Makbet

William Szekspir od zawsze interesował filmowców. Praktycznie każda jego stuka była co najmniej raz przeniesiona na ekran. Nie inaczej było z „Makbetem”, którego najsłynniejszą wersją kinową była ta zrealizowana przez Romana Polańskiego w 1971 roku. Teraz jednak własną interpretację przedstawia Justin Kurzel.

makbet_2015_1

I muszę przyznać, ze ta wersja podoba mi się bardzo. Reżyser stawia na surowy realizm, brud i krew. Imponuje zwłaszcza scenografia i piękne szkockie plenery, spowite mgłą, pełne lasów. Wszystko to tworzy wręcz oniryczny klimat, którzy wyczuwalny jest od początku. To we mgle Makbet walczy ze zdrajcami swojego króla Duncana, to we mgle widzi wiedźmy, co przepowiadają mu przyszłość. I wreszcie we mgle zabarwionej krwią zmierzy się ze swoim przeznaczeniem. Kurzel bardzo starannie dobiera kolory: dominuje chłodna zieleń w scenach leśnych, mocna czerwień podczas scen akcji i zabijania (albo podczas scen w kościele, gdzie jest pełno świec). Dla wielu nadal problemem może być archaiczny (z dzisiejszej perspektywy) dialogi oraz monologi bohaterów, pełne kwiecistego stylu. Dlatego zawsze należy wczytywać się między słowami, by zrozumieć moralne rozterki Makbeta, rozdartego między żądzą władzy a oddaniem prawości.

makbet_2015_2

Imponują świetnie zrealizowane sceny zbiorowe: egzekucja rodziny Makduffa, potyczki, wreszcie ceremonia koronacji w pięknie oświetlonej katedrze. Co jednak najciekawsze jedna scena zmienia kontekst zachowania lady Makbet. Tak, ona nadal popycha męża ku zbrodniczej drodze, ale nawet ona zaczyna się swojego męża bać, przez co pogrąża się w szaleństwie. A otwierająca całość scena pogrzebu dziecka państwa Makbet mogła być katalizatorem obłędu. Kurzel niczym w transie skupia całą swoją uwagę, w czym pomaga świdrująca uszy muzyka oraz bardzo rytmiczny montaż.

makbet_2015_4

Ale tak naprawdę nową wersję bronią też świetni aktorzy. Tym razem Makbet ma aparycje Michaela Fassbendera, który tak płynnie mówi szkockim akcentem (jak cała obsada), jakby to był jego naturalny język. A w oczach ma ten błysk szaleństwa, którego nie można w żaden sposób zignorować. Jednak dla mnie „Makbet” to film Marion Cotillard, która zupełnie inaczej przedstawia postać lady Makbet (interpretację wspomniałem wcześniej). I to ten duet bardzo mocno wybija się z grona zacnej obsady, która solidnie wywiązała się ze swoich zadań.

makbet_2015_3

Justin Kurzel wie jak robić historię z klimatem, a jego wersja „Makbeta”, choć surowa, wnosi duży powiem świeżości. Ogrywa teatralność oryginału, za pomocą klimatycznych zdjęć oraz montażu, przez co nie ma miejsca tutaj na nudę. Ale wymaga w zamian skupienia, uwagi, bo łatwo można przeoczyć pewne detale.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Christine

Podobno każdy człowiek przynajmniej raz w życiu się zakochał. Taki problem miał Arnie Cunningham – typowy szkolny kujon, troszkę nieporadny, troszkę nieśmiały, taka oferma i zamknięty w sobie okularnik. Jednak jak w przypadku każdego przedstawiciela rasy homo sapiens musiało paść i na niego. Jego partnerka miała czerwony strój, chociaż mocno znoszony. A jej imię było dźwięczne niczym metal – Christine. Jest tylko jeden mały haczyk: Christine to samochód Plymouth Fury z 1958 roku, przez co wywołuje zazdrość otoczenia.

christine1

John Carpenter to nazwisko kojarzone jednoznacznie z kinem grozy, a jeśli film jest adaptacją powieści Stephena Kinga, to sukces wydaje się murowany. „Chrstine” nie nazwałbym jednak stricte horrorem. To tak naprawdę film o miłości. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest. A jak powszechnie wiemy, miłość ma więcej twarzy niż niejaki Christian Grey.  Christine jest śliczna, co widać już od pierwszej sceny, gdy schodzi z fabryki – wygląda wprost zjawiskowo, co dokładnie pokazuje kamera. Jednak – jak to maszyna – jest straszną zazdrośnicą, która nie chce dzielić się z nikim. A jak zostanie  obrzucona wyzwiskami lub skrzywdzona wtedy nie wybacza. przekonujemy się o tym na samym początku, gdy jeden z pracowników używa jej siedzenia jak popielniczki. Im dalej w las, tym robi się groźniej. Auto nie tylko jest nawiedzone, ale siedzący w niej demon przenosi się na właściciela, uzależniając go od siebie.

christine2

Po drodze są tutaj wątki i schematy typowe dla filmów młodzieżowych: miejscowy łobuziak, pierwsza dziewczyna, bunt wobec rodziców, przyjaźń. Wszystko to obraca się tak naprawdę wokół tego toksycznego związku z Christine. Powoli odkrywamy przeszłość auta, a reżyser z brawurą realizuje kolejne sceny brutalnych ataków samochodu praktycznie niezniszczalnego. I nie ważne czy będzie próbował zabić dziewczynę Arniego w kinie samochodowym, zniszczy stację benzynową (widok jadącego auta w ogniu – niesamowite) czy przejedzie chłopaka w miejscu teoretycznie nie do przejechania. Akcje te toczą się głównie nocą, potęgując atmosferę niepokoju, a gdy w tle przygrywa muzyka autorstwa samego Carpentera (tylko syntezator) – już jest strach. Mimo ponad 30 lat na karku, sceny ataków pojazdu do dziś robią wrażenie.

christine3

Aktorstwo zaś jest co najwyżej przyzwoite. Grający główne role kumpli Arnolda i Dennisa Keith Gordon oraz John Stockwell dają sobie radę, chociaż ten pierwszy zbyt szybko odkrywa karty jako chłopak bezgranicznie zakochany w swoim samochodzie. Stockwell jest bardziej subtelny i wyważony jako kumpel, bardziej racjonalny i próbujący otworzyć oczy na jego związek z Christine. Później obaj panowie zajęli się reżyserią, wychodząc zdecydowanie lepiej na tym polu. Jeśli chodzi o drugi plan wyróznia się zwłaszcza Robert Prosky jako właściciel warsztatu, wyglądający bardziej jak menel oraz pojawiający się w połowie Harry Dean Stanton w roli detektywa.

christine4

Sama „Christine” to ubrana w konwencję thrillera/horroru historia inicjacyjna o toksycznej miłości oraz brutalnym wejściu w dorosłość. Mimo lat ma w sobie pazur (mocna druga połowa), jest pewnie prowadzona przez Carpentera, a przewrotny finał (chyba) daje wiele satysfakcji. Nic dziwnego, ze jest to tytuł wymieniany w gronie najlepszych adaptacji Kinga.

7/10

Radosław Ostrowski

Kubo i dwie struny

Kim jest tytułowy Kubo? Zwykłym chłopcem, który mieszka na odludziu i opiekuje się matką w Japonii. Oboje tak naprawdę ukrywają się przed dziadkiem chłopca – potężnym Księżycowym Królem, który chce ukraść jedyne oko posiadane przez chłopca. Dlatego Kubo zawsze musi wracać przed zachodem słońca, ale pewnego wieczora łamie ten zakaz. Matka, by go chronić poświęca się, ale przedtem daje mu zadanie: musi zdobyć pancerz (miecz, zbroję i hełm), by ochroniły go przed Królem oraz Siostrzyczkami. Pomaga mu w tym ożywiona małpa, papierowy samuraj i poznany po drodze żuk-wojownik pozbawiony pamięci.

kubo1

Studio Laika przykuło moją uwagę od czasu „ParaNormana”, gdzie łączyło powagę i dramatyzm, ale jednocześnie unikając prostego, czarno-białego podziału bohaterów, a także stosowaniem animacji poklatkowej. Innymi słowy, zamiast komputera i kartki papieru tworzono postacie oraz dekoracje z materiału, ożywiając go w mechaniczny sposób niczym marionetki. O samej fabule nie chcę wam mówić zbyt wiele, bo spojlery zabijają najlepszy seans i odstraszają. W każdym razie jest to niemal kino przygodowe (fabuła mogła być podstawą gry komputerowej), gdzie jest powierzone zadanie i przeszkody do pokonania. Sama animacja jest po prostu prześliczna, co widzimy od samego początku, gdy widzimy burzę oraz płynący statek z matką Kubo i nim samym. Największe wrażenie jednak robią sceny, gdy Kubo czaruje swoimi opowieściami za pomocą shamisena (gitara brzmiąca troszkę jak banjo), ożywiając papier z origami, dzięki czemu kreuje niesamowite światy. Sceny, gdy pojawia się stado latających ptaków czy budowanie z liści okrętu wygląda piorunująco. Podobnie starcie w grobowcu ze szkieletem, podwodne miasto czy wyniszczona twierdza. Japonia czasów feudalnych została wiernie odtworzona (piękne stroje i zwyczaje), jednocześnie odtwarzając ich wierzenia.

kubo2

Oglądałem to z zapartym tchem, kibicując bardzo naszemu chłopcu, który musi zmierzyć się ze śmiercią. Twórcy nie boją się pokazywać krwi i przemocy, jednak nie pokazują bezpośrednio śmierci, zastępując ją oślepiającym blaskiem światła. Nie brakuje jednak krwi (jest już niemal na początku), surowych pojedynków (walka z Siostrami, ukrywającymi swoje twarze przed maskami), powoli odkrywając tajemnicę oraz historie związaną z Kubo. Nawet finałowa konfrontacja z Księżycowej Królem jest elementem tej historii.

kubo3

„Kubo” równie imponuje pod względem dubbingu. Ale polecam zdecydowanie wersję oryginalną, gdzie najbardziej wybija się Charlize Theron z Matthew McConaugheyem. Ta pierwsza wciela się w matkę i ożywioną matkę – nadopiekuńcza, kochająca i starająca się zapewnić bezpieczeństwo. Z kolei Matthew podkłada głos Żukowi – przeklętemu wojownikowi, który na początku sprawia wrażenie pogubionego, nieporadnego bohatera. Wydaje się on comic reliefem, ale z czasem staje się złożonym, barwnym herosem. Muszę też wspomnieć wcielającego się w tytułową postać znakomitego Arta Parkinsona, który wiarygodnie odtwarza wszelkie emocje bohatera: ból, samotność, ale i nierozsądek, figle. Takie nie sposób zapomnieć Sióstr, którym głosu użyczyła Rooney Mara i samym głosem wywołuje strach.

kubo4

„Kubo i dwie struny” to historia o wyobraźni, przebaczeniu, zemście, ale też o miłości. Historia tak piękna i zakorzeniona w Oriencie (byłem pewny, że to Japończycy zrobili). Piękna, mądra baśń skierowana zarówno dla młodego widza, jak i starszego odbiorcy. Porażające dzieło i najlepsza animacja roku 2016. Ale nie widziałem reszty stawki, więc może się to zmienić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Angol

Poznajcie niejakiego Wilsona. To niepozorny, zmęczony życiem starszy pan, co przyjechał do Los Angeles. Jednak jego celem nie są wakacje. Przybył, bo dostał wiadomość od swojego kolegi, że jego córka Jessica zginęła w wypadku samochodowym. Nie wierzy w to i próbuje na własną rękę wybadać sprawę. Niedawno wyszedł z więzienia, więc problemy z osobami będącymi w półświatku nie są niczym nowym. Trafia na trop w postaci niejakiego Terry’ego Valentine’a – promotora muzycznego, który był jej chłopakiem.

angol1

Steven Sobderbergh to taki reżyser, który lubi bawić się formą, przez co jego filmy sprawiają wrażenie kina artystycznego. Nie inaczej jest w lekko arthouse’owym „Angolu”, który opowiada o starym temacie jak świat – zemście i dojściu do prawdy. Sama intryga nie należy do specjalnie zaskakujących, ale reżyser parę razy dokonuje kilku wolt. Siła jest przede wszystkim montaż – mamy kilku sekundowe przebitki scen, które później odegrają kluczową rolę. Widzimy jak Wilson siedzi w samolocie, potem rozmawia z kumplem Edem (synchronizacja mowy z obrazem jest celowa), a następnie przebywa w pokoju hotelowym. Czy nagle pojawia się ujęcie w nocy, gdzie widzimy podniesione ręce człowieka leżącego na ziemi. Dodatkowo jeszcze mamy retrospekcje utrzymane w innej kolorystyce, powtarzające się ujęcia, ale nie wywołuje to chaosu i dezorientacji. Soderbergh wierzy w inteligencję widza, a samą akcję pokazuje w dość nietypowy sposób. Albo dzieje się ona poza zasięgiem kamery (strzelanina w warsztacie), przewija się gdzieś w tle (zepchnięcie ochroniarza przez Wilsona podczas przyjęcia) ewentualnie jest ona krótka i mało efekciarska (finałowa konfrontacja). Nad wszystkim unosi się duch kina europejskiego.

angol2

Z jednej strony mamy słoneczne Los Angeles skrywające brudy i zbrodnię, a z drugiej jest bardzo liryczna muzyka z przeplatanymi utworami lat 60. To wszystko tworzy bardzo melancholijny klimat do opowieści, która jest dość umowna. Soderbergh nie bawi się w stylistykę noir i nie tworzy głębokiego, refleksyjnego kina. Chociaż wykorzystane w formie retrospekcji fragmenty debiutu Kena Loacha mogą sugerować coś zupełnie innego.

angol3

Ale jeśli miałbym wskazać najmocniejszy punkt filmu byłby to znakomity Terence Stamp. Jego Wilson to uparty, zdeterminowany i nie cackający się z nikim twardziel, chociaż nie sprawia takiego wrażenia na pierwszy rzut oka. Ale spójrzcie w jego oczy – pełne gniewu, bólu i woli walki. To postać, która zna tylko świat przemocy, zabijania i krwi, tylko to jest sensem jego życia. Poza nim na drugim planie mamy wyrazistego Luisa Guzmana (przyjaciel Ed), śliczną Lesley Ann Warren (przyjaciółka Jessiki, Elaine), ale i tak liczy się Peter Fonda – pozornie elegancki i czarujący Valentine, ale tak naprawdę niepewny siebie, strachliwy. Konfrontacja między tą dwójką jest interesująca, ale pozbawiona fajerwerków.

angol4

„Angol” jest jednym z ciekawszych, niestandardowych kryminałów od Soderbergha. Zabawa formą nie przeszkadza w śledzeniu intrygi, która wciąga. Ma to swój specyficzny klimat, trzyma za pysk i robi swoją robotę. Gotowi na spotkanie z Wilsonem?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Metallica – Hardwired… to Self-Destructed

hardwired

Kto nie pamięta lub kojarzy jednej z najpopularniejszych kapel metalowych kierowana przez charyzmatycznego Jamesa Hetfielda? Mało kto jednak chce pamiętać nagraną w 2011 roku płytę z Lou Reedem „Lulu”, będącą kompletną katastrofą. Dlatego trzeba było czekać pięć lat na nowe wydawnictwo i by zatrzeć złe wrażenie po poprzedniku wydano to aż na dwóch płytach, a wsparcia producenckiego udzielił Greg Fidelman, z którym nagrali „Death Magnetic”.

