AIR – Twentyears

Air_-_Twentyears_600_600

Duet AIR to francuscy spece od muzyki elektronicznej, chociaż flirtowali także z muzyką filmową. Ekipę od 1995 roku tworzą: Nicolas Godin i Jean-Benoit Dunckel. Jednak zamiast nowego wydawnictwa (od poprzedniego dzieła, czyli „Music for Museum” minęły 3 lata) w zeszłym roku wydali składankę podsumowującą 20 lat działalności.

I nie jest to tylko jedna płytka, ale dwie zawierające 31 utworów. I to nawet długich. Na początek dostajemy „La femme d’argent”, które zaczyna się od szumu wody, by pójść w stronę popu lat 60. i 70., gdzie wybija się bas, eleganckie klawisze oraz smyczki. Jednocześnie w tle słychać dziwne szumy, dźwiękowe plamy zahaczające o ambient. Podobnie czaruje eteryczny „Cherry Bossom Girl”, gdzie przewodzi wszystkim gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Ale wtedy pojawia się delikatny wokal Dunckela (byłem pewny, że to kobieta śpiewa) oraz flet, budujący niesamowitą atmosferę. „Kelly Watch the Stars” jest pełne pasaży, które pachną latami 80. Oraz tworzą klimat rodem z kina SF. A jak dodamy do tego przerobiony, „mechaniczny” wokal, odlot gwarantowany. Filmowo się czujemy podczas romantycznego „Playground Love” (utwór z filmu „Przekleństwa niewinności”), gdzie gościnnie udziela się niejaki Gordon Tracks oraz saksofon. Tym większym szokiem może być epickie i brudne „Sexy Boy” z nieprzyjemnym przerobionym głosem skontrastowanym z przestrzennymi klawiszami, gitarą elektryczną oraz eterycznym wokalem Dunckela. Im dalej, tym bardziej dźwięki atakują (zwłaszcza w refrenie), by zaskoczyć niemal minimalistyczną „Venus”, by w połowie skręcić troszkę w stronę new romantic. Kosmiczną aurę także można wyczuć w pozornie lirycznym „All I Need” (wersja radiowa), gdzie duet wsparła swoim głosem Beth Hirsch. Zupełnie do góry nogami ostaje wywrócone „Alpha Beta Gaga” z szybko pędzącą elektroniką skontrastowana spokojniejszą grą akustycznej gitary oraz gwizdania. A im dalej, tym bardziej muzyka zostaje ubarwiona smykami, klawiszami itp. „Kosmiczny” odlot wraca w oszczędnym „Moon Fever”, gdzie jest tylko fortepian oraz ambientowe tło. I jeszcze chór na końcu. Wtedy wkracza Beck w pachnącym dawnymi dyskotekami epickim „Don’t Be Light” (te smyki brzmią jakby grała cała orkiestra), gdzie miesza się wszystko: elektronika z „horrorowymi” smyczkami, kosmiczny ambient z gitarą elektryczną. Echa lat 70. czuć mocno w delikatnym „How Does It make You Feel” z przesterowanym głosem czy wręcz liryczny fortepian w „Once Upon a Time”.

Taka mieszanina może wywoływać dezorientację (przynajmniej na początku), ale duet AIR tak bawi się na przestrzeni lat, że potrafi cały czas zaintrygować zderzeniem żywych instrumentów z elektroniką (piękny „Alone in Kyoto”, oszczędny „Talisman”, pełen różnych wokali i eksperymtnwów „Run”).  AIR jeszcze dodało kilka bonusów. Są tutaj aż dwa niepublikowane wcześniej utwory „Roger That” i „Adis Abebah”, a także dwa utwory nagrane w radiu: „J’ai dormi sous l’eau” (nagrane w BBC w 1998 roku) oraz „Trente millions d’amis” (z KCRW 98).

Od tego albumu spokojnie można rozpocząć przygodę z duetem francuskiej elektroniki. Pełne podsumowanie całego dorobku, które zachęca do bliższego poznania.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bagnet na broń

Rok 1951, wojna w Korei. A wiadomo jak tam jest – zimno, biało i wszędzie czają się skośnoocy komuniści. amerykańscy żołnierze zostają otoczeni, więc pada rozkaz odwrotu dla całej dywizji. By jednak uśpić czujność wroga, ostaje skromny 48-osobowy oddział wojaków pod wodzą porucznika Gibbsa. Muszą wytrzymać kilka dni, ale łatwo nie będzie, gdyż przeciwnik jest liczniejszy.

bagnet_na_bron1

Samuel Fuller nadal nie dysponuje dużym budżetem, ale czy to ma znaczenie, gdy ma się wsparcie samej armii USA? To wyjaśnia obecność fachowego sprzętu – karabinów, bagnetów, moździerzy, a nawet czołgu. Mimo to reżyser skupia się bardziej na psychologicznym działaniu wojny oraz odpowiedzialności za swoich kolegów. To właśnie tutaj można dostrzec pozornie luźne rozmowy o wszystkim poza obecna sytuacją: o planach dalszych, o rozterkach, dziewczynach i to wygląda nieźle. Także same batalistyczne sceny prezentują się naprawdę przyzwoicie mimo stateczności (przy wybuchach kamera się lekko trzęsie). Padają strzały, są eksplozje, nie ma krwi (co w przypadku filmów z tego okresu to standard), ale nie oznacza to nudy. Nie zabrakło kilku trzymających w napięciu scen jak próba wyciągnięcia rannego wojaka z pola minowego czy finałowej konfrontacji i momentu zawahania kaprala Denno przed zastrzeleniem. Widać jednak niedostatki budżetowe, a wszystko toczy się dość spokojnie, mimo kilku scen akcji.

bagnet_na_bron2

Reżyser jak ognia unika patosu, co jest sporym plusem, a dialogi dodają autentyzmu. Czasami troszkę łopatologicznie powtarza o problemach moralnych Denno i wzięciu się w garść, co może irytować. Ratuje sytuację całkiem przyzwoite aktorstwo, odrobinę teatralne, lecz nie irytuje. Tu wybija się Gene Evans jako twardy sierżant Rock, który jest mocnym i niezłomnym przywódcą. Solidny jest Richard Basehart, który wciela się w walczącego z własnymi demonami i stresem wynikającym z odpowiedzialnością. Reszta obsady jest ok i trudno się przyczepić.

bagnet_na_bron3

Sam film to dopiero wprawka. Fuller nadal pokazuje, że wiele może wycisnąć z małego budżetu oraz niezbyt znanych aktorów. Jednak wychowany na współczesnych wojennych rozwałkach nie czuje się silnie wstrząśnięty. „Bagnet na broń” nieźle znosi próbę czasu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Keren Ann – You’re Gonna Get Love

You're Gonna Get Love

Pochodząca z Izraela Keren Ann Ziegler to mało popularna w naszym kraju wokalistka i autorka piosenek. Do tej pory wydała sześć albumów, a na następne wydawnictwo trzeba było czekać pięć lat. Już sama okładka na tyle mnie zainteresowała, że nie mógłbym odpuścić „You’re Gonna Get Love”. Sami powiedzcie, czy nie wygląda ślicznie?

Od strony producenckiej wsparł artystkę Renaud Letang, współpracujący m.in. z Feist, Lianne La Havas czy Bjork. I jest to mieszanka popu z folkiem, którą wyczuwamy od otwierającego całość tytułowego utworu. Czego tu nie ma? Przyjemnie pulsujący bas, krótkie wejścia gitary oraz płynące smyczki zmieszane z elektroniką. Odrobinę melancholijnie robi się w „Bring Back”, przypominającym troszkę pop z lat 70. (chórki, smyczki, rozbujany bas i zgrana sekcja rytmiczna) oraz w „The Separated Twin”, gdzie cudownie przygrywa gitara akustyczna. Równie ładne jest „Insensible World” z dziwnymi szumami w tle oraz staroświeckimi Hammondami w refrenie. Bas, flet oraz staroświecka elektronika buduje też magiczny klimat w „Where Did You Go?” oraz bardziej przebojowym, pełnym gitar „Easy Money”.  Bardziej niepokojąco jest w pełnym nieprzyjemnej elektroniki „My Man Is Wanted But I Ain’t Gonna Turn Him In”, a „You Knew Me Then” wraca do gitarowej przestrzeni spod znaku Carly Simon.

Ta retro otoczka nie jest tylko i wyłącznie stylizacją. Wokalistka bardzo pasuje do niej ze swoim delikatnym, ale poruszającym wokalem (eteryczne „Again and Again”), aranżacje ciągle zaskakują (smyczek i klawisze w „The River That Swallows All the Rivers”), a teksty nie są tylko banalnymi opowiastkami.  Bardzo przyjemna płyta dająca wiele satysfakcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

DMA’s – Hills End

HillsEndDMAs

Australia muzycznie zawsze będzie mi się kojarzyć z Nickiem Cavem oraz jego zespołem The Bad Seeds, czyli muzyką pełną mroku i niepokoju. Ale ten kraj ma inne muzyczne oblicza. Jedną z takich twarzy jest grająca indie rocka trio DMA’s w składzie: Johnny Took, Matt Mason i Tommy O’Dell. Chociaż kapela powstała w 2012 roku, to na debiutancki album trzeba było czekać 4 lata.

Zaczyna się melodyjnie i jednocześnie „garażowo” w „Timeless”, gdzie fajnie przygrywają gitarki, a jednocześnie czuć ducha britpopu. Szybciej się robi w „Lay Down” z bardziej melodyjną gitarą oraz chwytliwym refrenem. I kiedy wydaje się, że będziemy rozkręcać imprezę na całego pojawia się akustyczne „Delete”, które pod koniec dostaje kopa. Niezły „Too Soon” to powrót do britpopowej stylistyki, a refleksyjnie robi się w ładnym „In the Mood” z melancholijnie brzmiącą gitarą oraz klawiszami, a także w „Step Up The Morphine” czy lirycznym „So We Know” (końcówka mocno ożywiona).

Brud w postaci elektroniki powraca w przebojowym „Melbourne”, gdzie pod koniec dochodzi do gwałtownego przyspieszenia. I to balansowanie między lekkością, nastrojem, a bardziej dynamicznym graniem prześladuje do samego końca. Z tego momentu najbardziej w pamięci zostaje „Straight Dimensions” (klawesyn w tle) i wręcz minimalistyczny „Blown Away” (perkusja rządzi).

„Hills End” to rozmarzona, delikatna gitarowa muzyka, pachnąca dokonaniami Oasis czy Travis. Nie tworzą niczego nowego i nie zaskakują, ale trudno odmówić dobrej energii, luzu oraz miłego spędzenia czasu. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Blizny przeszłości

Karl Childers jest człowiekiem, który spędził w szpitalu psychiatrycznym 25 lat. Trafił tam po zabójstwie swojej matki i jej kochanka. Ale to jest już przeszłość dla mężczyzny o mentalności dziecka i musi wyjść na wolność – kompletnie zdany na siebie. Wtedy pojawia się na jego drodze mały chłopiec Frank, który mieszka z matką. Powoli Karl zaczyna wracać do życia i zaprzyjaźnia się z dzieckiem, nawet znajduje pracę jako mechanik. Ale nastaje moment próby, gdy w życiu rodziny wkracza Doyle.

sling_blade1

Kiedyś wspominałem, że aktorzy biorą się za reżyserowanie filmów z kilku powodów. Ten przypadek to próba przebicia się do szerszego grona odbiorców. Przed 1996 rokiem mało kto wiedział kim jest Billy Bob Thornton. Aktor dość charakterystyczny, ale mało rozpoznawalny i kojarzony. Dlatego Thornton postanowił nie tylko zagrać główną rolę i wyreżyserować film, ale także napisał scenariusz, gdzie wszystko pasuje do siebie. „Blizny” są bardzo spokojnym i stonowanym kinem, które równie dobrze mogłoby się sprawdzić w teatrze. Dominuje statyczne i długie ujęcia, a najważniejsze rzeczy dzieją się między słowami oraz spojrzeniami. Nie zapomina także o poczuciu humoru, które wynika raczej z wchodzenia naszego bohatera w świat (pierwsze zakupy czy „randka”).

sling_blade2

Thornton balansuje tutaj między komedią, subtelnym kinem obyczajowym, a mrocznym dreszczowcem. Powoli odkrywa przeszłość naszego bohatera, który będzie zmuszony dokonać wyboru między dobrem a złem. Reżyser zderza wiarę z codziennością. Karl od dziecka był uznawany za karę od Boga, ale uderza jego spokojny charakter – nie dba o siebie, nie jest chciwy, ma masę empatii i ponownie musi zderzyć się z przeszłością. W końcu pojawia się szansa, gdyż spotyka ludzi życzliwych i nie osądzających go. Korzystają z jego umiejętności (samouk w kwestii naprawy kosiarek i małych silników), a przyjaźń z Frankiem jest wygrywana na wszelkich polach. Mężczyzna staje się dla chłopca wsparciem, niemal ojcem, z którym spędza czas. Nawet dochodzą poważniejsze tematy (śmierć, morderstwo), ale bez moralizatorstwa i nadmiernego strachu.

sling_blade3

Trudno zapomnieć kilku znakomitych scen jak otwierający monolog Karla w ciemnościach, gdy opowiada o sobie studentce dziennikarstwa, rozmowę Karla z Frankiem i odkrycie jednej z mrocznych tajemnic (niedoszły brat) czy pijacka kłótnia Doyle’a z matką chłopca. Także dramatyczny finał zrealizowany w niemal thrillerowym stylu (Karl stoi przed wejściem otoczony mrokiem) nie pozwala o sobie zapomnieć.

sling_blade4

Wszystko w zasadzie na swoich barkach trzyma Thornton, który gra po prostu GENIALNIE. Ułomność Karla jest wyrażona w sposób nieprawdopodobny. Zarówno te krótkie ruchy głową, sposób mówienia („Allright THEM”), chrząknięcia czy nieustanny gest mycia rąk – tu wszystko jest dopieszczone do najdrobniejszego detalu i wierzę temu bohaterowi do samego końca. Poza nim tak naprawdę wybijają się tylko trzy postacie. Pierwsza to Frank, grany przez debiutującego Lucasa Blacka – zagubiony, wrażliwy chłopiec szukający wsparcia i autorytetu. drugim jest Doyle (mocny Dwight Yoakam), który jest nietolerancyjnym bucem przekonanym o swojej sile, zgniatającym wszystko, co nie jest w zgodzie z jego systemem wartości. I wreszcie trzeci bohater to Charles Bushman (J.T. Walsh) – kolega z wariatkowa, gaduła i morderca.

„Blizny przeszłości” to mroczny, mocny i troszkę zapomniany film o nadziei, wybaczeniu, przyjaźni, wreszcie o przeszłości, która zawsze nas dopada i zmusza do dokonania poważnych wyborów, naznaczając na następne lata. Wszystko zrobione w sposób niegłupi, bez niepotrzebnych symboli oraz zadęcia, ale trudno dostępne. Mam nadzieję, że was to nie zrazi.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tede & MłodyGrzech – Goooo!

goooo

Skoro jest karnawał, to potrzebny jest taki album, który idealnie będzie pasował na imprezkę. Dlatego takie wydawnictwo trafiło mi (prosto z Internetu) dzieło autorstwa Jacka Granieckiego, czyli Tedego. Raper tym razem po wsparcie Młodego Grzecha i skleił swoje kawałki z ostatnich wydawnictw, mieszając je… z tanecznymi klasykami lat 90.

Zaczyna się od krótkiego intra, gdzie podkład zwięto prosto od Nasa i otrzymujemy krótkie wyjaśnienie, dlaczego powstało to dzieło („zajebmy dresiarzom ich dresiarską muzykę”). Sklejka polega na tym, że podkład jest taneczny, a nawijka jest Tedego. Wyobraźnie połączenie takich wykonawców jak Vengaboys, Haddaway, Robert Miles czy Alexia, a w tle nawija pan Tedeusz z „kurta_rolsona” i „Vanillahajs”. I tak mamy takie prawdziwe petardy w postaci „Ej ziomek” (w tle „Vamos a la play la” Loony), gdzie wszystko strzela i wybucha, „Martwe ziomki” (tutaj mamy „Believe” Cher), „Nie banglasz” (nieśmiertelne „Coco Jambo” Mr. President) czy „Wyje wyje bane” („Children” Roberta Milesa). A jeśli jeszcze wam mało, to jeszcze jest strzelający „John Rambo” (w tle – a jakże by inaczej „Boom Boom Boom” Vengaboys), naszpikowany elektroniką „Feat” (ja wolę oryginał, a podkład wzięty od DJ Intrafica i jego „Live”) czy „Michael Kors”, gdzie gościnnie udziela się Abel („What Is Love” Haddawaya).

Żeby jednak nie było, jest jeden mocny kiks.  Dziwaczna dla mnie jest „Pażałsta”, do której podkład jest tak porąbany, że nie da się tego słuchać (a refren z echem naszego gospodarza – koszmar, tak jak wrzucenie w finale Rednex). Na koniec dostajemy bardzo melancholijny „WWA żegna”. MłodyGrzech wykonał niesamowitą robotę na tym blendzie, gdzie kawałki są zgrane ze sobą (poza w/w kiksem). Można ściągnąć to dzieło przez Internet, jeśli ktoś jest na tyle odważny.

8/10

Radosław Ostrowski

LP – Lost on You

Lost_on_You

Ten inicjał najczęściej oznacza płytę długogrającą. Gdy doda się do tego skrótu liczbę 3, to będziemy mieli Listę Przebojów Trójki. Jednak pewna Amerykanka wyglądająca jak młody Bob Dylan, postanowiła sobie nadać taki pseudonim. Naprawdę nazywa się Laura Pergolizzi i chociaż tworzy od 2001 roku, dopiero teraz przebiła się do słuchaczy ze swoim czwartym wydawnictwem.

To gitarowe granie, chociaż pamięta się z niego… gwizdy. Tak było w przypadku singlowego utworu tytułowego i „Other People”. Zaczyna się jednak niemal onirycznie, bo tak trzeba nazwać „Muddy Waters” ze stonowaną perkusją oraz etnicznymi wokalizami w tle. Szamańska robota, a mieszanie gatunków staje się powoli normą. Zapętlona perkusja i klaskanie w „No Witness”, skręty w bardziej popowe rewiry (klawisze w skocznym „Up Against Me”) czy bardzo delikatne, wręcz przestrzenne riffy („Tightrope”),  wplecionymi smyczkami („Other People”). Imponuje tutaj pomysłowa aranżacja poszczególnych utworów, gdzie pozornie proste instrumenty tworzą bardzo przyjemną całość jak w „Into the Wild” czy mroczniejsze „Strange”  z chórem w tle.

Sam wokal Laury jest taki bardzo męski, wręcz chropowaty, dla wielu może być on nawet irytujący. Mi on nie przeszkadzał i nie psuł pozytywnego odbioru całości. Dziesięć piosenek, które płynnie i zgrabnie przechodzi z jednego nastroju w drugi, ale niespecjalnie zostaje na długo. Jednak jestem na tyle zaintrygowany, że czekam na następne dzieło LP.

7/10

Radosław Ostrowski

Duke of Burgundy. Reguły pożądania

Gdzieś na małej prowincji mieszka Cynthia – naukowiec, zajmująca się motylami. Nie jest już młodą kobietą, do której przychodzi Evelyn. Nie jest to jednak typowa służąca, ale kochanka „wcielająca” się w role zdominowanej. Od kiedy trwa ten związek, nie wiemy, ale coraz bardziej widać znużenie u Cynthii. Tylko nie zdradza się z tym, ale jak długo wytrzyma?

duke_of_burgundy2

Peter Strickland zwrócił moją uwagę udanym „Berberian Sound System”, gdzie bawił się w kotka i myszkę z fanami kina giallo. Tutaj jednak skręca w stronę kobiecego sado-maso, czyli bardzo mrocznej strony pożądania. O dziwo, nie ma tutaj szokowania wizualnego i prób pokazania nie wiadomo czego, tylko bardzo otwarcie przedstawia związek oparty na dominacji. Ale dopiero po czasie odkrywamy, kto tak naprawdę tym steruje. Wszystko jest zaplanowane przez tą młodszą Evelyn – ona spisuje coś w rodzaju scenariusza, który jest wielokrotnie powtarzany (ochrzan za spóźnienie, sprzątanie, pranie z pominiętym jednym ubiorem, kara, wreszcie seks), przez co wywołuje on rutynę. Wywoływało to także znużenie we mnie, a nie pomogło zastosowanie takich sztuczek jak wykłady o motylach czy pojawienie się cieśli i prośby o stworzenie skrzyni. Drobne spojrzenia sugerują, że coś się w tym układzie przestaje funkcjonować.

duke_of_burgundy1

Sam reżyser próbuje stosować różne tricki: repety, zabawę oświetleniem (dominuje tutaj mrok), przez co nie wywołuje to tak silnego efektu znużenia, a nawet wprawia w oniryczny nastrój. Podobny klimat tworzy niezwykła ścieżka dźwiękowa autorstwa zespołu Cat’s Eyes. I to ogląda się po prostu wspaniale, a kilka scen zostanie w pamięci na długo (przelatujące owady w przyspieszeniu i z bliska).

duke_of_burgundy3

Do tego jeszcze trudno oderwać wzroku od duetu Sidse Babett Knudsen/Chiara D’Anna, bez których ten film byłby tylko eksperymentalnym cudadłem. A tak jest odrobina erotycznego napięcia. Bez nich nie byłoby czuć tego pożądania.

6/10

Radosław Ostrowski

Lindsey Stirling – Brave Enough

Brave_Enough_-_Lindsey_Sterling

Tą skrzypaczkę, łączącą muzykę elektroniczną (a szczerze mówiąc taneczną) ze swoimi popisami na instrumencie spotkałem dwukrotnie, za każdym razem będąc zmieszanym i lekko wstrząśniętym. Nie wiem, na co liczyłem mierząc się z trzecim wydawnictwem Amerykanki, ale dostałem w zasadzie to, co wcześniej.

I rzeczywiście trzeba niesporej odwagi, by stworzyć taki nieoczywisty kolaż.  Przedsmak daje nam „Lost Girls”, gdzie pięknie grają smyczki, w tle słyszymy przestrzenną elektronikę i harfę. Ale po minucie, gdy pojawia się zniekształcony wokal to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo wtedy dochodzi dyskotekowa perkusja mieszana w niemal dubstepowy rytm – będziecie porażeni. Tak samo zaskakuje utwór tytułowy z pobrudzonymi, głośnymi klawiszami oraz ciepłym wokalem Christiny Perri. Niby takie r’n’b ze smyczkami, jakby grał na nich sam Bruce Lee. Równie intrygujące jest sklejające fortepian z cymbałkami oraz krótkimi uderzeniami perkusji „The Arena”, które wydaje się najładniejszym utworem w całym zestawie.

A im dalej, tym bardziej eksperymentalnie. Nie brakuje dubstepowej perkusji („The Phoenix”, niemal psychodeliczne), klaskania („Where Did We Go”), skrętów w pulsujące rewiry r’n’b ale też i cudnego fortepianu („Those Days”) czy orientalnej perkusji („Mirage”). Do tego jeszcze pełno gości, którzy swoimi głosami uatrakcyjniają ten koktajl tacy jak ZZ Ward, Caray Frey czy Rooty.

Chociaż nie brakuje paru kiksów („Don’t Let This Feeling Fade”, gdzie miesza się elektronikę, skrzypce i… rap), to jednak znowu pani Stirling mnie zaintrygowała i pokazała klasę jako skrzypaczka. Nie do końca moja bajka, ale parę razy zaskoczyła mnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Młodzi przebojowi

Dublin, rok 1985. Jest bieda, nędza, a co sprytniejsi obywatele tego narodu wyruszają za chlebem do Anglii. Wśród tych, co ostali znajduje się Conor. Mieszka z bratem, siostrą i rodzicami, ale kryzys patrzy im mocno w oczy. Ojciec stracił pracę i by znaleźć oszczędności, chłopak zostaje przeniesiony do katolickiej szkoły. Nie do końca udaje mu się zaklimatyzować. I wtedy w tym szarym jak chmura życiu pojawia się Ona – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Tylko jak do Niej podejść i bajerować? Cosmo improwizuje i mówi tak: jestem wokalistą takiej kapeli i mamy taką piosenkę, no i chciałbym, żebyś zagrała w teledysku do tej piosenki. Ona (a imię jej Raphina – prawda, że śliczne?) się zgadza, tylko trzeba zorganizować kapelę i nagrać kawałek.

sing_street1

Jeśli film reżyseruje John Carney, to na pewno pojawią się dwie rzeczy: miłość i muzyka. Lub też miłość do muzyki, która jest napędzana pierwszą miłością. Sama historia wydaje się jedną z wielu, jakie widziałem/słyszałem/czytałem. Miłość, świat nieprzyjazny, gdzie każdy człowiek jest podporządkowany i uszeregowany oraz Ta, dla której jesteś w stanie przenieść góry i zdecydować się na rzeczy, których nawet nie podejrzewałeś. Wszystko to przedstawione tak naturalnie, że nie czuć w tym wszystkim grama fałszu. I to zarówno jeśli chodzi o zbieranie zespołu, bardzo subtelny portret powoli tworzącego się związku dwojga ludzi. Jest to tak urocze, że chciałem zanurzyć się całkowicie w tym świecie i nigdy z niego nie wyjść. Reżyser bardzo wiernie odtwarza realia lat 80. – kostiumy, scenografia, charakteryzacja. Tu wszystkie klocki pasują do siebie, a jak dodamy jeszcze muzykę, która zgrabnie przygrywa w tle (z jednej strony Motorhead i The Clash, z drugiej The Cure, Spandau Ballet i Duran Duran), stając się inspiracją dla naszych bohaterów.

sing_street2

Ja najbardziej zapamiętam z tego filmu trzy sceny. Pierwszą jest pierwsze spojrzenie na Raphinę, która trochę wygląda jak laska z wytapirowaną fryzurą i te jej oczy – cudowne. Druga jest stworzony w głowie teledysk do jednej z piosenek w realiach potańcówki  lat 50. – tak pełnego kolorów oraz prostej, lecz ślicznej choreografii (te stroje z epoki to smaczek). Jest nawet motor i obowiązkowa bójka z nożem. No i trzecia, czyli szkolna impreza z ostrym numerem o księdzu dyrektorze. Piosenki napisane do filmu brzmią po prostu wspaniale i dla osób szukających czegoś w stylu lat 80., będą wielką przyjemnością.

sing_street3

Do tego wszystko jest znakomicie zagrane, co jest zasługą kompletnie mało znanych aktorów (z wyjątkiem Aidena Gillena, czyli lorda Baelisha z „Gry o tron”). Trudno było mi oderwać oczy od Lucy Boynton (Raphina), która była dla mnie zjawiskowa niczym nadlatująca kometa. Podobnie cudowny był Ferdia Walsh-Peelo jako próbujący się odnaleźć Conor, dla którego muzyka stanie się szansą na lepsze życie. Oboje razem wyglądali po prostu ślicznie. Trudno nie docenić też świetnego Marka McKenny (wszechstronnie uzdolniony muzycznie Eamon) oraz Jacka Reynora (brat Conora, Brendan).

sing_street4

John Carney dał znowu z siebie wiele serca i energii, którą widać w „Młodych przebojowych” – to szlachetne, poruszające i zrobione z głową kino. Małe i skromne, ale kipiące od emocji i dobrej muzyki. Szkoda, że nie trafiła do naszych kin ta produkcja, bo byłaby tego warta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski