Pogromcy duchów

Wierzycie w zjawiska paranormalne? Po obejrzeniu tylu horrorów, przeczytaniu masy książek Stephena Kinga oraz seriali typu „Stranger Things” odpowiedź powinna brzmieć tak. Ale to przecież tylko filmy i nie inaczej jest z pewnym klasykiem, który oglądałem wielokrotnie i za każdym razem działał tak samo. Jeden z pierwszych horrorów, jaki widziałem. Chociaż z dzisiejszej perspektywy jest bardziej zabawny niż straszny.

pogromcy_duchw1

Kim są tytułowi „Pogromcy duchów”? to trzech naukowców uniwersytetu w Nowym Jorku, zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Peter Venkman, Egon Spengler i Raymond Stantz sprawiają wrażenie kompletnych wariatów. Tak też uznały władze uczelni likwidując ich wydział za zbyt niską efektywności. Za namową Venkmana panowie zaciągają kredyt w banku i zakładają własny interes – wyłapywanie duchów. A w mieście panoszy się masa tego tałatajstwa, to trio zdobywa coraz większy rozgłos. I tylko oni będą mogli powstrzymać miasto przed przybyciem paskudnego Gozera, który chce przerobić miasto w proch i pył.

pogromcy_duchw2

Jak widzicie sama historia nie jest jakaś super skomplikowana, ale twórcy bardzo zgrabnie lawirują między horrorem a komedią. Delikatną atmosferę grozy czuć już w otwierającej film scenie w bibliotece. Nie brakuje odrobiny złośliwości, ale prawdziwym popisem dużego komizmu są pierwsze próby łapania istot nie z tego świata. Są w tym bardzo ciapowaci, a wrogowie są wyjątkowo brzydcy. I nie chodzi tu o kiepskie efekty specjalne, bo te nieźle wytrzymują próbę czasu (wyglądają świadomie tandetnie), ale zostawiają po sobie nieprzyjemną wydzielinę. Na szczęście, nabierając doświadczenia, są coraz lepszymi kosiorami i żaden duch nie jest dla nich obcy. A finałowa konfrontacja z niejakim Gozerem Gozerskim to idealna kombinacja grozy (mroczna przestrzeń, perwersyjnie obrzydliwy stwór) z rzuconymi żartami. Są pewne poboczne wątki (podryw klientki Dany przez Venkmana czy będący wrzodem na dupie urzędnik z działu ochrony środowiska) i zgrabnie uzupełniają się z resztą historii.

pogromcy_duchw3

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie pewna reżyseria oraz kapitalnie dobrana obsada. Film bezczelnie kradnie zawadiacki Bill Murray. Venkman w jego interpretacji to pyszałkowaty playboy, który nawet badania naukowe wykorzystuje do podrywania dziewczyn, ale potrafi w odpowiednim momencie zachować powagę. Wspiera go duet Dan Aycroyd/Harold Ramis (także autorzy scenariusza) jako niemal zamkniętych na resztę świata naukowców Stantza i Spenglera, a kiedy ten drugi z kamienną twarzą wypowiada pseudonaukowe wyjaśnienia pewnych kwestii, trudno powstrzymać się od śmiechu. Czuc tutaj silną, kumpelska relację, co jest dużym plusem. Jedyną wyrazistą kobietą jest tutaj Sigourney Weaver, która tym razem nie morduje obcych, lecz pada ofiarą opętania (i wygląda wtedy BARDZO apetycznie – nawet gdy udaje Megan z „Egzorcysty”). Fani „Obcego” mogą się poczuć skonsternowani.

pogromcy_duchw4

Ivan Reitman tym filmem potwierdził, ze komedia to jego prawdziwy żywioł. Ale nawet te „mroczniejsze” sceny zostają całkowicie wygrane. Twórcy są świadomi, że nie robią poważnego kina grozy, więc fani krwawszych i brutalniejszych tytułów mogą się poczuć rozczarowani. Ci, co chcą dopiero rozpocząć przygodę z gatunkiem horror und groza, mogą bez wstydu sięgnąć po „Pogromców”. I broń Boże, nie oglądajcie remake’u.

