Kojarzycie taki zespół Night Mistress? Ja też nie słyszałem o nich, chociaż twórcę nazwy zespołu – Bartosza Walaszka (jedna druga składu Bracia Figo Fagot) – znałem nie od dzisiaj. Grupa ta pisała muzykę do kultowej (w wielu kręgach) serialu „Kapitan Bomba”, więc było gitarowo i ostro. Ci sami ludzie zmienili nazwę Night Mistress na Nocnego Kochanka i wydali do tej pory jedną płytę „Hewi Metal” w 2015 roku. Pora roszadą na stanowisku perkusisty (Dominika Wójcika zastąpił Tomasz Nachyła), pozostali muzycy w składzie: Artur Pochwała (bas), Robert Kazanowski (gitara), Artur Cieśla (gitara) i Krzysztof Sokołowski (wokal) na początku tego roku wydała drugi album – „Zdrajcy metalu”. Kto kogo zdradził i z czym to się je?
Zaczyna się od „Poniedziałku” i coraz intensywniejszych dźwięków budzików. Dopiero potem dostajemy ciężkie riffy w stylu Slayera, z mocnymi perkusyjnymi uderzeniami (i obowiązkowym galopem) oraz wrzaskami Sokołowskiego, przypominając Bruce’a Dickinsona z Iron Maiden (środek brzmi fantastycznie). A to dopiero rozgrzewka – nie zabrakło i niemal epickiego wstępu perkusyjnego, by popędzić w melodyjne hiciory („Dżentelmeni metalu”, „Dziabnięty”), z wystrzałowymi refrenami, które będą śpiewane na koncertach. Swoje też ma do zrobienia bas (epicka „Pigułka samogwałtu”, gdzie gitary tną niczym piła drewno), ale to tak naprawdę riffy rządzą.Brzmi to profesjonalnie, a muzycy parę razy zaskakują. Trudno przejść obojętnie wobec rozbudowanego wstępu do „Łatwa nie była” (refren też jest zajebisty i partie gitarowe pod koniec), wariackiej szanty „De pajrat bej”, robiącej sobie jaja z metalu „Smoków i gołych babach” (strasznie szybki, jakby grany na sterydach muzyków), nastrojowej ballady w stylu Scorpions („Dziewczyna z kebabem”) czy prostej rąbanki a’la AC/DC („Pierwszego nie przepijam”).
O tekstach nie da się powiedzieć na poważnie, gdyż tutaj widać potencjał parodystyczny zespołu. Picie, kac, panienki, zgrywa z metalowców, piractwo (internetowe), seks, zdrada gustu muzycznego (jak zamiast Slayera można słuchać George’a Michaela? ;)) – dzieje się tu wiele, a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Sam Sokołowski bardzo dobrze się odnajduje w tym wariackim domu (nawet troszkę przypomina Marka Piekarczyka z czasów TSA), muzycy grają metal tak jak się to robić powinno. Nigdy nie znałem grup parodiujących kapele metalowe czy grającej ciężkiego rocka. Wiele osób może tego nie przeżyć do dzisiaj. Zrobione z kopem i powerem, jaki jest wymagany, pozwalając jednocześnie na dystans.
Dorobek Leonarda Cohena jest tak bogaty, że od zawsze inspirował innych artystów. Zmarłemu 7 listopada 2016 roku bardowi hołd postanowiła oddać Renata Przemyk. Album „Boogie Street” to zapis spektaklu opartego na „Księdze tęsknoty”, wystawionego w Teatrze Starym w Lublinie we wrześniu 2016 roku (z akceptacją oraz błogosławieństwem samego Cohena) przetłumaczone przez Daniela Wyszogrodzkiego oraz zaaranżowane przez Krzysztofa Herdzina. Będzie dobrze?
Całość otwiera i zamyka „Boogie Street”, gdzie Przemyk brzmi niczym na żydowskim rytuale (jednak druga wersja jest znacznie bogatsza i dynamiczniejsza). Tak zapowiada śpiewany a capella początek, do którego dołącza spokojny fortepian idąc w stronę melancholijnego jazzu. Niepokojąco (pojedyncze uderzenia fortepianu) budują aurę w „Oto jest”, gdzie pojawia się gitara elektryczna (wyrazista pod koniec) i zapętla się refren ze zwrotką, dopuszczając kolejne instrumenty (perkusja robi robotę) i chórek w refrenie. Melancholijniej się robi w „Dość kochałeś już”, gdzie słyszymy wspierającego artystkę Wojciecha Leonowicza oraz w spokojnym „Na pocałunków dnie”.
Kompletnym zaskoczeniem jest bluesowe „Dla ciebie tak” z soczystym riffem na początku oraz „Za sprawą kilku piosenek (tutaj Leonowicz solo). Mocne uderzenie, które trzyma za pysk aż do końca. Mroczniej się dzieje przy „Ponad mrokiem rzek” oraz szarpiących „Listach”, gdzie swoje robi minorowy fortepian. Wycisza się to wszystko w lirycznym „Odchodzi Aleksandra”, folkowym, szybkim „Słowiku” oraz bardzo lirycznej „Samej miłości”, serwując na koniec „Wiarę”.
Sama Przemyk pokazuje różne oblicza swojego głosu. W jednej chwili niemal wykrzykuje jakby z samego wnętrza siebie („Boogie Street”), by potem zaprezentować swoje bardziej delikatne oblicze. Wszystko to współgra z refleksyjnymi tekstami Cohena o dojrzałej miłości, przemijaniu i nadziei. Warto się wybrać na tą słynną ulicę.
Chyba od zawsze byłem fanem zielonogórskie formacji happysad, która niejako zastąpiła ulubionych przez wielu ludzi Pidżamę Porno, łącząc chwytliwa melodyjność z miejscami bardzo refleksyjnymi tekstami, niepozbawionymi humoru. Wielu zarzucało, że ostatnie lata to zniżka formy, ale nawet ich powinien przekonać do siebie nowy album grupy – „Ciało obce”.
