Kradzież na South Street

Poznajcie Skipa. Skip to drobny złodziejaszek, zajmujący się kradzieżami damskich torebek. Któregoś wieczoru, jak zawsze, robi swoją mała robótkę, sprytnym ruchem zabierając portfel z torebki. Nie spodziewał się jednak, że jej zawartość ściągnie mu na głowę aż tyle osób. Okazuje się, że w torebce należącej do Candy znajdował się mikrofilm, zawierający wzór chemiczny. To tajemnica państwową, zdobyta przez komunistów, dlatego pierwotni właściciele (rękami Candy), jak i policja chcą odzyskać film.

kieszonkowiec1

Tym razem Samuel Fuller bawi się w czarny kryminał, robiąc to z maestrią godną prawdziwych profesjonalistów. Skromny budżet nie jest dla niego żadnym problemem, a intryga jest tutaj bardzo piętrowa. Półświatek, wywiad, komuniści, policja – to wszystko tworzy zespół naczyń połączonych, balansując na granicy uczciwości i bandytyzmu. Wszystko się obraca wokół mikrofilmu, który jest klasycznym McGuffinem, żadnych skrętów wobec naszych bohaterów. Fuller nie bawi się w półśrodki, chociaż scen przemocy nie ma zbyt wiele. Nie brakuje zgniłego, zepsutego miasta, nie do końca działających zgodnie z prawem gliniarzy, uwodzicielską femme fatale (Candy i ta jej sukienka!!!), no i w końcu nasz Skip. Mimo twarzy anioła i krótkich blond włosów, to cyniczny twardziel, polegający na własnym sprycie oraz kompletnym braku zaufania.

kieszonkowiec2

Mimo tego reżyser uważnie portretuje środowisko, gdzie drobne cwaniaczki nieco trzymają się razem i próbują wiązać koniec z końcem. Nie zawsze uczciwie, ale ceny wzrosły. Najmocniej to widać w postaci Moe (znakomita Teresa Ritter), znającej wszystkich złodziejaszków, ale też posiadająca swój własny honor. Parę razy pojawia się patriotyczna gadka o współpracy dla kraju i walce z komunistami, ale zostaje to rozładowane ironicznym humorem. Za pomocą płynnych zdjęć i dość szybkiego montażu (finałowa bijatyka na metrze) trzyma w napięciu, podkręcając klimat.

kieszonkowiec3

W zasadzie przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza to udźwiękowienie podczas bijatyk – te ciosy brzmią z dzisiejsze perspektywy strasznie archaicznie. Drugą rzeczą jest wpleciony wątek miłosny między naszym Skipem a Candy – wynikająca tak nagle i gwałtownie, że aż trudno było mi w to uwierzyć. Nie kłuje to jednak aż tak mocno, gdyż jest to zgrabnie zabrane. Cwaniakowaty Richard Widmark ma taką pewność siebie, że zawsze jest w stanie spaść na cztery łapy. Widać to podczas rozmów z gliniarzami, gdzie w zasadzie wydaje się wyluzowany, bezczelny, niegłupi. Partnerująca mu Jean Peters potrafi oczarować i dobrze się odnajduje w roli zaplątanej w tym układzie między chłopakiem a Skipem. To gwałtowne uczucie między tą dwójką z czasem przekonuje i nie czuć tego fałszu.

kieszonkowiec4

Na razie „Kradzież…” to najlepszy film Fullera, który został zrobiony pewna ręką, nadal potrafi trzymać w napięciu do końca. Mimo czasów realizacji (jeszcze Kodeks Hayesa funkcjonował), godnie się starzenie, co jest zasługą świetnego aktorstwa oraz niezawodnej reżyserii. Technicznie nadal potrafi zaskoczyć (sceny kradzieży, bijatyki), pokazując mroczną stronę miasta. Zapomniana perła lat 50.

8/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Deep Purple – Burn (30th Anniversary Remastered)

Deep_Purple_-_Burn

Kto z fanów muzyki rockowej nie zna Deep Purple? Grupa z charyzmatycznym wokalistą Ianem Gillanem na pokładzie już w latach 70. robiła wielką furorę, a już wkrótce pojawi się nowe wydawnictwo. Jednak zanim do tego dojdzie, zrobimy mały krok w przeszłość. Jest rok 1974 i wychodzi album „Burn”. Wtedy doszło po konfliktu w grupie, którą opuścił Gillan i basista Roger Glover zastąpieni przez Davida Coverdale’a (później założył Whitesnake) i Glenna Hughesa. W tym nowym składzie wyszedł ósmy album grupy „Burn”.