8/10

Radosław Ostrowski

Piekielna misja

Przed konferencją naukową znika ceniony profesor Montel. Ale nie jest to kwestia przypadku, gdyż naukowiec razem z kilkoma przyjaciółmi z całego świata odkrywa, iż gdzieś na Arktyce znajduje się tajna baza wojskowa z bronią nuklearną. By to sprawdzić zorganizowana zostaje ekspedycja, kierowana przez profesora oraz jego asystentkę, profesor Gerard. Zostaje nawet znaleziony nie najlepszej jakości okręt podwodny i wynajęty do dowodzenia, kapitan Jones.

piekielna_misja1

Samuel Fuller tym razem dostał troszkę większy budżet (bo film nakręcono w kolorze) i próbuje zrobić w stronę kina sensacyjno-szpiegowskiego. Jest zadanie, a powstrzymanie wybuchu III wojny światowej podejmuje się grupa ludzi ponad wszelkimi podziałami narodowymi. Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Japończycy, naukowcy, wojskowi, politycy – taki obrazek bardzo mocno krzepi i daje wiele nadziei, że ludzkość jest w stanie działać dla szeroko pojętego dobra. Sama intryga nie jest specjalnie skomplikowana, ale Fuller potrafi zaciekawić kilkoma pomysłami. Nie brakuje suspensu jak podczas konfrontacji na morzu z drugim okrętem podwodnym (wykorzystując kilka prostych sztuczek trickowych) czy zgrabnie zrobionego przesłuchania jeńca, wykorzystując… innego skośnookiego członka załogi. Nie zabrakło odrobiny strzelania i eksplozji, ale dla mnie największym problemem jest zbyt lekki ton całości.

piekielna_misja2

Jedynie w paru miejscach czuć wagę i powagę całej ekspedycji, a wszystko idzie troszkę za łatwo. I kompletnie niepotrzebny jest wątek drugiego naukowca. Ponieważ jest nią kobieta, to musi doprowadzić do pewnych spięć (wręcz bijatyki) oraz troszkę niepotrzebne wątku miłosnego między nią a dowódcą. Ale to nie zostaje zbyt mocno rozbudowane, przez co nie wywołuje silnej irytacji. Niemniej jest naprawdę nieźle.

piekielna_misja3

Co jest także zasługą solidnego aktorstwa z pewnym Richardem Widmarkiem w roli głównej. Jako cyniczny i szorstki kapitan przekonuje swoją postawą oraz opanowaniem. Poza nim trudno nie zauważyć ładnej Belle Darvi jako profesor Gerard – mocna kombinacja urody i intelektu (także talentu lingwistycznego). Podobni dobry jest kierujący cała wyprawą Victor Franzen (prof. Montel). Trudno się tu do kogokolwiek przyczepić, a fakt, iż mówi się nie tylko po angielsku, dodaje realizmu.

Troszkę zestarzał się pod względem warsztatowym i dość melodramatyczną muzykę w tle, ale to kawałek całkiem niezłego kina z prostym przesłaniem. Ale Fullera zwyczajnie będzie stać na więcej, lecz to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Stranger Things – seria 1

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, chociaż autor stara się tą ilość zredukować do niezbędnego minimum.

stranger_things1

Hawkins, stan Indiana, rok 1983. To właśnie tutaj mieszka paczka kumpli: Mike Wheeler, Will Byers, Lucas Sinclair i Dustin Henderson – bardzo młodych dzieciaków, którzy fajnie spędzają ze sobą czas, grając w gry fantasy (ale nie na komputerze), działają w kołku naukowym. Są zżyci ze sobą po prostu, prawdziwi przyjaciele. Ale pewnego wieczoru jeden z czwórki, Will nie wraca do domu. Po prostu znika bez śladu. Matka przeżywa załamanie nerwowe, brat chłopca (Jonathan), policja kierowana przez komendanta Jima Hoppera oraz kumple Willa, niezależnie od siebie prowadzą poszukiwania. I w tym samym czasie pojawia się łysa dziewczynka w szpitalnym ubranku, która może wiedzieć, gdzie jest Will.

stranger_things2stranger_things3

Tym razem Netfilx wsparła projekt braci Duffer, którzy z wielką pasją i sentymentem odtwarzają lata 80., a jednocześnie garściami biorą z kina tego okresu. Czyli mamy dziecięcą, ale szczerą przyjaźń, tajemniczą osobę z paranormalnymi mocami, outsidera, nastolatki z typowymi problemami oraz tajną organizację przeprowadzającą nielegalne eksperymenty. A że jeden z nich (jak to w tego typu produkcjach przystało) wymknął się spod kontroli i wszystko się spier…, to inna kwestia. Skojarzenia nasuwają się same: książki Stephena Kinga (główna intryga), filmy Stevena Spielberga, muzyka pełna syntezatorowej palety barw niczym Carpenter, Tangerine Dream czy Brada Fiedela. Wszystko to wygląda i brzmi znajomo, ale nie jest to absolutnie żadna wada, a najfajniejsze jest to, że twórcy skupiają się tylko na jednym wątku – poszukiwaniach dziecka.

