatna, ale i bardzo ciepła. Warto dać szansę tym dźwiękom.

8/10

Radosław Ostrowski

Michael Buble – Nobody But Me

Michael_Buble_Nobody_But_Me

To jeden z najpopularniejszych kanadyjskich wokalistów popowych, kojarzony dzięki eleganckiemu brzmieniu, czerpiącemu z tradycji swingu oraz muzyki lat 50. i 60. Nie jest on żadnym bublem, ale zawsze słuchanie jego głosu sprawia sporą przyjemność. Zwłaszcza paniom, co mnie nie dziwi. Taki jest Michael Buble i sięgając po nową, dziewiątą płytę, nie spodziewałem się zmian.

Od strony producenckiej odpowiada sztab producentów (m.in. sam wokalista, Alan Chang i Johan Carlsson), co musiało się odbić na jakości. Początek to akustyczna gitara w „I Believe In You”, które niebezpiecznie idzie w folkowo-popowe szlaki, do których artysta zwyczajnie nie pasuje. Ale potem wchodzą swingujące dęciaki i już jesteśmy w domu, bo „My Kind of Girl” jest po prostu fantastyczne, ale tytułowy utwór jest mieszanką swingującego fortepianu, leciutkiej perkusji i trąbeczek, a szokiem jest krótka wstawka rapera Black Througha. Drugim niewypałem jest mieszająca pop z harmonijką oraz rapowaniem „Today’s Yesterday Tomorrow”. Tutaj bardziej pasowałaby jakaś młodociana gwiazdka popu, a nie Buble. Ale najlepiej nasz elegancik sprawdza się w nastrojowych, lirycznych piosenkach jak zwiewna „On an Evening In Roma” (płyną te smyczki na początku, a akordeon ładnie przygrywa w tle), „The Very Thought of You” czy dostępne w wersji deluxe „This Girl Is Mine”. Fajną i miła odskocznią jest zgrabny, grany na ukulele „Someday”, czyli duecik z Meghan Trainor.

Dodatkowa wersja ma aż trzy nowe kawałki (alternatywnej wersji utworu tytułowego z solówką trąbki zamiast rapowania jest pewnym urozmaiceniem), ale nie warto sobie nimi głowy zawracać. Wyjątkiem jest prześliczny cover „God Only Knows” zespołu The Beach Boys.

O klasie i głosie samego Buble nie trzeba nikogo przekonywać, ale czy nasz wokalista jest w stanie czymś zaskoczyć? Widać, że próbuje szukać czegoś nowego, ale to w klasycznym sztafażu prezentuje się najlepiej. Dobry poziom udało się zachować, mimo paru wpadek.

7/10

Radosław Ostrowski

Rendez-Vous – Raz dane

Razdane

W Polsce lat 80. muzyczna nowa fala przyjęła się bardzo dobrze, o czym świadczy popularność takich zespołów jak Tilt, Brygada Kryzys, Rezerwat czy muzyka Lecha Janerki. Jednym z takich zapomnianych grup był Rendez-Vous, kierowanym przez Ziemowita Kosmowskiego, ale po wydaniu debiutanckiej płyty w 1986 roku rozpadła się. W 2001 roku doszło do reaktywacji jako trio (poza Ziemkiem grają basista Bogdan Banasiak i perkusista Piotr Pniak, nowy narybek) i dopiero w tym roku wydali drugi album. Ale czy 30 lat przerwy nie osłabiło grupy?

Słychać mocne zakorzenienie w latach 80., co słychać w brzmieniu gitary oraz perkusyjnej elektronice, w 13 piosenkach jakie dostajemy. Na początek mamy odnoszący się do pojawiającego się na koniec nowej wersji przeboju „A na plaży… Anna”, czyli „Tej Anny już tu nie ma”. To bardzo melancholijna ballada z odrobinę nostalgicznym klimatem, który przez większość płyty będzie nam towarzyszył. Czasem odezwie się metaliczny bas („Daleka droga do Darłowa” z siarczystym riffem w środku), szybciej uderzy perkusja („Myśli”), zapachnie lżejszym bluesiskiem („At the Cross Roads”), a gitara lekko podskoczy („Jak z nut”). Espól stara się grać różnorodnie, raz spowalniając tempo („Replay”), dodając ciepły kobiecy głos („Fale, koja, gniew”) czy wejście w folk („Blue, Blue, Blue”, gdzie udziela się także Yan Shary) oraz Orient (perkusja w „Prez auta szybę”). Ne boją się też pójść nawet w disco (tytułowy utwór).

