Miłość i ból i ta cała cholerna reszta

Czasami zdarza się tak, że spotyka się dwoje ludzi, chociaż nie wiadomo, co z tego wyjdzie. On był nieśmiałym astmatykiem, ciamajdą i w ogóle czarną owcą rodu wybitnie inteligentnego. Ona wydaje się podniosła i zdystansowana, jak to na Angielkę przystało. Miejsce spotkanie dość niezwykłe – Hiszpania, a dokładnie autobus wycieczki. On ze swojej, rowerowej uciekł (kto wpadł na pomysł, by astmatyk zapieprzał na rowerze po górzystym rejonie?), a ona siedziała obok. On ochlapał jej sukienkę swoim bukłakiem i batonem, więc ona nie zwracała specjalnie na niego uwagi. Prawda, że brzmi to jak miłość od pierwszego wejrzenia?

milosc_bol_reszta1

Alan J. Pakula znowu wraca do tematu związków, ale jest jedna poważniejsza zmiana. Ona jest od niego starsza, chociaż nadal to atrakcyjna kobieta. Dodatkowo mamy pięknie sfotografowaną Hiszpanię, ze wszystkim, z czym się kojarzy (poza walką byków). Jest więc flamenco z obowiązkowymi kastanietami, wiatraki, z którymi mierzył się don Kichot, zamki, pola i piękne zachody słońca. Brzmi jak pocztówka? Po części tak jest, ale reżyser znowu miesza poważną, wnikliwą obyczajową obserwację z odrobiną humoru. Nawet jeśli jest on lekko slapstickowy (drobne potknięcie czy spektakularne rozwalenie ściany pięścią), pozwala odrobinę odprężyć się od całości. Powoli jednak między tą dwójką bohaterów zaczyna tworzyć się silniejsza więź, a wręcz uczucie, którego być może nieświadomie szukali. Tylko, że ona ukrywa pewną tajemnicę, która może rzucić poważniejszy cień.

milosc_bol_reszta2

Jednak zanim do tego dojdziemy, reżyser ze scenarzystą dodadzą wiele do tej niby banalnej opowieści. Na szczęście, nie pozwolono sobie tutaj na sentymentalizm czy kicz. Gra bardzo ładna muzyka (mocno liryczna), a po drodze przejdziemy wiele stadiów uczucia. Od zauroczenia, przez stopniowe, bliższe poznanie się (pierwszy raz był dość gwałtowny i komiczny) i nasza para powoli zaczyna dojrzewać, nawet wychodzą na wierzch cechy, jakich byśmy nie podejrzewali (chłopiec staje się zdeterminowany, zyskuje pewność siebie, ona zaczyna coraz swobodniej się zachowywać i częściej uśmiechać). Jest nawet zazdrość, ale to zostaje szybko rozwiązane (dla mnie troszkę zbyt bajkowo).

milosc_bol_reszta3

Wszystko jednak dźwigają świetni aktorzy. Pakula stawia tym razem na młodego Timothy’ego Bottomsa oraz bardziej doświadczoną Maggie Smith. On jest strasznie nieśmiały, wręcz wycofany, gdy go poznajemy. Ona bardziej zachowawcza, wręcz sztywna, jak to Brytyjka. To wszystko jednak zaczyna się stopniowo zmieniać, a wszelkie radości, ale i lęki (scena, gdy Lili się upija) wygrywane są wręcz bezbłędnie, bardzo subtelnie i naturalnie. Bez nich ten film nie byłby taki udany, to jest pewne.

„Miłość i ból…” to historia o poważnym związku oraz powolnym dojrzewaniu do odpowiedzialności za drugą osobę.  Może i mniej błyskotliwe jak w przypadku debiutu, ale bardzo szczere, pięknie sfotografowane oraz pełne ciepła, co jest zasługą świetnego duetu aktorskiego. Jeśli macie szansę, zobaczcie ten tytuł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czterdzieści rewolwerów

Dziki Zachód zawsze kojarzył się z twardymi facetami, co nie boją się świszczących kul. Jednym z takich facetów jest Cliff Bommell – kiedyś rewolwerowiec i zabijaka, ale marzy o stabilizacji oraz świętym spokojem. Jednak miasteczko, do którego przybywa jest terroryzowane przez grupę rewolwerowców (sztuk: 40) kierowanych przez Jessicę Drummond. Mogłoby to nawet zostać rozwiązane spokojne, gdyż kobieta ma w kieszeni wielu wpływowych ludzi, ale wszystko przez jej brata Brockie’ego. Facet od początku sprawia problemy i konfrontacja wydaje się nieunikniona.