I już od samego początku trzyma brutalnie za mordę. Bo nie inaczej można nazwać otwierający całość „Hardwired”, który jest czystą młócką z galopującą niczym polska kawaleria perkusją oraz krótkimi wejściami riffów duetu Hetfield/Hammett (w połowie). I kiedy spodziewamy się dalej czystej, bezkompromisowej rzezi dostajemy najlepszy kawałek, czyli epicki „Atlas, Rise”. Na początku dostajemy prawdziwą salwę od Ulricha, by potem otrzymać odrobinę żużlu na gitarze, by potem dać wskoczyć Hetfieldowi ze swoim głosem. A w refrenie znowu robi się bardziej podniośle (w połowie dominują huki perkusji oraz siarczyste riffy, jakie powinni grać giganci), by zakończyć po prostu z hukiem, niczym Iron Maiden. Na szczęście ekipa nie zapomina o nagrywaniu takich kawałków, żeby to w radiu puścili, ale robią je po swojemu. Wolne, ale siermiężne, hard rockowe „Now That We’re Dead”, gdzie bardzo ciekawie gra perkusja. Siarczyście i epicko robi się przy (pozornie) wolnym „Moth Into Flame” z zarąbistym i agresywnym niczym diabeł riffami zgranymi z perkusją. Wolniej oraz bardziej nastrojowo się robi przy mocarnym „Dream No More”, gdzie Hammett cudownie tnie swoimi riffami jakby to grało Black Sabbath. Podobnie wybrzmiewa ponad 8-minutowy „Halo on Fire”, wydawałoby się najspokojniejszy utwór na całym wydawnictwie. Ale tylko w zwrotkach, gdy w refrenie robi się coraz mocniej. Nie inaczej jest w przypadku marszowego „Confussion”, idącego niczym walec „Here Comes Revenge” czy najlepszego na drugim krążku „Spit Out The Bone”.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze Metallica wraca do znakomitej formy, w czym pomaga świetna produkcja. Hetfield ma głos mocny niczym dzwon, siarczysty jak diabli, a Hammett gra tak na gitarze, że słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. A jeśli komuś jest mało wrażeń to jest jeszcze wydanie deluxe z dodatkowym krążkiem. Co w nim dostajemy? Głównie utwory w wersjach koncertowych, ale są też umieszczone wcześniej w różnych tribute albumach covery m.in. Rainbow (potężny „Ronnie Rising Medley”) czy Deep Purple („When a Blind Man Cries”). I brzmi to znakomicie. Hetfield i spółka robią prawdziwą rzeź, przypominając wszystko, a co byli kochani – trasowa energia, ciężkie riffy, gwałtowne wejścia perkusji oraz silna charyzma Hetfielda. Najlepszy album Metalliki od bardzo dawna.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Marmur

tacohemingway-marmur

Każdy osobnik, który nawet nie zna się na rapie, to słyszał o Taco Hemingwayu. Do tej pory nagrywał tylko i wyłącznie EP-ki, ale wszystko musiało się zmienić z wydaniem pełnego albumu, wydanego przez Asfalt Records. I tak pojawił się „Marmur”, będący concept-albumem. Tytułowy „Marmur” to hotel w Gdańsku, do którego trafia nasz bohater, gdzie nie można korzystać z technologicznych cacek.

Taco od samego początku wspierany przez producenta Rumaka, robi w zasadzie to, co zawsze. Tytułowy utwór zaczyna się przyjemnym basem oraz żeńska wokalizą, zastąpioną przez pachnącą latami 80. pulsującą elektroniką, do której dochodzą różne zabawy perkusją. A na sam koniec dostajemy nocnego portiera (naprawdę). Potem dostajemy zapis audio wiadomości „Witaj w hotelu Marmur”, by wejść w surowy „Żyrandol” (ta perkusja robi robotę z cykaczami) oraz ciepłymi klawiszami, a także melancholijnej „Krwawej jesieni”.

Rumak ciągle zaskakuje – stosuje różnego rodzaju echa („Mgła I (Siwe włosy)”, „Tsunami Blond”), przełamuje tempo perkusji (dyskotekowy „Świat jest WFem”), wrzuca fortepian („Mgła II (Mówisz, masz)”), dodaje nawet kotły („Świecące prostokąty”) czy gitarę elektryczną („Ślepe sumy”), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu zmęczenia materiału. Minimalistyczny styl z każdym utworem staje się coraz bardziej męczący, odwracając kompletnie uwagę od nawijki Taco.

Sam Taco wrzuca setki aluzji i odniesień do popkultury, przez co mam poczucie niepotrzebnie megalomański. Niby opowiada o przełamywaniu kryzysu twórczego, ale też pojawia się sen z kobietą w roli głównej („Tsunami blond”), działanie technologii („Świecące prostokąty”), konfrontacja z kibicami („Krwawa jesień”) oraz pojawiający się tajemniczy pasażer („To by było na tyle”). Wymaga to większego zaangażowania, gdyż wiele rzeczy można nie wychwycić za pierwszym razem. Ale nawet i to nie jest w stanie wynagrodzić spędzonego czasu (wyjątkiem jest troszkę inna wersja „Deszczu na betonie” ze zmienioną zwrotką finałową).

I chyba po raz pierwszy mam wrażenie, ze Taco zwyczajnie przekombinował. Koncepcja świetna, ale czegoś tutaj zabrakło, przynudzało. Gdyby wziął się za to Łona, Sokół czy Ostry, byłoby zapewne lepsze. A tak pozostaje zawód.

6/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Drony

drony-b-iext45097080

Fisz i Emade znani wcześniej jako Tworzywo Sztuczne, teraz jako Fisz Emade Tworzywo to jeden z najbardziej nieoczywistych grup hip-hopowych, które chodzą swoją ścieżką, mieszają bity z żywym instrumentarium. Ostatnio swoim „Mamutem” skręcili w coraz bardziej elektroniczne eksperymenty, podbijając nawet taneczne parkiety. Tą ścieżkę kontynuują „Drony”.

Bartek i Piotr Waglewscy tym razem postanowili stworzyć concept-album opowiadający o życiu we współczesnym świecie, pełen gadżetów i wynalazków, bez których nasze życie wydaje się już niemożliwe. To daje już otwierający całość „Telefon”, który z jednej strony ma wszelki potencjał do podbijania parkietów (sekcja rytmiczna pulsuje, podobnie jak delikatne elektroniczne pasaże w zwrotkach) i próbuje być zagwozdką nie dla idiotów. Podobnie zaczyna się też ejtisowski „Parasol” z zapętlonym, przyspieszonym fortepianem oraz wręcz metalicznym basem. Najlepszy aranżacyjnie dla mnie są „Fanatycy” z mocną, dyskotekową perkusją, funkową gitarą oraz płynnymi smyczkami (prawie jak z „Wojny”) oraz minimalistyczny „Biegnij dalej sam”. Zupełnie w konsternację wprawiły mnie „Kręte drogi” z zapętloną gitarą akustyczną oraz mieszanką łagodnych perkusjonaliów, etnicznych wokaliz z mocnym bitem sklejonym z elektroniką.

Waglewscy robią wszystko, by nie przynudzać, a parę efektów zaskakuje – mieszający Orient z ambientem „Duch”, pulsujące „Samochody” ze staroświecką elektroniką, cykaczami oraz przerobionym głosem Fisza, delikatne „Skąd przybywasz” czy niemal akustyczny „Komputer”. Im dalej jednak, tym bardziej przewidywalne są chwyty rodzeństwa. Dodatkowo fani rapu się wściekną, bo tutaj tego gatunku jak na lekarstwo.

Fisz coraz bardziej skręca w stronę śpiewania niż rapowania, co wydaje się zrozumiałe (ci, co słyszeli jego rockowe wcielenie w postaci Kim Nowak wiedzą, co potrafi) i radzi sobie dobrze. Tekstowo jest dość zróżnicowanie, ale wszystko zmierza w oczywistym kierunku: technologia zabija człowieczeństwo, a prywatność oddajemy dla ideologii w rodzaju bezpieczeństwa narodowego (latające drony). Można było z tego wycisnąć dużo więcej.

„Drony” nie przebiją „Mamuta” zarówno pod względem produkcji czy energii, ale Fisz z Emadem poniżej pewnego pułapu zwyczajnie nie schodzi. To po prostu dobry materiał, który blado prezentuje się w porównaniu z konkurencją.

7/10

Radosław Ostrowski

Walter Hill – 10.01

hill_walter

Reżyser, scenarzysta i producent filmowy, specjalizujący się w szeroko pojętym kinie akcji. Urodził się 10 stycznia 1942 roku w Long Beach jako najmłodszy syn nitowacza stoczniowego. Nie chodził jako dziecko do szkoły ze względu na astmę, dlatego czas spędzał czytając komiksy i słuchając słuchowiska radiowe. Choroba ustała w wieku 15 lat i wtedy zaczął naukę, pracując jednocześnie przy odwiertach ropy w Signal Hill. Jako nastolatek chciał być rysownikiem komiksów i dlatego chciał studiować sztukę na uniwersytecie w Mexico City, jednak nie było go na to stać. Zamiast tego ukończył historię na uniwersytecie w Michigan. Po ukończeniu nauki w 1964 roku zaczął pracę w Los Angeles dla firmy przygotowującej materiały dla Encyklopedii Britannica.

Od tej pory Hill chce zostać reżyserem i zaczyna pisać scenariusze. Zaczyna swoją przygodę z kinem w Universalu jako goniec. Wreszcie uczestniczy w kursie organizowanym przez Amerykańską Gildię Reżyserów, dzięki czemu obserwuje realizację seriali telewizyjnych („Bonanza”, „Wild Wild West”, „Gunsmoke”). W 1967 zostaje drugim asystentem reżysera przy „Aferze Thomasa Crowna” Normana Jewisona, następnie rozwija warsztat asystując m.in. przy „Bullicie” oraz „Bierz forsę i w nogi”. Wreszcie jego scenariusze zaczynają przykuwać uwagę środowiska, chociaż z realizacją różnie bywa, aż dostaje szansę od Petera Bogdanovicha przy „Ucieczce gangstera” ze Steve’m McQueenem. Ostatecznie Bogdanovich został zwolniony przez gwiazdora i zastąpiony przez Sama Peckinpaha, ale film okazał się wielkim kasowym hitem. Poznaje też producenta Lawrence’a Gordona, którego przekonuje do realizacji swojego własnego scenariusza jako reżyser.

Specjalnością Hilla stało się kino sensacyjne, mocno inspirowane westernowymi schematami, pełne przemocy, czarnego humoru, prostego podziału na dobro i zło, z niezbyt skomplikowaną intrygą oraz interesująco sfotografowaną (chociaż głównie surową) miejską przestrzenią, pełną zaułków i brudu. Jeden z tych filmowców, którzy robili furorę w czasach VHS i na razie nie zamierza odpuszczać.

Najczęściej współpracował z: producentami Lawrencem Gordonem, Joelem Silverem, Mae Woods, montażystą Freemanem A. Daviesem, kompozytorami Ry Cooderem i Jamesem Hornerem, operatorem Lloydem Ahernem II, kostiumologiem Danem Moorem, scenarzystą Larrym Grossem i Davidem Gilerem oraz aktorami charakterystycznymi jak Allen Graf, James Remar, Brion James, Powers Boothe, Keith Carradine, Sonny Landham, Bruce Dern, Nick Nolte.