Już sama okładka intryguje, a na początek dostajemy krótkie i akustyczne intro w postaci „-1”. Dopiero „Dłoń” pokazuje, że grupa nadal eksperymentuje, mieszając punkowe gitary z elektroniką oraz saksofonem. Jest szybko, tajemniczo i energetycznie. Elektroniczne wstawki pod koniec i na początek każdego utworu tworzą kosmiczną aurę, która spaja wszystko ze sobą. Za to wielu zaskoczy bardzo wyciszony „Nie umiem kłamać” z przestrzennym tłem, by w refrenie zaatakować mocniejszymi gitarami. Największe wrażenie robi na mnie „Medellin”. Ten instrumentalny wstęp, gdzie gitara, klawisze i perkusja grają obok siebie, tworząc aurę niesamowitości. I w połowie wszystko wywraca się do góry nogami, skręcając w bardziej psychodeliczne rejony, co jest zasługą przesterowanej, agresywnej gitary, pulsującej elektroniki i szybkiej perkusji, by grać jak… Franz Ferdinand z czasów największej świetności.
Typowy, ale mroczniejszym wcieleniem grupy jest „Czwarty dzień” z niemal strzelającą perkusją na początku oraz ostrzejszymi klawiszami między zwrotkami. Gitary bardziej odzywają się w szorstkim „Długu”, gdzie nie brakuje miejsca dla rytmicznego basu, powtarzającej się gitarowej wstawki oraz pobrzękującej w tle elektronice. Z kolei singlowy „XXM” brzmi bardzo mechanicznie, ocierając się bardziej o lata 80. (dźwięki perkusji), by zaatakować punkową energią. Bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen melancholijnych dźwięków gitar oraz tła, a także rytmiczny „Idę”. Wyłamuje się z tego pianistyczna, wręcz depresyjna „Heroina”. Nawet brzmiąca niczym syrena gitara nie jest w stanie zmienić nastroju, wprawiając jednocześnie w trans, jedynie pod koniec atakuje saksofon, dodając psychodeliczny posmak. A wszystko wraca do normy przy „Nagich na mróz” – drugi, typowo happysadowy numer z czasów świetności. Wszystko układa się w spójną, bardziej melancholijną muzykę niż zwykle w dorobku tej grupy.
„Ciało obce” to próba stworzenia brzmienia grupy od nowa. Niezmienny pozostał wokal Kawalca oraz intrygujące teksty, mówiące o przyszłości, uzależnieniu, samotności i miłości. Poziom został zachowany, a wiele numerów zostanie w pamięci na długo. Ale jednak bardziej mi się podobały pierwsze płyty happysad i nic na to nie poradzę.
Urodzony 1 marca 1954 roku w Duncan w stanie Oklahoma. Jest synem aktorów Rance’a Howarda i Jean Speegle Howard, więc profesja artystyczna była mu pisana. Cztery lata po narodzinach Rona, cała rodzina przeniosła się do Hollywood, mieszkając naprzeciwko Desulu Studios przez trzy lata, przenosząc się do Burbank. Ukończył liceum Johna Burroughsa i próbował studiować w Szkole Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Południowej Karoliny, ale jej nie ukończył.
Swoją karierę filmową rozpoczął jako aktor i to już jako 4-latek w telewizyjnym The Journey, ale przełom nastąpił w 1960 roku, dzięki serialowy The Andy Griffith Show grając Opiego Taylora. Warto też wspomnieć o świetnie przyjętych rolach w Amerykańskim graffitti George’a Lucasa z 1973 roku (główna rola), w westernie Rewolwerowiec Dona Siegela u boku samego Johna Wayne’a (ta rola przyniosła Howardowi nominację do Złotego Globu za kreację drugoplanową) oraz serialu Happy Days wcielając się w postać Fonziego, co przyniosło mu spore uznanie oraz Złoty Glob. Postać tą grał do 1980 roku, by całkowicie skupić się na reżyserii.
Zadebiutował w 1977 roku w wyprodukowanym przez Rogera Cormana Grand Theft Auto. Od tej pory mierzy się z różnymi gatunkami i konwencjami, zazwyczaj imponując dużym budżetem oraz gwiazdorską obsadą. W 1985 roku razem z Brianem Grazerem założył firmę producencką Imagine Entertainment, produkującą wszystkie (od Willowa) filmy Howarda, a także m.in. Oszukaną Clinta Eastwooda, American Gangster Ridleya Scotta, Restless Gusa Van Santa czy Rock the Kasbah Barry’ego Levinsona oraz takie seriale telewizyjne jak Felicity, 24 godziny, Bogacibankruci czy Imperium.
Howard od 1975 roku jest mężem pisarki Cheryl Alley, z którą ma czworo dzieci (m.in. aktorkę Bryce Dallas Howard). Do tej pory reżyser zdobył dwa Oscary (i jeszcze dwie nominacje), Złoty Glob (i cztery nominacje), dwie nagrody Emmy (i dziewięć nominacje), sześć nominacji do BAFTY, nagrodę Saturna (i dwie nominacje), nominację do Złotego Niedźwiedzia, dwie nagrody Amerykańskiej Gildii Reżyserów (i dwie nominacje), nagrodę Amerykańskiej Gildii Producentów Filmowych (i siedem nominacji), dwie nominacje do Złotego Satelity oraz dwie nominacje do Złotej Maliny.
Do grona najbliższych współpracowników (poza Brianem Grazerem) należą: scenarzyści Lowell Ganz, Babaloo Mandel i Akiva Goldsman, montażyści Daniel P. Hanley i Mike Hill, operatorzy Salvatore Torino i Donald Peterman, kompozytorzy James Horner, Hans Zimmer i Thomas Newman, kostiumolog Rita Ryack i Daniel Orlandi oraz aktorzy (poza rodzicami oraz bratem Rance’m): Tom Hanks i Michael Keaton.
A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Howarda (to mniej więcej jedna trzecia filmografii). Trzy, dwa, jeden, odpalamy.
Miejsce 18. – Sekrety i grzeszki (2011) – 4/10
Niby błaha opowiastka, która miała potencjał na komediowy samograj. Jest dwóch kumpli i podejrzenie niewierności żony jednego z nich. Jednak powstała z tego nudna, pozbawiona humoru, przewidywalna bzdura, nie dająca żadnej satysfakcji po seansie. I nie jest to wina grających główne role Vince’a Vaughna i Kevina Jamesa (akurat dają radę), tylko bardzo miałki scenariusz. Warto tylko dla Winony Ryder, kradnącej każdą scenę. Recenzja tutaj.
Miejsce 17. – Ed TV (1999) – 5/10
Big Brother w wersji mikro. Pewna telewizja, by zwiększyć oglądalność postanawia filmować życie Eda Pekurny’ego. Film na granicy przerysowania, gdzie publicznie poznajemy ukrywane tajemnice rodziny, ale to sympatyczne, lekkie kino. Warto zobaczyć ze względu na pierwsze spotkanie Matthew McConaugheya z Woodym Harrelsonem (tutaj grają braci).
Miejsce 16. – Kod da Vinci (2006) – 5/10
Pierwsze spotkanie z profesorem Robertem Langdonem i od razu porażka. Nasz specjalista od symboli musi rozwikłać zagadkę morderstwa kustosza Luwru, w czym pomaga jego siostrzenica. Niestety, ale ten thriller był strasznie nudny i przegadany, przez co napięcia było tyle, co kot napłakał. Jest sporo teorii spiskowych, dotyczących początków chrześcijaństwa, ale brzmi to bzdurnie. Aktorsko leży ten film, nie dając ani Tomowi Hanksowi (Langdon), ani Audrey Tautou (Sophie) męczą się. Broni się tylko Ian McKellen (Leigh Taebing) oraz Paul Bettany (morderca Silas). Reszta do kompletnego zapomnienia.
Miejsce 15. – Inferno (2016) – 5,5/10
Robert Langdon tym razem jest kompletnie zamroczony, nic nie pamięta, jest posiniaczony. Jakby tego było mało, ktoś próbuje go zabić. Do tego pewien cylinder, zagadka oraz wirus, który może doprowadzić do śmierci połowy ludzkości. Akcja pędzi jak w „Aniołach i demonach”, intryga jako tako się trzyma kupy, ale kompletnie to nuży i jest pozbawione jakiegokolwiek zaskoczenia. Średnio jest to zagrane, zdjęcia są ładne, a końcówka rozczarowuje. Recenzja tutaj.
Miejsce 14. – Zaginione (2003) – 6/10
Dziwaczny kolaż westernu, przygodówki, kina zemsty oraz czarów Indian. Bohaterką jest Magdalena (Cate Blanchett), która jest uzdrowicielką. Jej córka zostaje porwana przez Indian, by zostać sprzedaną w Meksyku. Kobieta pomaga dawno nie widziany przez nią ojciec Indianin (Tommy Lee Jones). Zbyt dużo tutaj składników, ale efekt jest przyzwoity. Obejrzeć można, zwłaszcza dla finału. Recenzja tutaj.
Miejsce 13. – Plusk (1984) – 6/10
Lekka i sympatyczna komedia romantyczna o miłości ciapowatego hurtownika z zabójczo piękną kobietą, która jest… syreną. Pierwszy duży tytuł Toma Hanksa, który stworzył swoje emploi i partneruje mu Daryl Hannah – jedno z gorętszych ciał lat 80. Iskrzy między nimi, a wszystko łyka się bezboleśnie. Recenzja tutaj.
Miejsce 12. – Anioły i demony (2009) – 6,5/10
Drugie spotkanie z profesorem Langdonem i tym razem wszystko zostało postawione na akcję, pościgi oraz rozwiązywanie łamigłówek. Teraz profesor musi powstrzymać zamach planowany przez Iluminatów w Watykanie oraz zabicie czterech kardynałów, kandydujących do bycia następcą św. Piotra. Świetnie się to ogląda, scenografia imponuje, a Hanks pewniej wchodzi w skórę naukowca. Ale i tak film mu kradnie Ewan McGregor w roli kamerlinga. Recenzja tutaj.
Miejsce 11. – Człowiek ringu (2005) – 6,5/10
Filmowa biografia pięściarza Jima Braddocka (niezawodny Russell Crowe) i jego droga na szczyt w czasach Wielkiego Kryzysu. Schematyczne jak diabli, chociaż wiernie oddające ducha epoki oraz fajnie zrobionymi scenami bokserskimi (podczas zadawania ciosów, pojawia się zdjęcie rentgenowskie), jednak mocno ocierająca się o laurkę. Gdyby nie Crowe oraz partnerujący mu Paul Giamatti w roli trenera, byłoby słabiutko.
Miejsce 10. – W samym sercu morza (2015) – 6,5/10
Tym razem wypływamy na pełne morze, pokazując prawdziwą historie polowania na Moby Dicka. Nie brakuje rozmachu, a sceny pojawienia się białego wieloryba przypominają „Szczęki”. Jest i konflikt między dowódcą, a pierwszym oficerem (kolejno Benjamin Walker i Chris Hemsworth), walka o przetrwanie, ale trudno nie pozbyć się wrażenia sztuczności (tło bardzo pachnie komputerem). Niemniej wyszło solidne, survivalowe kino. Recenzja tutaj.