Album zaczyna tytułowy utwór, gdzie mamy szybką perkusję, prosty gitarowy riff oraz mocne organy w tle. Do tego świetny riff w połowie (Blackmore kolejny raz pokazuje klasę), z dołączonymi klawiszami Lorda. Nie inaczej jest z pozornie wolniejszym „Might Just Take Your Life”, gdzie prym wiodą organy i bluesowy klimat, a także świetnie zaśpiewane wspólnie refreny (w środkowej części brzmi to znakomicie). Nie brakuje też ognia i mocy jak w „Lay Dawn, Stay Down” z bardzo szybkim wstępem fortepianowym (to w ogóle fortepian szaleje na drugim planie) oraz płynnym riffem. Dalej dostajemy chropowate i mroczne „Sail Away” z prostym (lecz skutecznym) refrenem opartym na krótkiej zmianie perkusyjnego rytmu, a także dziwaczne (lecz gitarowe) „You Fool No One” – takiego wstępu jeszcze nie zdążyło mi się słyszeć. Jakby nienagrana wcześniej piosenka Cream, ale psychodeliczny środek instrumentalny i riffy Blackmore’a wskazują na Purpurę.

Troszkę przebojowo się robi na „What’s Going On Here” z bluesowym fortepianem oraz mroczny „Mistreated”, który bardzo wolno się rozkręca, chociaż gitara i klawisze dwoją się, troją, atakują zewsząd, jednak bez specjalnego popisywania się (może poza zakończeniem). Wtedy dostajemy coś nieoczywistego w postaci instrumentalnego „A 200”, pełnego bardzo nieoczywistej elektroniki pachnącej odrobinę Orientem.

Ponieważ jest to remaster, to wszystkie dźwięki oczyszczono i przywrócono im blask, dając prawdziwego kopa. A żeby się nam nie nudziło, to dostajemy pięć dodatkowych utworów (remiksy). O dziwo Coverdale dobrze odnalazł się w grupie, godnie zastępując Gillana. „Burn” nie jest wymieniane jako jedna z wielkich płyt Deep Purple, ale brzmi ona bardzo dobrze, mimo upływu lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Miss Montreal – Don’t Wake Me Up

miss-montreal-dont-wake-me-up

To moje drugie spotkanie z holenderską wokalistką Roos-Anne Hans, ukrywającą się pod pseudonimem Miss Montreal. Wydany w 2014 roku „Irrational” był dla mnie czymś świeżym oraz ciekawym doświadczeniem. Liczyłem, że „Don’t Wake Me Up” będzie czymś podobnym.

Początek jest tajemniczy – tykanie zegara i budująca mroczny klimat elektronika, do której dołączają odbijające się niczym echo dźwięki smyczka oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. I zgodnie z tytułem tego utworu, nie mam nic więcej do powiedzenia. „Nothing Left to Say” chwyta do końca, by dalej zaskoczyć kolejnymi instrumentami wchodzącymi do gry. Jednak tytułowy utwór rozdrażnił mnie swoją popową perkusją oraz dziwacznie przerobioną gitarą na samym początku, ale na dodatek mamy jeszcze mamy irytujące chórki. Koszmarek. Kiedy wydawało się, że gorzej nie będzie pojawia się „What If”, czyli nudna balladka z paskudnym fortepianem i kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu (gitara brzmi ok, ale to tyle). Dyskotekowy flirt z elektroniką w postaci „One Last Drink” mówiąc wprost nie pasował mi tu w ogóle – głośny, nachalny plastik.

Dlatego tak wielką ulgą dla mnie było folkowe „House Upon the Hill” oraz „Sail”. Od tego momentu zaczyna się lepsza połowa wydawnictwa. Nawet zbyt krzykliwe chórki („Tic Toc”) nie były w stanie mnie wywrócić z równowagi, a na pierwszy plan zaczął się wysuwać fortepian („This Is What It Means”). Wtedy przypomina o sobie początek wydawnictwa w postaci „Love You Now”, które brzmi całkiem nieźle.

„Don’t Wake Me Up” zwyczajnie rozczarowało zbyt plastikowym podejściem do całości. Nawet te folkowe (przyjemne) piosenki dają radę, jednak przez sporą część męczyłem się podczas odsłuchu. Przesłuchać i zapomnieć.

