Okup

Ile było już filmów z porwaniem i żądaniem okupu? To jeden z ulubionych chwytów kina sensacyjnego. Ktoś bardzo sprytny znajduje bardzo bogatego jelenia, porywa jednego z członków jego rodziny, żądają w zamian pieniędzy. Nie inaczej jest w filmie Rona Howarda z 1996 roku.

okup1

Poznajcie Toma Mullena – biznesmena, który posiada firmę lotniczą, żonę i syna. Mieszka w Nowym Jorku, jest bezpieczny i wydawało się, że to spokojna, szczęśliwa familia. Jak się domyślamy, spokój nie może trwać wiecznie. Odrobina nieuwagi i staje się najgorsze – potem telefon i zawiadomienie o 2 milionach dolarów okupu. Jest napięcie, jest czekanie, jest plan. Howard pewnie i co najważniejsze, z pazurem, podkreślając klimat strachu, zaszczucia i bezsilności. Montaż podkreśla tę aurę, prowadząc dwutorowo całą narrację: od strony rodziny oraz porywaczy, przeskakując z jednego miejsca w drugie. Początkowo wszystko idzie według sprawdzonego schematu: porwanie (samego zajścia nie widzimy, co jest bardzo sprytne)-żądanie okupu-wykonywanie poleceń. Coś musi jednak pójść nie tak, bo przeciwnik jest inteligentny, sprytny i zna wszelkie policyjne sztuczki. Jakby był dosłownie o krok i te sceny trzymają w napięciu.

okup2

Ale w połowie reżyser, a dokładnie nasz bohater wywraca cały układ do góry nogami: występuje w telewizji i ogłasza, że pieniądze przeznaczone na okup są nagrodą za głowę porywacza. I pojawia się pytanie – czy on wie, co robi? To szaleństwo, wydał wyrok na swoje dziecko. To mocna wolta, która zmienia tempo filmu. Porywaczom zaczyna sypać się grunt pod nogami i nie wiemy jak to się skończy. Napięcie jest jeszcze intensywniejsze, a wtedy wszystko staje się nieobliczalne. Każda scena staje się cięższa, a desperacja bohatera coraz bardziej zrozumiała. A finał, mimo gry znaczonymi kartami, ogląda się z zapartym tchem.

okup3

Howard zaskoczył bardzo obsadzając w roli ojca porwanego dziecka Mela Gibsona, który daje tutaj możliwość pokazania się z troszkę innej twarzy. Wyciszony, skupiony, a jednocześnie w oczach widać strach, desperację, ból. I jest to znakomicie wygrywane przez takie sceny jak jego oświadczenie w telewizji czy prowokacyjna rozmowa z porywaczem (oraz to, co potem), gdzie wściekłość, gniew i strach mieszają się ze sobą tworząc Mieszankę wybuchową. Wspiera go niezawodna Rene Russo (żona) oraz Brandon Nolte (syn). Ale i tak wszystkim film kradnie wyborny Gary Sinese w roli policyjnego detektywa Shankera. Inteligentny, wyważony i niepozbawiony sprytu twardziel, który (uwaga: spojler) jest głównym rozgrywającym, szefem gangu. Jeszcze potrafi sprytnie adoptować się do okoliczności. Trudno też nie docenić Delroya Lindo jako doświadczonego federalnego, co podejmie wszelkie możliwe środki do uratowania dziecka.

okup4

„Okup” to jeden z mocniejszych filmów Howarda w całej karierze. Sprytnie grająca z widzem sensacja, która trzyma w napięciu, ciągle zaskakuje i nadal ma takiego kopa, że głowa mała. Po prostu świetne kino, które zostawiło mnie z jednym pytaniem: co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

8/10

Radosław Ostrowski

Kokon

Filmy o seniorach i ludziach starszych mają to do siebie, że można podzielić je na dwie grupy. Pierwsza to depresyjne kino pokazujące mroczną stronę tego okresu: fizyczna ułomność, zmęczenie życiem. Druga grupa to pokazanie tego okresu jako sytuacji, gdy jeszcze można być głodnym życia. Tak jest w przypadku filmu Rona Howarda z 1985 roku.

kokon1

Poznajcie Arta, Bena i Joego – to trzej pensjonariusze domu opieki w St. Petersburgu (ale nie tego w Rosji). Ci ludzie jeszcze nie zamierzają się nudzić. Dlatego w tajemnicy zakradają się do opuszczonego domu, by popływać w znajdującym się tam basenie. Problem jednak zaczyna się, gdy budynek zostaje wynajęty przez tajemniczego Waltera, a na dnie basenu pojawiają się bardzo duże kamienie. Jedno nie ulega wątpliwości: podczas kąpieli nasi emeryci stają się coraz bardziej ożywieni i zdrowieją. Sami odkrywają, iż tajemniczy goście to przybysze z kosmosu.

kokon2

Akcja „Kokonu” przebiega dwutorowo: z jednej strony mamy naszych emerytów, co stają się coraz młodsi i bardziej energiczni niż zwykle. Nawet do tego stopnia, że wszelkie choroby i dolegliwości znikają automatycznie. Drugi wątek skupiony jest wokół Waltera oraz wplątanego w całą eskapadę z kokonami Jacka Bonnera (kapitana statku wynajmowanego przez kosmitów). Prędzej czy później musi dojść do zderzenia tych bohaterów. Po drodze nie brakuje odrobiny humoru oraz troszkę rubasznych żartów (aczkolwiek scena w dyskotece, gdy Art wykonuje breakdance – wow), ale Howard potrafi też wzruszyć oraz zastanowić. Nie da się zapomnieć nagłego odejścia jednej z pensjonariuszek (Rose), zgonu jednego z kokonów czy dramatycznego, finałowego pościgu z gęstą mgłą. To wszystko pokazuje, że starość też może być piękna, a staruszkowie to też ludzie. Potrafiący kochać, cierpieć, sprawić innym ból lub być mentorami (relacja Bena z wnukiem).

kokon3

To ładne kino z pięknymi zdjęciami podwodnymi oraz genialną muzyką Jamesa Hornera. Howard troszkę tutaj przypomina Stevena Spielberga, a historia pierwszego kontaktu z obcymi utrzymana jest w duchu ciepłego humanizmu. Do tego jest świetnie zagrany przez niesamowitych aktorów, choć już dzisiaj zapomnianych. Dominuje trio Don Ameche/Wilford Brimley/Hume Cronyn, między którymi czuć silną chemię oraz prawdziwą przyjaźń. Widać, że wiele przeszli i nie zamierzają godzić się na nudne życie. Po drugiej stronie mamy troszkę nieśmiałego Steve’a Guttenberga (Jack) oraz opanowanego i spokojnego Briana Dennehy’ego jako przywódcę kosmitów Waltera, który jest bardzo ludzki i życzliwy. To nie wszyscy, bo wyliczyć każdego byłoby trudno.

kokon4

„Kokon” jest bardzo ciepłym, sympatycznym, a jednocześnie pogodnym filmem. Howard pozostaje twórcą życzliwym, a chociaż efekty specjalne zestarzały się mocno, to klimat pachnący nostalgią oraz kinem nowej przygody pozostaje. Refleksyjne, pełne serca kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Plusk

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że macie 8 lat i płyniecie z całą rodziną nad zatokę. Podczas całej eskapady widzicie dziwne, migające światełko. Nagle i bez zastanowienia skaczecie do wody, ale szybko zostajecie wyciągnięci. Jednak przedtem widzicie jakąś niewyraźną sylwetkę, kobiecą, piękną. To było dawno temu – teraz jesteście dorośli i macie poważną fuchę, ale życie prywatne jest kompletnie skopane. Tak jest z Allenem Baurem, właścicielem hurtowni prowadzącej sprzedaż owoców i warzyw. Robi ten interes razem z bratem, ale brakuje mu kobiety. I dokonuje po 20 latach dokładnie tego samego – wpada do wody, aż pojawia się Ona. Naga, blondwłosa piękność. Amor na jej widok sam sobie wbija strzałę. Kiedy znowu się pojawia się ta kobieta, musi zaiskrzyć. A że jest ona syreną? To chyba nie powinien być żaden problem.

plusk1

Każdy reżyser ma na swoim dorobku film, od którego kariera zaczęła się rozkręcać. I mam wrażenie, że w przypadku Rona Howarda to był ten trzeci film. „Plusk” to klasyczna komedia romantyczna, gdzie wszystko idzie jak po sznurku, ale najzabawniejsze jest to, że nie ma poczucia straconego czasu. Do tego poza naszą zakochaną i bardzo powoli docierającą do siebie parą, krąży nieprzebierający w środkach naukowiec. Dr Kornbluth (Eugene Levy) chce udowodnić istnienie syreny, przez co zawsze pakuje się w tarapaty. Całość mocno jest osadzona w latach 80., co czuć zarówno w muzyce, ubraniach, jak i przedmiotach (półka pełna telewizorów). Nie brakuje tutaj kilku zabawnych i komicznych scen, związanych ze zderzeniem naszej syrenki (miłej i sympatycznej, w przeciwieństwie do pewnych „Córek dancingu”) i świata dookoła. To jak ona je homara, ogląda telewizor i galerii, kopiując taniec z ekranu czy kupując… fontannę do mieszkania Allena. Ładne w obrazku i bardzo ciepłe, ale brakuje jakiegoś pazura (wyjątkiem jest pewnie zrealizowany pościg za naszymi bohaterami przez żołnierzy).

plusk2

Brakuje tutaj elementu zaskoczenia (kiedy ona ucieka od niego, to musi padać deszcz, a w tle przygrywać smutna muzyka), ale Howard sprawnie wygrywa wszystko. I to jest zasługą dwójki aktorów grających główne role, między którymi była pełna chemia. Tom Hanks dopiero zaczynał swoją przygodę z dużym ekranem, ale ma w sobie urok takiego troszkę niezdarnego chłopaka (scena w barze, gdy wyznaje pod wpływem procentów swoje odczucia), ale szczerego i oddanego. Jednak nawet on nie miał szansy równać się ze zjawiskową Daryl Hannah (syrena Madison) – nie można było od niej oderwać oczu, a jej dziecięca naiwność oraz nieporadność robiły niesamowite wrażenie.

plusk3

Sam „Plusk” nie wyróżnia się byt mocno od filmów tego gatunku, ale Howard wykorzystał szansę na podbój Hollywood oraz zarobienie kupy forsy. To miłe, sympatyczne kino do oglądania najlepiej parami. Na nadchodzące Walentynki wydaje się odpowiednią propozycją. Czasami wystarczy tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Ten Typ Mes – Ała.

ten_typ_mes_0

Drugiego takiego rapera w naszym kraju jak Piotr Szmit aka Ten Typ Mes nie ma. I nie chodzi tylko o flow czy warsztat, ale o sporą dawkę ironii oraz dźwiękowego sznytu. Dlatego z pewną nieukrywaną pewnością sięgnąłem po „Ała.”. Czy będzie silny ból czy tylko drobne draśnięcie?

17 utworów i ponad godzinny materiał. Może to przyprawić o ból głowy. Do tego masa gości i różnych kompozytorów, producentów (m.in. Michał „Fox” Król, współpracujący z Marią Peszek, Kortez, Mateusz Holak RAU czy Szogun). Otwierające całość „Codzienność” nawet nie jest najgorsze – grube basy, żwawa perkusja i podkręcona elektronika. Do tego jeszcze chórki, Dawid Podsiadło i śpiewający na początku Mes, a także finałowa, instrumentalna końcówka z melancholijnym fortepianem. Konsternacja gwarantowana, ale wsłuchiwanie się w tekst daje sporo satysfakcji. A to dopiero początek, bo wchodzi „Mój terapeuta” – z jednej minimalistyczny podkład i potencjalny hit radiowy, z drugiej dosadny i ostry atak na terapeutów, przypominających bardziej wróżki czy szamanów. „Bledną” pachnie kosmosem – zimną, chłodną elektroniką z wplecioną wiolonczelą, podkreślającą depresyjny klimat. I Mes najpierw śpiewa, by potem zacząć nawijać, a na koniec atakują ładne chórki oraz jazzowa perkusja.

I kiedy wydaje się, że już dziwniej nie będzie, to pojawia się niemal czysty rap z cykaczami, bitami, czyli „Book Please” (do tego szeleszczące kartki), by pod koniec kompletnie zmienić klimat, dodając gitarę elektryczną oraz prosty komunikat. Tutaj Mes brzmi troszkę jak w starym stylu, ale bardziej nowocześnie. Tak samo wypływa niemal epicki „Przewóz osób” lub „Czy Ty to Ty” (i pływa tu VNM). „Pytajniki” to już skręt w jazz (Hammond, dęciaki, perkusja), który sprawił mi sporo frajdy, gdzieś tak do dwóch i pół minuty. A eksperymentalny minimalizm wraca w „Pokaż mi dom” oraz melancholijnym „Jak nigdy” (strzelająca pod koniec elektronika z cykaczami).

Szlag mnie trafił, gdy trafiłem na „Unisex” – pełen niemal dyskotekowego podkładu, pełnego house’u, elektronicznej perkusji oraz dubstepowych wstawek. Mes tutaj próbuje chyba podbić parkiety jak Fisz Emade ze swoim „Telefonem” (skojarzenie z „We Found Love” – posłuchajcie początku) i zwyczajnie przekombinował (w środku mamy jeszcze przerobiony głos i instrumentalną wstawkę z żywymi instrumentami pod koniec). Drugim takim mocnym dziwadłem jest dla mnie jazzowy „Ale psa byś przytulił” (saksofon mi pasuje, ale ta perkusja i cykadła to niekoniecznie), trzecim kolejny parkietowy skoczniak, czyli „W sumie nie różnią się” (takiej sieczki się nie spodziewałem).

Sama nawijka Mesa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Nie chodzi o technikę, bo ta jest opanowana i świetna, z przyspieszeniami na czele oraz rzucającymi skojarzeniami (zgrabnie wpleciony Lennon czy Chris Brown), a pomysły na niektóre utwory są świetne („Book Please”, gdzie wszelkie próby czytania są przerywane wieściami z drugiej strony komputera, wizyta u psychiatry w „Moim terapeucie” czy krytyczne spojrzenie na ekologów w „Ale psa byś przytulił”). Z drugiej strony Mes kolejny raz próbuje śpiewać („pieje kogutem”), co nie brzmi tak strasznie (takie wejście w stronę czarnych brzmień), ale wywołuje dezorientację. Podobnie rzecz ma się z muzyka, która jest mieszanką różnych estetyk: od rapu po jazz i elektroniczną sieczkę, jakby ziom chciał złapać kilka srok za ogon. Fajnie brzmią te instrumentalne wstawki pod koniec grane na żywych instrumentach, ale można byłoby z tego zrezygnować. Taka niespójność mocno gryzie. Podobać się mogą zgrabne chórki wplecione w refrenach (a śpiewają m.in. Monika Borzym, Kinga Miśkiewicz i Maryla Modzelan).

To wszystko powoduje, że wiele osób „Ała.” odrzuci po pierwszym przesłuchaniu. I nie dziwię się temu, bo parę bardziej dyskotekowych flirtów można było sobie odpuścić, a w paru kawałkach zmienić teksty (relacje damsko-męskie nie brzmią zbyt interesująco, co słychać w „Unisex”), co na pewno nie zaszkodziłoby. Mes jednak zrobił to po swojemu i albo to kupujesz, albo wypierdalasz. Ja ciągle się waham, co do oceny, bo mimo kolejnych odsłuchów nie wszystko mi tu odpowiada. Mam wrażenie, że ten typ ma wywalone na opinie innych.

6/10

Radosław Ostrowski

Bon Jovi – This House Is Not For Sale (deluxe edition)

Artwork_for_Bon_Jovi%27s_album_This_House_Is_Not_for_Sale

Ostatnio zespół Bon Jovi jest w dużym dołku, z którego nie jest w stanie się wygrzebać. Na dodatek grupę opuścił gitarzysta Ritchie Sambora, który był jednym z filarów zespołu. Ale muzycy nie przejmują się tym i w zeszłym roku wydali nowy, 13 album z dwoma nowymi twarzami: gitarzystą Philem X oraz basistą Hugh McDonaldem (nieoficjalny członek zespołu od 1994 roku).

Za „This House Is Not For Sale” odpowiada od strony producenckiej sam Jon Bon Jovi oraz gitarzysta John Shanks. I początek jest naprawdę obiecujący, bo tytułowy kawałek ma moc i odrobinę czaderskiego, gitarowego grania. Koncertowy pewniak, gdzie czuć starego, dobrego Bon Jovi. Dalej jest równie dobrze: „Living with the Ghosts”, z drobnym wsparciem fortepianu w refrenie, strzelający, nośny „Knockout”. Wtedy pojawia się odrobina spokoju w postaci wolnego „Labor of Love”, które w refrenie troszkę ożywa. Wiadomo, każda rockowa kapela musi strzelić coś bardziej lirycznego i brzmi to nieźle. To jednak mały przystanek przed „Born Again Tomorrow”, gdzie drażni na początku popowa perkusja, ale riffy dają radę i sprawiają frajdę. Podobnie jak „New Year’s Day” czy „The Devils’ In The Temple”, chcący być bardziej punkowy od reszty. .

Nie przekonują mnie za to spokojniejsze ballady jak „Scars On This Guitar”, które zwyczajnie brzmią jak jedna z tysiąca tego typu piosenek. Ale i te bardziej ostre od połowy zaczynają być grane troszkę na jedno kopyto, czyli od „God Bless This Mess”. I nawet jeśli pojawią się dobre fragmenty jak w „Reunion”, to są one automatycznie gaszone (dziwacznie zagrany „Come On Up To Our House”, gdzie mamy… akordeon). Nawet te dodatkowe utwory trzeba uznać za tylko zapchajdziury. I wokal samego Jona zaczyna coraz bardziej irytować.

Niestety, ale coraz bardziej zespół Bongoviego nie ma zbyt wiele do zaoferowania stając się zespołem pop-rockowym jakich wiele. Nuda, dno, słabizna, którą chce się wyrzucić jak najszybciej z pamięci. Chociaż okładka jest całkiem spoko.

5/10

Radosław Ostrowski

Nowy początek

Ile razy już to mieliśmy? Pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską to jeden z archetypowych motywów kina SF. Najczęściej oznaczało to siłową, brutalną konfrontację między kosmitami chcącymi przerobić naszą planetę w proch i pył, a dzielnymi, prawymi Amerykanami. Jakoś dziwnie ufoludki pokochały USA, by lądować tam. Nie inaczej jest i tutaj, ale to tylko jeden z dwunastu statków pojawiających się na Ziemi. Kim są? Czego chcą? Dlaczego akurat wylądowali tam? Do jednego z takich miejsc trafiają wojskowi, naukowcy, agenci rządowi, wśród nich bardzo ceniona lingwistka Louise Banks, wspierana przez matematyka i fizyka Iana Donnelly’ego.

nowy_pocztek1

Tym razem jednak całość pilotuje Denis Villeneuve, który potrafi pokazać pazur w kinie gatunkowym, co pokazał w mrocznym „Labiryncie”. Ale kino SF rządzi się innymi prawami niż thriller czy kryminał, chociaż jak każdy gatunek można poprowadzić na kilka sposobów. Od razu uprzedzę, że nie ma tu miejsca na strzelaniny, popisy pirotechniczne czy gości od efektów specjalnych. Tak naprawdę ufo jest tylko papierkiem lakmusowym, a najważniejsi jesteśmy my, ludzie. Jak reagują ludzie? Strachem, lękiem, agresją, co jest absolutnie zrozumiałe. A politycy kłócą się ze sobą i nie potrafią wznieść się ponad swoje podziały, lęki, strachy, dążąc do siłowej konfrontacji jak przywódca Chin. I jak my mamy znaleźć kontakt z obcą cywilizacją, gdy sami ze sobą nie potrafimy się dogadać, mimo nowoczesnej technologii oraz różnych gadżetów? Czy jesteśmy w stanie wznieść się ponad swoimi strachami czy tak jak zawsze najpierw będziemy chcieli spuścić łomot?

nowy_pocztek2

Sceny, gdy powoli odkrywamy język naszych kosmitów to małe perełki, które oglądałem niczym w rasowym kryminale. Tajemnica, która musi zostać rozwiązana, gdyż od niej zależą losy naszego znanego świata. Nie zapomnę sceny pierwszego spotkania Louise z obcymi, mającymi macki niczym ośmiornice w szczelnym, wręcz surowym wnętrzu statku. I jest ta szyba pełna mgły, gdzie ledwo widać kogokolwiek. Pierwsze ruchy, pierwsze tajemnicze kółka i próba wgryzienia – wtedy Villeneuve podkręca napięcie kolejnymi spojrzeniami, znakami i pytaniami. Wszystko zrobione bardzo prostymi środkami, bez efekciarstwa i zadymy.

nowy_pocztek3

To jednak jeden z aspektów, bo drugim jest nieuchronność podjętych przez nas decyzji oraz wejść do naszego niemal wnętrza. I w końcu Louise (jedyna kobieta w tym całym męskim świecie) musi dokonać pewnego wyboru. Czy gdybyś mógł się cofnąć w przeszłość, zmieniłbyś coś w swoim życiu? – pyta nasza bohaterka. Ciągle pojawiają się przebitki na zdarzenia z życia prywatnego Louise – rozpadu małżeństwa, śmierci dziecka. Początkowo może to wprawić w konsternację, ale nie ma tutaj niczego przypadkowego, włącznie z zakończeniem, które wprawiło mnie w zakłopotanie i jedno wielkie WTF? Nie zdradzę wam dokładnie o co chodzi, ale ma to związek z czasem. To na szczęście jedyna skaza tego filmu.

nowy_pocztek4

Villeneuve pewnie prowadzi całą fabułę pewną ręką i nie traktuje nas jak idiotów. Owszem, są pewne sceny tłumaczące działania naszej bohaterki (świetne pokazanie związane z zadaniem pytania o cel obcych), ale ponieważ jest jedyną lingwistką w grupie, to te wyjaśnienia pomagają rozgryźć całą pracę. Do tego jest to fantastycznie zagrane. Film bezczelnie kradnie wszystkim zjawiskowa Amy Adams jako delikatna, wyciszona, ale bardzo skupiona, inteligentna i bardzo cierpliwa. Jak wobec dziecka, któremu trzeba objaśnić pewne skomplikowane rzeczy. Ma mocnych partnerów w osobach Jeremy’ego Rennera, obsadzonego wbrew swojemu emploi, który daje radę jako inteligentny naukowiec oraz Forresta Whitakera wcielającego się w wojskowego.

„Nowy początek” to jeden z najciekawszych filmów SF ostatnich lat, gdzie fantastyczna otoczka jest tylko pretekstem do pokazania i spojrzenia tak naprawdę na człowieka – jego lęki, wątpliwości oraz działań. A co wy byście zrobili w sytuacji pierwszego kontaktu? Reżyser daje bardzo wiarygodną i przekonującą wizję, skupioną na realizmie oraz psychologii postaci niż tylko na rozwałce. I to lubię, a mam wrażenie, że jeszcze wrócę do tego filmu. 

8/10

Radosław Ostrowski

Rekiny wojny

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się to wydarzyć naprawdę. Rok 2005, Miami. Poznajcie Davida Packouza – młodego faceta, który jest konserwatywnym Żydem. Ma dziewczynę i pracuje jako masażysta. zaplanował świetny interes, jednak nie wypalił i cały towar (bawełniane tkaniny) został na zbyciu. Właśnie wtedy na pogrzebie kumpla pojawia się dawno nie widziany kumpel z liceum – Efraim Diveroli. Facet zajmuje się handlem bronią i proponuje Davidowi udział w tym interesie, czyli dając duże fragmenty tortu wojskowego.

rekiny_wojny1

Nie spodziewałem się po filmie Todda Phillipsa zbyt wiele, zwłaszcza ze dotyka dość poważnej kwestii handlu bronią i styku biznesu z polityką. Ale nie jest to do końca poważny film, gdyż reżyser wykorzystuje doświadczenie z poprzednich filmów i wie, jak podkręcić tempo. Kto by się spodziewał, że dwóch gówniarzy (częściowo legalnie) robi taki interes z wojskiem. Wszystko obraca się tutaj wokół giwer, zielska, panienek i kupy szmal. Brzmi jak „Wilk z Wall Street”? To porównanie jest troszkę z dupy wzięte. Nie jest to aż tak ostre, dosadne i rozbuchane, chociaż teledyskowa forma bardziej przypomina „Big Short”, to film jest takim młodszym bratem „Pana życia i śmierci”. Wszystko poznajemy z perspektywy Davida. Dzieje się tutaj wiele – już pierwszy interes, czyli dostarczenie pistoletów do Iraku za pomocą pośredniego przemytnika z Jordanii robi niesamowite wrażenie humorem, dynamiczną akcją i tempem. Dochodzi do zderzenia z wojną, gdyż nagle pojawiają się strzelający ludzie znikąd, a trupy takie prawdziwe. Cały film jest świetnie zrealizowany i cały czas zachodziłem w głowę, jak to w ogóle było możliwe. Nie brakuje tu ironii, złośliwości i bluzgów, a parę scen to prawdziwe perły (przemienienie paczek z amunicją, test kałachów czy rozmowa z Pentagonem w sprawie dilu afgańskiego). Imponują lokacje oraz znakomicie wpleciona muzyka, która bywa mocnym komentarzem do wydarzeń ekranowych (a gra m.in. Leonard Cohen, Iggy Pop, Pink Floyd, Pitbull czy Justice).

rekiny_wojny2

Jednak gdy opadnie pył, a dragi odejdą z organizmu, to zostaną zwłoki i ocean broni. A że niektóre akcje nie zawsze są zgodne z prawem, to inna kwestia. Phillips skupia się tutaj na kumpelskiej przyjaźni, która zostaje wystawiona na ciężką próbę i ten wątek wygrywa. W końcu nasz David musi wybrać między interesem, rodziną i uczciwością. Nie jest to aż tak przewrotne jak w „Wilku”, ale satysfakcja i świetna rozrywka jest zagwarantowana.

rekiny_wojny3

Zwłaszcza, że mamy tutaj świetny duet. Błyszczy Miler Teller jako David, który jest także narratorem całej opowieści. Trudno go nie polubić, bo to sympatyczny facet, co byt swojej rodzinie zapewnić musi i dlatego wchodzi w układ z Efraimem. Kibicujemy mu do samego końca, nawet jeśli jego kręgosłup moralny staje się bardziej elastyczny. Ale tak naprawdę cały film zawłaszcza rewelacyjny Jonah Hill i ten jego niezapomniany, diaboliczny uśmiech. Efrain w jego wykonaniu to szachraj i manipulator, który jest dla kasy zrobić wszystko. Nawet oszukać wspólników, ale to psychopatyczne oblicze poznajemy w drugiej części filmu. Obaj panowie świetnie się uzupełniają, a wspiera ich w krótkim epizodzie sam Bradley Cooper jako bardziej doświadczony kolega po fachu.

rekiny_wojny4

Aż nie chce mi się wierzyć w to, co widziałem. Nie jest to stricte komedia, ale akcentów humorystycznych nie da się wymazać. Wariackie, nieoczywiste kino ze świetnym tempem, pewnie poprowadzone i zagrane. Pozytywna niespodzianka od twórcy „Kac Vegas” i aż strach pomyśleć, co będzie następne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sausage Party

Wyobraźcie sobie film animowany, którego bohaterami byłoby jedzenie. I to jeszcze dla dorosłych. Bohaterem tego dzieła jest Frank – parówka z supermarketu zakochana w apetycznej bułce zwanej Brendą. Otóż nasze jedzonka wierzą, że jesteśmy ich bogami, a wybranie ich przez nas to trafienie do raju. Jednak nasz Frank ma wątpliwości i wskutek zbiegu okoliczności (a dokładniej karambolu na sklepie oraz krakania musztardy) razem z Brendą wypadają z wózka. I tak zaczyna się jego wędrówka ku prawdzie, gdyż raz zasiane wątpliwości trudno rozwiać. Jakby tego było mało, to pewien mściwy irygator, co mocno oberwał podczas karambolu, chce się zemścić.

sausage_party1

Brzmi absurdalnie i wariacko? Ale realizujący dla Columbii Conrad Vernon (współtwórca wielkich hitów DreamWorks jak „Shrek” i „Madagaskar”) tym razem jedzie ostro i pieprznie. Co tu się odwala? Żarty są sprośne i wulgarne (niemal wszystko obraca się wokół wsadzania bułce, ehm, powiedzmy, że chodzi o miłość), a obrywa się wszystkim: religijnym przywódcom (nie należy denerwować bogów swoimi kosmatymi myślami, bo nie zostaniesz przez nich wybrany), Arabom i Żydom, a także nam, ludziom, którzy „zabijają” jedzenie swoim niepohamowanym apetytem. Tak naprawdę pod tym chamskim i hardkorowym dowcipem twórcy opowiadają o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, walce z przeznaczeniem. Do tego jeszcze dużo przemocy (sceny z gotowaniem i używaniem jedzonek skręcają w stronę niemal kina grozy), seksualnych podtekstów i aluzji, a także odniesień do popkultury. Bo czy można zapomnieć scenę tuż po zderzeniu dwóch wózków i wypadnięciu naszych towarków jakby żywcem wziętej z „Szeregowca Ryana”? Czy sparaliżowanego geniusza zwanego Gumą, który jest miksem Stephena Hawkinga z… Terminatorem?

sausage_party2

Oczywiście jest tych aluzji i odniesień dużo więcej, bo i jest miejsce dla „Gwiezdnych wrót”, „Godzilli” czy Meat Loafa. Zabawa jest przednia, tylko trzeba się przebić przez te bluzgi, seks (finałowa orgietka zostanie w pamięci na długo) oraz przemoc. Sama animacja prezentuje się całkiem przyzwoicie, ale to nie jest w żadnym wypadku poziom Pixara czy DreamWorks. Kreska jest bardzo dosadna, a podkręcona, niemal epicka muzyka znakomicie współgra z ekranowymi wydarzeniami. Mi przeszkadzało zbyt częste przypominanie podtekstów opartych na skojarzeniu parówka (penis)-bułka (szparka), co stawało się męczące. Rozbrajał za to spór między lemeshem a bajglem (taki Woody Allen, tylko bez okularów).

sausage_party4

W naszym kraju nie był to film prezentowany z polskim dubbingiem (i bardzo dobrze), a oryginalne głosy są naprawdę zabójcze. Ale czy mogło być inaczej, jeśli na pokładzie mamy młodą, bezczelną gwardię pokroju Setha Rogena, Kirsten Wiig, Danny’ego McBride’a oraz Michaela Cerę? Oczywiście, że nie. Ale największą niespodzianką dla mnie był wcielający się w bajgla… Edward Norton. Sposób mówienia typowy dla neurotycznego, wystraszonego inteligenta a’la Allen w połączeniu z delikatnym głosem stworzyła mieszankę wybuchową. Chociażby dla tej kreacji oraz Jamesa Franco jako… ćpuna absolutnie warto zobaczyć.

sausage_party3

Takiej ciekawej treści w filmie animowanym nie widziałem od czasu „Kubo”, a takiej brutalności zmieszanej z wulgarnością i erotyką nie pamiętam. Każdy znajdzie dla siebie sporo, a finał zapowiada ciąg dalszy. I jedna mała prośba: za żadne skarby, nigdy, przenigdy nie pozwólcie obejrzeć tego filmu swoim nieletnim dzieciom. Po tym ich świat nigdy nie będzie taki sam. 

7/10

Radosław Ostrowski

Lobster (Homar)

Wyobraźcie sobie świat, w którym można żyć tylko w jeden sposób – życie w parze. Jeśli jesteś samotnikiem, to masz dwa wyjścia: albo ukrywać się i unikać wszelkiego kontaktu z ludźmi albo trafisz do Hotelu, gdzie dostaniesz szansę na odnalezienie drugiej połówki. Dokładnie 45 dni, które możesz przedłużyć, jeśli upolujesz jakiegoś samotnika ukrywającego się w Lesie. Co jeśli się uda? Wtedy zostaniesz zamieniony w zwierzątku i trafisz do Lasu, by przetrwać. W takiej sytuacji znalazł się David, którego żona zostawiła po 11 latach pożycia.

homar1

Brzmi to absurdalnie, prawda? Ale taką wizję przyszłości postanowił pokazać grecki reżyser Yorgos Lathimos. I powiem to od razu: to nie jest świat, w którym chciałbym zamieszkać. Świat, w którym zostaje nam narzucony pewien porządek i jedyna słuszna droga egzystencji oraz szczęścia. Narzucanego odgórnie i kontrolowanego przez kierowniczkę, by nie było oszukiwania. Mając tak ograniczony czas i wybór, trzeba się zdecydować. Bo panie, tak jak panowie, są różni: kuśtykający, sepleniący, pozbawieni emocji, ale desperacko i na ślepo szukający własnego szczęścia w parze. Są jednak pewne obostrzenia: zakaz palenia, masturbacji, korzystania z miejsc dla par, a także wieczorki pokazujące dlaczego warto być w związku (nie zadławicie się na śmierć i nie zostaniecie zgwałceni). Jeśli po związaniu będą problemy, to dostaniecie… dzieci. Ale jak wybrać? Czy dostosowywać do swoich znaków rozpoznawczych (krwotok z nosa, seplenienie, brak emocji) czy może być sobą?

homar2

Jest też inne wyjście, czyli ucieczka do lasu, gdzie działa partyzantka samotników, jednak za próbę zbliżenia czy okazania miłości grozi odcięcie ust lub kastracja. I jak żyć w takim absurdalnym świecie? Wizja reżysera jest przerażająca i dlatego chciałem znaleźć jakąś nadzieję czy receptę na wyrwanie się z tych możliwych opcji. Kiedy w połowie, gdy nasz bohater trafia do Lasu i poznaje narratorkę tego filmu, kibicowałem im do samego końca. Szyfry, notatki, drobne spojrzenia i gesty nabierają gigantycznego znaczenia. Wszystko to bardzo stonowane wizualnie, nie pozbawione spowolnień (pierwsze polowanie) oraz melancholijnej muzyki. Miasto jest równie ponure i sterylne. I jeszcze niejednoznaczny finał, który nie daje odpowiedzi na dalszy ciąg.

homar3

Do tego jest to fantastycznie zagrany. Imponuje bardzo powściągliwy i niemal z kamienną twarzą prowadzoną przez Colina Farrella. Trudno było mi na początku wejść w tego bohatera: wycofanego, zdystansowanego, tłumiącego emocje. Im dalej jednak, tym bardziej widać jego desperację, alienację i nawet te wąsy nie przeszkadzały. Po drugiej stronie równie wyciszona Rachel Weisz – też krótkowzroczna, samotna, oszczędna. Ale ten związek jest poprowadzony bez fałszu, patosu i nudy. Poza tym pięknym duetem jest jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z fantastyczną Olivią Colman (kierowniczka) i Leą Seydoux (przywódczyni samotników) na czele.

homar4

„Lobster” jest bardzo absurdalnym, gorzkim i wręcz przygnębiającym o potrzebie bycia z kimś. A jednocześnie jest w tym sporo z Gombrowicza, gdyż pokonanie tych dwóch masek wymaga wysiłku. W końcu każdy z nas ma takie momenty, że chce być sam, ale nie na długo. Zastanówcie się po obejrzeniu nad sobą.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z bieguna

Jest rok 1978, jesteśmy w Bostonie. Tam mieszka rodzina Stuartów, którzy wiążą koniec z końcem, ale łatwo nie jest. Ona (Maggie) jest czarnoskórą kobietą, nie mogąca znaleźć pracy. On (Cameron) cierpi na afektywność dwubiegunową zwaną też chorobą maniakalno-depresyjną i z każdej pracy wręcz jest zwalniany, dlatego (stereo)typowe role rodzinne zostają wywrócone do góry nogami. W końcu kobieta decyduje się na studia do Nowego Jorku i prosi mężczyznę o opiekę nad córkami.

mi_polarny2

Obyczajowa tragikomedia zrealizowana przez doświadczoną scenarzystkę Mayę Forbes, która oparła swoją historię na własnych doświadczeniach. Pokazanie na ekranie choroby psychicznej w taki sposób, bez łopatologii, emocjonalnego szantażu jest zadaniem wręcz karkołomnym. Sam Cameron to postać bardzo kontrastowa, ale nie ma tutaj przerysowania, zgrywy czy parodii. Jego gwałtowna euforia, która zostaje równie szybko zgaszona przez depresję i smutek, a jednocześnie jego próby normalnego funkcjonowania są wygrywane, trafione w punkt. Dużym plusem jest spora dawka humoru, wynikająca z czasami dziwacznych zachowań naszego bohatera (naklejenie sztucznej brody, jazda nago na rowerze… jesienią czy szycie sukienki w nocy), który stara się żyć jak człowiek, a jednocześnie nie chce zawieść żony i córek. Mimo dużego lęku i przerażenia w oczach. Wierzy, że jeszcze znowu będą razem, ale to nie jest takie proste jak się wydaje. Bo jak mają zareagować sąsiedzi, koledzy z klasy? Przecież nie wpuścimy do tej rupieciarni.

mi_polarny1

Forbes rozkłada to na cztery pory roku, gdzie widzimy jak dziwnie dobrze zaczyna funkcjonować ten układ. Na początku jest nieufność i przerażenie, ale Cam okazuje się być naprawdę dobrym ojcem. Dba o dzieci, choć jeździ niebyt sprawnym wozem, jest otwarty na innych ludzi (chociaż niektórzy odebraliby to jako natarczywość). Jednak potrafi nagle się zgasić i zwyczajnie siedzieć (świetna scena, gdy córki zaklejają jego pokój kartkami zniechęcającymi do palenia), jakby wszystko go przerastało. Córki zaczynają powoli się przyzwyczajać i wyciągają to, co od niego najlepsze. Nie oznacza to całkowitej eliminacji choroby, raczej jej kontrolowanie.

mi_polarny3

Wszystko to rewelacyjnie pokazuje Mark Ruffalo, wygrywając drobnymi spojrzeniami, a każdy gwałtowny wybuch nie jest szarżą. Wspierają go świetne Imogeen Wooldarsky oraz Ashley Aufderheide jako dwie powoli dojrzewające córeczki. Nie sposób nie wspomnieć też o Zoe Saldanie jako próbującej radzić sobie Maggie. Czuć bardzo silną chemię i więzi łączące tą familię, co pokazują wstawki zrobione z domowej kamery.

„Człowiek z bieguna” to pozornie typowe kino obyczajowe, ale pełne humoru oraz ciepła wobec swoich bohaterów. Kino bez upiększeń, niegłupie i pełne refleksji  trafnymi dialogami. Bardzo silne przypomnienie o tym jak nasza psychiczna równowaga jest bardzo krucha i podatna na emocje. Małe, ale wielkie kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski