Amerykański wokalista indie rockowy, który nie jest w żadnym wypadku spokrewniony z Bryanem Adamsem wraca z autorskim materiałem. Coverowy „1989”, gdzie mierzył się z materiałem Taylor Swift wprawił wielu w zakłopotanie, ale tym razem nie będzie raczej udziwnień na 16 (!!!) albumie Adamsa.
Zaczyna się od organowego „Do You Still Love Me”, do których dołącza „kopiąca” gitara elektryczna i przygrywający w tle… klawesyn. A na koniec dostajemy pobrudzony riff. Pachnie to surowym, starym rockiem z lat 70. i 80. Także w tytułowym „Prisonerze” czuć tego ducha melodyjnego, romantycznego rocka, a nawet nie boi się iść w stronę country („Doomsday” z harmonijką ustną na otwarciu) czy zahaczyć o Toma Petty’ego („Haunted House”). Ale najbliżej Adamsowi jest do Bruce’a Springsteena i nie chodzi mi tylko o barwę głosu, ale i o instrumentarium, ze szczególnym polubieniem gitary elektrycznej i/lub akustycznej („To Be Without You”). Bardzo oszczędnie korzysta z elektroniki (rozmarzone „Shiver and Shake”), a gitara brzmi niemal jak brytyjskiej nowej fali (śliczne „Anything I Say To You Now” czy półakustyczne „Breakdown”).
Amerykanin barwnie tworzy swoją muzykę pełną gitarowych dźwięków. I nie ma tutaj miejsca na nudę, bo Amerykanin gra bardzo różnorodnie. Zarówno troszkę żwawsze numery („Broken Anyway”), jak i bardziej nastrojowe ballady na akustyku („Tightrope” z jazzowym wejście fortepianu oraz saksofonu). A że piosenek jest dwanaście, to nie można narzekać. I rzeczywiście czuje się jak więzień po jej przesłuchaniu.
Nie ma drugiej art rockowej grupy jak Blackfield. Kierowany przez kompozytorsko-wokalny duet Steven Wilson/Aviv Geffen do tej pory wydał cztery dobrze przyjęte płyty. Dlatego czekano na „V” wielkimi nadziejami. Zwiększyły się na wieść, że producencko wsparł ich sam Alan Parsons – legenda art rocka. Czy mogło to nie wypalić?
Zaczyna się ładnie, bo od smyczkowego intra „A Drop In the Ocean”, gdzie w połowie klimat jest bardziej melancholijny, by zakończyć wszystko szumem wiatru. To jednak tylko zmyłka do ostrego i intensywnego „Family Man”, gdzie perkusja uderza nieprzyjemnie, a w tle elektronika buduje atmosferę strachu. Tak samo jak „ciachająca” gitara. Melancholia wraca do singlowego „How Was Your Ride?”, gdzie dominuje fortepian, by szarpnąć w połowie krótkim riffem oraz grą sekcji rytmicznej. Folkowy wstęp w „We’ll Never Be Apart” to haczyk, który ma wprawić w dezorientację, gdyż wejścia gitary, wspólny zaśpiew Wilsona z Geffenem (tu dominuje ten drugi). Odskocznią od rockowego wejścia jest akustyczne „Sorrys”, dające odrobinę ukojenia. Podobnie jak przestrzenny, pianistyczny „Life is an Ocean” (przerobione cyfrowo głos w tle), by pod koniec z hukiem uderzyć. Powrót do czarowania gitarą przypada na szybkie „Lately”, które poraża riffami Wilsona oraz potężną dawką energii, by uderzyło pianistyczno-smyczkowe „October” oraz bluesowe „The Jackal”.
Wilson potwierdza swoje umiejętności gitarzysty, a ciepły głos współgra z klimatem całego wydawnictwa. Szorstki Geffen udziela się tym razem mniej niż na poprzednim albumie (i bardzo dobrze), a brzmieniowy rozrzut między rockiem a progresywnością daje prawdziwego kopa. „Piątka” przypomina wszystko, za co kochało się Blackfield i będzie na pewno często grana.
Wydawałoby się, ze to niepozorny filmowiec, który szybko się pojawi i jeszcze szybciej zniknie. Ale prawda jest taka, że nawet on sam nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Urodził się w New Providence w stanie New Jersey jako jeden z pięciorga dzieci Carol i Eugene’a McCarthy’ch – katolickiej familii z irlandzkimi korzeniami. Ojciec pracował w fabryce tekstylii. W 1988 roku ukończył Boston Collage oraz prestiżowe Yale School of Dama na wydziale aktorskim, gdzie uczył go legendarny Earle Gister.
Jego pierwszą kinowa rolą była postać Chrisa w komediodramacie „Przekraczając granice” z 1992 roku, ale następne lata to były w sporej części role epizodyczne w filmach („Teoria spisku” z 1997, „Guru” z 2002) oraz serialach telewizyjnych („New York Undercover”, „Spin City”, „D.C”, „Prawo i bezprawie”, „Ally McBeal”, „Kancelaria adwokacka”, „Boston Public”). Przełom nastąpił w roku 2003, gdy Tom zadebiutował jako reżyser filmem „Dróżnik”, który spotkał się z bardzo dobrym odbiorem. Po tej produkcji McCarthy zgrabnie prowadzi swoją karierę aktorską, która nabrała przyspieszenia (najbardziej znaną rolą pozostaje dwuznaczny moralnie dziennikarz Scott Templeton w serialu „Prawo ulicy”), reżyserską oraz jako scenarzysty.
W swoich filmach przygląda się zwykłym obserwacjom ludzi oraz ich interakcji z innymi. Pozornie zwykłe i nudne kino obyczajowe, które jednak gęste jest od emocji.
Najczęściej współpracował z montażystą Tomem McArdlem, producentką Mary Jane Skalski, operatorem Oliverem Bokelbergiem i dźwiękowcem Paulem Hsu. W swoim dorobku ma Oscara (i dwie nominacje), 2 nominacje do Złotych Globów, dwie nagrody BAFTA oraz dwie Złote Satelity (i trzy nominacje).
A oto ranking filmografii Thomasa McCarthy’ego od najsłabszego do najlepszego. 3,2,1 start.
Miejsce 5 – Wszyscy wygrywają (2011) – 7/10
Mike (świetny Paul Giamatii) jest prawnikiem, który dorabia jako trener zapasów. By podreperować domowy budżet wpada na plan przejęcia kontroli nad majątkiem jednego ze swoich klientów. Wtedy jednak pojawia się na jego drodze wnuk mężczyzny. Słodko-gorzkie kino o ludziach oraz dokonywanych przez nich wyborach, zrobiona w sposób nieoczywisty i parę razy zaskakująca. Recenzja tutaj.
Miejsce 4. – Magik z Nowego Jorku (2014) – 7,5/10
McCarthy i… Adam Sandler? Samo to połączenie może wydawać się niebezpieczne, ale efekt pozytywnie zaskakuje. Znienawidzony aktor tutaj zaskakująco dobrze wypada w roli szewca Maxa, prowadzącego warsztat z pokolenia na pokolenie. Przypadkiem odkrywa działanie maszyny, dzięki której (po nałożeniu butów) może wejść w skórę jego właściciela. Po drodze mamy sporo gagów, niezłą intrygę kryminalną. Komedia zrobiona z głową, pomysłem oraz ciekawym drugim planem (Barkin, Buscemi, Hoffmann, Method Man). Recenzja tutaj.
Miejsce 3. – Spotkanie (2007) – 7,5/10
Walter Wale (rewelacyjny Richard Jenkins) to znużony wykładowca akademicki, pozbawiony pasji i motywacji do działania. Kiedy wraca do Nowego Jorku, by uczestniczyć w konferencji odkrywa, że w jego domu przebywa… małżeństwo z Syrii. Bardzo ciepłe kino o tolerancji, akceptacji i o tym, że ze zderzenia dwóch światów nie musi dojść do wybuchu wojny. Do tego świetne sceny z bębenkami oraz niezawodny drugi plan w postaci Haan Sleimana i Danal Gurirę (tak, to Michonne z „Walking Dead”, ale nie poznałem jej bez tej charakteryzacji). Recenzja tutaj.
Miejsce 2. – Spotlight (2015) – 8/10
Najgłośniejszy film w dorobku reżysera dotykający niewygodnego tematu. Historia dziennikarskiego śledztwa w sprawie księży pedofili jest bardzo gęsta od emocji, chociaż zrealizowana bardzo powściągliwie. Wszystko jest dochodzeniu podporządkowane: dialogi, zdjęcia, montaż, muzyka, nawet sami bohaterowie, o których praktycznie nie dowiadujemy się zbyt wiele. Mocne kino, trzymające w napięciu, z koncertową grą aktorską (Keaton, Ruffalo, McAdams, Schrieber, Slattery i inni). Recenzja tutaj.
Miejsce 1. – Dróżnik (2003) – 8/10
Debiut, który otworzył drzwi reżyserowi i objawił światu Petera Dinklage’a. Wszystko jest tu oparte na trójce bohaterów: nowym dróżniku Finbarze, sprzedającego hot-dogi Joe oraz malarce Olivii. Mógłbym o tym filmie więcej opowiedzieć, ale takie skromne kino coraz bardziej do mnie przemawia, a trio Dinklage-Carnivale-Clarkson (Patricia, nie Jeremy) wyciska ze swoich ról maksimum wszystkiego. Nie wypada nie znać. Recenzja tutaj.
Jak wskazuje ranking, McCarthy jest bardzo równym reżyserem oraz sprawnym scenarzystą, wnikliwie przyglądającym się ludziom. Ale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, gdyż wkrótce ukaże się… serial „Trzynaście powodów”. Jest to adaptacja bestsellerowej powieści Jaya Ashera. McCarthy będzie producentem wykonawczym i wyreżyseruje dwa odcinki. Premiera 31 marca na Netflixie. A oto teaser:
A jakie są wasze ulubione filmy Thomasa McCarthy’ego? Napiszcie w komentarzach i chętnie podzielcie się swoimi wrażeniami.
Kolejny muzyk, który ukochał sobie nad życie gitarę. Tym razem padło na Steve’a Gunna – głównie współpracującego z Kurtem Vile mieszkańca Pensylwanii. Wydawał wiele solowych płyt, znanych wąskiemu gronu odbiorców. Czy sytuację zmienią „Eyes on the Lines”?
To delikatne rockowe granie z domieszką folku. Tak można sugerować po otwierającym całość „Ancient Jules”. Bardziej żywiołowe (o ile możemy w przypadku takiej delikatnej muzyki powiedzieć) jest „Full Monty Moon”, którego pozytywna energia rozsadza na łopatki czy wręcz rozmarzony „The Drop”. Nie mówiąc o pięknej gitarze w „Condition Wild” czy niemal akustycznym „Nature Driver”. Problem w tym, że kompozycje zaczynają się coraz bardziej zlewać ze sobą. Nawet riffy gitary stają się bardzo podobne do siebie, ale jest tylko dziewięć piosenek. I co z tego, skoro żadne z nich nie zostaje w pamięci na długo.
Sam Gunn gra bardzo porządnie i delikatnie, jednak nie wbija się mocno w pamięć. Takich riffów były setki, jeśli nie tysiące. „Eyes on the Lines” ma niezły klimat i spoko wokal, ale to jest zdecydowanie za mało. Spłynęło to po mnie jak po kaczce.
Kto nie znał szwedzkiego zespołu Europe? Ostatnie lata kapeli to najlepszy okres, gdzie zmienili styl i zaczęli grać hard rocka z bluesem. To oblicze bardzo mi się podobało, ale tym razem wracam do początków grupy. Czyli jest rok 1986 i grupa pod wodzą Joeya Tempesta nagrała swoje najbardziej komercyjne i najpopularniejsze dzieło – „The Final Countdown”
Za produkcję odpowiadał Kevin Elser, który współpracował m.in. z Journey, Mr. Big czy Lynyrd Skynyrd. Zaczyna się wszystko od tytułowej kompozycji, którą radiowe stacje katowały w nieskończoność – podniosłe klawisze, niezapomniany riff pod koniec i ogólny czad. W podobnym kierunku, choć bardziej ostro, jest w „Rock the Night” zaczynający się mocną perkusją, organowymi klawiszami oraz nośnym refrenem. Wtedy następuje wyciszenie w postaci nastrojowej (i troszkę kiczowatej) „Carrie”, ale daje wracamy do glam rocka. „Danger on the Track” wypada całkiem nieźle, dzięki fajnym riffom w środku, podobnie „Ninja”, chociaż klawisze strasznie się zestarzały. Z „Cherokee” najbardziej pamięta się perkusyjny wstęp, a balladowe „Time Has Come” zwyczajnie przynudza swoim patosem.
Innymi słowy, to był (jak na swoje lata) świetny album, wobec którego czas obszedł się bezlitośnie. Melodyka jeszcze się broni, także riffy Johna Noruma. W zremasterowanej edycji są jeszcze umieszczone trzy utwory koncertowe, które pokazują energię oraz sceniczną siłę. Poza tym można sięgnąć, chyba że jest się fanem zespołu.
Czy znacie jakąś znaną meksykańską grupę? Wpadła mi w rękę płyta debiutancka grupa meksykańskich mariachi pochodząca z różnych kapel, postanowiła połączyć siły. A są to: Chetes (gitara), Jay De La Cueva (bas), Ceci Bstida (klawisze), Adan Jodorovsky (gitara), Liber Teraz (gitara), Alejandro Flores (skrzypce), Alex Gonzales (trąbki), Ricard Najera (perkusja), Sergio Mendoza (akordeon), Jacob Valenzuela (trąbka) oraz Camilo Lara (elektronika). Innymi słowy muzycy z takich zespołów jak Zurdok, Tijuana No czy Calexico postanowili razem zmierzyć się z utworami Morrisseya i The Smiths. Tak powstał debiutancki „No Manchester”.
I jest to największy kant jaki ostatnio widziałem, bo nagrali tylko siedem utworów, a żebyśmy nie wyrzucili całości zbyt szybko dorzucili jeszcze pięć piosenek w wersji koncertowej. Pachnie to meksykańskim stylem, bo jest typowa dla tego kraju trąbka. No i wszystko jest śpiewane po hiszpańsku – ole! Ładnie to gra w tle, nawet czuć odrobinę melancholii („El primero del gang” czy „Mexico”), skrętów w dyskotekę („Cada dia es Domingo”) czy płynnego rock’n’rolla („International Playgirl”). Same wokale (śpiewają muzycy na przemian) są całkiem niezłe, ale niespecjalnie zapada w pamięć.
Za krótkie, mało angażujące i niby jest, a jakby nieobecna. Nie wiem, czy to będzie jednorazowa eskapada czy może coś więcej, ale to jest spore rozczarowanie.
Kino od zawsze interesowało się boksem i nie ma w tym niczego zaskakującego – w końcu to dynamiczny sport, pozwalający na widowiskowe potyczki, pełne krwi i emocji. Nie inaczej jest tutaj, w biografii panamskiego pięściarza, Roberto Durana. Jego historię przedstawił rodak, Jonathan Jakubowicz.
Historia boksera wydaje się być klasyczną do bólu opowiastką o chłopaku z ulicy, który dostał (i wykorzystał) szansę wejścia na szczyt. Ale łatwo nie było. Panama była krajem częściowo opanowanym przez Amerykanów (chodziło o Kanał Panamski, który zbudowali Jankesi) i wywoływało to spięcia. Dlatego naród potrzebował kogoś, kto mógłby być wzorem do naśladowania. Mimo że akcja toczy się według ogranego schematu (początki, sukces, upadek, powrót) nie czuje się kompletnego znużenia. Reżyser dość przekonująco przedstawia karierę Durana, jego związek z Felicidad, a jednocześnie wplata w to wydarzenia na Panamie jako kontrapunkt dla losów naszego bohatera. Po drodze pokazuje powiązania boksu z półświatkiem gangsterskim, mechanizmy biznesowe walk czy powolne oddalanie się Durana od bliskich. Brzmi to wiarygodnie, chociaż niektóre kwestie pozostają ledwo liźnięte. Kulminacją jest tutaj walka z Sugar Rayem Leonardem – amerykańskim mistrzem świata, która wywindowała Panamczyka na szczyt. Sceny pięściarskie są poprowadzone bardzo dynamicznie, niemal z bliska, bawiąc się montażem. Nie ma jednak miejsca na zagubienie czy dezorientację. Wszystko jest wyważone, niepozbawione odrobiny humoru (nadania przez bohatera swoim synom na imię… Roberto), ale i nie pozbawione emocji czy wzruszeń (spotkanie z nigdy nie widzianym ojcem).
Reżyser pewnie opowiada, chociaż pewne fakty i kwestie przemilcza, ale to w przypadku biografii rzecz absolutnie normalna. Nie znamy dokładnych powiązań Arcela z mafią ani osobistego życia Sugar Raya, ale to rozwaliłoby całą konstrukcję, rozpraszając uwagę od najważniejszej rzeczy – boksu. I jestem w stanie to wybaczyć.
Zwłaszcza, że dostajemy tu więcej niż porządne aktorstwo. Spisał się Edgar Ramirez, chociaż jego bohatera troszkę trudno polubić – Duran w jego wydaniu to taki pewny siebie samiec alfa, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nadmiar dumy za bardzo go rozluźnia, przez co ponoszą go nerwy. Kontrastem dla niego jest wracający do dobrej dyspozycji Robert De Niro w roli mentora Raya Ancera (jest on też narratorem całości). opanowany, wyciszony i spokojny, ale też bardzo cierpliwy. Prawdziwym zaskoczeniem jednak dla mnie był Usher – znany piosenkarz, który wcielił się w Sugar Raya Leonarda – elegancki, inteligentny i czarujący facet (w porównaniu do Durana). Świetnie odtworzył gesty i ruchy na ringu Sugar Raya – chapeau bas.
„Kamienne pięści” nie są niczym nowym w materii kina bokserskiego, ale to jest na tyle dobrze skrojone, że sprawia to dużą przyjemność. Zresztą takie opowieści o wzlocie i upadku zawsze będą mile widziane. Uczciwe, niepozbawione emocji kino.
Zdarzają się różnego rodzaju duety, które dzielą czasami tysiące kilometry, ale jak wiadomo, muzyka nie zna granic. I tak jest tutaj: brytyjska wokalistka folkowa Flo Morrissey oraz amerykański muzyk Matthew E. White – każde ze skromnym własnym dorobkiem, postanowili połączyć swoje siły, nagrywając własny album.
Fajny tytuł rzuca się w oczy „Gentlewoman, Ruby Man” i jest to zestaw z coverami. Ale żeby było ciekawiej, brzmi to niemal jakby te utwory powstały w latach 70., chociaż są tutaj tacy wykonawcy (przerobieni) jak Frank Ocean, James Blake czy Charlotte Gainsbourgh, czyli twórcy bardziej współcześni. Z drugiej strony jest Bee Gees, Leonard Cohen i The Velvet Underground. Zaczyna się bardzo przyjemnym “Look At What The Light Did Now”, gdzie najważniejsza jest tutaj gitara pachnąca troszkę soulem i ciepły fortepian., a w refrenie jak łączą się te głosy ze sobą, to czułem się jak hippis. W podobnym stylu jest liryczne, wręcz intymne „Thinking Bout You” czy bardziej podniosłym „Looking for You”, gdzie wybijają się kotły oraz Moog.
Trudno odmówić rozmarzenia oraz rozbudowanych aranżacji z chórkami w tle („The Colour Is Anything”), wprowadzane są smyczki i staroświecko brzmiący fortepian („Everybody Loves the Sunshine”), pięknie przygrywające klawisze („Grease”) czy elektryczna gitara czasami kojąca („Suzanne”), ale też i grająca z pazurem („Sunday Morning”) czy wręcz surowo (organowe „Heaven Can Wait”). Także finałowy „Govindam” zachwyca nie tylko aranżacją, lecz także zapętleniem melodii i jej przyspieszeniu.
Obydwa głosy brzmią po prostu znakomicie. Zarówno delikatny, wręcz ciepły głos Flo w połączeniu z surowym White’m daje interesujące połączenie. A retro stylistyka dodaje tylko smaczku. Będę jeszcze wracał do „Gentlewoman, Ruby Man”, bo takiej energii oraz ciepła nie słyszałem od bardzo dawna.
Amerykańska popkultura nie znała drugiego takiego bohatera jak Jesse James – westernowy bandyta kierujący gangiem razem z bratem Frankiem. Ale najbardziej pamiętną chwilą z jego życia była śmierć od strzału w plecy przez Roberta Forda. Właśnie jego historię postanowił przedstawić w swoim debiucie Samuel Fuller.
Jego film to niemalże klasyczny western, który bardziej stara się wejść w psychikę głównego bohatera niż skupiać się na pojedynkach w środku ulicy czy napadach. Reżyser, mimo debiutu potrafi ciekawie inscenizować, co widać w otwierającej film scenie napadu. Najpierw widzimy twarz Jamesa, potem nieznajomego mężczyzny i kamera zaczyna się cofać, by pokazać, że jesteśmy w banku. Takich realizacyjnych tricków jest troszkę, a klasyczne przedstawienie wydarzeń poza kamery za pomocą wycinków prasowych nadal działa. Ogląda się to całkiem nieźle, a kulminacja jest scena zabójstwa już w okolicy 20 minuty. Wtedy twórca skupia się wyłącznie na Fordzie, który musi radzić sobie z napiętnowaniem jako tchórza (śpiewana przez grajka z gitarą pieśń czy próba zabójstwa).
O ile robi się to ciekawie i przyjemnie się patrzy na Johna Irelanda (scena, gdy w teatrze próbuje odtworzyć swój czyn, ale nie może), o tyle wątek melodramatyczny będący przyczyną tej dramatycznej decyzji zwyczajnie przynudza. Ona niby go kocha (przynajmniej na początku), dla niej zabija, by się ustabilizować i zacząć nowe życie, ale zaczyna go odtrącać ze strachu i nie mówi mu tego. Przetrawiłbym to, gdyby nie typowa dla tego okresu muzyka, będąca nadekspresyjną i przedramatyowaną.
Dodatkowo jeszcze nie wytrzymała próby czasu pewna maniera, wynikająca raczej z czasów realizacji filmu. Tam wszyscy bohaterowie są niemalże jednowymiarowi, a dobrym zawsze sprzyja fortuna. Nawet Frank James zamiast dokończyć sprawy i zwyczajnie zabić Forda z pistoletu, woli sprawę załatwić słownie. A Jesse jest pokazywany jako sympatyczny koleś, co daje prezenty swoim kumplom i dba o swoją familię. W końcu finałowa konfrontacja zrealizowana po bożemu i bez fajerwerków – zdecydowanie plus.
Fuller raczej dokonuje wariacji na temat Forda niż próbuje przedstawić jego historię. Ci, co chcieliby zobaczyć bardziej przekonującą wersję wydarzeń, sięgną po rewizjonistyczne „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” z 2007 roku. Debiut Fullera jest zaledwie letni, a mimo skromnego budżetu imponuje solidną realizacją – ładnymi plenerami (co z tego, że czarno-białe), porządną scenografią oraz kostiumami. widać, że to dopiero rozgrzewka przed tym, co miało dopiero spotkać.
Każdy chciał kiedyś być kowbojem. Ale kimś takim na pewno nie jest Paul. Razem ze swoim psiakiem Abbie jedzie do granicy z Meksykiem, by zacząć wszystko od nowa. Po drodze jednak trafia do małego miasteczka Denton, gdzie rządzi szeryf Clyde Martin oraz jego nadpobudliwy syn Gilly. Z jakiegoś zrozumiałego dla siebie powodu, prowokuje Paula do bójki, którą przegrywa. Szeryf nakazuje Paulowi opuszczenie miasta, jednak Gilly ma własne plany i na własną rękę chce się odegrać, zabijając naszą parkę poza miasteczkiem. I to był ich pierwszy błąd.
Ti West do tej pory kojarzył się głównie z tanimi horrorami, jednak tym razem postanowił nakręcić western i to nie jakiś tam pierwszy lepszy, tylko mocno inspirowany dokonaniami klasyków z Włoch. Czuć tą inspirację od animowanej czołówki (prawie jak z „Trylogii dolarowej” Sergio Leone) a po muzykę wyraźnie pełną odniesień do Ennio Morricone. Krajobrazy choć piękne, są bardzo surowe i bezwzględne wobec ludzi, współtworząc klimat fatalizmu. Sama historia to proste kino zemsty, które musi eksplodować. Jednak reżyser nie stawia tutaj na brutalną rozpierduchę oraz destrukcję wszystkiego, co się da. To bardzo kameralne, skromne kino, oparte na dialogach oraz niemal w całości dziejące się w jednym miejscu. Buduje to świetny klimat (zwłaszcza w drugiej połowie, gdy dochodzi do konfrontacji), a proste dialogi tylko podkręcają atmosferę. Może i widać tutaj skromny budżet (mało miejsc odwiedzany – w sensie przestrzeni, krótka przeszłość bohatera pokazana tylko za pomocą skromnego światła latarki), ale wszystko zgodnie z regułami gatunku (sam przeciw wszystkim, zgniłe moralnie miasto). Może i jest to przewidywalne, ale jaką daje to satysfakcję.
Niezły scenariusz oraz solidną reżyserię wspierają dobrzy aktorzy. Drugi raz na Dziki Zachód (ostatnio był w „Siedmiu wspaniałych”) odwiedza ostatnio Ethan Hawke i nadal uważam, że wizualnie pasuje do tego gatunku. Sprawdza się jako tajemniczy nieznajomy z krwawą przeszłością, ścigany przez własne demony i szukający zapomnienia. Nie jest mu to jednak dane – aktor próbuje być takim drugim Eastwoodem (surowy, niski głos), minimalizm mimiki, jednak wiele mu brakuje. Ale kompletną niespodziankę sprawił John Travolta jako szeryf, zmuszony do wyboru między Paulem i swoim synem (świetny James Ransome), pyskatym i krnąbrnym. Jego próby załagodzenia sporu są godne podziwu, jednak finał może być tylko jeden. Jedyną wyrazistą kobietą w tym miasteczku (i jedyną uczciwą) jest Mary Anne (Taissa Farmiga), której trudno odmówić empatii.
Flirt Westa z westernem zaliczam do w pełni udanych. Mimo drobnych mankamentów, film ma klimat spaghetti westernu, gdzie rządzi cynizm, brutalność i bezprawie. Pozorny happy end wydaje się tylko wstępem do nowej opowieści. Ciekawe, czy pojawiła by się tam nadzieja?