40_rewolwerw2

Samuel Fuller był uważany za jednego z najbardziej bezkompromisowych filmowców, który w każdym filmie wsadzał kij w mrowisko społeczeństwu. Jednak tutaj mam wrażenie, że pogubił się ze swoim przekazem. Bo tak naprawdę film jest osadzonym w realiach kowbojskich melodramatem, gdzie musi być miejsce na strzelanie, knucie oraz krycie nadpobudliwego brata. Nawet byłbym w stanie przykuć na to oko, gdyby ta cała historia była wciągająca. Mimo, że trwa ona nieco ponad godzinę, wywołała we mnie jedynie znużenie. Dlaczego? Całe tło jest ledwie zarysowane. Sam gang w akcji widzimy raptem w 2-3 scenach, przez co mam wrażenie, że są to goście spuszczeni ze smyczy i nie dający w żaden sposób się kontrolować. Dodatkowo wątek niby miłosny między nieujarzmioną przez nikogo Jessicą (żebyśmy o tym nie zapomnieli, dostajemy tą informację w postaci piosenki) a szorstkim Cliffem wydaje się tutaj być oparty na wierze twórców. Bo nie zobaczyłem ani jednej sceny, z której wynikałoby to miłość, zauroczenie, fascynacja.

40_rewolwerw1

Dodatkowo jest tutaj wiele pobocznych wątków, które miały wzbogacić ten świat. Cliff przyjechał razem z braćmi, Wesem i Chico. Pierwszy był zawsze wsparciem i drugą strzelbą, ale marzy o stabilizacji. Drugi z kolei chciałby być rewolwerowcem, ale brat wolałby dla niego stabilną fuchę farmera. Prowadzone są dyskusje, a kończy się to posadą szeryfa. Odwraca to uwagę od liźniętego głównego wątku. Jest kilka niezłych scen (przekazanie nakazu aresztowania w rezydencji pani Drummond czy burza piaskowa), ale to wszystko zwyczajnie przynudza. Dodatkowo wszystko jest strasznie moralizatorskie, jak to w przypadku produkcji z tego okresu.

40_rewolwerw3

Sytuację próbuje ratować solidne aktorstwo Barbary Stanwyck oraz Barry’ego Sullivana. Ona wydaje się charakterną babką, zawsze w czerni i z batem (tylko na koniu), on jest chłodnym profesjonalistą, co z niejednej sytuacji ratował się bronią, ale za Chiny nie ma między nimi chemii. Cała reszta jest jedynie słabym, niemal papierowym tłem z prostym podziałem na dobrych i złych.

Ten western Fullera nie wytrzymał próby czasu i zwyczajnie przynudza. Niewiele się dzieje, akcja jest śladowa, a finał przewidywalny oraz nudny. Tak się tego nie robi i mam nadzieję, że to jedyna słabsza produkcja.

5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

The Knick – seria 2

Kolejne nasze spotkanie z nowojorskim szpitalem Knickerbocker, gdzie trafiamy rok po wydarzeniach z poprzedniej serii. Dr Thackery jest uzależnionym narkomanem, obecnie przebywającym w ośrodku, więc jego funkcję chirurgiczną przejął czarnoskóry dr Edwards. Z kolei Chickering odchodzi do dra Zinberga oraz jego szpitala, by powoli rozwijać swoją karierę. Siostra Harriet staje przed sądem za aborcje dokonywane po kryjomu, a siostra Elkins prowadzi pielęgniarki i zaczyna potajemnie spotykać się z fundatorem szpitala, Henrym Robertsonem. Kornelia, siostra Henry’ego, jest już mężatką i wpada na trop zarazy w San Francisco, próbując na własną rękę zbadać tą sprawę, prosząc o pomoc inspektora Speighta z Ochrony Zdrowia.

the_knick_21the_knick_22

Kolejny raz Steven Soderbergh tworzy swój medyczny świat, odtwarzając mentalność roku 1901, jednocześnie prowadząc wielowątkową narrację, co daje bardzo uważny i wnikliwy portret cudów postępu, ale i uprzedzeń wobec czarnoskórych. Do tego dochodzi wiele innych wątków: budowa nowego szpitala Knick, przekręty finansowe pilnującego finansów Hermanna Barrowa, prywatne dochodzenie Cornelii, powoli osłabiające się oko dr Algernona (i kompletnie pojawiająca się znikąd żona), bardziej przyjrzymy się prywatnemu życiu Chicheringa, ale zrobimy też kilka fajnych operacji jak rozdzielenia bliźniąt syjamskich. Każdy wątek jest silnie rozbudowany, wielokrotnie zaskakuje, a kilka kadrów zostanie w pamięci na dobre. Jest jeszcze eugenika – czyli sterylizacja osób uznawanych za idiotów, bandytów, niedorozwiniętych oraz nietolerancja czarnoskórych, gdzie nadal panuje podział na panów i służących (a wojna secesyjna dawno się skończyła).

the_knick_23the_knick_24

Tutaj wątkiem głównym, jeśli chodzi o sprawy medyczne jest walka z uzależnieniem od narkotyków. Dr Thackery prowadzi na własną rękę badania w tej kwestii i jest parę punktów przełomowych (znalezienie części mózgu odpowiedzialnej za nałóg czy zastosowanie hipnozy), jednak są to zaledwie małe punkty, a medycyna nie była aż tak skuteczna, by znaleźć odpowiednie zastosowanie. Operacja i wycięcie tego fragmentu mózgu było zbyt niebezpieczne, a hipnozę uważano za kuglarską sztuczkę (dodatkowo byli niektórzy ludzie na nią odporni). Nie zmieniło się jedno: ludzie z socjety zawsze pozostają wpływowi, dzięki pieniądzom, sprytowi oraz koneksjom, przez co wiele może ujść płazem. Więcej wam nie zdradzę, gdyż nie chcę zepsuć wam przyjemności z oglądania tego znakomitego serialu.

the_knick_25the_knick_26

Soderbergh stawia zawsze na realizm, przez co widzimy naturalne oświetlenie, a kamera bardzo przypomina dokument. Kadry nie zawsze są ostre, jest wiele ujęć robionych z drgawką, niestabilną pracą kamery lub za pomocą pokazywania zdarzeń z innej perspektywy niż zwykle (albo od dołu lub od góry czy pod kątem), a pulsująca elektroniką muzyka buduje aurę niesamowitości. Imponuje też praca scenografów oraz kostiumologów, wiernie odtwarzających miasto z tego okresu. Zarówno dokładne sale szpitalne, jak i brudne zaułki (burdele, nielegalne walki) wyglądają znakomicie.

the_knick_27the_knick_28

Wszystko na swoich barkach dźwiga tak naprawdę Clive Owen, znakomicie balansując między pyszałkowatością i ironią (daleki przodek dra House’a) a empatią i wyrozumiałością. Ta postać pełna sprzeczności imponują swoja bardzo szeroką wiedzą oraz pewnością siebie, nawet gdy jest uzależnionym gnojem. Magnetyzuje nawet samym spojrzeniem, pozornie obojętnym. Pozostali bohaterowie też są zagrani co najmniej bardzo dobrze: kluczący i kantujący Barrow (Jeremy Bobb), próbujący się na nowo odnaleźć dr Gallinger (Eric Johnson), stający się nowym wyznawcą eugeniki, wreszcie próbująca wybić się na swoją niezależność siostra Lucy Elkins (Eve Hewson) czy znowu działająca razem z cwanym szoferem Tomem Clearym (Chris Sullivan) Harriett. Każdy ma tu coś na sumieniu i nie jest świętym, przez co ich losy stają się coraz ciekawsze.

Twórcy od początku planowali „The Knick” jako serial na dwie serie. Zakończenie (tak jak poprzednio) ma charakter otwarty i być może zostanie zrealizowana seria trzecia. Gdyby jednak do tego by nie doszło, to nic by się nie stało. Można sobie dopowiedzieć ciąg dalszy, chociaż początki współczesnej medycyny mocno mnie zaintrygowały, więc może coś z tego będzie. Czas pokaże.

8,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Serial jednak został skasowany.

Bezpłodna kukułka

Wszystko zaczęło się od autobusowego przystanku – miejsce banalne, spokojne i samo w sobie nieciekawe. Ale to właśnie na przystanku pojawiło się tych dwoje młodych ludzi. On jest wycofanym, spokojnym facetem bujającym w książkach. Ona jest bardziej namolna, gadulstwo ma wpisane w DNA i nie jest pozbawiona sprytu. Jerry i Pookie idą na studia do różnych uczelni, ale jadą tym samym autobusem. W końcu nieunikniony jest fakt, że muszą spędzić czas ze sobą.

kukulka1

Debiutujący na polu reżyserskim Alan J. Pakula zaczyna pozornie jeden z ogranych schematów kina, czyli pierwszą miłość. Ale nie jest to w żadnym wypadku klasyczne love story, gdyż oboje do końca nie pasują do narzuconych w tego typu opowieściach szablonów. On nie jest przystojnym księciem z bajki, a ona bezradną damą w opałach, szukającą swojego rycerza. Oboje są na swój sposób ekscentryczni, szukają na swój sposób bliskości. Wszystko jest tutaj wypowiedziane przy bardzo trafnych dialogach, gdzie poznajemy bardzo rozbudowaną psychologię postaci. Klimat troszkę nostalgiczny tworzy bardzo śliczna piosenka zespołu The Sindpipers „Come Saturday Morning”, która towarzyszy w scenach bliskości. Pierwszych pocałunków, spacerów na plaży czy podczas jesiennej aury, gdzie na leży leżą wręcz tony opadających liści. Wszystko to pozbawione lukru, sentymentalizmu czy kiczu, ale niepozbawione humoru (nieudane próby zbliżenia w aucie czy na trawie) oraz lekkiego ironicznego zacięcia. Trudno mówić tutaj o pełnym, czystym uczuciu.

kukulka2

Miałem wrażenie, że nasz bohater miał już troszkę dość namolności Pookie, więc dał niejako za wygraną. przynajmniej na początku, ale potem coś się zaczęło zmieniać. Oboje zaczęli powoli się do siebie przybliżać, ale zaczynają się także problemy: ciąża (chociaż nie do końca pewna), studia, potrzeba przerwy. Ale wszystko zrobione jest z głową (te sceny, gdy oboje są osobno), pewną intuicją Pakuli oraz spokojnym montażem. Żadnego efekciarstwa, popisywania się, wręcz bardzo gorzki i refleksyjny finał.

kukulka3

Cały film rozpisany jest na dwójkę aktorów, gdzie reszta jest tylko elementem dekoracyjnym, znakomicie poprowadzeni. Pookie (debiutująca na ekranie Liza Minelli) ma w sobie coś takiego, ze mimo tego rozgadania nie można przejść obojętnie. Niby taka młoda, a bardzo rozczarowana – nigdy do końca nie wiadomo, kiedy żartuje, a kiedy drwi. Pod tą maską, skrywa się wystraszona, panicznie bojąca się samotności wrażliwa dziewczyna. A jakie ona ma oczy i uśmiech, zawłaszczając w całości ekran. Partneruje jej Werdell Burton, który bardzo dobrze odnajduje się w roli spokojnego, skrytego, niepozbawionego ambicji chłopca. Czuć między nimi powoli rodzące się uczucie, ale trudności prozy życia zmuszają do weryfikacji.

Imponuje pewność i konsekwencja z jaką reżyser opowiada pozornie prostą historię o pierwszym zauroczeniu. Wszystko jest to pewnie pokazane, bez cienia fałszu czy popadania w banał. Jeden z prekursorów słodko-gorzkich filmów obyczajowych i początek wielkiej kariery Lizy.

8/10

Radosław Ostrowski

Alicia Keys – Here

Alicia_Keys_-_Here_Album_Cover

Był taki czas, że Alicia Keys była jedną z najpopularniejszych czarnoskórych wokalistek w nurcie soul i r’n’b na przełomie wieków. Ale to było tak dawno, że kolejne płyty spotykały się z coraz mniejszym zainteresowaniem odbiorców. Ale czy ostatnie wydawnictwo, czyli „Here” mogło zmienić ten stan rzeczy?

Pierwsze, co rzuca się w oczy to okładka – bardzo w stylu lat 70., z naturalnym wyglądem oraz obłędnie wyglądającymi włosami. Otoczona sztabem producentów (w tym swoim partnerem, Swizz Beatsem), niejako znowu tworzy intymny, kobiecy portret. Otwierający całość „The Beginning (Interlude)”, mimo obecności fortepianu jest bardziej epicki niż się to wydaje. W tle dochodzą smyczki i dęciaki, a sama Alicia melorecytuje o swoim miejscu na scenie.

Brzmieniowo to soul zmieszany z r’n’b, gdzie niezawodny fortepian, z którym artystka jest kojarzona od początku, zostaje wrzucony w niemal hip-hopowo brzmiącą perkusję (tu akurat swoje robi Pharell Williams), nawet jeśli pojawia się zapętlenie („Pawn It All”), to nie jest irytujące. Dodatkowo we wszystko wplecione zostały krótkie przerywniki, podbudowujące album w spójną opowieść, a przed każdym utworem jest drobny dodatek. Nie brakuje tutaj kompletnie nieoczywistych sytuacji jak akustyczne „Kill Your Mama” (grana tylko na gitarze), gospelowe chórki („The Gospel”) oraz bardzo delikatne klawisze („She Don’t Really Care/1 Luv” z samplami od Nasa), które potrafią szarpnąć („Illusion of Bliss”) swoim depresyjnym klimatem. Takiej ciężkiej emocjonalnie płyty się nie spodziewałem.

Równie mocne jest pozornie delikatne „Blended Family” (gościnnie udziela się sam A$AP Rocky), a także zawierające kotły w tle oraz cykacze („Work On It”), a w błogi nastrój wprawi niemal karaibskie (te perkusjonalia robią cuda) „Girl Can’t Be Herself” oraz bardzo przyjemne, pełne ciepłych dźwięków „More Than We Know”. W ogóle zakończenie brzmi bardziej pogodne, niemal dając pewne światło w tym brudnym świecie.