Do tej pory otrzymał nominację do Złotej Palmy, nominację do Saturna, nagrodę Emmy (i dwie nominacje) oraz nominację do Złotej Maliny.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Waltera Hilla. Trzy, dwa, jeden, jazda!

Miejsce 14. – Mścicielka (2016) – 3/10

Michelle Rodriguez w tym filmie gra Franka Kitchena – płatnego mordercę. Mężczyzna zabija brata pewnej lekarki, która z zemsty decyduje się na… zmianę płci naszego bohatera. Sama intryga jest po prostu idiotyczna, pozbawiona sensu i pełna pretensjonalnego bełkotu w wykonaniu  Sigourney Weaver, zaś sceny akcji po prostu wyglądają bardzo archaicznie. Szkoda czasu, a Hill chyba powinien przejść na emeryturę. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Kula w łeb (2012) – 5/10

Na chwilę obecną ostatnie dokonanie Hilla, które miało prosty pomysł, ale nie zagrało. Płatny zabójca i gliniarz łączą siły, by zabić morderców swoich kumpli. Pierwszego gra Sylvester Stallone, drugiego niejaki Sung Kwon. Efekt jest jednak średni. Intryga wolno się rozkręca, jest strasznie przewidywalna, a ze scen akcji pamięta się najbardziej finałową konfrontację między Stallonem i Jasonem Momoa.

Miejsce 12. – Johnny Przystojniak (1989) – 6/10

Tytułowy bohater to jeden z najlepszych speców od planowania skoków, tylko ma strasznie szpetną twarz. Podczas ostatniego skoku zostaje zdradzony, a jego mentor zamordowany. W więzieniu zostaje poddany nietypowej resocjalizacji – zabieg chirurgiczny pozwala zmienić twarz, dostaje nowe nazwisko i zwolnienie warunkowe. Wydaje się, że wszystko wraca do normy, ale przeszłość i zemsta nie pozwala zapomnieć o sobie. Utrzymany w noirowej estetyce kryminał jest solidnie zrealizowany, ma niezłe tempo oraz dynamicznie zainscenizowane sceny akcji, ale wszystko psuje zakończenie. Nie zawodzi za to świetny Mickey Rourke w roli tytułowej wspierany m.in. przez Forresta Whitakera, Morgana Freemana czy Lance’a Henricksena.

Miejsce 11. – Ostatni sprawiedliwy (1996) – 6/10

Trzecie spotkanie z „Krwawym żniwem” Dashiella Hammetta, które najpierw przeniósł Akira Kurosawa („Straż przyboczna”) i Sergio Leone („Za garść dolarów”). Teraz zmierzył się z tym Hill i chociaż najwierniej zaadaptował tekst, to wypadł najsłabiej w tej konfrontacji. Sprawa jest prosta: jedno miasteczko, dwa zwalczające się gangi oraz tajemniczy nieznajomy, zatrudniający się dla obydwu stron. Gra go Bruce Willis i radzi sobie naprawdę przyzwoicie, czuć tu westernowy klimat, ale jak się oglądało jeden z w/w. nie robi takiego wrażenia.

Miejsce 10. – Miliony Brewstera (1985) – 6/10

Pozornie połączenie Hilla z komedią wydaje się abstrakcyjne. Wyszło sympatycznie, chociaż bajkowo. Monty Brewster jest zwykłym baseballistą, który otrzymuje ogromny spadek – 300 mln dolarów. Jest jednak jeden haczyk, mężczyzna musi w 30 dni wydać 10% tej sumy, ale nie może nikomu o tym powiedzieć. Reżyser próbuje szalonych pomysłów (kupno drużyny, stadionu, nawet kampania wyborcza na burmistrza), a Richard Pryor odnajduje się w tym jak ryba w wodzie.

Miejsce 9. – Wstęp wzbroniony (1992) – 6,5/10

Prosta ballada o chciwości. Dwóch strażaków wyrusza do opuszczonej fabryki w St. Louis, gdzie ma się znajdować skarb. Problem w tym, że także tam dochodzi do gangsterskich porachunków. Reżyserowi udaje się zbudować klimat osaczenia, a wewnętrzne spory między bohaterami (zarówno strażakami, jak i gangsterami) tylko podsycają temperaturę. Zagrane nieźle, może troszkę przewidywalne, ale seans jest w stanie dać wiele satysfakcji. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Wojownicy (1979) – 7/10

W Stanach to kultowe dzieło uznane za opus magnum. U nas to praktycznie zapomniany film akcji, który ma dobre tempo, klimat nocnego miasta oraz poczucia zagrożenia. Tytułowi Wojownicy to gang  Coney Island, który przybywa na zjazd do Nowego Jorku. W jego trakcie zostaje zamordowany przywódca Cyrus, nawołujący do zjednoczenia, a podejrzenie pada na Wojowników, którzy muszą uciekać. Wszystko w stylistyce disco z lekko kiczowatą muzyką, komiksową konwencją oraz dobrze zrobionymi bijatykami. W wersji reżyserskiej pojawiają się komiksowe wstawki, które pasują do klimatu opowieści. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Czerwona gorączka (1988) – 7/10

Rosyjski milicjant na amerykańskiej ziemi. Ivan Danko tropi zbiegłego handlarza narkotyków, który uciekł z kraju i zabił jego kumpla. Pomagać ma chicagowski glina, Art Ridzik. Pomysł na amerykańsko-radziecki duet w tamtych czasach wydawał się świetnym polem dla żartów i przechwałek, które dodają lekkości dla tego mrocznego, niepozbawionego przemocy klasyka ery video. Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w roli antagonistów zmuszonych do współpracy Arnolda Schwarzeneggera i Jamesa Belushiego.  Do tego mamy niezapomnianą obławę w Moskwie, pościg autobusowy, a Ed O’Ross jako czarny charakter pasuje wybornie. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Następne 48 godzin (1990) – 7/10 

Gates i Hammond znowu muszą w ciągu dwóch dób rozwikłać zagadkę, by wyjść cało z tarapatów. Brat Ganza, razem z gangiem bikerów, chce się na nich zemścić. Dodatkowo gliniarz tropi tajemniczego Icemana, który wrabia go w morderstwo. Niby jest więcej tego samego (już początek w knajpie z bikerami), klimat jest mroczniejszy, z finałową strzelaniną w chińskim klubie go-go. Nawet jeśli czuć zmęczenie materiału, to skomplikowana intryga, niezłe dialogi oraz duet Nolte-Murphy nadal rozkręcają całą imprezę. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – 48 godzin (1982) – 7/10

Najsłynniejszy film Hilla, który rozpoczął nurt zwany buddy movies. Bohaterem jest Jack Gates. Razem z kumplami idą do hotelu, gdzie przebywa zbiegły z więzienia Ganz. Dochodzi do strzelaniny, którą przeżył Gates. By dorwać Ganza, mężczyzna wypuszcza na dwie doby skazańca, Reggiego Hammonda, który ma na pieńku z bandytą. Jest sporo humoru, bijatyk, strzelanin, pościgów (najlepszy w metrze i autobusowy), wszystko podlane mrocznymi zdjęciami (finał w Chinatown) oraz dynamiczną muzyką Jamesa Hornera. A najmocniejsza jest chemia między grającymi główne role Nickiem Nolte (Gates), a debiutującym na ekranie Eddie Murphym.

Miejsce 4. – Nienawiść (1987) – 7,5/10

Ubrany w realia westernu współczesny film akcji, którego bohaterem jest strażnik Teksasu Jack Beenten. Kiedyś on i Cash Bailey byli prawdziwymi kumplami, ale teraz stają po przeciwnych stronach barykady. Sytuacja rozkręca się, gdy w okolicy pojawia się oddział najemników, uznanych za zmarłych. Hill podkręca klimat pachnący Dzikim Zachodem, dodaje świetnie zrealizowaną scenę napadu na bank oraz finałową konfrontację w Meksyku, gdzie kule świszczą mocno i gęsto. Plus niezawodny Nick Nolte w roli tytułowej, wspierany przez Powersa Boothe oraz Michaela Ironside’a. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Ulice w ogniu (1984) – 7,5/10

Kompletnie odjechany i najdziwniejszy film Hilla, w którym estetyka lat 50. miesza się z kiczem lat 80. Przepiękny wizualnie, z czaderską muzyką rockową opowiada historię Toma Cody’ego, który wraca do swojego rodzinnego miasteczka. Jego była dziewczyna, wokalistka rockowa zostaje porwana przez gang motocyklowy. Prosta historia, z one-linerami, świetnym klimatem, pięknymi zdjęciami oraz tajemniczym Michaelem Pare w roli głównej. Czyste szaleństwo. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Ciężkie czasy (1975) – 8/10

Debiut i to od razu widać rękę reżysera, stawiającego na klimat. Tutaj bohaterem jest niejaki Chaney (ciągle dobry Charles Bronson), który zaczyna uczestniczyć w nielegalnych walkach pięściarskich. Broni się to klimatem Nowego Orleanu i lat 30., świetnymi dialogami oraz krótkimi, lecz intensywnymi scenami bijatyk (troszkę podobnymi do tych  „Podziemnego kręgu”). Mimo upływu lat, ogląda się znakomicie, co jest sporą zasługą Bronsona oraz Jamesa Coburna. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Kierowca (1978) – 8/10

Prosta, ale niesamowicie zrealizowana sensacja, skupiona wokół trójki bohaterów: Kierowcy, Gracza i Detektywa. Dialogi są oszczędne, a liczą się dwie rzeczy: klimat nocnego miasta oraz świetne pościgi samochodowe. Film będący inspiracją dla „Drive”, „Transportera” i „Złodzieja”, gdzie intryga zaskakuje ciągłymi woltami, mamy świetną muzykę oraz będącego w wysokiej formie Ryana O’Neilla w roli tytułowej. Do tej pory nie zestarzał się, stając się wzorcem dla kina akcji. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:

Tutaj lista filmów jest strasznie długa i obfituje w różne gatunkowo dzieła: od thrillerów po westerny i kino akcji.
Straceńcy (1980), Śmiertelne manewry (1981), Na rozdrożu (1986), Geronimo: Amerykańska legenda (1993), Dziki Bill (1995), Supernova (2000), Champion (2002), Przerwany szlak (2006)

A jakie są wasze ulubione filmy Waltera Hilla? Zapraszam serdecznie do komentowania i czekam na wasze opinie.

Radosław Ostrowski

Baby bump

Filmy o nastolatkach to w 90% banalne i naiwne opowiastki ludzi, który ich nie rozumieją, sprawiają wrażenie zwykłego skoku na ich pieniądze, robiąc z nich kompletnych idiotów. Czasami jednak zdarzają się dość udane próby takie jak „Wyznania nastolatki” czy „Cudowne tu i teraz”. Do grona takich ambitnych opowieści o dojrzałości próbuje dołączyć „Baby bump” zrealizowany przez Kubę Czekaja.

baby_bump1

Bohaterem tego dzieła jest niejaki Mickey House – młody chłopak wychowywany przez Mamuśkę. Wiadomo, że ma problemy z dojrzewaniem, bo słyszy głosy. A dokładnie jeden głos, należący do animowanej myszy, niejakiej Jerba Mouse. Fabuły jako takiej tu nie ma, ale największym problemem chłopca są nienaturalnie długie uszy, które odrastają i wyrastają. Żeby było jeszcze mało kłopotów, to handluje moczem w szkole, która jest poddawana ostrzejszym kontrolom na obecność narkotyków. I jeszcze zaczynają szaleć hormony, przez co mu staje (pewien wiadomy organ), zwłaszcza gdy ma przed oczami jej piersi oraz myszkę (swojej mamuśki). Jeśli jeszcze do tej pory, nie poczuliście wstrętu, to w trakcie seansu będziecie mieli. Od samego początku towarzyszy nam poczucie schizofrenii – bohaterowie mówią polskim i angielskim językiem, w tle widzimy (pisane po angielsku) teksty piosenek przewijających się w tle, przez co mamy poczucie kompletnej dezorientacji.

baby_bump2

Dodatkowo jeszcze jest kompletnie odrealniona rzeczywistość, co podkreślają sceny choćby w szkole. Tam są duże bramki na metal, kręcą się gliniarze (jeden z nich niejaki porucznik, któremu coś wyje ze spodni) – wszystko jest tutaj przerysowane, wyolbrzymione. Tylko ja mam jedno pytanie: o co tu k****a chodzi? Mam pewne przypuszczenia, ale im dalej w las, tym mniej w tym wszystkim sensu. Mamy cmentarz, palenie ubrań, dziki seks porucznika z Mamuśką, zabijanie kury i wielkie jajo wzięte z ciała Mickeya, seks-rozmowy Mamuśki z szefem. Wszystko to zrealizowane wręcz obłędnym montażem i w rytm alternatywnej muzyki, przypominając senny koszmar. I na co jeszcze te sceny z usuwaniem sobie uszu czy niszczeniem żeńskich organów płciowych (!!!) na ciele House’a za pomocą kombinerek plus – jakby było mało obrzydliwości – wyrywanie penisa (fuj!!).

baby_bump3

Wygląda to jak podróbka Davida Cronenberga podlana obscenicznym językiem Kevina Smitha. Tylko, że pod tym obrzydliwościami u tych twórców było drugie dno. Ja u Czekaja widzę tylko dno, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Owszem, wygląda to niesamowicie, ale samo w sobie jest pustą wydmuszką. Aż strach pomyśleć, co pokaże Czekaj w „Królewiczu Olchu”. A dla takiego wyjątkowego filmu, ocena też będzie wyjątkowa.

2/10

Radosław Ostrowski

Dropkick Murphys – 11 Short Stories of Pain & Glory

11shortstories

Kto nie kojarzyłby tej bostońskiej grupy mieszającej punkowego ducha z celtycką tradycją? Dropkick Muphys pod wodzą Ala Barra musiała poradzić sobie z odejściem dudiarza Scurffy’ego Wallace’a. Nie zrobili sobie nic z tego i po czterech latach wracają z premierowym wydawnictwem, trzeci raz ufając producentowi Tedowi Huffowi.

Jak sama nazwa wskazuje jest tu jedenaście utworów. Czy są one o bólu i chwale? Zaczyna się bardzo podniosłym wejściem fletu oraz perkusji brzmiącej niczym morski sztorm w postaci „The Lonesome Boatman”. I po tym wstępie pojawia się silny zaśpiew, do którego dołącza szybka sekcja rytmiczna. Poza tym jest to instrumentalny utwór. Niech was to jednak nie zmyli, dalej mamy to, z czego znany jest bostoński skład. Jest szybko, gitarowo, energetycznie i przebojowo, co dostajemy już w „Rebels with z Cause”. Spokojniejsze, ale tylko przez tempo jest singlowy „Blood”, który ma wszelkie zadatki na koncertowy hit. Także krótki akustyczny wstęp w klaskanym, rock’n’rollowym „Sandlot” nie był oczywistością, ale spokojniejszy „First Class Lover” miesza celtyckie klimaty (flety, mandolina, werble) z bardziej rockowym entouragem. Podobnie fortepianowy „Paying My Way” (jeszcze pod koniec ta harmonijka szaleje), ale „I Had a Hat” to już typowa szybka jazda, gdzie dzieje się wiele, a wspólne śpiewanie daje dodatkowego czadu. I w zasadzie dalej jest tak samo czadersko i imprezowo, ze będziecie chcieli podśpiewywać te piosenki razem z kolegami po piwku. Lub po dwóch.

Ale w zasadzie procenty nie będą wam do tego potrzebne. Chemia jest silna, energia płynnie przechodzi na słuchacza i ma ochotę na więcej. Tylko 11 utworów, ale za to jakich – takiego kopniaka nie daje nawet AC/DC. I nie, nie przesadzam. I oby cały taki był 2017 rok.

7,5/10

Radosław Ostrowski