Captain Fantastic

Pozornie to klasyczne kino drogi, ale bohaterowie są dość ekscentryczni. Tak naprawdę bohaterami jest rodzina wychowywana przez samotnego ojca Bena. Jest jeszcze pięcioro dzieci, a matka znajduje się w szpitalu. Cała familia przebywa gdzieś w lesie, z dala od cywilizacji. Są świetnie przygotowani w sztuce przetrwania, mają bardzo rozległą wiedzę medyczną, polityczną i społeczną. Jednak cywilizacja upomina się o nich, gdyż ich matka (a żona Bena) odbiera sobie życie. Rodzina wyrusza w drogę na pogrzeb, chociaż nie są tam mile widziani.

captain_fantastic1

Fabuła Matta Rossa to słodko-gorzki dramat obyczajowy, który prowokuje pytania niemal odwieczne: jak żyć? Czy da się uniknąć współczesnego wyścigu szczurów? Czy da się istnieć z dala od cywilizacji? Twórcy chcą nam przedstawić punkt widzenia naszego bohatera, dla którego cywilizacja to rozleniwienie, hipokryzja, jedzenie produktów pełnych chemii, nieszczerość i konsumpcjonizm. Jednak każda teoria musi się sprawdzić w praktyce i okazuje się pod koniec, że ta wiedza w zasadzie nie jest w pełni praktyczna. Podróż na pogrzeb zmusi naszą kochającą się rodzinę do weryfikacji swojej ideologii oraz przekonań. Chociaż nie daje jednoznacznej racji żadnej ze stron. Zderzenie rodziny z cywilizacją ma sporo pokładów komediowych (wizyta u szwagrów, spektakularna kradzież z marketu czy pierwsza randka najstarszego syna), ale też bardzo mocno zmusza do refleksji, nie dając w zamian jednoznacznej odpowiedzi (aczkolwiek finał pokazuje możliwy „złoty środek”). Potrafi wiele razy wzruszyć jak podczas pięknej sceny pogrzebu ze „Sweet Child O’Mine” w tle (granym przez rodzinę), a to już o czymś mówi.

captain_fantastic2

Kośćcem tego filmu jest jednak znakomita kreacja Viggo Mortensena jako ojca. Człowieka, który bardzo stara się być lepszym, kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej. Ale przekonanie o wyższości swoich poglądów doprowadza do tłamszenia rodziny, trzymania w ciężkim, nieprzyjemnym kloszu. Pogodzenie się z tym wymaga od niego wielkiego wysiłku, tylko czy nie będzie za późno dla niego oraz dzieci, gdy przejrzy na oczy? Świetne są też dzieciaki, od których nie mogłem odwrócić wzroku (ze szczególnym uwzględnieniem rozbrajającej Shree Crooks jako Zaja). Czuć między nimi silną chemię, a rozmowy z nimi to małe perły.

captain_fantastic3

„Captain Fantastic” to bardzo słodko-gorzkie, ale i refleksyjne kino na temat życia w ogóle. A takie mądre rzeczy nie pojawiają się ostatnio zbyt często. Po tym filmie będziecie mieli wiele pytań natury refleksyjno-społecznej. To już coś.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shailene Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

The Animals – The Animals

The_Animals_%28American_album%29

Zespół jednego przeboju – taka instytucja działa niemal od początku istnienia muzyki rozrywkowej. Jedną z takich grup był działający w latach 60. The Animals. Brytyjska formacja płynąca na fali rock’n’rolla działała a do 1983 roku (wtedy wydali ostatni album) w składzie: Eric Burdon (wokal), Alan Price (klawisze), Hilton Valentine (gitara), Chas Chandler (gitara basowa) i John Steel (perkusja). Wszystko zaczęło się od debiutu z 1964 roku.