stranger_things4stranger_things6

Historia na początku toczy się dość spokojnie, ale chodzi tutaj o zarysowanie tła oraz bohaterów. Nie brakuje tutaj dorosłych zajętymi swoimi sprawami oraz dzieci (także nastolatków), ukrywający przed nimi swoje tajemnice i lęki. Bo przecież nikt nie uwierzyłby, że widzieli potwora grasującego po okolicy i zjadającego ludzi, prawda? Dodatkowo twórcy wplatają retrospekcje zarówno związane z Willem i jego rodziną, jak i przede wszystkim tajemniczej Nastki (to skrót od Jedenastki, który brzmi lepiej jak na imię dla dziewczynki) – przetrzymywanej w podziemiach laboratorium. Tam też poznajemy jej moce – telepatia, lokalizacja za pomocą dźwięku, wkraczając do niepokojącego Innego Świata (Drugiej Strony), bardzo chłodnej wizualnie oraz pełnej paskudnej wydzieliny zarąbanej Obcemu. Znakomicie to buduje klimat tajemnicy oraz grozy, jak w scenie „kontaktu” z zaginionym za pomocą lampek. I jeszcze to monstrum, będące krzyżówką kwiatka z… Predatorem (ugry motherfucker), którego w pełnej krasie widzimy dopiero pod koniec odcinka 5. Pochwalić należy też scenografów, którzy z takimi detalami jak plakaty filmów z tego okresu („Coś”, „Martwe zło”, „Szczęki”) tworzą klimat tej epoki. Każdy detal robi ogromne wrażenie – budynek szkoły, laboratorium i mroczny portal, wreszcie piwnica Mike’a z grami planszowymi. To wszystko po prostu pochłaniałem niczym dziecko słodycze, a ostatnie dwa odcinki to prawdziwe mistrzostwo w budowaniu napięcia oraz intensywności emocji.

stranger_things7

Więcej wam nie zdradzę, bo muszę was jakoś namówić do spotkania z ferajną. Powiem tylko tyle, że bracia Duffer pewnie prowadzą całą historię, mają świetną rękę do dialogów, a aktorsko jest to zagrane znakomicie. Wiem, że dla wielu osób ością w gardle może być to, co robi Winona Ryder jako matka Willa. Jej lęk, obsesje i paranoja na pierwszy rzut oka wydają się nadekspresyjne i przeszarżowane, jednak jest to w pełni uzasadnione (ten rozedrgany głos i pełne przerażenia oczy), ale już pod koniec coraz bardziej zaczyna się uspokajać. Film bezczelnie kradną młode dzieciaki (Gaten Matarazzo, Finn Wolfhard, Caleb McLaughlin) pełni naturalności i chemii, mimo że to debiutanci. Zgrani, autentyczni w każdym wypowiedzianym słowie i geście, przypominający troszkę Goonies. Jest jeszcze Nastka, czyli Millie Bobby Brown – bardzo delikatna, nadwrażliwa, zagubiona dziewczyna poznająca nowy świat. Ale w chwilach zagrożenia zaczyna atakować i gryzie bardzo mocno, nie do końca panując nad swoimi mocami. Tą postać kupiłem najbardziej, tak jak komendanta Hoppera (rewelacyjny David Harbour). Pozornie glina z małego miasteczka, ale cechują go dwie rzeczy: zdrowy rozsądek oraz nieufność do władz (grany przez Matthew Modine’a dr Brenner), przez co zachowuje zimną krew w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

stranger_things8

Wiadomo już, że będzie druga seria, na którą trzeba będzie poczekać aż do Halloween (czyli 31 października) i warto będzie tak uczynić. „Stranger Things” to destylat wszystkiego, co było najlepsze w latach 80., będący idealną mieszanką kina familijnego, SF, horroru i… kina przygodowego. Na takie seriale zawsze jestem otwarty, mimo tego, iż twórcy troszkę grają znaczonymi kartami. To będzie klasyk, robiący furorę jeszcze przez następne dekady.

stranger_things5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Amy Macdonald – Under Stars (deluxe edition)

Under_Stars

Pamiętacie tą dziewczynę z gitarą, co 10 lat temu wypłynęła na cały świat dzięki przebojowi „This Is The Life”?  do tego czasu wydała jeszcze trzy płyty z paroma chwytliwymi przebojami, za fundament mając gitarę akustyczną. Teraz szkocka wokalistka Amy Macdonald wraca z piątym wydawnictwem. Czy równie udanym?

W zasadzie stylistycznie nic się nie zmieniło – to delikatna odmiana rocka zmieszana z popem. Jest nadal skocznie i przyjemnie, co czuć w pilotującym wydawnictwo „Dream On”. Tytułowy utwór serwuje pewną zmianę, gdzie mocniej brzmi gitara elektryczna, w tle grają spokojnie smyczki. Czasem odezwie się jeszcze elektronika („Automatic”), ale pojawi się też delikatny skręt w folk („Down by the Water”), wracając do elektrycznej gitary („Leap of Faith”) oraz delikatnego fortepianu (nastrojowe „Never Too Late”). Nby nie ma tutaj niczego, co byśmy nie znali, ale trudno odmówić całości uroku. Nawet jeśli piosenki powoli zaczynają się zlewać w jedno, oparte na podobnym schemacie. Nawet drobne ubarwienia (spokojna perkusja i łagodna gitara w „Prepare to Fall” czy chórek w refrenie „From the Ashes”) potrafią sprawić frajdę.

Trudno jednak odmówić Amy siły głosu, który nawet jeśli jest nadekspresyjny, to ma w sobie siłę przyciągania. Żeby jednak nam się nie nudziło, to w wersji deluxe mamy akustyczne wersje piosenek (nie wszystkich, tylko 7), przez co wypadają nawet lepiej niż w standardowych (choćby utwór tytułowy czy „Prepare to Fall”). I tu widać co gitara z perkusją są w stanie wyczarować. I za to lekko podciągam ocenę do pełnej

7/10

Radosław Ostrowski

Moonlight

Ponieważ w zeszłym roku Oscary (i nominacje) były do bólu rasistowskie, dające pole tylko białym twórcom, to w tym roku dla balansu postanowiono docenić czarnoskórych artystów i filmy opowiadające o czarnych, dla czarnych oraz z czarnymi w roli głównej. A sama jakość filmu pozostaje zepchnięta na dalszy plan, jakby pochodzenie oraz tematyka były kwestią najważniejszą. Skąd ten gorzki wniosek? Ano po obejrzeniu debiutanckiego filmu Barry’ego Jenkinsa.

moonlight1

Cała historia skupiona jest na Chironie, rozbijając ją na trzy akty. Pierwszy to dzieciństwo (wtedy nazywany jest „Małym”), drugi to okres licealny (i jest tym Chironem), by w trzecim akcie (jako dorosły człowiek) zmienić się w „Blacka” – gangstera zajmującego się dilerką. Jesteście zaskoczeni tym tokiem opowieści? Nie brzmi to zbyt oryginalnie, więc Jenkins próbuje ubrać to w ładne opakowanie, budując wszystko na niedopowiedzeniu, budowaniu nastroju oraz drobnych spojrzeniach. Problem dla mnie polega na tym, że tak naprawdę niewiele dostajemy w zamian. Już na początku poznajemy go jako uciekającego chłopca przed kolegami, nazywającymi go ciotą. Ale czy to oznacza, że nasz bohater jest gejem? On sam tego na sto procent nie wie, a jedna scena na plaży nie jest mnie w stanie do tego przekonać. Dodatkowo sama konstrukcja (przypominająca troszkę „Boyhood” Linklatera) nie sprzyja mocno – to ciąg luźno powiązanych scenek, gdzie bohaterowie (poza naszym chłopcem) pojawiają się i znikają zbyt szybko. Nie dotyczy to tylko stającego się mentorem dilera Juana (świetna scena, gdy opowiada o swoim spotkaniu ze starszą panią na Kubie czy nauki pływania) oraz jego kobiety Teresy, ale także matki Pauli, będącej dla chłopaka prześladującym po latach demonem (nie wychowała go porządnie, wolała za to trawkę i na to wydawała szmal). Relacja naszego bohatera z Kevinem niby jest jakoś podbudowana, ale tego kompletnie nie czuć.

moonlight2

To wszystko jest bardzo poszarpane, a przejścia między aktami rzucają na głęboką wodę i sami musimy domyślać się gdzie dokładnie jesteśmy, próbując odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Jeśli film miał opowiadać o próbie nakładania, zdejmowania masek, by zbudować swoją tożsamość w środowisku, gdzie bycie innym nie jest tolerowana, to nie do końca byłem w stanie się do tego przekonać.

moonlight3

Wszystko tu jest zbyt mocno tłumione w naszym bohaterze (bardzo przekonujący Alex Hibbert i Ashton Sanders, troszkę bardziej wycofany Trevante Rhodes), ale i tak cały ekran kradną Naomie Harris (mocna rola matki) oraz Mahershala Ali (Juan, który staje się dla bohatera ojcem jakiego nie miał). Choć nie mają wiele czasu ekranowego i postacie te nie są zbyt mocno zarysowane, bardzo mocno zapadają w pamięć, odciągając mocno uwagę od Chirona (a chyba tak być nie powinno).

moonlight5

Wiem, o co mogło chodzić reżyserowi, ale ten film zbyt skrótowo traktuje losy swojego bohatera, przez co wiele rzeczy nie jest dla mnie do końca jasnych (głównie środkowy segment). Gdyby wypełnione zostały te luki, może byłbym się w stanie przekonać do całości. A tak czuję bardzo duży zawód i jest to zdecydowanie nie moja wrażliwość.

6/10

Radosław Ostrowski

VNM – Halflajf

vnm-halflajf

Jeden z młodszych i bezczelnych polskich raperów, który założył własną wytwórnię (od zeszłego roku) De Nekst Best. VNM konsekwentnie tworzy swój styl, mieszając bragowanie z odrobiną osobistej refleksji. Teraz jednak wraca z piątym wydawnictwem jeszcze z zeszłego roku. „Halflajf” (pół życia) wydawało się, że będzie bardziej do rozkminiania, ale co z tego wyszło?

Utworów jest 13, ale nie należy być aż tak przesądnym. Za bity odpowiadają prawdziwy spece jak Johnny Beets, Deemz czy SoDrumatic. Początek jest prosty i nawet liryczny, bo „naiVe” ma ładny fortepian z wplecionymi, prostą elektroniką, by pod koniec zmienia się tempo pod r’n’b („falujące” tło). I wtedy pojawia się dźwiękowy mindfuck w postaci połamanej „Zmiany”, pełnej dubstepowej perkusji i przerobionych wokaliz w tle. To akurat nic, bo tutaj Tomek próbuje śpiewać. Wreszcie pojawia się (oczywiście) przewodzący fortepian z nieoczywistym wokalem w tle i minimalistyczną perkusją na „Narcyzie”, by mocno uderzyć w tytułowym numerze, gdzie B. Melo ciska elektroniką niczym fanfarami.

Obowiązkowe są tutaj cykacze i oszczędna perkusja, ale pojawiają się bardzo rzadko. Nie sposób zapomnieć także „Cyphera 2.0” – Kazzushi idzie w bardzo futurystyczną stronę, ale nie zapomina o skreczach czy oszczędny  „brejnFAK” z „bzyczącym” tłem. Ale takiego „Jak Tsubasa” (co tu odwalił SoDrumatic) to ja nie jestem w stanie przetrawić, gdyż jest tu za gruby bit zmieszany, zwłaszcza refrenu, gdzie VNM zwyczajnie irytuje. Podobnie działa na mnie „Face-Swap” – elektronika, dzwony, imitacja smyków wypadają nieźle. Ale w połowie kompletnie zmienia się podkład, atakując perkusją.

Co robi VNM? Miesza, chociaż flow ma bardzo przyzwoity, nawijając o relacjach damsko-męskich („brejnFAK”), bragguje jakie to ma skile i jaki jest zajebisty, imprezuje. Przy okazji lokuje markę Uber (ciekawe, ile mu zapłacili ;)) i próbuje… śpiewać, co jest równie niebezpieczne jak u Mesa. Dodatkowo odniósł wrażenie, że sam nie pociągnie ze swoim flow, więc pozapraszał gości, co dało połowiczny sukces. Kradnie uwagę Monika Borzym i Wdowa, co nie powinno nikogo dziwić, podobnie jak Sarius. Ale już Cywiński swoim głosem zwyczajnie irytuje (być może dlatego, ze robi to po polsku), psując kompletnie jakość swoich nagrań. Nieźle radzi sobie Sarsa w „Triggerze”, co jest pewną niespodzianką.

Trudno mi jednoznacznie ocenić „Halflajf”, gdzie nasz koleżka opowiada niemal o tym samym i w paru momentach potrafi bawić się hasztagami oraz skojarzeniami z obejrzanych filmów, przesłuchanych piosenek. Ale „Klaud Najn” zrobił na mnie dużo większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ukryte działania

O podbijaniu kosmosu powstało już wiele ciekawych filmów jak „Pierwszy krok w kosmos”, „Apollo 13” czy ostatnio „Grawitacja” (aczkolwiek ten ostatni to bardziej survival). Ale czy można połączyć podbój kosmosu z równouprawnieniem i walką o godne życie dla kolorowych? Najnowszy film Theodore’a Melfiego pokazuje, że tak. A wszystko skupia się wokół programu Merkury, czyli pierwszych załogowych lotów kosmicznych NASA. Jest mi znana ta historia, gdyż widziałem znakomity „Pierwszy krok w kosmos” Philipa Kaufmana, ale tym razem zobaczymy to z innej perspektywy.

ukryte_dziaania1

Bohaterki są trzy, ale tak naprawdę skupienie jest na jednej: Katherine Goole, czarnoskórej matematyczce, pracującej w dziale obliczeniowym NASA. Jej przyjaciółkami są koleżanki z pracy: pulchna Dorothy Vaughn (nieformalnie pełniąca rolę przełożonej) oraz Mary Jackson, mająca ambicje oraz zacięcie inżynieryjne. Wszystkie trzy pomagają przy obliczeniach nad trajektorią lotów statków kosmicznych, a kulminacją opowieści jest lot Johna Glenna. Więc stawka teoretycznie jest wysoka, bo trzeba walczyć – w końcu finałowym celem jest Księżyc.

ukryte_dziaania2

Tej strony pracy w NASA nie pokazywano zbyt często na ekranie, więc jest to na pewno ciekawy punkt widzenia. Twórcy umieszczają to w konkretnym kontekście – pojawia się w telewizji dr King oraz zdarzenia związane z nienawiścią wobec czarnych (wspomniane jest podpalenie autobusu), wreszcie ciągle jest odczuwalna segregacja (oddzielne półki w bibliotece, miejsca w autobusie, toalety w budynku NASA), co bywa irytujące, ale nie zostało pozbawione humoru (sprawa toalety, która zostaje brutalnie rozwiązana za pomocą łomu czy uruchomienie komputerów IBM). I to nadal zastanawia, chociaż minęło już tyle lat od tych wydarzeń. Sporadycznie też poznajemy życie prywatne naszych pań, chociaż jest to ledwo liźnięte. Nie żeby to był zarzut, w końcu nie jest to najważniejszy motyw całej historii, ale pozwalał zbudować psychologię bohaterek, ich motywacje, lęki. zarówno walkę o możliwość studiowania (jedna, ale mocna scena w sądzie) czy pojawienie się nowego partnera dla Katherine – to daje także odrobinę luzu i humoru (padłem ze śmiechu przy scenie oświadczyn podczas kolacji rodzinnej).

ukryte_dziaania3

Trudno się przyczepić do kwestii technicznych – scenografia i kostiumy wiernie oddają realia epoki, dodatkowo wplatając archiwalne materiały. Zwłaszcza wygląda NASA oraz pracy Sekcji Obliczeniowej robią dobre wrażenie, nie dominując nad całością filmu. A lot Glenna (mimo wiadomego finału) potrafi utrzymać w napięciu, co jest pewną sztuką. Troszkę to psuje pojawiające się patetyczne wypowiedzi dotyczące pościgu za Ruskimi w podboju kosmosu, ale nie wywołuje to mocnego bólu gardła.

ukryte_dziaania4

Sam film byłby zaledwie poprawny, gdyby nie więcej niż solidne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się bardzo wyrazista Taraji P. Henson jako pani Goole. Skupiona, zdystansowana i próbująca dbać o własną rodzinę, ale gdy dokonuje obliczeń matematycznych przy tablicy, to wtedy działa jak prawdziwy komputer z iskrą geniuszu. Te sceny to prawdziwa wisienka na torcie. Poza nią solidny poziom trzyma Octavia Spencer (Dorothy Vaughn), chociaż pozostaje bardzo w cieniu partnerek. Niespodziankę wszystkim zrobiła piosenkarka Janelle Monae jako twardo walcząca o swoje Mary Jackson z odrobinę niewyparzoną gębą (spotkanie z policjantem na początku filmu), debiutując z prawdziwym hukiem. Ale drugi plan podporządkowuje wracający do formy (i dobrego doboru ról) Kevin Costner w roli szefa sekcji, Ala Johnsona. Trzeźwo myślący, niepozbawiony ambicji, ale i wyrozumiałości facet z dobrym ser duchem (ideał szefa, prawda).

„Ukryte działania” nie tworzą niczego nowego w historii kina, tylko są kolejnym przykładem historii, która może zainspirować do walki o swoją godność, spełnienie zawodowe. Solidne rzemiosło, sprawnie udokumentowane i oddające ducha realiów, ale brakuje w tym pazura. Ale czepiać się nie będę.

7/10

Radosław Ostrowski

Paweł Domagała – Opowiem ci o mnie

Opowiem_ci_o_mnie

Jak aktor bierze się za śpiewanie, to jest od razu oskarżenie o to, że zwyczajnie kaprysi i tak naprawdę próbuje zbić kapitał na swojej popularności. Ale od każdej reguły są wyjątki i zdarzają się dobrzy śpiewający aktorzy, co nawet wydają płyty jak Robert Downey Jr., Piotr Machalica czy ostatnio Julia Pietrucha. Do tego grona postanowił dołączyć aktor warszawskiego Teatru Dramatycznego, znany głównie z ról komediowych – Paweł Domagała.

Wsparty przez doświadczonego kompozytora oraz aranżera Łukasza Borowieckiego stworzył „Opowiem ci o sobie”. Zawiera on tylko 10 piosenek, napisanych przez Domagałę. Początek jest przyjemnie bujający – tak ładna jest „Zuza”. Nie brakuj odrobiny mroku (szorstka gitara oraz płynąca elektronika w „Hiobie”), ale tylko po to, by wejść w ciepły, niemal folkowy świat („Gdybyś była”) oraz przyjazny pop („Nie zdejmuj rąk”). Aranżacyjnie to naprawdę ładne piosenki, gdzie swoje robi przede wszystkim gitara akustyczna (gra sam artysta) oraz fortepian. Czasami jednak pojawia się nieoczywiste dźwięki jak kongi (pozytywne „Szczęście”) czy akordeon („Warszawa”). Co piosenka, to niespodzianka i chce się po odsłuchaniu jeszcze raz wejść w ten album.

A sam wokal jest więcej niż przyzwoity – bardzo delikatny, ciepły i nastrojowy, przypominający wielu chłopaków z gitarami. I jest całkowicie szczery w swoim śpiewaniu, opowiadając o prostych sprawach: wierze, miłości, troskach. Tu dzieje się wiele, a emocje dosłownie kipią. Jesteście ciekawi tej opowieści? Bo nie powinniście się zawieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Dandys Flow

dandys-flow-b-iext47362514

Raperski duet Dwa Sławy znany był z serwowania dość ironicznego spojrzenia na świat za pomocą bardzo krzywego zwierciadła. Tak było w przypadku kozackich „Ludzi sztosów”, ale Rado z Astkiem chyba zaczynają czuć zmęczenie tym wizerunkiem. Dlatego pierwszą reakcją na „Dandys Flow” może być konsternacja i szok.

Otwierający całość „Catering” brzmi bardzo współcześnie – zapętlona wokaliza, pulsująca elektronika, długie pasaże smyczków. Im dalej, tym coraz bardziej nieoczywiste szlaki przechodzimy. Nie brakuje tutaj skrętu w stronę r’n’b spod znaku The Weeknd („Piotr Pan”), minimalistyczna perkusja z zabarwieniem etnicznym („ATCS”, „Mogłoby się wydawać”), by w refrenie przyłożyć dubstepem, zaatakować agresywniejszą elektroniką („Furia”) i nawet zaatakować dyskotekowe parkiety („Pengaboys”) czy inspirować się The Streets („Estrogen”, który wydaje się być odpowiedzią na „Testosteron” Kayah). Rozrzut i strzał stylistyczny jest duży, ale udaje się zachowac w tym wszystkim spójność, co jest zasługą obydwu Sławów. Tutaj bity są zasługą głównie Marka Dulewicza, ale swoje dorzucił także P.A.F.F. (autor słynnego hymnu San Escobar), SoDrumatic czy Julas (powoli rozkręcające się „Zabierz mnie gdzieś”). Wiem, że dla wielu to skręcanie w stronę bardziej elektronicznych bitów, ale nie wywołuje to takiego rozpaprania jak chociażby u Tego Typa Mesa. Tutaj jest bardziej zachowawczo, chociaż ortodoksi i tak będą wściekli.

Panowie kompletnie odcinają się od poprzednika, chociaż nawijkę nadal mają pierwszorzędną. Nie brakuje zarówno dowcipnych hasztagów, wystrzałowych metafor (całe „Pengaboys”, gdzie m.in. Na moje wielowymiarowe metafory muszę sobie kupić drukarkę 3D)  gry słów („Tough Love”), odrobiny humoru (zakamuflowane „Outro”) oraz pomysłowego storytelling („Zabierz mnie gdzieś”).  A o czym mówią? Zarówno o swojej popularności, zmęczeniu życiem, relacjach damsko-męskich czy rozładowywaniu negatywnych emocji. Nie brakuje także przyspieszeń oraz inteligentnych obserwacji, ale to musicie sami się przekonać. Mi najbardziej chwyciło „Tough Love”, „Pengaboys” oraz refleksyjne „A może by tak”.

„Dandys Flow” to tym razem poważniejsze oblicze Sławów. Ci, co pokochali kompletnie miażdżących „Ludzi sztosów”, to nie znajdą tutaj dla siebie zbyt wiele, zaskakując bardziej dojrzałym spojrzeniem na świat. Dużo jest rozkminiania, ale i refleksji. Nieoczywisty miks, ale z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Lion. Droga do domu

Indie – kraj bardzo barwny i pełen niesamowitych krajobrazów.  Właśnie tam mieszkał Saroo, młody chłopiec przebywający tam z siostrą (jeszcze niemowlę) i starszym bratem Godoo. Żyją oni w strasznej biedzie, ale wspierają się jak mogą. Pewnego dnia Saroo razem z bratem jadą szukać pracy. Chłopiec jest zmęczony, a starszy brat rozgląda się za pociągiem. Długo nie wraca i chłopiec próbuje go znaleźć na dworcu, ale zasypia w pociągu jadącym do Kalkuty. Zostaje sam w obcym mieście, trafiając niemal do piekła. Wreszcie trafia na życzliwych ludzi, którzy organizują adopcję dla rodziny z Australii. Ale po 25 latach przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć.

lion1

Garth Davis sięgnął po historię tak nieprawdopodobną, że musiała wydarzyć się naprawdę. „Lion” to film o poszukiwaniu własnej tożsamości i rozdarciu między teraźniejszością a przeszłością oraz jej demonami. chłopaka prześladuje to, że zniknął bez śladu i nie udało mu się odnaleźć swoje biologicznej rodziny. Reżyser przekazuje te wszelkie emocjami obrazami: jest wiele przebitek z przeszłości, pełnych nasyconej kolorystyki oraz trzymających za serce (przynajmniej w zamierzeniu) scen jak ucieczka z dworca, samotna jazda pociągiem czy pobyt w areszcie. Czyli nie brakuje tutaj mroku, strachu i zagubienia. Także we współczesnym, bardzo sterylnym świecie, gdzie Saroo czuje się troszkę wykorzeniony (stonowana kolorystyka). W tą stylistykę wpisuje się także bardzo wzruszająca muzyka, która nawet poza filmowym kontekstem jest rewelacyjna. Jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżyser wmawia mi co mam czuć, manipuluje mną. Ta opowieść sama w sobie powinna mną poruszyć i przez pierwszą połowę (do adopcji) tak właśnie jest.

lion2

Ale im dalej w las, tym bardziej przestało mnie obchodzić tak mocno, aczkolwiek przebijające się retrospekcje czy scena rozmowy z matką, proszącą naszego bohatera o wsparcie zapadają mocno w pamięć. Czułem się wtedy bardzo mocno sterowany i nie do końca uwierzyłem w tą opowieść. I najgorsze jest to, że nie wiem z czego te odczucia wynikają, bo wszystko wydaje się być na swoim miejscu.

lion3

Jeśli miałbym wskazać (poza oprawą audiowizualną) coś, co naprawdę zagrało to dobre aktorstwo. Dotyczy to głównie rewelacyjnego Saroo. Zarówno jego dziecięce wcielenie (objawienie w postaci Sunny’ego Pawara), jak i jako dorosły (przekonujący Dev Patel) tworzą bardzo wiarygodną psychologicznie postać – wrażliwego człowieka, który coraz bardziej zaczyna się zamykać w sobie, tłumi emocje, miota się między wdzięcznością od losu, a przeszłością, brakiem swojej „prawdziwej” rodziny. Poza nim najbardziej wybija się grająca na solidnym poziomie Nicole Kidman (matka adopcyjna) oraz Abishek Barathu (Godoo).

lion4

Ten film wywołuje we mnie mieszane uczucia – z jednej strony jest świetny od strony audio-wizualnej, bardzo spójny i konsekwentnie prowadzony, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia manipulacji oraz stosowania emocjonalnego szantażu. Na pewno jest to pozycja warta uwagi i wiele kadrów zostanie w pamięci na długo.

6,5/10

Radosław Ostrowski