5/10

Radosław Ostrowski

Kuba Leciej – Echo

10325263_927580050657382_735570079983357966_n1

Debiutant, który zrealizował swój album dzięki wsparciu finansowemu na jednym z portali crowfundingowych. Kuba Leciej jest wokalistą i gitarzystą, współpracującym m.in. ze Slums Sttack, Don Guralesko czy Kaena. Wiem, że to dość kontrowersyjne rekomendacje, ale nie należy się zrażać. Przy debiucie artystę wsparli muzycy Lombardu, a debiutanckie „Echo” pachnie pop-rockiem. Czy jest dobrze?

Początek jest dość mocny, bo „Aylan” ma perkusyjnego kopa oraz surową elektronikę niczym z lat 90. I wypada całkiem przyzwoicie. Dalej jest na podobnym poziomie: mroczne „Nie odwracam się” z pobrudzoną gitarą oraz szybką końcówką czy nie pozbawione chwytliwego riffu „Nie umiem wiele dać” z przesterowaną elektroniką. Na mnie największe wrażenie zrobił osobisty „Synu”, gdzie gitara ma więcej do powiedzenia oraz melancholijne „Więcej”, które pilotowało całe wydawnictwo. Z drugiej połowy warto zwrócić uwagę na „Postalenko” oraz „Przepraszam Cię”.

Samo „Echo” jest całkiem solidnym wydawnictwem bez jakiś wielkich sukcesów, ale i wpadek nie ma tutaj specjalnie dużych. To ten rodzaj muzyki, który sprawdzi się bez zarzutu w radiu, jednak niespecjalnie wyróżnia się z tłumu. Sam Leciej wokalnie daje radę, a teksty nie irytują. To już sporo, ale brakuje jakiegoś pazura w tym niby rockowym graniu.

6/10

Radosław Ostrowski

Sampha – Process

Process_-_Sampha_album

Jeśli pojawia się jakiś nowy talent, który podbija powoli listy przebojów z całego świata, kompletnie zaskakując wszystkich, możemy być pewni, że pochodzi on z Wielkiej Brytanii. Tak jest w przypadku niejakiego Samphy – młodego kompozytora i wokalisty, płynącego w kierunku soulu, elektroniki i r’n’b. Do tej pory tworzył m.in. dla Jessie Ware, Drake’a, Solange czy Kanye Westa, ale tym razem postanowił stworzyć coś na własne konto. Tak narodził „Process”, współprodukowany przez samego artystę oraz Rodaidha McDonalda (współpraca m.in. z The xx, Vampire Weekend czy Daughter).

I te wpływy są bardzo mocno odczuwalne, co czuć już w otwierającym całość „Plastic 100°C”, pełnym dźwięków harfy, tykającej gitary oraz odbijającej się niczym echo perkusji. Jest w tej minimalistycznej formie coś, co intryguje i nie daje spokoju. Znacznie bogaciej i przebojowo robi się w „Blood on Me”, któremu najbliżej do The xx. Wokalizy w tle, szybka perkusja, fortepian – to wszystko ubarwia i tworzy bardzo mocne dzieło. Tak samo jak ubarwiona akustycznymi gitarami „Kora Sings”, pełna przebojowości i skoczności, by automatycznie wyciszyć się w intymnym „(No One Knows Me) Like the Piano”. I takie też na początku wydaje się „Take Me Inside”, gdzie mamy ładny fortepian, do którego dochodzą powoli smyczki. Ale ostatnie pół minuty to elektroniczna magia.

Powrót do sampli oraz czarów klawiszowych daje nam „Reverse Faults” oraz pulsujące „Under” z zapętlonym refrenem. Dalej jest równie czarująco, a bardzo delikatny wokal Samphy może sprawić do rozmiękczenia kilku pań (wystarczy posłuchać rozmarzonego „Incomplete Kisses”).

Tylko mam jeden mały problem – „Process” jest świetnie zrobiony i zrealizowany, ale wprawił mnie w obojętność. Może to kwestia kolejnych odsłuchów, by przekonać się do całości. Szanuję i doceniam.