Brzmi to bardzo refleksyjnie, a teksty Ziemka opowiadają głównie o przemijaniu, zmęczeniu, miłości i samotności. Nie idzie w żadnym wypadku w stronę banału, chociaż wszystko opowiedziane jest bardzo prosto. Także sam wokal Ziemka – bardzo charakterystyczny, w dużej mierze spokojny, ale pełen emocji oraz pasji. Spina w całość wszystko, co tutaj słyszymy.

„Raz dane” nie jest skokiem na kasę dla fanów muzyki sprzed trzech dekad, ale konsekwentnie wyznaczoną drogą Ziemka i spółki. Pozostaje mieć nadzieję, że na nowy album nie trzeba będzie czekać prawie 30 lat i kolejne wydawnictwo też będzie na tym poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy ludzie prezydenta

Rok 1972. To był jeszcze czas, gdy ludzie wierzyli, że przy władzy stoją mądrzy, inteligentni i niepozbawieni sprytu ludzie, dbający o powszechny pokój oraz dobrobyt.  Jednak jak wiadomo, pewne rzeczy mają w zwyczaju ulegać zmianom. A wszystko zaczęło się od drobnego włamania w hotelu Watergate, gdzie była siedziba sztabu wyborczego demokratów (tych bardziej na lewo w przeciwieństwie do republikanów). Policja aresztowała pięciu ludzi, a podczas procesu okazało się, ze byli to agenci CIA. Dziennikarz The Washington Post Bob Woodward zaczynał drążyć cała sprawę, do której został przydzielony (jako wsparcie) Carl Bernstein jako bardziej doświadczony kolega po fachu. Nie spodziewali się, ze wpadną w prawdziwe gówno, odkrywając wysoko sięgający spisek.

wszyscy_ludzie_prezydenta1

Afera Watergate położyła mocno cień na władzy i zniszczyła zaufanie do polityków w USA. Cała sprawę opisali panowie Bob Woodward i Carl Bernstein w bestsellerowej (chociaż podobno niezbyt porywającej) książce „Wszyscy ludzie prezydenta”. Było kwestią czasu, by zainteresowali się nią filmowcy. Prawa do adaptacji nabył (już wtedy) politycznie zaangażowany Robert Redford, a ten uznał, iż tylko jeden człowiek jest w stanie opowiedzieć tą historię – Alan J. Pakula. Trzeba przyznać, że reżyser w niemal reporterskim stylu opowiada skomplikowane dziennikarskie śledztwo. Już sam początek, gdy widzimy włamanie do hotelu Watergate imponuje powolnym wstępem (na początku tylko słyszymy dźwięki), by utrzymać w napięciu (zdarzenie obserwuje kolega z hotelu naprzeciwko).

wszyscy_ludzie_prezydenta2

Pakula niczym Fincher w „Zodiaku” skupia się na żmudnym dochodzeniu oraz zbieraniu faktów do kupy. A to oznacza rozmowy, rozmowy, rozmowy, telefony, telefony i kłótnie z przełożonymi.  Bo trudno w to uwierzyć, ale wszystkie informacje musiały być w 100% zweryfikowane i potwierdzone w co najmniej dwóch wiarygodnych źródłach, co dzisiaj wydaje się nie do pomyślenia. Tutaj oddany jest hołd dla klasycznego dziennikarskiego etosu, ale rozumiem tych, co mogą odnieść wrażenie nudy na ekranie. Akcji jako takiej nie ma, ale mimo to reżyser umie utrzymać w napięciu. Zarówno podczas rozmów (tutaj wybijają się rozmowy z Judy Hoback), jak przede wszystkim w spotkaniach z tajemniczym informatorem Głębokim Gardłem (dopiero w 2005 roku ujawniono, że był nim Mark Felt, zastępca dyrektora FBI) odbywające się w garażu podziemnym, w kompletnym mroku, gdzie mogło zdarzyć się wszystko.

wszyscy_ludzie_prezydenta3

Śledzenie fabuły nie należy do najprostszych rzeczy, gdyż po drodze pada tyle nazwisk i postaci, że potrzeba było żonglerskiej sprawności (lub dużego notatnika), by znaleźć powiązania: kto, co, ile, komu podlega. Wyjścia są dwa: albo wszystko notować, albo obejrzeć film minimum dwa razy. Imponuje dzisiaj scenograficzna robota, a dokładniej wygląd redakcji, który został odtworzony 1:1. Ta ilość biurek, nieustanne piszące maszyny, dzwoniące telefony – to wszystko tworzy świetny klimat, a kilka ujęć (sprawdzanie fiszek w bibliotece, ukazane niemal z góry) to prawdziwe realizacyjne majstersztyki.

wszyscy_ludzie_prezydenta5

A jeśli będzie mieli problem z intrygą oraz rozpracowaniem całego dochodzenia, w sukurs przyjdą znakomici aktorzy. W rolach Bernstein i Woodwarda grają Dustin Hoffmann z Robertem Redfordem, tworząc znakomicie uzupełniający się duet. Pierwszy, rozedrgany, niemal impulsywny i notujący gdzie popadnie, drugi spokojny, wręcz analityczny, precyzyjny. Razem zbierają strzępki informacji, starając się złożyć cała aferę do kupy, a oglądanie ich w akcji to czysta frajda. Jednak drugi plan bezczelnie kradnie Jason Robards w roli powściągliwego naczelnego, Bena Bradlee – faceta dbającego o wiarygodność i całkowitą pewność, co do treści. Nie sposób też zapomnieć tajemniczego informatora zwanego Głębokim Gardłem (Hal Holbrook), którego sylwetka – z wyjątkiem twarzy – spowija ciemność.

wszyscy_ludzie_prezydenta4

„Wszyscy ludzie prezydenta” to ostatnia część paranoiczne trylogii Pakuli, gdzie jednostki zazwyczaj były skazywane na przegraną w konfrontacji z władzą i systemem. Ale tutaj reżyser daje nadzieje i wierzy w instytucje dziennikarstwa jako czwartej władzy. O ile tej nowej władzy dają napisy końcowe, gdzie dostajemy pisane depeszą wieści o politycznych konsekwencja afery. Mocne, uczciwe kino polityczne z najwyższej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Matthew Vaughn – 7.03

vaughn

Producent, scenarzysta i reżyser filmowy.

Urodził się 7 marca 1971 roku w Londynie. Syn brytyjskiego arystokraty George’a Alberta Harleya de Vere Drummonda (chrześniaka króla Jerzego VI) oraz Kathy Ceaton. Mimo sporych konekcji, postanowił szybko się usamodzielnić, skrócił swoje nazwisko na Vaughn i zaczął swoją przygodę z branżą rozrywkową. Swoją edukację zakończył na Stowe School w Buckingham, ciągle lawirując między Anglią a USA. Przybył do Los Angeles, by pracować jako asystent reżysera, by wrócić do Londynu na studia do University Collega na antropologię oraz historię starożytną. Rzucił szkołę po kilku tygodniach.

Doświadczenie filmowe zaczął od roli producenta w thrillerze „Niewinni śpią” w 1996 roku. Historia bezdomnego ściganego przez sprawców morderstwa przeszła bez echa. Po drodze zaprzyjaźnił się z młodym twórcą Guyem Ritchie i zrealizował debiutanckie Porachunki (1998), otwierając wrota kariery przed nimi obydwoma. Duet działał sprawnie aż do porażki Rejsu w nieznane (2003), by rok później spróbować swoich sił jako reżyser.

Vaughn głównie realizuje duże blockbustery, oprawione bardzo smolistym poczuciem humoru, krwawą jatką, opierając się głównie na komiksach. W 2004 roku założył firmę producencką Marv Films, w której realizuje wszystkie swoje reżyserskie dzieła. Od 2002 roku jest mężem modelki Claudii Schiffer, z którą ma troje dzieci.

Do grona najbliższych współpracowników Vaughna zaliczamy: producentkę i scenarzystkę Jane Goldman, dźwiękowców Matthew Collidge’a, Simona oraz Johna Hayesa, montażystów Jona Harrisa i Eddiego Hamiltona, scenografa Joe Howarda, kompozytorów Ilana Eshkeriego i Henry’ego Jackmana, operatora Bena Davisa oraz aktorów Marka Stronga, Jasona Flemynga, Dextera Fletchera.