Miejsce 9. – Kokon (1986) – 7/10
Czuć ducha Kina Nowej Przygody w opowieści o dziadkach, którzy zyskują energię oraz witalność. A wszystko to dzięki kąpielom w opuszczonym basenie. Potem okazuje się, że w środku są kokony Obcych. Niepozbawiona ciepła, pogodnej refleksji, ale i bardzo delikatnego humoru, całość oparta jest na mądrym przesłaniu oraz dobrym aktorstwie (Ameche, Cromyn, Guttenberg, Dennehy). Recenzja tutaj.
Miejsce 8. – Han Solo: Gwiezdne wojny – historie (2018) – 7,5/10
Przyznam się bez bicia, że miałem wątpliwości wobec tego filmu. Ale pierwsza poważna przygoda Hana Solo (dobry Alden Elrenreich) okazała się zaskakująco udanym filmem łotrzykowsko-przygodowym. Chodzi o kradzież, ale po drodze pojawia się masa komplikacji, nie wiadomo komu można zaufać. Nie brakuje odniesień do innych filmów z serii, klimat płynnie przechodzi z lekkiej przygodówki po mroczne rewiry, muzyka jest przednia, a Harrelson z Donaldem Gloverem kradną film samą obecnością. Na minus główny antagonista oraz Emilia Clarke, której nie wierzyłem. Recenzja tutaj.
Miejsce 7. – Piękny umysł (2001) – 8/10
Kolejna biografia, tym razem jej bohaterem jest matematyk John Nash, a Howard skupia się na jego walce ze schizofrenią. I to właśnie ten watek jest wygrany pierwszorzędnie, dopiero w połowie filmu odkrywając, że to, co do tej pory widzieliśmy, było wytworem umysłu. Główną rolę gra Russell Crowe i jest on rewelacyjny, podobnie jak pojawiający się na drugim planie Ed Harris (agent Parcher), jednak bardzo boli pominięcie kilku wątków z życia geniusza (homoseksualizm, rasism) na rzecz historii miłosnej. Ale nie przeszkadzało mi to.
Miejsce 6. – Za horyzontem (1991) – 8/10
Jeden z bardziej epickich filmów Howarda. Jest to opowieść o pogoni za marzeniami i miłości spotkanej po drodze. Tym razem swój amerykański sen spróbuje spełnić Joseph Donnelly (dość nieoczywiste wcielenie Toma Cruise’a) – prosty irlandzki chłop, ktory wskutek wydarzeń ucieka do USA, by zdobyć własny kawałek ziemi. Ogromny rozmach, piękna muzyka Johna Williamsa oraz nadal atrakcyjna Nicole Kidman. A finał to prawdziwa rewelacja, mimo upływu czasu. Recenzja tutaj.
Miejsce 5. – Okup (1996) – 8/10
Niemal klasyczna sensacja, gdzie chodzi o porwanie i przekazanie okupu. Kiedy ojca porwanego chłopca gra Mel Gibson, to nie ma mowy o oczywistej akcji. Dopiero w połowie dochodzi do szalonej wolty, przez co napięcie gwałtownie wzrasta. Sensacja zrobiona z pazurem, wielokrotnie zaskakująca, z dynamicznym montażem oraz pracą kamery. Plus wchodzący w troszkę inny repertuar Mela Gibsona oraz Gary’ego Sinese’a jako policyjnego detektywa. Kino zrobione z pazurem. Recenzja tutaj.
Miejsce 4. – Apollo 13 (1995) – 8,5/10
Fabularna rekonstrukcja słynnej misji kosmicznej, która o mały włos nie skończyła się śmiercią astronautów. Howard z niemal kronikarska skutecznością opisuje cała operację oraz próby sprowadzenia astronautów cało trzymają w napięciu aż do samego końca, mimo znajomości zakończenia. Świetne sceny kosmiczne, z realistycznymi efektami specjalnymi oraz kosmicznym aktorstwem: Tom Hanks, Bill Paxton, Kevin Bacon, Ed Harris. Recenzja tutaj.
Miejsce 3. – Frost/Nixon (2008) – 8,5/10
Polityczne kino opisujące filmowane dla telewizji wywiad jakiego udzielił dziennikarzowi Davidowi Frostowi, były prezydent USA Richard Nixon. Oparte na faktach kino, będące popis maestrii Howarda, w czym pomaga kapitalny scenariusz Petera Morgana. Pochwała siły telewizji i hołd dla zaangażowanego dziennikarstwa, z suspensem jak diabli. Do tego genialne role Franka Langhelli (co z tego, że nie podobny do Nixona) oraz Michaela Sheena. („if president does it that means it’s not illegal”). Skromne, ale wielkie kino.
Miejsce 2. – Ognisty podmuch (1991) – 9/10
Jeszcze nigdy pożar i ogień nie wyglądał tak widowiskowo.Mamy tutaj dwóch braci strażaków, tropiących tajemniczego podpalacza. Pojawia się odrobina patosu i hołdu złożonego dla tej profesji, ale i tak najbardziej pamięta się widowiskowe sceny pożarów, gdzie ogień wygląda wręcz majestatycznie. Idealne widowisko z niesamowitym Kurtem Russelem w roli głównej. Do tego na drugim planie: Scott Glenn, Robert De Niro, Donald Sutherland i Rebecca De Mornay. Prawdziwa bomba.
Miejsce 1. – Wyścig (2013) – 10/10
Znowu Peter Morgan pisze fabułę i mamy kolejne starcie osobowości. Tym razem wszystko skupia się wokół wyścigów Formuły 1. Tym razem przeciwko sobie stają imprezowy Australijczyk James hunt (krewki Chris Hemsworth) oraz stonowany, analityczny Niki Lauda z Austrii (wybitny Daniel Bruhl). Dwie filozofie drogi do zwycięstwa, znakomicie zrealizowane sceny wyścigów (zwłaszcza wypadek Laudy oraz deszczowy finał w Japonii wyglądają rewelacyjnie). Wszystko skopane w ogromnej dawce adrenaliny, zrealizowane w iście mistrzowski sposób, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. Recenzja tutaj.