Za produkcję odpowiadał mistrz tego okresu Mickie Most, który współpracował m.in.  Herman’s Hermitts, Lulu, Donovanem czy Suzi Quatro. I jak wiele zespołów z tego zespołu, zaczynało od debiutu z coverami. I właśnie tu pojawia się ich najbardziej rozpoznawalne dzieło, czyli „House of The Rising Sun” (tradycyjny utwór, zagrany po raz pierwszy przez Boba Dylana), ale to klawiszowe popisy Price’a czynią tą wersję niezapomnianą. Dalej jest czysty i bezpretensjonalny rock’n’roll  epoki. Nie brakuje zarówno bardziej imprezowych utworów („The Girl Can’t Help It”, „Talkin’ ‘Bout You”), czuć troszkę podobieństwo do Bookera T & The M.G.’s (sprawdźcie „Blue Feeling”), a gitara Valentine’a skręca czasem w stronę country („Baby Let Me Take You Home”), a nawet bluesa („I’m Mad Again”). Nie zabrakło te miejsca na chórki („The Right Time”) czy wspólny zaśpiew zespołu. Pozwala wejść w klimat epoki, gdy grywano raczej krótkie piosenki, mające podbić listy przebojów.

Trudno nie odmówić siły głosu Burdona przypominającego… Jima Morrisona. I nie ma w tym cienia przesady, wystarczy się wsłuchać się w każdy utwór. Wersja zremasterowana tego wydawnictwa (poza odnowionym dźwiękiem) zawiera jeden, ale za to jaki bonus – „Talkin’ ‘Bout You” w wersji pełnej, trwającej ponad 7 minut. I ten powoli rozkręcający się utwór jest prawdziwą petardą dla fanów klasycznego rock’n’rolla. Mimo lat nadal ma energię i tą lekkość, która wyróżniała twórców tego gatunku muzycznego.

7/10

Radosław Ostrowski

Oglądamy filmy wyreżyserowane przez Samuela Fullera, czyli kolejne wyzwanie od Po Napisach

Skończyło się jedno wyzwanie i już pojawia się kolejne. Znany bloger Po Napisach proponuje tym razem spotkanie z Samuelem Fullerem – zapomnianym, ale też jednym z najbardziej bezkompromisowych reżyserów niezależnego kina amerykańskiego. W tym roku przypada 20. rocznica śmierci twórcy kompletnie mi obcego, którego filmy pozostają dość trudne w zdobyciu (wyjątkiem jest wojenna „Wielka czerwona jedynka”). Wchodzę kompletnie w ciemno, gdyż nie widziałem żadnego filmu tego reżysera, a czasami trzeba podjąć ryzyko.

Oto pełna filmografia Fullera. Czas na obejrzenie: do 12 sierpnia. Jesteście gotowi?

Street of No Return – Ulica bez powrotu (1989)
Les voleurs de la nuit – Złodzieje nocą (1984)
White Dog (1982)
The Big Red One – Wielka czerwona jedynka (1980)
Shark! – Ludojad (1969)
The Naked Kiss (1969)
Shock Corridor (1963)
Merrill’s Marauders – Maruderzy Merrilla (1962)
Underworld U.S.A. – Amerykański świat podziemia (1961)
The Crimson Kimono (1959)
Verboten! (1959)
Czterdzieści rewolwerów (1957)
Run of the Arrow (1957)
China Gate – Brama do Chin (1957)
House of Bamboo (1955)
Hell and High Water – Piekielna misja (1954)
Pickup on South Street – Kieszonkowiec z South Street (1953)
Park Row (1952)
Fixed Bayonets – Bagnet na broń (1951)
The Steel Helmet (1951)
The Baron of Arizona (1950)
I Shot Jesse James (1949)

Samuel_Fuller

The xx – I See You

i see you

Pamiętacie takie trio elektroniczne The xx? Grupa kierowana przez Jamiego Smitha coraz bardziej przykuwała fanów elektronicznego, lecz niepozbawionej przebojowości grania. Nie inaczej jest na najnowszy wydawnictwie „I See You”.

Całość otwiera „Dangerous” niczym jakiś retro kawałek. Takie miałem wrażenie, gdy usłyszałem trąbki. Ale zamilkły i na ich miejsce wszedł mechaniczna perkusja oraz dość grubo brzmiący bas, do którego wracają trąbeczki z początku. Wchodzą w refrenie jak w masło, stanowiąc spójny fragment. Raz odsłuchane nie odczepi się od was nigdy. Podobne dźwiękowe wariactwa mamy w „Say Something Loving”, gdzie zostaje zapętlony dźwięk fortepianu przerobiony na gitarę. Wtedy pojawiają się w tle przyjemne pasaże, ładne smyczki oraz oszczędna perkusja. Buja to przyjemnie, niczym piosenka r’n’b, tylko lepsza. Przestrzeń roznosząca dźwięk jest tutaj spora, ale to nic w porównaniu z niesamowitym „Lips”, gdzie wokale Romy Croft, Jamiego Smitha i Olivera Sim na początku są wręcz sakralne, by potem wejść w pięknie przerobione cymbałki, klaskanie oraz lżejszą gitarę.

„A Violente Noise” troszkę skręca pod współczesne house’owe rytmy, jednak jest mniej agresywny niż wskazuje na to tytuł. Nie brakuje też klimatycznych eksperymentów jak w „Performance” (szumiące niczym smyki wejścia gitary z basem) czy skrętów w bardziej taneczne klimaty („Brave for You” czy singlowe „On Hold” z zapętlonym refrenem).

Dziesięć piosenek mija szybko, troszkę za szybko, ale kompozycje zachwycają spójnym, romantycznym klimatem oraz świetnie zgranymi wokalami członków zespołu. I jest to podobny styl jak u poprzednika, chociaż bardziej rozbudowany. Jak tak świetnie zaczyna się rok 2017, to co będzie dalej?

8/10

Radosław Ostrowski

Aż do piekła

Gdzieś na teksańskim wygwizdowie mieszka dwóch braci. Toby jest rozwiedziony, ma dwóch synów i długi do spłacenia, z kolei Tanner niedawno wyszedł z więzienia za napad na bank. Bracia mają jeszcze jeden poważny problem – ranczo, które należało do ich zmarłej matki jest obciążone tak dużą hipoteką, że może dojść do przejęcia przez bank. Jak to spłacić skoro na ranczu nie ma nic cennego? Toby wpada na prosty plan – spłacić bandycki bank, okradając ich filie i płacąc ich forsą. Na ich trop wpada policja.

az_do_smierci1

Pozornie wydaje się być to kolejną kryminalną opowiastką z banksterami w tle. Ale David MacKenzie jest za sprytny i za cwany, by dać nam taką prostą historyjkę. Wszystko jest ubrane w westernowy sztafaż – mamy piękne plenery Teksasu, pełne równin i nizin, starych wiatraków, kowbojskie stroje (strażnicy Teksasu) oraz ludzi mówiących z charakterystycznym akcentem Południa USA. Ale ten świat nie daje żadnej nadziei na lepsze jutro, bo wszystko jest zabierane przez banki – chciwe jak zawsze. Bieda niczym grzech przekazywana jest z pokolenia na pokolenia, a amerykański sen jest dla naiwniaków. I wtedy by upomnieć się o swoje, starając się zapewnić byt, stajesz się wyjętym spod prawa. Wszystko toczy się dość spokojnym, wręcz wolnym rytmem. Reżyser dość szybko odkrywa karty, ale nie oznacza to kompletnego braku zainteresowania – na dzień dobry dostajemy napad, chociaż sam jego przebieg nie zostanie nam pokazany. Z drugiej strony trwa pościg Strażnika Teksasu Marcusa Hamiltona, zbliżającego się na emeryturę, wspieranego przez zastępcę, pół-Indianina, pół-Meksykanina, Alberto. Te sceny nie są pozbawione docinków i ironicznego poczucia humoru.

az_do_smierci2

Z jednej strony reżyser krytykuje system i chciwość banków, ale także ostrzega: od momentu przejścia na ciemną stronę ponosisz odpowiedzialność za wszystko, co z tego wyrośnie. Nawet jeśli nie pociągnąłeś za spust. Obydwaj bracia będą musieli się z tym zmierzyć, zwłaszcza podczas ostatniego napadu, gdy dochodzi do strzelaniny oraz pościgu. MacKenzie konsekwentnie buduje napięcie, by w finale doprowadzić do gwałtownej eksplozji. To także, a może przede wszystkim opowieść o braterstwie oraz męskiej przyjaźni.

az_do_smierci3

Wszystko to jest oparte także na fantastycznym aktorstwie. Film bezczelnie zawłaszcza sobie Jeff Bridges w roli szeryfa – pozornie zmęczonego życiem, ale doświadczonego i piekielnie inteligentnego człowieka, próbującego powoli oswoić się z nowym życiem. Fason trzyma niezawodny Ben Foster, którego ikry pozazdrościłby niejeden twardziel. I jeszcze Chris Pine kojarzony raczej z rolami ładnych chłopaczków, zrywa ze swoim emploi, budując bardzo wiarygodną postać spokojnego, opanowanego Toby’ego.

az_do_smierci4

Pozornie „Aż do piekła” to kolejny portret mało znanego oblicza USA, gdzie sen stał się koszmarem i walką o przetrwanie. Westernowy sztafaż z jednej strony wyraża tęsknotę za dawnymi, prostymi czasami, z drugiej pokazuje siłę męskiej przyjaźni. Mocna rzecz i niegłupie kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sully

15 stycznia 2009 roku był dla Nowego Jorku dniem, jakiego nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza pasażerowie lotu Kaktus 1549, który miał lecieć z miasta do drugiego. Ale na wysokości 855 metrów dochodzi do zderzenia ptaków i pozbawienia obojga silników, przez co kapitan decyduje się na lądowanie nad rzeką Hudson. I o tej historii postanowił opowiedzieć Clint Eastwood, czyli reżyser, co nie musi już niczego sobie udowadniać.

sully1

Reżyser podchodzi do tego w sposób prosty, spokojny i bez specjalnego popisywania. Całość skupia się na dochodzeniu Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, by ustalić przebieg tego cudu. Nie jest to powiedziane wprost, ale są pewne wątpliwości i gdyby one się potwierdziły, to firmy ubezpieczeniowe dobrałyby się pilotowi do dupska. A to oznaczałoby koniec kariery – do sceny cudu dojdziemy aż trzy razy, by spojrzeć na nią z każdej możliwej perspektywy. Pasażerów, ratowników, kontrolerów, nawet zwykłych ludzi patrzących przez okno i wreszcie samych pilotów – przypominało mi to troszkę „Lot 93” Paula Greengrassa, a scena zderzenia (mimo braku fajerwerków, a może właśnie dlatego) robi niesamowite wrażenie swoim emocjonalnym ładunkiem. Zwłaszcza, gdy sobie przypomnimy co się wydarzyło 11 września 2001 roku.

sully2

Sam bohater wydaje się być postacią niebyt ciekawą – to po prostu facet, wykonujący swoją robotę jak najlepiej, mimo niezbyt wielkich dochodów. Skromny, spokojny, opanowany i wyciszony. Owszem, poznajemy pewne fragmenty z jego przeszłości (pierwszy lot czy niebezpieczne lądowanie myśliwcem), ale to tylko dodatek. Sam bohater ma wątpliwości, co do swojego czynu, ma koszmary, a grający Sully’ego Tom Hanks znakomicie to wychwycił mową ciała (zwróćcie uwagę jak podczas rozmowy telefonicznej z zoną porusza drugą ręką). Partneruje mu świetny Aaron Eckhart jako drugi pilot Skilles, będącym wsparciem dla Sully’ego. Nawet Laura Linney w krótkiej roli żony Sully’ego znaną nam tylko z rozmów telefonicznych, wypada dobrze.

sully3

Eastwood nie próbuje nam wmówić, że robi coś więcej niż solidne kino ku pokrzepieniu serc, na co zawsze będzie zapotrzebowanie. Nawet finałowa mowa Sully’ego nie brzmi aż tak patetycznie jak mogłoby się to wydawać. Wszystko tutaj gra i dobrze się po prostu ogląda, nawet jeśli nie odkrywa niczego nowego – tak się robi solidne rzemiosło.

7/10

Radosław Ostrowski

High-Rise

Lata 70., gdzieś w Wielkiej Brytanii. Poznajemy dr Roberta Lainga – zwykłego, szarego człowieka wprowadzającego się do nowego budynku zwanego Wieżowca – samowystarczalnej chaty z basenem, sklepem, siłownią. Trafia on dokładnie na środek budynku, czyli 25 piętro. Powoli próbuje adaptować się do otoczenia i dostaje się prosto w klincz. Z jednej strony jest wyższa sfera kierowana przez Anthony’ego Royala – głównego architekta, z drugiej są szaraczki kierowane przez buntowniczego Richarda Wildera. Kiedy coraz częściej dochodzi do awarii prądu, konflikt wydaje się nieunikniony.

highrise1

Kolejna adaptacja dzieła J.G. Ballarda, który bardzo krytycznie odnosi się do obecnego świata. „High-Rise” to niby lata 70., ale nie jest to w żadnym wypadku film retro.. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser wykorzystuje postać Lainga, by pokazać silny kontrast między high-life’m a szaraczkami z dołu. I to widać już na zasadzie scenografii – szczyt jest pełen przepychu, blichtru, bogactwa. Tam nawet jest koń (!!!) na dachu, a dół – skromnie, szaro i nieciekawie. Reżyser bardzo zgrabnie czerpie z estetyki kina lat 70. – kostiumy, design samochodów, wizualne skupienie na detalach oraz świetna gra oświetleniem. A im dalej w las, tym coraz bardziej dochodzi orgiastycznych imprez, gdzie obie strony unikają się jak ognia. Jest coraz bardziej przerażająco, z kolejnym zezwierzęceniem. Ktoś nagle zabija psa, ktoś próbuje zgwałcić kobietę, ktoś odbiera sobie życie (płynnie montowane ze scenami imprezy). Wszystko to doprowadza do niesamowitej formy, tylko ta dystopijna alegoria wg Whitleya była dla mnie zbyt chłodna.

highrise2

Bo że jest to dystopia oraz metafora tego, do czego jest zdolny człowiek, widzimy od samego początku, gdzie widzimy już budynek jako pobojowisko i cofamy się 3 miesiące wstecz. Wiemy, że będzie źle i brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Przełknąłbym ten drobiazg, gdyby nie kompletna obojętność wobec postaci, które są ledwo zarysowane. To mają być konkretne postawy wobec swoich własnych aspiracji – bo każdy chce mieszkać wyżej, prawda? Ale w zamian za całkowitą izolację, agresję i przetrwanie za wszelką cenę. Daje to do myślenia i skłania do refleksji, lecz wnioski są oczywiste: zawsze będą ludzie uprzywilejowani oraz ci bez nich.

highrise3

Aktorsko Whitley dobrał bardzo znane twarze i wydaje się, że najłatwiej identyfikować się z granym przez Toma Hiddlestona Laingiem – everymenem, który chce mieć święty spokój, a w żadnej ze sfer nie czuje się najlepiej. Coraz bardziej głupieje, męczy się, nie wysypia, chce się odciąć od reszty otoczenia. Reszta obsady radzi sobie dobrze: od krnąbrnego i prymitywnego Wildera (Luke Evans), eleganckiego Royala (Jeremy Irons) oraz mająca swoje kontakty seksowna Charlotte (Sienna Miller).

highrise4

„High-Rise” próbuje stworzyć portret współczesnego człowieka – samotnego, egoistycznego, pozbawionego emocji, wrzucając go w ekstremalną sytuację. Problem w tym, że poza niesamowitą oprawą audio-wizualną, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wheatley bardziej przypomina to Davida Cronenberga, który o ważkich sprawach opowiada w chłodny wykład. Niewygodne, wymagające kino, nie dla każdego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Księga dżungli

Disney dostał dziwnej choroby zwanej remake’owaniem klasycznych animacji, zastępując je filmami z żywymi aktorami. Najpierw był „Kopciuszek” zrealizowany przez Kennetha Branagha, a teraz postanowiono wskrzesić „Księgę dżungli” – nieśmiertelną pozycję Rudyarda Kiplinga, wielokrotnie przenoszoną na ekran. Ale czy w ogóle jest sens (poza zgarnięcie kasy) opowiadania jeszcze raz tej samej historii? Jak najbardziej i zaraz powiem wam dlaczego.

ksiega_dzungli1

Tak jak pamiętamy, bohaterem jest mały chłopiec imieniem Mowgli. Wychowany jest przez wilki i opiekuje się nim pantera Baghera, ucząc go praw rządzącymi dżunglą. Chłopiec powoli zaczyna integrować się z resztą otoczenia, gdy pojawia się tygrys Shere Khan – osobnik nienawidzący ludzi z dużą szramą na twarzy, żądający wydania chłopca w zamian za ocalenie reszty zwierząt. Dlatego Mowgli decyduje się opuścić stado, ale tak naprawdę dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

ksiega_dzungli2

Favreau nie próbuje dokonywać rewizji i nowej interpretacji dzieła Kiplinga, ale i tak film ogląda się znakomicie. Sama historia Mowgliego trzyma za gardło i jest napięcie, że naprawdę kibicowałem temu chłopcu, mieszkającemu w nie do końca swoim świecie. Reżyser nie boi się pokazać mroczniejszych scen (zabicie Akeli – przywódcy stada wilków, finałowa konfrontacja w płonącym lesie), jednak nie epatuje on brutalnością, a nawet sięga po niemal chwyty z kina grozy (konfrontacja z hipnotyzującym wężem Kaa czy spotkanie z królem Louie w jego świątyni powitej mrokiem). Nie mogło zabraknąć pościgów i scen akcji (ucieczka przed tygrysem i chłopiec otoczony przez stado bawołów – troszkę to przypominało „Króla Lwa”), które imponują rozmachem oraz świetnymi zdjęciami. Przyroda wygląda imponująco (zawalenie się wzgórza wskutek deszczu) i pokazuje swoją siłę, a dżungla z jednej strony jest bardzo przyjazna, ale też skrywająca swoją nieufność w różnych gęstwinach, zaplątanych drzewach. Każdy z bohaterów kieruje się innymi motywacjami, a Mowgli powoli zaczyna dojrzewać do roli istoty próbującej żyć w zgodzie z prawami dżungli (innymi słowy: w grupie raźniej i się zawsze wspieramy), ale z drugiej strony człowiek jest tu pokazany jako istota destrukcyjna, niszcząca przyrodę „Czerwonym Kwiatem” (ogień). I musi on dokonać na końcu wyboru: gdzie zostać?

ksiega_dzungli3

Same zwierzęta (w całości wygenerowane komputerowo) wyglądają niesamowicie, jak prawdziwe stwory. Ich animacja i ruch wydaje się tak naturalny, jakby to były prawdziwe zwierzęta. Nie wychwyciłem różnicy (poza tym, że mówiły ludzkim głosem), ale to w połączeniu z ich głosami w pełni oddawało ich charakter. Powolny, ale zabawny Baloo, agresywny Shere Khan, potężny król Louis – wielki orangutan to wszystko żyje i oddycha.

ksiega_dzungli4

Favreau świetnie realizuje poszczególne sceny, chociaż na planie miał tylko jednego aktora – Neela Sethi. Jako Mowgli był po prostu bardzo dobry i przekonująco pokazał jego emocje – gniew, naiwność, bezradność czy radość. Ale znacznie ciekawsze były zwierzęta, a dokładniej ich głosy. Niezawodny Bill Murray (jowialny i dowcipny Baloo), świetny Ben Kingley (opanowany mentor Baghera), wreszcie genialny Idris Elba (twardy, straszny Shere Khan), uwodzicielska Scarlett Johansson (Kaa – wąż-modliszka) i pozornie serdeczny Christopher Walken (podstępny i chciwy małpi król) wywiązują się ze swoich zadań koncertowo, a słuchanie ich było największą frajdą, jaką mogłem otrzymać.

„Księga dżungli” to niegłupia historia, która powinna spodobać się dzieciom (bardzo fajny morał), ale też miłośnicy kina przygodowego znajdą coś dla siebie. Patrząc na realizację scen akcji nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to film w stylu wczesnego Stevena Spielberga – niepozbawiony humoru, pazura, serca, ale i mroku. Wszystko jest tu odpowiednio wyważone i bardzo przyjemne dla oka.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Pojawiły się wieści, ze Favreau zrobi w tym samym stylu remake „Króla Lwa”. Zabrzmi to dziwnie, ale nie mogę się doczekać.

Mój przyjaciel smok

Był sobie chłopiec o imieniu Pete. Miał pięć lat, gdy razem z rodzicami wyruszył na wyprawę ze swoimi rodzicami. Ale wtedy zdarzył się wypadek i chłopczyk został sam w lesie, praktycznie bez szans na przetrwanie. wtedy jednak pojawił się Elliot – duży, zielony smok. Szybko się zaprzyjaźniają i nikt by nie wiedział o ich istnieniu, gdyby nie pewna dziewczynka, która przypadkowo natrafiła na chłopca siedem lat później.

smok_petea1

Disney wpadł na genialny pomysł, by produkcje swoje sprzed kilkunastu lat zrealizować jeszcze raz za pomocą nowoczesnej technologii z żywymi aktorami. Tak robiono z zapomnianym u nas filmem „Pete’s Dragon” z 1977 roku. Zadania remake’u podjął się David Lowery, który wcześniej sprawdzał się w kinie niezależnym. I wyszło mu klasyczne kino familijne, które ma wzruszyć, chwycić za gardło i dać szansę przeżycia wielkiej przygody. Od razu uprzedzę, ze to produkcja zdecydowanie dla najmłodszych widzów, zaczynających swoje spotkanie z kinem. Mam tutaj przyjaźń chłopca pozbawionego kontaktu z cywilizacją (niczym Tarzan czy Mowgli), pojawia się pani strażnik z rodziną opiekująca się chłopczykiem, jej ojciec opowiadający historię o smoku, wreszcie drwale robiący wycinkę. Po drodze jeszcze będzie konflikt braci drwali, polowanie na smoka, ucieczka i kilka wzruszających scen jak krótka retrospekcja z przeszłości czy poszukiwanie chłopca przez Elliota. Niby bezpieczne i nie zaskakujące kino, ale o dziwo nie jest to w żadnym wypadku wadą.

smok_petea2

Wręcz przeciwnie, ogląda się to przyjemnie, ładnie jest to sfotografowane, okraszone śliczną muzyką z mieszanymi piosenkami. To produkcja w starym stylu, gdzie nie ma komputerów ani telefonów komórkowych w tej rzeczywistości (jakbyśmy cofnęli się do lat 70.), ludzie nadal rozmawiają ze sobą, a dorośli czytają dzieciom książki lub opowiadają bajki. Dlaczego tak nie może być i teraz? Komu to przeszkadzało? Jednak dla mnie najlepsze zaczyna się przez ostatnie pół godziny. Jest polowanie na smoka, spektakularna ucieczka (trzyma w napięciu i nie brakuje dramatycznego obrotu spraw), wreszcie pojawia się ogień prosto z paszczy.

smok_petea3

Do tego całość jest dobrze zagrana. Szoł kradnie tak naprawdę świetny Oakes Fegley jako Pete. To młody chłopiec przypadkowo wracający do cywilizacji, ale bardzo mocno przywiązany do swojego przyjaciela, bez którego nie potrafi żyć. No i sam Elliot wygląda uroczo – niby duży i potężny smok, co potrafi zniknąć (niczym Predator), ale bywa troszkę niezdarny (wlatuje na kominy, nie zachowuje równowagi podczas lotu) i troszkę przypomina zagubione dziecko. Towarzyszą im znani aktorzy (m.in. Bryce Dallas Howard, Robert Redford czy Karl Urban), którzy są przekonujący w swoich wcieleniach, ale są tylko tłem dla smoka i Fegleya.

smok_petea4

„Mój przyjaciel smok” to bardzo ciepłe, przyjemne i sympatyczne kino skierowane do najmłodszego odbiorcy. Porządnie wykonana robota, do której trudno się przyczepić w sam raz na seans z dzieckiem, które poczuje zew przygody.

7/10

Radosław Ostrowski