Za to wiele dzieje się na polu tekstowym: nie brakuje rozliczenia z przeszłością – biedą i walką o przetrwanie, uzależnienia, samotności, niedostosowaniu. Artystka nie boi się nawet rapować, a nie tylko śpiewać czy mruczeć do ucha („Where Do We Begin Now”). A jednocześnie wszystko jest tutaj skupione na detalach, które tworzą niesamowitą mozaikę dźwiękową, zachwycając i wciągając aż do samego końca. I nie zawaham się stwierdzić, że takiej poruszającej muzyki nie słyszałem od dawna.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Sarah Blasko – Eternal Return

Sarah_Blasko_Eternal_Return_album_cover

Kolejny ciekawy narybek z Australii. Wokalistka ta do tej pory wydała pięć płyt, a w ręce trafiła ostatnia z nich, wydana dwa lata temu. O Sarze usłyszałem parę lat temu, ale nigdy nie miałem okazji zmierzenia się z jej dorobkiem. Ale czemu by nie zacząć od końca?

Za produkcję „Eternal Return” odpowiada Burke Reid, balansującego między Australią i Kanadą. I jest to bardzo mieszająca to, co niezależne z tym, co mainstreamowe (chociaż granica między jednym a drugim dawno się zatarła). „I’m Ready” to popis perkusyjnych strzałów zmieszanych z odrobinę ambientowym tłem, zaś w refrenie jeszcze dostajemy nasilającą się elektronikę. I te syntezatory są tutaj wykorzystane z głową, troszkę przypominającą lata 80. (rozmarzone „I Wanna Be Your Man” czy tajemnicze „Better With You”), co jest zdecydowanie na plus.

Co nie znaczy, ze reszta instrumentarium to tylko zbędny dodatek. Funkowy bas („I’d Be Lost”) i delikatna perkusja („Maybe This Time”), nawet gitara elektryczna („Luxurious”) też mają co robić, jednak dominuje tutaj syntezator oraz bardzo eteryczny głos Sary, tworzący bardzo mocny i ostry duet. Wystarczy posłuchać czarującego spokojnym rytmem oraz magią „Beyond” czy najbardziej nostalgiczny z tego zestawu „Only One”.

Sięganie po retro elektronikę stało się strasznie modnym zjawiskiem ostatnio, a „Eternal Return” to spójne, niepozbawione odrobiny mroku dzieło, konsekwentnie stawiające na klimat oraz cudownym głosem wsparte. Fani muzyki z lat 80. znajdą tu wiele dla siebie. To czasami wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Shamboo + Muniek – Tata

tata

Takie muzyczne spotkania po latach zawsze przyciągają fanów. Taka była sprawa z częstochowskim zespołem Shamboo, legendą punk-rocka lat 80. z Mackiem Maślikowskim na gitarze oraz wokalu. I tutaj jako basista swoją przygodę z muzyką rozpoczął Muniek Staszczyk. W 1987 roku zespół zawiesił działalność i wydawałoby się, że już nigdy więcej nie wrócą. Ale w 2011 doszło do reaktywacji. Maciu wrócił na wokalu i do gitary, wrócili starzy kumple: Jacek „Koniu” Śliwczyński, (wokal, gitara basowa) Tomek „Rychu” Raszewski (perkusja) oraz Krzysiek Sawczuk (wokal, gitara). I tak została wydana płyta „Tata”, gdzie dołączył do składu Muniek, udzielając się w kilku utworach.

„Tata” ma w sobie punkowego ducha końca PRL-u, ale nie czuć tutaj fałszu czy odcinania kuponów. I ten kop czuć od otwierającego całość tytułowego utworu. Nie brakuje przesterowanych gitar i wspólnego śpiewania w refrenie („Eskimosi”, pod koniec brzmiący jak utwór ze zdartej płyty), przerobione wokale („Rewolucja_2013”), nawet skręty w reggae („Armata” z mocnymi dęciakami), ale dominuje tutaj szybki, punkowy pazur. Gdy trzeba pędzą na złamanie karku („Dla Ciebie”, gdzie jeszcze mamy dodany głos dziecka czy „Ballada żołnierska”), a nawet idą w stronę gitarowego Orientu („Palikot się pali”) czy echa The Police (nomen omen „Policja”), gdzie dominują instrumentalne solówki gitary oraz perkusji, ale mam wrażenie, że za długo ciągnie się ten 5-minutowy kawałek.

Nawet pojawia się miejsce, gdzie czuć troszkę echa T.Love Alternative („Bohater cichej uroczystości”), zgrabnie wplatając jazz („Jazz jest bezlitosny”), zrobią nawet punkową wersje szant („Bronek dramatyczny”), miękcząc czasami fortepianem („Ściany”). Więc dzieje się tu sporo, ale i tekstowo jest co najmniej intrygująco: nie brakuje motywu rewolucji, nadmiernej militaryzacji i portretu cwaniactwa, ale też i odrobiny liryzmu oraz humoru czy nawet nostalgii. Macia ze swoim chropowatym głosem pasuje do całego punkowego image’u, a Muniek kradnie każdy utwór. Bardzo udana komitywa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Damian Wilson – Built for Fighting

Built-for-Fighting

Z Damianem Wilsonem spotkałem się podczas przesłuchiwania wspólnego albumu z Adamem Wakemanem. Ale ten gitarzysta i wokalista związany z zespołem Threegood, teraz jednak trafia do ręki mej solowe wydawnictwo, czyli „Built for Fighting”.

Od strony producenckiej wsparcia udzielił Andrew Holdsworth, a z artystą grali tacy uznani muzycy jak wspomniany Adam Wakeman, Bill Shanley (Ray Davies), Lee Pomeroy (Jeff Lynne’s ELO), czy Binzer Brennan (The Waterboys). Na początek dostajemy ładny numer „Thrill Me”, który  z delikatnej akustycznej gitary idzie w stronę klasycznego, chwytliwego rocka. „When I Was Young” bardziej idzie w stronę folku (akustyczna gitara), do której dołącza szybka perkusja. Takich drobnych detali, pozornie nie pasujących do rockowego tła jest więcej – pojawiają się skrzypce („Impossible” czy dynamiczne „Somebody”), bardzo liryczny fortepian („Fire”, który eksploduje pod koniec) czy bujająca gitara z organami („Sex & Vanilla”). Ogień i power pojawia się wraz z „Can’t Heal War”, którego nie powstydziliby się Ryan Adams, ale to tylko krótki moment, by wrócić do bardzo lirycznego „What Have We Done” z prześlicznym fortepianem oraz chwytającą za serducho trąbką.

Trudno ten album nazwać stricte prog-rockowym wydawnictwem. To rockowe granie, skręcające mocno w stronę folku, by zwieść czasami za nos. Tak jest z „Written in Anger”, które zaczyna się od delikatnego wejścia gitary akustycznej, by w połowie eksplodować siarczystymi riffami elektrycznymi czy bardzo energetycznym „All I Need” z ciepłymi klawiszami na początku. Wtedy muzyk pokazuje swoje najlepsze oblicze.

Te jedenaście piosenek ma dobre melodie, jest porządnie wykonana i zaśpiewana, ale czegoś mi tu zabrakło. Bardziej do mnie przemówiło wydawnictwo zrobione z Wakemanem, ale tutaj też jest kilka ciekawych numerów. Ale i tak jestem zaintrygowany tym delikatnym wokalem oraz muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

George Miller – 3.03

MillerReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 3 marca 1945 roku w małym miasteczku Chinchillia w Australii. Syn greckich imigrantów (naprawdę nazywa się Miliotis), którzy uciekli w 1923 roku z Antiochii. Po ukończeniu szkoły średniej zapisał się na Uniwersytet Nowej Południowej Walii razem z bratem bliźniakiem Johnem na medycynę.

Po jej ukończeniu w 1971 pracował jako lekarz w St. Vincent’s Hospital w Melbourne. W tym samym roku zapisuje się na warsztaty filmowe organizowane przez uniwersytet w Melbourne. Tam zaprzyjaźnia się z Byronem Kennedym, z którym założył firmę producencką Kennedy Miller Production. I z zaoszczędzonych wspólnie pieniędzy udaje się zrealizować debiut, który otworzył mu furtkę na cały świat, czyli Mad Maxa (1979).

Od tej pory Miller rzadko, ale kręcił kino gatunkowe, zostając w pamięci przede wszystkim twórcą post-apokaliptycznego kina. Jednak zawsze potrafi zelektryzować publiczność oraz krytykę i warto czekać na każdy jego film.

Najczęściej Miller współpracuje z: producentem Dougiem Mitchellem oraz Byronem Kennedym (aż do śmierci w 1984), montażystą Richardem Francisem-Brucem i Margaret Sixel, kompozytorem Johnem Powellem i Brianem Mayem (nie mylić z gitarzystą Queen), a także z Melem Gibsonem.

Do tej pory filmowiec ma na koncie Oscara (i pięć nominacji), nominację do Złotego Globu, nagrodę BAFTA (i dwie nominacje), nominację do Złotego Lwa w Wenecji, siedem nominacji do Saturna i nominację od Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych.

Miejsce 8. – Mad Max pod Kopułą Gromu (1985) – 5/10

Trzecie spotkanie z Szalonym Gibsonem w roli wędrowca pustynnego. Tym razem Max Rochatansky trafia do miasta Bordertown, gdzie rządzi niejaka ciotka Enity (udany debiut Tiny Turner). Czuć bardziej klimat post-apokaliptyczny, jednak w połowie wszystko skręca ku ładnemu i grzecznemu kinu familijnemu. Nie o takiego Maxa tu chodziło. Końcówka strasznie nudna, mimo zdynamizowania akcji. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Happy Feet: Tupot małych stóp II (2011) – 6,5/10

Sequel zaskakująco dobrze przyjętej animacji o tańczących pingwinach. Tym razem nasz Mambo ma rodzinę i zaczyna tracić kontakt ze swoim synem, dla którego idolem staje się kolorowy pingwin Eryk. Dodatkowo cała osada zostaje uwięziona przez bryłę lodu i tylko naszemu bohaterowi udaje się wyjść z tarapatów, ale trzeba odbić pobratymców. Film potwierdza tezę, ze sequele bez słów Mad Max w wykonaniu Millera nie powinny powstawać. Owszem całość wygląda ładnie, ale brakuje mocy i emocji poprzednika (swszelkie taneczno-piosenkowe fragmenty wycięto). Jedynie porządny dubbing oraz zabawny duet kryli ratuje przed porażką. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Mad Max (1979) – 7/10

Dla wielu film-legenda, który stworzył ikonicznego bohatera i dla wielu tak niskie miejsce może doprowadzić do chęci wysłania mnie do krainy wiecznych łowów. Tutaj świat znajduje się na krawędzi zagłady i jeszcze jako tako funkcjonuje, ale sama postać Maxa (Mel Gibson) wpisuje się do panteonu popkultury. Surowa realizacja, brudny klimat, ale to dopiero rozgrzewka przed kolejnymi szalony zdarzeniami. Po prostu sequel przebił oryginał na łeb. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Czarownice z Eastwick (1987) – 7,5/10

Ich trzy, on jeden. Gdy do małego miasteczka, przybywa diaboliczny Darryl Van Horn, wtedy w panie budzą się piekielne moce. Niby Miller to kręcił, ale realizacja bardzo przypomina kino Tima Burtona – tak samo groteskowe, rozbuchane, z imponującą scenografią i satyrycznym spojrzeniem na małomiasteczkową mentalność. Nadal imponują efekty specjalne, chociaż zakończenie i wolta przed finałem nie do końca dla mnie zrozumiała. Za to mamy świetną intrygę, demonicznego Jacka Nicholsona oraz apetyczne panie: Cher, Michelle Pfeiffer i Susan Sarandon. Żal przegapić. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Olej Lorenza (1992) – 8/10

Poruszająca historia walki rodziców o lekarstwo dla ciężko chorego syna, chorującego na ALD. Zdani niemal tylko na siebie, szukają rozwiązania przeoczonego przez lekarzy. Klimat bywa miejscami mocno depresyjny (kompozycje Samuela Barbera w tle), a nadrabiane jest świetnymi rolami Susan Sarandon i Nicka Nolte, a także chłopca wcielającego się w Lorenza. Niemal kronikarski zapis, gdzie nie brakuje bólu, cierpienia, ale i determinacji i uporu. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Happy Feet: Tupot małych stóp (2006) – 8/10

Nagrodzona Oscarem animacja z pingwinami. Bohaterem jest Mambo – przedstawiciel nielotów, co woli bardziej tańczyć niż śpiewać, za co zostaje wygnany z osady, szukając swojego miejsca na ziemi. Przypowieść o akceptacji, satyra na wymagających ślepego posłuszeństwa przywódców, wreszcie proekologiczne przesłanie. Wszystko to znakomicie sfotografowane, zatańczone i zaśpiewane. No i polski dubbing też jest dobry.

Miejsce 2. – Mad Max 2: Wojownik szos (1981) – 8/10

Max błąka się po pustyni, jadąc tylko przed siebie. Trafia na osadę, gdzie znajduje się najcenniejszy kruszec w upadłym świecie – ropa naftowa. Ale miejsce jest atakowane przez terroryzującą okolicę gang Hummongusa. Najbliżej tutaj do westernów, gdzie Max – niczym Clint Eastwood – jest przybyszem znikąd, który wbrew swojej woli decyduje się pomóc grupie mieszkańców dowieźć paliwo. Konsekwentnie budowany klimat, świetnie sfotografowane pościgi i sceny akcji dają masę satysfakcji, a Mel Gibson idealnie pasuje do tego bohatera. Sequel przebijający oryginał po całości. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Mad Max: Na drodze gniewu (2015) – 9/10

Gdybym miał opisać nową część przygód Rochatansky’ego jednym słowem, byłby to: rozpierdol. Tym razem Max o twarzy małomównego Toma Hardy’ego zostaje wplatany w walkę między Wiecznym Joe, a Imperatorową Furiosą uciekającą z „żonami” Joego. Cały film to jeden, niemal ciągły galop, gdzie mamy bardzo krótkie retrospekcje, jeszcze szybszy montaż oraz pracę kamery, gdzie każda potyczka, cios, strzał wybrzmiewa na długo. Czego tu nie ma: facet z gitarą, co jest także miotaczem ognia, kult samochodów odpicowanych jak tylko się da. Wszystko zrobione po bożemu, bez nadmiernych popisów komputerowców, tylko kaskaderów i pirotechników, a adrenalina wchodzi do łba z prędkością światła. I co z tego, że scenariusz jest szczątkowy, skoro wizja reżysera oraz realizacja jest pierwszorzędna. Tak się robi kino akcji z prawdziwego zdarzenia. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:

Babe – świnka w mieście (1998)

Jak widać, Miller nadal potrafi zrealizować oszałamiające kino, co pokazuje numer jeden. Ale mam też dobre wieści. Reżyser już pracuje nad kolejną częścią „Mad Maxa” i znowu będzie go grał Tom Hardy (mam nadzieję, że tym razem pokaże trochę więcej niż ostatnio. Premiera „Mad Max: The Wasteland” na razie nie jest znana, ale warto czekać.

A jakie są wasze ulubione filmy Millera? Piszcie śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Nocny Kochanek – Zdrajcy metalu

zdrajcy_metalu

Kojarzycie taki zespół Night Mistress? Ja też nie słyszałem o nich, chociaż twórcę nazwy zespołu – Bartosza Walaszka (jedna druga składu Bracia Figo Fagot) – znałem nie od dzisiaj. Grupa ta pisała muzykę do kultowej (w wielu kręgach) serialu „Kapitan Bomba”, więc było gitarowo i ostro. Ci sami ludzie zmienili nazwę Night Mistress na Nocnego Kochanka i wydali do tej pory jedną płytę „Hewi Metal” w 2015 roku. Pora roszadą na stanowisku perkusisty (Dominika Wójcika zastąpił Tomasz Nachyła), pozostali muzycy w składzie: Artur Pochwała (bas), Robert Kazanowski (gitara), Artur Cieśla (gitara) i Krzysztof Sokołowski (wokal) na początku tego roku wydała drugi album – „Zdrajcy metalu”. Kto kogo zdradził i z czym to się je?

Zaczyna się od „Poniedziałku” i coraz intensywniejszych dźwięków budzików. Dopiero potem dostajemy ciężkie riffy w stylu Slayera, z mocnymi perkusyjnymi uderzeniami (i obowiązkowym galopem) oraz wrzaskami Sokołowskiego, przypominając Bruce’a Dickinsona z Iron Maiden (środek brzmi fantastycznie). A to dopiero rozgrzewka – nie zabrakło i niemal epickiego wstępu perkusyjnego, by popędzić w melodyjne hiciory („Dżentelmeni metalu”, „Dziabnięty”), z wystrzałowymi refrenami, które będą śpiewane na koncertach. Swoje też ma do zrobienia bas (epicka „Pigułka samogwałtu”, gdzie gitary tną niczym piła drewno), ale to tak naprawdę riffy rządzą.Brzmi to profesjonalnie, a muzycy parę razy zaskakują. Trudno przejść obojętnie wobec rozbudowanego wstępu do „Łatwa nie była” (refren też jest zajebisty i partie gitarowe pod koniec), wariackiej szanty „De pajrat bej”, robiącej sobie jaja z metalu „Smoków i gołych babach” (strasznie szybki, jakby grany na sterydach muzyków), nastrojowej ballady w stylu Scorpions („Dziewczyna z kebabem”) czy prostej rąbanki a’la AC/DC („Pierwszego nie przepijam”).

O tekstach nie da się powiedzieć na poważnie, gdyż tutaj widać potencjał parodystyczny zespołu. Picie, kac, panienki, zgrywa z metalowców, piractwo (internetowe), seks, zdrada gustu muzycznego (jak zamiast Slayera można słuchać George’a Michaela? ;)) – dzieje się tu wiele, a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Sam Sokołowski bardzo dobrze się odnajduje w tym wariackim domu (nawet troszkę przypomina Marka Piekarczyka z czasów TSA), muzycy grają metal tak jak się to robić powinno. Nigdy nie znałem grup parodiujących kapele metalowe czy grającej ciężkiego rocka. Wiele osób może tego nie przeżyć do dzisiaj. Zrobione z kopem i powerem, jaki jest wymagany, pozwalając jednocześnie na dystans.

8/10 + znak jakości