Nieobejrzane:
Grand Theft Auto (1977) Nocna zmiana (1982) Gung Ho (1986) Willow (1988) Spokojnie, tatuśku (1989) Zawód: dziennikarz (1994) Grinch: świąt nie będzie (2000) The Beatles: Eight Week a Day (2016)
Jak widać w tym rankingu Howard bierze na warsztat każdy gatunek, nie posiadając jakiegoś własnego stylu. Jednak zrobił zbyt wiele nieprzeciętnych filmów, by nazwać go tylko rzemieślnikiem. Niby nic wielkiego, ale i tak zawsze warto czekać na kolejny film tego ciągle szukającego reżysera.
A jakie są wasze ulubione filmy Rona Howarda? Piszcie w komentarzach i zapraszam do dyskusji.
Prawdziwa historia, która daje do myślenia to coś, czego filmowcy szukają od zawsze. Tak się zdarzyło w poruszającym dramacie z 1992 roku. Film ten opowiada o zwykłej rodzinie, stającej przed ekstremalnym doświadczeniem. Państwo Odine są normalną, spokojną rodzinę. On jest finansistą, ona humanistką i razem wychowują swojego syna Lorenza. Ale ich życie wywraca się do góry nogami przez swojego syna. A dokładniej jego chorobie, która coraz bardziej go niszczy: niekontrolowany gniew, małomówność, wreszcie całkowity paraliż oraz brak świadomości. Lekarze są bezlitośni: ALD, na które cierpi chłopiec jest nieuleczalne i zostały tylko dwa lata życia. I teraz pojawia się pytanie: poddać się i czekać na nieuniknione, czy spróbować oszukać przeznaczenie?
Przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, ze za to skromną, delikatną, lecz poruszającą historią stoi George Miller – twórca kultowego „Mad Maxa”. Wydawałoby się, ze doświadczenia wzięte z wyprawy po postapokalitycznych pustkowiach nie będzie pasowała do stonowanego i bardzo kameralnego dramatu. Miller (z wykształcenia lekarz) zainteresował się tą historią i pokazał troszkę inne oblicze. Niczym zawodowy kronikarz, etap po etapie, pokazuje ile może zdziałać upór oraz determinacja. Nie stawia jednak na efekciarstwo czy stosowanie emocjonalnego szantażu, gdyż bardzo łatwo można było manipulować. Kolejne desperackie próby, działania na własną rękę (szperanie w bibliotekach, analizowanie, organizowanie naukowego sympozjum) – trudno nie podziwiać tej walki o życie. Choroba nie była dokładnie znana, więc nikt nie był w stanie przewidzieć efektów tych działań, przenosząc się z jednej rozmowy do drugiej oraz przeskakując w czasie. Co może wielu wkurzyć i sprawiać wrażenie poszarpanego tworu. Nic z tych rzeczy. Miller pewnie opowiada i trzyma za gardło, a jednocześnie wierzy w to, ze w pewnych okoliczność ludzie nauki są w stanie wznieść się ponad egoistyczne zapędy oraz walkę o uznanie dla większego dobra (finał z psami).
Jednak cały czas twórca pozostaje z rodziną Odine – skupiając się zarówno na ich determinacji, ale też i chwilach zwątpienia. Matka (wspaniała Susan Sarandon) ma w sobie tyle siły, jakiej nikt by nie podejrzewał, jednak w tym poświeceniu bywa bardzo ostra i nieczuła wobec innych, a krytykę swoich działań (czytanie książek dla syna, zwalnianie pielęgniarek z różnych powodów) odbiera jako osobisty atak. Bardziej rozsądny, chociaż powściągliwy w okazywaniu emocji jest ojciec (rewelacyjny Nick Nolte – ten włoski akcent, perełka!!!). Jak sam mówi – prosty człowiek stawiający proste pytania, zachowujący zdrowy rozsądek do końca. Podchodzi do sprawy racjonalnie, szukając naukowej odpowiedzi. Stąd odwiedzanie biblioteki (mocna scena, gdy we śnie znajduje odpowiedź), rozmowy z naukowcami i szukanie kontaktów, wsparcia. Oboje tworzą bardzo mocną komitywę, ale trudno nie zapomnieć samego Lorenza (Zack O’Malley Greenburg) oraz jego ciągły stan pogarszania zdrowia – nie czuć tutaj fałszu.
Miller pokazuje swoją bardzo wrażliwą stronę jako człowieka nie bojącego opisywać dramatów zwykłych ludzi. Świetnie wyreżyserowane i zagrane kino, pełne emocji, siły oraz wiary. Dające wiele nadziei oraz motywacji do walki ze światem, nawet jeśli wydaje się ona bezcelowa.
Dziki Zachód nadal inspiruje filmowców. A wydawałoby się, ze po realizacji „Bez przebaczenia” ten gatunek nie ma racji bytu. Jednak w XXI wieku powstało kilka ciekawych filmów w tym gatunku i paru twórców próbowało wrócić do historii z kowbojami w roli głównej. Nic dziwnego, ze Ron Howard podjął się wyprawy na ten niebezpieczny rejon.
Główną bohaterka jest mieszkająca na odludziu uzdrowicielka, Magdalena. Mieszka z dwiema córkami oraz mężczyzną, który jej pomaga. W ten spokojny wieczór pojawia się ktoś, o kim najchętniej chciałaby najszybciej zapomnieć. To jej ojciec, który wiele lat temu porzucił swoją rodzinę, zostając Indianinem: Samuel Jones. Wraca, by odkupić winy z poczuciem, ze nie zostało mu wiele czasu, jednak rany zadane przez mężczyznę są zbyt silne. Następnego dnia Blake (partner) razem z córkami jadą do miasta, ale wraca tylko najmłodsza Dot. Z jej historii wynika, ze siostrę porwali Indianie. Kobieta prosi ojca o pomoc w wytropieniu, a trzeba się spieszyć, gdyż prawdopodobnie dziewczyna może zostać sprzedana Meksykanom.
Howard miesza różne wątki, przez co seans może wywoływać poczucie dezorientacji. Czego tu nie ma: zemsta, Indianie, wojsko, magia, wędrówka, nawet strzelaniny (finał). Dzieje się tu wiele, ale nie wszystko to się klei w spójną całość. Rozumiem przejścia na Lily, żeby to mogło zbudować napięcie oraz oczekiwanie na spotkanie. Jednak elementy nadprzyrodzone kompletnie psuły frajdę, czasami tłumacząc kompletnie niezrozumiałe sceny (rozmowa Samuela z… ptakiem oraz powrót bohatera do rodziny po tym), wywołując dezorientację. Do połowy filmu utrzymuje się napięcie i jest tajemnica, wynikająca z mocy szamana Indian, ale zbyt częsta obecność oraz używanie magii osłabia ten film. Potem zmienia się to w sprawnie zrobioną, ale schematyczną strzelaninę – bez ikry i pazura. Jedynie próby pogodzenia się Magdaleny z Samuelem są w pełni wygrane do końca.
Nie sposób zapomnieć pięknych zdjęć, pokazujących przestrzeń pustynnych krajobrazów czy zimowej przestrzeni na początku filmu. Wszystko to jeszcze okraszone jest świetną muzyką Jamesa Hornera, która wie, jak podkreślić nastrój każdej sceny.
Sytuację od porażki i bycia dziwnym średniakiem ratują Cate Blanchett oraz Tommy Lee Jones. Ona jest twardo stąpającą po ziemi babką, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, potrafiącą leczyć. Z kolei on miota się i nie potrafi odnaleźć się w żadnym ze światów: ani białych ani Indian, ale magnetyzuje swoją tajemnicą, bólem i przeszłością. Powoli zaczynają docierać do siebie i ten duet nakręca film.
Dziwaczna hybryda westernu, dramatu, kina drogi, thrillera, nie do końca wykorzystująca swoje możliwości i strasznie rozdarta. Sami twórcy też nie do końca wiedzieli w jakim kierunku pójść, więc efekt częściowo rozczarowuje. Niemniej wyszło dość strawne kino.
Irlandia, rok 1892. W tym czasie kraj ten znajdował się w biedzie, a rolnicy nie posiadali własnej ziemi na własność harując dla panów. Jednym z takich rolników jest Joseph Connelly – młody, krewki i ambitny chłopak. Najpierw umiera ojciec, a potem dom oraz ziemia zostają spalone z powodu długów. Mężczyzna nie zastanawiając się postanawia zabić sprawcę całego zamieszania, pana Daniela Christie. Zamach się nie udaje, a to z powodu Shannon, córki właściciela. Wskutek wielu wydarzeń, oboje wyruszają do Ameryki, by zdobyć kawałek ziemi.
Tym razem Ron Howard idzie w stronę wręcz historycznego fresku, opowiadającego o spełnieniu swojego amerykańskiego snu przez imigrantów. Wszystko to zostaje zrobione w sposób bardzo kameralny, ale nie brakuje pietyzmu, rozmachu i tysięcy statystów. To klasyczne kino przygodowe sprzed ery cyfrowej, gdzie mamy bohatera walczącego o swój kawałek miejsca na ziemi, miłość (chociaż pokazywaną w niezbyt nachalny i oczywisty sposób), ale też brud, krew i łzy. Całość można podzielić na trzy etapy: okres irlandzki, wyprawę za morze oraz karierę pięściarską, a na koniec finałowy wyścig o ziemię (głupi myśleli, że dostaną ją za frajer). I dopiero na miejscu okazuje się, że amerykański sen trzeba sobie wywalczyć. Pracą, sprytem i determinacją, ale i podstępem. Wszystko to jest wygrywane przez trafne obserwacje oraz zderzenie dwóch światów. Joseph jest prostym chłopem (można by rzec, proletariuszem, ale nieświadomym swoich praw), zaś Shannon niby nowoczesna, ale dama z wyższych sfer, co nawet prać nie potrafi. Czuć między nimi iskrę, ale ciągle nie potrafią sobie o tym powiedzieć wprost.
Mi najbardziej podobały się sceny bokserskie, gdzie nasz bohater z goła klatą (niemal jak Charles Bronson w „Ciężkich czasach”) okrąża swoich przeciwników, spuszczając im gwałtowny łomot. Dodatkowo wszystko toczyło się w barwnej i tłocznej spelunie, z dymem cygar, ładnych panienek oraz skocznej muzyki. Ogląda się te sceny z niekłamaną frajdą, podobnie jak finałowy wyścig, gdzie nie ma się litości. Dla koni, zaprzęgów, konkurencji – scena gonitwy zrealizowana jest znakomicie, dzięki świetnemu montażowi oraz płynnym zdjęciom. Pochwalić też należy scenografów, którzy z pietyzmem odtworzyli Amerykę końca XIX wieku z brudnymi, zatłoczonymi uliczkami oraz obdartymi, biednymi ludźmi. Może tylko zakończenie jest dla mnie zbyt bajkowe i skojarzyło mi się z… „Dzikością serca”, ale to jedyna wyraźna skaza.
Do tego wszystko jest świetnie. Nawet nielubiany przeze mnie Tom Cruise błyszczy jako zdeterminowany, irlandzki chłopak (tek akcent – cudo!!), który troszkę gubi się w swojej misji, ale wierzyłem mu do samego końca i kibicowałem. Nieważna czy był drugim Rocky’m, układał tory na kolei czy próbował zabić. Partneruje mu Nicole Kidman (wcześniej zrobili „Szybkiego jak błyskawica”) – wywyższająca się dama, co nie do końca odnajduje się w prawdziwym życiu. Jednak szybko się uczy tego, a chemia między nimi z każdą sceną zyskuje na sile. Poza nimi na drugim planie najbardziej zapada w pamięci Colm Meaney jako gangster Mark Kelly (wilk w owczej skórze) oraz wnoszący odrobinę humoru Robert Prosky (nadużywający alkoholu ojciec Shannon).
Ron Howard bardzo mocno przypomina co to znaczy amerykański sen oraz jak wiele trzeba determinacji, siły woli, by spełnić swoje marzenia. Podnoszący na duchu, ale pozbawiony dużych dawek patosu. Jest rozmach, energia oraz moc. Świetne kino przygodowe w starym stylu.
Wyobraźcie sobie taką sytuację, że moglibyście zdobyć złoto. Widzicie to mocno? Taki przypadek trafił na drodze dwóch strażaków z Arkansas – Vince’a i Dona, którzy otrzymali zarysowana mapę. Prowadzi ona do miejsca, gdzie mężczyzna (umierający) schował skarb zrabowany z kościoła. Więc wyruszają do opuszczonej fabryki w St. Louis. Akurat mieli pecha, gdyż właśnie w tym terenie dochodzi do gangsterskich porachunków i nie mogą sobie pozwolić na świadków. Panowie porywają syna szefa, przez co sytuacja staje się patowa.
Kolejne dzieło lat 90., zrealizowane przez specjalizującego się we współczesnych westernach Waltera Hilla. Każdy jego film ma w sobie coś z kowbojskich opowieści, nawet jeśli dzieją się tu i teraz.Tutaj mamy do czynienia z prostą intrygą, kręcącą się wokół chciwości oraz zabijania. Wydawałoby się, że z takim szczątkowym opisem, nie da się wyczarować zbyt wiele. Reżyser stawia na klaustrofobiczny klimat, gdyż większość scen rozgrywa się w opuszczonej fabryce (niemal w jednym pokoju), podniszczonej, rozdrapanej. Był tam tylko czarnoskóry żebrak, bez domu. Wszelkie próby wyrwania się z tego klincza, kończą się porażkami, a lojalność zarówno między naszymi strażakami, a członkami gangu King Jamesa zaczyna się wykruszać. Podchody, podstępy, zamachy – to wszystko ma swoją temperaturę i jest napięcie, co zawsze było mocna ręką Hilla. I pytanie: kto wygra i kto ujdzie z życiem.
Nawet sceny, gdy jeden z członków gangu filmuje swoich kumpli za pomocą kamery video, co pomaga w budowie klimatu. Widać, że nie wydano wiele pieniędzy (niecałe 15 mln dolców), ale to się nieźle sprawdza. Owszem, można było pewne sceny lepiej rozegrać (finałowa eksplozja z pomocą benzyny i C4), do tego zgrabne dialogi oraz gitarowa muzyka Ry Coodera, który zawsze dobrze tworzył dla reżysera. Co zaskakujące, scenariusz tej niezłej opowieści to robota Roberta Zemeckisa oraz Boba Gale’a. Wszystko kończy się krwawo i brutalnie (co jest dość oczywiste), ale i tak ogląda się to z duża frajdą.
Należy też pochwalić solidną obsadę. Najbardziej błyszczy William Sadler, czyli Don. Facet jest nieufny, a złoto staje się dla niego obsesją oraz szansa na wyrwanie się z finansowych tarapatów. Ma błysk szaleństwa w oku. Partneruje mu bardziej wycofany i unikający konfrontacji Vince, z aparycją Billa Paxtona, którego trudno nie polubić. Wydaje się kierować zdrowym rozsądkiem oraz sumieniem, ale jest może tylko tchórzem? Przeciwko nim stają dwaj twardzi zawodnicy – Ice-T oraz Ice Cube, tez zbudowani na kontraście charakterów. Pierwszy – opanowany, spokojny, zdrowo myślący, drugi to pyszałkowaty nerwus ze świerzbiącym palcem na spuście.
I jak to bywa w przypadku Waltera Hilla, „Wstęp wzbroniony” to bardzo przyzwoite kino sensacyjne, ze swoim klimatem oraz prostym stylem. Może komuś przeszkadzać dość skromny budżet oraz pewna przewidywalność wydarzeń, ale godnie znosi ten tytuł próbę czasu.
Ronny Valentine i Nick Brennen to prawdziwi kumple, co pracują razem w firmie robiącej auta, a dokładnej części do aut. Znają się od lat i są dla siebie prawdziwym wsparciem. Nick to szczęśliwy mąż Geneve, a Ronnie jest w (jeszcze nie skonsumowanym obrączką) związku z Beth. Panowie dostają propozycję dużego kontraktu z Dodge’m, a Ronny powoli przygotowuje się do oświadczyn ze swoją kobietą. I wtedy przypadkowo mężczyzna widzi żonę przyjaciela z innym facetem. No i pytanie, jak to rozwiązać?
Brzmi jak pomysł na fajną komedię z morałem oraz poważniejszą refleksją? Mając na pokładzie doświadczonego reżysera jak Ron Howard była gwarancja, że to wypali, prawda? Niestety, przeliczyłem się strasznie, gdyż ten film nie jest specjalnie zabawny. Chyba, że nadekspresyjne zachowanie naszych bohaterów, doprowadzające do bijatyk można uznać za zabawne. Reżyser próbuje (i to do pewnego stopnia) stawiać pytania, co do szczerości, związków i przyjaźni. Jak zachować się w tej sytuacji? Tłumić w sobie i zwlekać? Zmusić drugą stronę do zaprzestania zdrad czy zająć się tym samemu? Problem w tym, ze jest to strasznie przewidywalne (po 15 minutach wiadomo, jak to się zakończy) i niemal wszystko idzie jak po sznurku. Perswazje, przysięgi, wzajemne szpiegowania – dzieje się tu wiele, ale tak naprawdę jest to strasznie płytkie, a humor mocno odstrasza.
Owszem, agresywna reakcja Ronniego oraz młodego chłopaka Zipa, zakończona demolowaniem mieszkania i auta rozbawiła mnie, tak jak dość rubaszna nowa przełożona (Queen Latifah), ale pojawia się zbyt rzadko. Wszystko kończy się happy endem (aczkolwiek Nick zostaje sam), wybaczeniem win oraz obietnicą szczerości. Nawet kontrakt udaje się wygrać (chociaż za Chiny nie zostaje pokazane, jak udało się rozwiązać problem z silnikiem), przez co finał jest lekko przesłodzony. Ładnie to wygląda, zdjęcia są ok, ale nie jest to nawet przyzwoity poziom. Scenariusz nie pozwala na zbyt wiele i miejscami bywa mocno łopatologicznym.
Aktorsko jest zaledwie ok. Vinve Vaughn i Kevin James dają radę, nie wywołują irytacji, są wręcz powściągliwi w swojej grze. Można nawet złośliwie rzecz, że to jedne z lepszych kreacji w ich karierach. Jednak moje oczy zwróciły uwagę na ich ładniejsze połówki – Jennifer Connelly oraz Winonę Ryder. Panie mają troszkę więcej do pokazania (zwłaszcza Ryder w roli zdradzającej kobiety – nie, nie jest ona typową zdzirą) i dzięki nim seans jest dość strawny. Nawet Channing Tatum wyszedł całkiem przyzwoicie, co też może być szokiem.
Rona Howarda zwyczajnie stać na lepsze i dużo śmieszniejsze filmy niż ten snujący się dramat ze śladowymi akcentami humorystycznymi. Zawinił przede wszystkim słaby, wręcz ch**** scenariusz, nie dając zbyt wielkiego pola do manewru. Czemu ten reżyser wplątał się w tą kabałę? Nie mam pojęcia, ale to jest prawdziwy koszmarek wysmażony prosto z hollywoodzkiego piekła. Odradzam bardzo gorąco.
Profesor Robert Langdon znowu musi dokonać trudnego zadania. I to o tyle niewygodnego, że o pomoc prosi Watykan, który był dość nieprzychylny temu, co zrobił w „Kodzie da Vinci”. Sprawa jest bardzo poważna, gdyż dotyczy wyboru kolejnego papieża. Czterech najpoważniejszych kandydatów zostało porwanych, a ze Szwajcarii skradziono antymaterię, by uczynić z niej bombę. Jeśli nie zostaną spełnione jego żądania, wysadzi Watykan. Langdon wspierany przez włoską panią fizyk oraz Gwardię Papieską, musi rozwiązać, gdzie znajdują się duchowni i bomba, a na to jest tylko 24 godziny.
Kasowy sukces „Kodu da Vinci” (artystyczny jest co najmniej dyskusyjny) spowodował, ze profesor Langdon musiał powrócić. I znowu reżyserem został Ron Howard, który zrozumiał, że ględzenie zamiast skupienia się na intrydze, kończy się katastrofą. Dlatego zostajemy rzuceni w wyścig z czasem, gdzie jest sporo gonitw i – w przeciwieństwie do poprzednika – czuć napięcie. A jednocześnie wszystko profesor wyjaśnia i tłumaczy, a najdziwniejsze jest to, że urzędnicy watykańscy (szef Gwardii Papieskiej i policji) kompletnie nie znają historii swojego kraju. Wszystko pędzi na złamanie karku, ze nawet logika nie była w stanie dogonić wszystkiego. Jest multum historii wokół Iluminati, wplątując w to Galileusza, Rafaela i Berniniego (światłe umysły renesansu), na ile jednak są to idiotyzmy, zostawmy to. Ważne, że tym razem Howard pewniej prowadzi całą opowieść, parę razy zaskakując (nie poznajemy tożsamości zabójcy i powoli poznajemy powody działania naszych wrogów).
Bardzo, ale to bardzo imponuje scenografia. Twórcom nie pozwolono kręcić w Watykanie, więc w konspiracji sfotografowali cała okolicę i wiernie zrekonstruowali. Cały plac św. Piotra, jak i podziemne labirynty, korytarze oraz świątynie wyglądają jakby żywcem przeniesione stamtąd. To tylko podkręca klimat tajemnicy. Wszystko się jednak sypie, gdy zaczynamy myśleć nad ekranowymi wydarzeniami oraz tym pseudo-historycznym tłem. A wszystko to służy pokazaniu zderzenia między religią a nauką oraz pytaniem, czy da się to połączyć.
Równie dobre jest aktorstwo, chociaż tylko kilka postaci wybija się spośród znanych twarzy. Lepiej (w porównaniu do „Kodu”) wypada Tom Hanks, który pewniej czuje się w skórze profesora Langdona, łącząc w sobie elementy chodzącej Wikipedii (tylko lepiej opracowanej) z człowiekiem czynu. Opanowany i spokojny, ale podkręcający cała akcję. Partneruje mu atrakcyjna Ayelet Zuler (dr Vetta), ale jest tylko atrakcją dla oka, a film kradnie posiadający Moc Ewan McGregor w roli kamerlinga Patricka McKenny. Wydaje się jedynym księdzem, który wierzy w kolaborację nauki z wiarą, a jednocześnie zachowuje zdrowy rozsądek i chce być otwartym ludzi. Jego prostoduszność i uczciwość mają jednak drugie dno. Właśnie on wnosi ten film na wyższy poziom.
Muszę przyznać, że „Anioły i demony” to kawał bardzo przyzwoitej rozrywki, pod warunkiem, że nie będziemy zbyt mocno wysilać swoich szarych komórek. Sprawnie zrealizowane i skupione na akcji, a nie tylko ciągłej gadaninie nie przynudza, imponując także scenografią. Duży krok naprzód w porównaniu z „Kodem da Vinci”.