Do tej pory reżyser zdobył dwie nominacje do BAFTY oraz jedna nominację do Saturna.

A to krótki, lecz treściwy ranking filmów Matthew Vaugha od najgorszego do najlepszego filmu. Zaczynamy. 

Miejsce 5. – Gwiezdny pył (2007) – 6/10

Głośna adaptacja powieści Neila Gaimana, bardzo luźno oparta na pierwowzorze. W skrócie chodzi o znalezienie pewnej Gwiazdy. A kto jej szuka? Następny tronu królestwa, wiedźmy, by zapewnić sobie młodość oraz pewien chłopiec Tristan, bo obiecał ją swojej dziewczynie. Robi się ostro, a gra jest bardzo poważna. Przyjemna i lekka baśń ze świetnymi zdjęciami oraz gwiazdorską obsadą (Charlie Cox, Claire Danes, Michelle Pfeiffer, Robert De Niro), ale literacki pierwowzór był bardziej barwny i znacznie mroczniejszy.

Miejsce 4. – Kick-Ass (2010) – 7/10

Jedna wielka beka z kina superbohaterskiego w stylu „Deadpoola”, czyli krew, bluzgi, przemoc i kompletne wariactwo. A wszystko obraca się wokół nastolatka, który postanowił zostać superbohaterem. Tak sam z siebie i sam wymierza sprawiedliwość, ale gdy na drodze spotka Hit-Girl i Big Daddy’ego, szykuje się epicki rozpierdol. Ręka, noga, mózg na ścianie, spektakularne sceny akcji, będące krzyżówką Tarantino i Woo plus rozsadzająca ekran Chloe Grace Moretz jako małoletnia zabójczyni Hit-Girl, wspierana przez samego Nicolasa Cage’a jako pseudo-Batmana. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Przekładaniec (2004) – 7,5/10

Tajemniczy biznesmen (czytaj: handlarz narkotyków) chce przejść na emeryturę w interesie. Ale dostaje skomplikowanie zlecenie: sprzedać milion tabletek ecstasy. Problem w tym, że towar został skradziony Serbom. W swoim debiucie Vaughn garściami czerpie z Guya Ritchiego: barwny półświatek, szybki montaż oraz przewrotny finał to najmocniejsze atuty. Drugim jest świetny Daniel Craig w roli głównej. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Kingsman: Tajne służby (2014) – 8/10

Tytułowi Kingsman to niezależna agencja wywiadowcza, działająca dla dobra świata. Do tej prestiżowej instytucji zostaje włączony młody chłopak z ulicy, Gury Unwin zwany Eggsym. Sytuacja robi się poważna, gdyż światu grozi niebezpieczny szaleniec, Nick Valentine. Reżyser w zasadzie zrobił drugiego „Kick-Assa” (nie uczestniczył przy realizacji sequela i postanowił to naprawić), więc jest znowu przerysowany, przegięty film, będący zgrywą z wszelkiej maści kina szpiegowskiego, gdzie schematy i klisze powywracano do góry nogami. Nie brakuje rzeźnickiej przemocy (rozpierducha w kościele), pomysłowych scen akcji (odbicie szwedzkiej księżniczki) oraz zgrabnej wplecionej muzyki. A przewodnikiem po tym świecie jest Firth, Colin Firth (ten pomysł castingowy to strzał w dychę). Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – X-Men: Pierwsza klasa (2011) – 8,5/10

Odświeżenie i kompletny restart cyklu o mutantach. Tutaj poznajemy początki znajomości profesora Xaviera oraz Magneto (odpowiednio James McAvoy i Michael Fassbender), którzy w latach 60., z ramienia CIA powstrzymują innego mutanta przed wybuchem III wojny światowej. Po pierwsze, świetny klimat epoki i lekkie zabarwienie Bondem. Po drugie, znowu rewelacyjnie zrealizowane sceny akcji (finałowa konfrontacja na plaży czy polowanie Magneta na nazistów w Argentynie). Po trzecie, wiarygodne psychologiczne postacie i przekonująca geneza X-Menów. Po czwarte, fantastyczne aktorstwo (poza w/w jeszcze błyszczy Jennifer Lawrence oraz idealnie dopasowany do bad guya Kevin Bacon). Tak się robi blockbustry, żeby skupić się nie tylko na efekciarskiej rozróbie. Wyborne.

Obecnie Vaughn pracuje przy kontynuacji „Kingsman” z podtytułem „Złoty krąg”. Tym razem nasi brytyjscy koledzy z organizacji pomogą kumplom z USA. Z nowych twarzy zobaczymy Julianne Moore, Jeffa Bridgesa oraz… Channinga Tatuma. Strach myśleć, co z tego będzie.

A jakie są wasze ulubione filmy Matthew Vaughna? Piszcie w komentarzach i dzielcie się swoimi opiniami. 

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

zacznijmy_od_nowa_1979_1

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

zacznijmy_od_nowa_1979_2

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

zacznijmy_od_nowa_1979_3

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.

Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.

8/10

Radosław Ostrowski

Przybywa jeździec

Jest rok 1945, czyli jest późno na podbój Dzikiego Zachodu. Niemniej dalej trwa walka o ziemię, bydło i hodowlę. Tutaj spór trwa między magnatem Jacobem Ewingiem a Elle Connors – mającą mała farmę. Wydaje się, że ta konfrontacja jest z góry ustalona. Ale wtedy pojawia się nowy sojusznik dla naszej kobiety. To weteran wojenny Frank Athearn, który razem z innymi żołnierzami wykupił część ziemi Elle. Wracając do zdrowia po postrzale, proponuje się jako pomocnik dla kobiety, by następnie zostać jej wspólnikiem w interesach, co nie podoba się Ewingowi, gdyż zamierza on wykupić całą ziemię niczym jego dziadek.

jezdziec11

Alan J. Pakula tym razem poszedł w zupełnie nieoczywistym kierunku jak na niego, gdyż sięgnął po western. Ale nie ma tutaj Indian, strzelanin, lecz wypasanie bydła i kowboje. A także obowiązkowe starcie tradycji z nowoczesnością, gdzie władze nad ziemią zaczynają faktycznie sprawować banki. Etos ranczera powoli zaczyna być zastępowany przez kapitalizm, symbolizowany przez ropę naftową. Nawet ci, co wydawali się potężni (Ewing) są więźniami swoich długów oraz wierzycieli. Ale mimo tych przeciwności walka trwa – nie zawsze czysta i uczciwa, gdzie dochodzi do przemocy. Reżyser skupia się na prostych czynnościach związanych z łapaniem bydła. Nie ma tutaj prostych podziałów na dobrych i złych, a wszystko to jest sfotografowane w bardzo ładnych plenerach. Pakula powoli i stopniowo odkrywa kolejne zdarzenia z przeszłości naszych bohaterów, stawiając na kameralny dramat. Jedynie końcówka jest bardziej dramatyczna, wręcz pachnąca thrillerem, kończąc się krotką strzelaniną, ale nie psuje to dobrego wrażenia.

jezdziec21

Reżyser nie tworzy niczego nowego, nie rewolucjonizuje gatunku, ale seans był naprawdę przyjemny. Jest kilka pięknie sfotografowanych scen przyrody oraz łapania bydła, nie brakuje też napięcia (nocna burza, która wypędziła stado), ale to przede wszystkim zasługa dobrego aktorstwa. Najbardziej błyszczy Jane Fonda jako twarda i nieustępliwa Elle. Takich babek na ekranie było wiele, ale i ta okazuje się do zdobycia. Zwłaszcza, gdy dokonuje tego nasz Frank, czyli świetny James Caan. Też jest twardzielem, co z nie jednego pieca jadł chleb i nie daje się zbyt byłe czym. Po drugiej stronie jest Jason Robards (Jacob Ewing) – bezwzględny kapitalista, który zawsze chce, by było po jego myśli. Nawet osaczony przez bank, zawsze szuka wyjścia z pułapki. W końcu będzie musiało dojść do konfrontacji.

jezdziec3

Trudno nazwać „Przybywa jeździec” za klasyczny western, jednak wiele jego elementów się przewija. Tak naprawdę jest to opowieść o determinacji oraz sile woli, by znieść wszelkie przeciwności losu. Kawał porządnego rzemiosła i jedna z nieoczywistych pereł.

7/10

Radosław Ostrowski