7/10

Radosław Ostrowski

Steve Vai – Passion and Warfare [25th Anniversary Edition]

SteveVaiPassionAndWarfare

Nazwisko Steve’a Vaia niewiele mi mówiło. Ale jak się okazało, trzeba było bliżej poznać się z tym ciekawym gitarzystą. Muzyk współpracował z Frankiem Zappą, grał w Whitesnake i uczył go sam Joe Satriani. To mocna rekomendacja, a okazją do bliższego poznania tej rockowej duszy było wznowienie drugiej solowej płyty „Passion and Warfare” z 1990 roku.

Przy nagrywaniu muzykowi towarzyszyli: klawiszowiec David Rosenthal (współpraca m.in. z Billym Joelem, Rainbow, Brucem Springsteenem), perkusista Chris Frazier (Whitesnake) i Tris Imboden (Chicago) oraz basista Stuart Hamm (Joe Satriani). Początek jest krótki i podniosły w postaci „Liberty”, ale potem wchodzi ogniste „Erotic Massages”, gdzie czuć troszkę ducha Whitesnake, a bas z klawiszami tworzą zgrabny duet. A gdy pod koniec grzmi piorun, to atmosfera jest mocno nieprzyjemna. I znowu riffy podkręcają aurę. Ducha klasycznego rocka czuć w płynącym „The Animal”, gdzie znowu przygrywają delikatnie klawisze, a zapętlone riffy przypominają Satrianiego.

Kiedy wydaje się, że tak już zostanie następuje wolta w postaci dynamicznego „Answers”.Zaczyna się akustyczną gitarą, szybkimi popisami niemal dyskotekowej perkusji oraz metalicznego basu, by powoli dać głos gitarze elektrycznej i popisującym się klawiszom. Tak samo mocny jest kolos „The Riddle”, zaczynający się od zgranej sekcji rytmicznej oraz szybkich popisów Vaia. Nie sposób zapomnieć delikatnej gry klawiszy (środkowa partia utworu) oraz akustycznej gitary zmieniającej nastrój w połowie, a także wokali pod koniec. Najbardziej pamiętam czarującą, wręcz baśniową „Ballerinę 12/24” (ta akustyczna gitara na początku), ale pod koniec słychać dziwne oddychanie. To jednak wstęp do melancholijnego „For the Love of God” gdzie znowu gitara czaruje, a następnie do rock’n’rollowego jak diabli „The Audience is Listening” poprzedzonego krótkim wstępem, gdzie nasz bohater jako chłopiec jest zapowiadany przez nauczycielkę i zapewnia, że będzie najlepszym gitarzystą (jej reakcje na popisy Vaia robią niesamowite wrażenie nawet teraz). Jest też bluesowy „Blue Powder”, pachnący odrobinę Dalekim Wschodem.

Żeby jednak nie było tak słodko, pojawiają się odrobinę słabsze fragmenty jak troszkę kiczowaty „I Would Love To” (elektronika tutaj mocno się zestarzała) czy zbyt popisujący się i mało angażujący „Greasy’s Kid Stuff” połączony z psychodelicznym „Alien Water Kiss”. Także elektronika lekko się zestarzała w akustycznym „Sisters”, jednak nie irytuje to tak mocno, jak w poprzednich utworach, a pokręcony „Love Secrets” jest tak psychodeliczny, że mógłby go napisać Frank Zappa. Niezłe dziwadło.

Z okazji rocznicy dostajemy cztery dodatkowe kawałki. Pięknie brzmi liryczny „Lovely Elixir” z bardzo oszczędnym i delikatnym tłem. Druga jest alternatywna wersja „And We Are One” z niemal łkającą gitarą, wersja demo „As Abyss” z militarnym zapędem oraz orkiestrowa wersja „So Below” zrealizowana przez Nielsa Bye Nielsena (bajkowo to brzmi). I te dodatki (niewiele ich) dodają smaka do całości.

„Passion and Warfare” dobrze znosi próbę czasu, dając frajdę fanom muzyki rockowej. Nie brakuje ognia, riffów i pięknych kompozycji. Nie bez powodu album uważany jest za największe dokonanie Vaia. Od tego albumu można zacząć przygodę z rockamanem.

8/10

Radosław Ostrowski

The Gloaming – 2

the gloaming - 2

Irlandia zawsze kojarzy się z pięknymi krajobrazami oraz bardzo etniczną muzyką. Enya, The Fishtanks, Clannad – to najbardziej znane grupy z tej zielonej wyspy. Teraz do tego grona dołącza The Gloaming, działający od 6 lat. Tworzą go muzycy: Martin Hayes, Iarla O Lionaird, Caoimhin o Raghallaigh, Dennis Cahill oraz grający na fortepianie producent Thomas „Doveman” Bartlett. Zamiast jednak na początkach ich ścieżki, skupię się na drugim albumie wydanym w zeszłym roku pod prostym tytułem „2”.

Zaczyna się od wyciszonego, ale trzymającego za gardło „The Pilgrim’s Song”, gdzie w tle łagodnie przygrywa fortepian, któremu towarzyszą skrzypce. Instrumenty dominują całkowicie nad wokalem śpiewającym w gaelicku. Nie brakuje bardziej skocznych fragmentów (pozornie melancholijny „Fainleog” i „The Booley House”), ale i bardziej refleksyjnych (instrumentalny „The Hare” czy gitarowy „Oisin’s Song”). Trudno nie odmówić spójnego klimatu, wylewającego się z każdego dźwięku oraz instrumentu. Trudno wyróżnić jakiś poszczególny utwór czy kompozycję, co dla wielu może być sporą wadą. Nie brakuje w tym wszystkim emocji i charakteru, ale nie zapada to zbyt mocno w pamięć.

„2” brzmi jak Irlandia w całej swojej krasie – piękna, ciepła i potrafiąca poruszyć nawet najbardziej twarde serduszka. Trudno wybrać jakiś wyrazisty fragment, po prostu należy tą płytę wchłaniać w całości niczym potrawę. Wtedy da ona wiele satysfakcji.

7/10

Radosław Ostrowski

Love & Mercy

Czy jest ktoś kto nie kojarzył popularnego w latach 60. zespołu The Beach Boys? Rock’n’rollowi chłopcy śpiewający o surfingu, dziewczynach i Kalifornii? Fundamentem tej grupy był basista, wokalista i kompozytor Brian Wilson. I to o jego burzliwych losach opowiada film „Love & Mercy”. Akcja filmu rozgrywa się dwutorowo, przez co poznajemy dwa oblicza tego człowieka. Jesteśmy w latach 60., gdy Wilson jest w szczytowej formie twórczej, realizując swoje opus magnum, czyli „Pet Sounds”, by przenieść się w latach 80., gdy muzyk jest na skraju załamania nerwowego oraz terapii u tajemniczego dr Landy’ego. Wtedy na jego horyzoncie pojawia się Miranda – sprzedawczyni samochodów.

love__mercy1

Brzmi jak love story? Nie do końca, bo fabuła nie jest klasyczną biografią od narodzin aż do dnia dzisiejszego. Reżyser Bill Pohlad skupia się na dwóch kluczowych momentach: okresie świetności grupy oraz kompletnej izolacji przez kontrowersyjnego lekarza, który przejął nad nim pełną kontrolę. A w tym wszystkim najważniejsza jest muzyka. Skąd Wilson brał pomysły na swoje kawałki? Zabrzmi to głupio, ale one siedziały w nim, tylko trzeba było otworzyć ją z siebie. Jak to zrobić? Ciągłym siedzeniem przed fortepianem oraz ciągłym doszlifowywaniem w studiu. Rozmowami oraz współpracą z muzykami w studio, aż do osiągnięcia zamierzonego efektu. Oglądanie pracy z muzykami i przekonywanie do swoich pomysłów reszty zespołu to najlepsze sceny. Ale powoli odkrywamy jak silny wpływ na Wilsona miały dwa czynniki. Pierwszym był tyranizujący, despotyczny ojciec, bijący i krytykujący dokonania naszego bohatera (jego jeden cios był tak mocny, że stracił częściowo słuch w uchu). Drugim była choroba psychiczna – nasz bohater słyszał głosy. Dopóki dzięki nim słyszał muzykę i przelewał ją na swoje dzieła, było w porządku. Ale to ona wyniszczyła jego charakter, zmieniając go we wrak – grubego, niesamodzielnego myślenia, tłumiącego swoje pragnienia i marzenia.

love__mercy2

Imponuje tutaj strona wizualna – zdjęcia pokazujące lata 60. wyglądają dokładnie jakby w tym czasie były kręcone. Podobna faktura, kolorystyka (wykorzystano do kręcenia tych scenach te same kamery, co w latach 60.), a jednocześnie skupienie na detalach. Lata 80. wydają się bardziej stonowane kolorystycznie, a Pohlad pozwala sobie na przejścia w czasie (scena, gdy nasz bohater leży w łóżku i przed nim stoi ktoś inny), miesza chronologię i skupia się na muzyce. Wszystko to się zgrabnie przekłada, a brak klasycznej biograficznej konstrukcji to duży plus.

love__mercy3

Drugim plusem jest świetne aktorstwo. I tutaj należy pochwalić Paula Dano oraz Johna Cusacka grających Briana Wilsona. Obydwaj znakomicie odgrywają lęki, stany psychotyczne (mocna scena kolacji, gdy coraz głośniej słyszy odgłosy sztućców, talerzy). Pierwszy nie do końca radzi sobie z presją otoczenia, wchodząc w narkotyki oraz coraz mocniej słyszalne głosy, a drugi jest bardzo wycofany, zagubiony i pozbawiony własnej woli. Ale i tak widzimy jedną, tą samą postać, wiarygodną psychologicznie. Poza tym świetną parą jest jeszcze Paul Giamatti – manipulujący, działający destrukcyjnie na Wilsona dr Landy, który tylko udaje życzliwego, ciepłego faceta. Na drugim biegunie jest kompletnie nieoczywista Elizabeth Banks (Miranda), wcielająca się w silną, twardo stąpającą po ziemi kobietę. Razem z nią jesteśmy zdumieni sytuacją Wilsona, a coraz bardziej zaczyna jej na nim zależeć na mężczyźnie i próbuje go uwolnić.

love__mercy4

„Love & Mercy” nie jest oczywistą, klasyczną biografią za co należy pochwalić twórców i próbują skupić się na talencie Wilsona, a nie tylko na jego życiu zawodowym i prywatnym. Ogląda się go dobrze, muzyka pięknie nam towarzyszy, a wiele scen (realizacja „Pet Sounds”) to prawdziwe perełki. Niedocenione, ale świetne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarownice z Eastwick

Eastwick to małe miasteczko gdzieś w USA – wszyscy dobrze się znają, a wieści przychodzą w ekspresowym tempie. Właśnie tutaj przyszło żyć trzem samotnym kobietom. Alex to wdowa, tworząca rzeźby. Sukie samotnie wychowuje gromadkę dzieci i pisze dla lokalnej prasy. Jane uczy muzyki w szkole i jest szarą myszką. Marzą o spotkaniu tego jedynego mężczyzny. I jak za pociągnięciem magicznej różdżki pojawia się on – tajemniczy facet, Daryl, który ma niesamowity magnetyzm, uwodząc powoli każdą z trzech dam.

eastwick1

Po sukcesie trylogii o szalonym Maxie George Miller dostał zaproszenie do Ameryki, by tam zrealizować kolejny film, czyli adaptację popularnej powieści Johna Updike’a. Niby jest tutaj magia, ale trudno nazwać nasze panie klasycznymi czarownicami. Nie są w pełni świadome swoich mocy, która działa tylko w ich obecności. Wtedy są w stanie wywołać burzę podczas nudnej uroczystości czy przywołać tajemniczego nieznajomego. Reżyser zaskakująco dobrze sprawdza się jako obserwator szarego życia w małym miasteczku, przy okazji piętnując mentalność drobnomieszczańską oraz hipokryzję, co najsilniej symbolizuje postać właścicielki gazety, Felicii Alden oraz dyrektora szkoły, zalecającego się do Jane. Nudne, spokojne i nijakie życie staje się powoli dla naszych pań balastem, z którym nie są w stanie sobie poradzić.

eastwick2

Pojawienie się tajemniczego Daryla van Horne’a wywołuje poważną zmianę: on budzi w nich kobiecość, a dokładniej bycie kochanym oraz tak potężną dawkę seksapilu, że można byłoby obdzielić całe tabuny kobiet. Tą zmianę przedstawiają nie tylko sceny uwodzenia przez mężczyznę (każdą z nich traktuje inaczej), ale też wspólna gra w tenisa, pełna wściekłości i ledwo widocznej zazdrości. Kipiało tam od emocji – czworokąt sprawia przyjemność także dla oka oglądających (to nie jest seksistowskie), ale wtedy w połowie wszystko się sypie. Bo w końcu on okazuje się draniem (bo zabił ich największą przeciwniczkę – Felicię) i odrzucają go, on się odgrywa, ale powoli wszystko wraca do normy, by ostatecznie go zgładzić. Kolejny dowód na to, że kobieca logika jest kompletnie niezrozumiała. Tak bardzo starasz się spełnić potrzeby pań, a w zamian dostajesz tylko pierze i czereśnie. Czegoś tu nie załapałem, bo ten fragment wydawał mi się zbędny (aczkolwiek scena w kościele, gdy Daryl wypluwa gorzkie refleksje na temat pań nadal trafny).

eastwick3

Imponować mogą też piękne zdjęcia oraz świetna scenografia w domostwie van Horne’a, ale i tak najbardziej pamięta się cztery postacie. Po pierwsze, Daryl – czarujący, chociaż niemłody, magnetyzujący, z porażającym spojrzeniem. To idealny materiał dla Jacka Nicholsona, który wykorzystuje swoją szansę. Także panie są tutaj urodziwe. Cher (Alex) jeszcze z czasów przed operacjami plastycznymi i Michelle Pfeiffer (Sukie) przykuwają uwagę samą obecnością, bez względu na strój. Ale największe wrażenie robi Susan Sarandon jako Jane. Wyciszona, stonowana i spokojna, a po spotkaniu z Darylem dzika, drapieżna i pewna swojej wartości. Nie do poznania.

eastwick4

Gdyby nie rozczarowujące zakończenie, „Czarownice” byłyby znakomitą satyrą oraz wyrazistym portretem kobiecości. A tak jest tylko dobre kino z intrygującymi postaciami, świetną stroną techniczną i odrobiną czarnego humoru. Lekki zawód, ale i tak porządnie wykonana przez Millera.

7/10

Radosław Ostrowski

Kyvler – The Island

The Island

Nie od dziś wiadomo, że Wielka Brytania to ojczyzna progresywnych dźwięków: Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion. Można tak wymieniać i wymieniać, ale pojawił się nowy narybek. To grupa Kylver, która jest grupą stricte instrumentalną. Tworzy ją czterech kumpli z Newcastle nad Tyne i tworzą ją: Jonny Scott (gitara), James Bowmaker (gitara basowa), Barry Micheson (perkusja) oraz Neil Elliot (organy). W zeszłym roku wydali swój drugi materiał, w którym garściami czerpią z dokonań lat 70.

„The Island” zawiera jedynie pięć utworów, ale są tak długie, że nie ma jakiejkolwiek szansy usłyszenia tego w radiu. Na dzień dobry dostajemy „The Great Storm of 1703” – 13-minutowy fresk zrobiony  agresywnej gitary na początku, po którym każdy z instrumentów przejmuje i wygrywa swój fragment: potężne organy, marszowa perkusja, riffy stają się coraz bardziej intensywne. W drugiej minucie następuje zmiana melodii, wszystko wali jak szalone, by podkreślić charakter tego sztormu: przyspieszenia, spowolnienia, chwile wyciszenia, by uderzyć w ostatnich pięciu minutach niczym obuchem. I kiedy wydaje się, że będzie spokój wchodzi mały, ale bezwzględny „Hy-Brasil”, gdzie gitara i organy walą niczym syrena alarmowa, a ty próbujesz uciec nie wiadomo przed kim i dlaczego. Tempem przypomina fragment debiutu Sound of Contact. To jednak tylko rozgrzewka do „Monolith”. 9-minutowy kolos zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz ospale z ładnymi dzwoneczkami niczym z pozytywki. Wtedy dołącza spokojna gitara akustyczna, łagodna elektryczna i te organy. Tylko one wprawiają w niepokój, tworząc wręcz metafizyczną atmosferę (od około 4 minuty) kompletnie atakując gitarowymi riffami wplecionymi z organami, by w finale zmienić się w niemal Black Sabbath.

Podobnie wybrzmiewa „The Abyss”, gdzie znowu na początku mamy dzwoneczki i dalej następuje coraz mocniejsze świdrowanie niczym płynąca fala. Niby w połowie robi się troszkę spokojniej (dzwoneczki przyjemne dla ucha), by pod koniec dać pole dla akustycznej gitary. A na finał dostajemy oniryczny „The Great Race”, co początkowo brzmi jak echo, by powoli dochodziły kolejne instrumenty. Po trzech minutach brutalnie się wycisza, by z większą mocą zaatakować.

Niby mało utworów, ale intensywność i biegłość warsztatowa robi imponujące wrażenie. Jeszcze nie raz usłyszymy o Kylverze, który już teraz potrafi oczarować. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski