Jestem mordercą

Był kiedyś taki czas, że krążyli po okolicy seryjni mordercy. O Karolu Kocie opowiadał antykryminał „Czerwony pająk”. A teraz pojawia się historia innego niebezpiecznego człowieka – „wampira z Zagłębia”, który w latach 70. terroryzował Śląsk, mordując 12 kobiet. Schwytano podejrzanego, niejakiego Zdzisława Marchwickiego, który został skazany na karę śmierci. Już o tej historii powstał film („Anna i wampir” z 1981 roku), ale teraz sprawę postanowił pokazać Maciej Pieprzyca – zdolny i coraz ciekawszy reżyser ze Śląska.

jestem_morderc1

Bohaterem tego filmu jest młody śledczy, porucznik Janusz Jasiński, dla którego może być to punkt zwrotny w całej karierze. Gliniarz dość niechętnie przyjmuje sprawę, wiedząc, że pakuje się w prawdziwą kabałę. Kobiety są znowu mordowane, a poszlak praktycznie nie ma. Sprawa jednak zostaje przyspieszona, gdyż jedną z ofiar zostaje siostrzenica samego I sekretarza partii. Kolejne, wręcz desperackie próby schwytania (ogłoszenie nagrody i lejące się niczym morze donosy, wykorzystanie komputera czy próba schwytania na wabia zakończona śmiercią kolejnej ofiary) nie dają żadnego efektu. Ale przynajmniej pojawia się podejrzany – niejaki Wiesław Kalicki. Zostaje on schwytany, a Jasiński zostaje bohaterem i pupilem władzy.

jestem_morderc2

Pozornie film Pieprzycy jest kryminałem retro, gdzie bardzo wiernie odtworzono PRL lat 70. Scenografia i kostiumy jest imponująca – te knajpy, pokoje milicyjne, przepych ludzi władzy (kolorowy telewizor, wypasione samochody), lejąca się gęsto wódka i dym spod papierosa. Jednak sama kryminalna intryga jest tylko pretekstem dla pokazania kompletnej zgnilizny oraz aktem oskarżenia dla systemu, gdzie nie można pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. I kiedy wydaje się, że dochodzenie jest skończone, nagle zaczynają pojawiać się wątpliwości, ale co zrobić? Iść po trupach do celu (kariera, sława, sukces) czy zostać zgnojonym, rozniesionym w pył, ale z czystym sumieniem. Dodatkowo jeszcze otrzymuje rozgrywkę między Kalickim a Jasińskim, który chce złamać podejrzanego i zmusić go do złamania, zmuszenia zeznań. Atmosfera coraz bardziej gęstnieje, stawia się tutaj na psychologię bohatera, a widz nie jest tutaj traktowany jak kretyn mający wszystko podane na tacy. Dodatkowo klimat podkręca psychodeliczno-jazzowa muzyka, podbita rwanym montażem niczym z filmów Smarzowskiego.

jestem_morderc3

Jedyne, co mi psuje frajdę z oglądania to zakończenie, w zasadzie nie wnoszące niczego nowego, niczym w „Czerwonym pająku”. Za to jest tutaj bardzo wyraziste aktorstwo, ze wskazaniem na mało znanego Mirosława Haniszewskiego. Jasiński w jego wykonaniu to typowy produkt swojej epoki: na początku sprawia wrażenie niedoświadczonego chłopaczka, który zmienia się w bezwzględnego oportunisty, grzejącego się w blasku sławy. Po drugiej stronie jest tajemniczy Arkadiusz Jakubik jako Kalicki – skryty, małomówny i strasznie brodaty, a tajemnicza relacja między tą dwójką intryguje. Na ile to była próba złamania go, a na ile rodziła się sympatia – nie wiadomo. Drugi plan z kolei jest bardzo bogaty – kompletnie zaskakuje Piotr Adamczyk jako pozornie jowialny major Kępski, będący bezwzględnym skurczybykiem, zapada w pamięć Agata Kulesza wcielająca się w żonę podejrzanego (i ta śląska godka), wreszcie Magdalena Popławska, czyli żona Jasińskiego, coraz bardziej od niego oddalająca.

jestem_morderc4

„Jestem mordercą” to przykład nieoczywistego połączenia kryminału, dramatu psychologicznego oraz krytycznego spojrzenia na okres PRL-u. Co najciekawsze, nie jest to tak nieczytelne, by widownia zza granicy nie byłaby w stanie tego zrozumieć. W końcu seryjni mordercy działają w każdym ustroju.

8/10

Radosław Ostrowski

Spotkanie

Walter Vale od wielu lat mieszka w Connecticut, gdzie pracuje jako wykładowca akademicki. Mieszka sam, próbuje nauczyć się gry na fortepianie (umiała to jego zmarła żona) – taki zwykły szaraczek, znużony i zmęczony życiem. Więc niechętnie zgadza się na przyjazd do Nowego Jorku na konferencję naukową. Tym większe jest jego zdumienie, gdy odkrywa, iż jego nowojorskie mieszkanie zostało już zamieszkane. Lokatorami jest młode małżeństwo nielegalnych imigrantów – Tarek i Zainab. Pozwala im zamieszkać, co ma mocny wpływ na jego życie.

spotkanie1

Thomas McCarthy jest jednym z uważnych obserwatorów codziennego życia ludzkiego. Potwierdził to debiutanckim „Dróżnikiem” i kolejnymi tytułami, gdzie pozorny brak tempa pozwala uważniej przyglądać się ludziom oraz ich życiu. Tu mamy powtórkę schematu z debiutu – skryty i nieufny człowiek poznaje obcych sobie ludzi, którzy wnoszą kolor do swojego życia i zmuszają do przewartościowania pewnych rzeczy. Nie inaczej jest tutaj, tylko ze tutaj tymi innymi są imigranci, marzący o stabilizacji oraz spokojnym bytowaniu w USA. W czasach, gdy ciągle mówi się o terroryzmie, a inność wywołuje strach, przerażenie, nienawiść. Czy w takiej sytuacji jest szansa na przeskoczenie tych barier? Tutaj reżyser pokazuje dwie ścieżki – empatia oraz muzyka. Życzliwość nie kosztuje byt wiele, chociaż dla wielu osób może być ciężkim wysiłkiem, a muzyka jest językiem międzynarodowym, zrozumiałym dla całej ludzkości, nawet jeśli jest to afrykański bębenek. To pozwala wejść w kompletnie inny, ale tak bardzo znany świat. Ta interakcja ubarwia i wnosi sporo ciepła do filmu, aż do punktu krytycznego – aresztowania Tareka.

spotkanie2

Wtedy następuje brutalna konfrontacja z zimnym światem urzędnika, dla którego człowiek jest kartką papieru, numer w ewidencji, nikim. Chłodne pomieszczenia, niemal mechaniczne odpowiedzi człowieka za okienkiem, to budzi poczucie strachu i bezsilności. Mimo tych zdarzeń, reżyser nie porzuca bohaterów, sympatyzuje z nimi i daje nadzieję. Na nowy początek, może na nową miłość, nowe życie. A od czego to zależy? Przesłanie jest proste, ale brzmi wiarygodnie, bez fałszu.

spotkanie3

Pewna ręka McCarthy’ego jest bardo widoczna w grze aktorskiej. I po raz pierwszy w główniej roli ma szansę wykazania się Richard Jenkins – aktor charakterystyczny, chociaż niepozorny. I taki jest jego Vale – skromny, cichy, wycofany, bardzo powściągliwy. Trudno nazwać to, co robi życiem, raczej jest to wegetacja, zamknięcie w kokonie, a wszystko to pokazuje swoją mową ciała oraz oczami. Wszystko tam widać, tylko trzeba skupić się. Jeszcze warto docenić wcielających się w parę Haaa Sleimana (Tarek) oraz debiutującą Danal Gurirę (Zainab), którzy sprawili wielką przyjemność.

„Spotkanie” to kolejny przykład pozornego, ale pełnego emocji kina, pełnego sympatii i ciepła, chociaż nie unikających trudnych tematów. Każdy z nas musi podjąć walkę o swoje szczęście, chociaż nie ZAWSZE jest to łatwe.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mech – Zjednoczone siły natury

zjednoczone siły natury

Dawno, dawno temu działał taki polski zespół rockowy Mech. Nadal działa (reaktywował się w 2004 roku po 17 letniej przerwie) kierowany przez Macieja Januszko, którego wokal jako żywo przypomina Ozzy’ego Osborne’a. Jednak nie o tym chciałem opowiedzieć, ale o początkach, gdy grupa nazywała się Zjednoczone Siły Natury Mech i miała dwóch wokalistów: Januszkę oraz Roberta Milewskiego vel Millorda. Co wtedy grywał Mech?

Wytwórnia GAD Records zremasterowała (dzięki wsparciu Milewskiego) pierwszy album grupy, noszący tytuł taki jak ona sama. Na początek dostajemy „Marsz”, a jak marsz to muszą być werble niczym w armii, do których dołączają płynne klawisze oraz podrasowana gitara elektryczna. Brzmi to podniośle, by w połowie uspokoić się za pomocą imitujących morze perkusjonaliów. I wtedy dostajemy ponad dziesięciominutową suitę „Atlantis”, gdzie czuć mocno ducha Yes (ta gitara i Moog!!!), gdzie muzycy popisują się swoimi umiejętnościami, tworząc wręcz sielski, przyjemny klimat. Dopiero w czwartej minucie pojawia się wokal, wspierany przez akustyczną gitarę. I ta sielska atmosfera tworzona prez klawiszę oraz gitarę zostają zdemolowane przez pędzącą na złamanie karku perkusję, przez co reszta muzyków dostosowuje się do tego tempa, by potem każdy z muzyków rzucił krótką solówkę. „Dialog” początkowo przypomina Pink Floyd (perkusja i krótkie gitarowe wejścia), tylko klawisze imitujące smyczki pędzą na złamanie karku i jest dialogiem między Januszką i Milewskim (piękne, dźwięczne głosy), a gitara niemal łka w połowie. Mroczniejszy (na początku) jest „Guliwer”, gdzie przebijaja się od niego pojedyncze strzały perkusji oraz Moog. Wtedy zaczyna piękny dialog gitara z klawiszami. „Antidotum” z kolei zaczyna się wręcz kojąco, ciepłymi klawiszami, do których dołącza gitara akustyczna. Po krótkiej chwili włącza się także sekcja rytmiczna. Wsystko pędzi ze świetnymi riffami, by wraz z wokalami weszło w stronę improwizowanego jazzu. Wrescie jest rozmarzony, ale krótki „Ogród snów” pozwalający się romarzyć.

Na koniec wydawca dorzuca jeszcze dwa dodatkowe utwory. Pierwszy został znaleziony w wersji winylowej, czyli instrumentalny, lightowy „Romantic blues”, a drugim jest koncertowa wersja „Atlantis Suite”. Chociaz te utwory nie do końca brzmią najlepiej i odstają od reszty, to stanowią pięknie uzupełnienie tego zapomnianego wydawnictwa. Progresywny Mech garściami czerpał z klasyków tego gatunku jak Genesis czy Yes, ale u nas brzmiało to świeżo i nowatorsko. I po latach nadal taki jest – imponuje rozmachem oraz maestrią muzyków. Very impressive.

8/10

Radosław Ostrowski

Meller Gołyźniak Duda – Breaking Habits

1476204040

Bywa już tak, że muzycy z różnych zespołów postanawiają się spotkać, połączyć siły i razem coś nagrać. Tak też się stało w tym przypadku, więc ku wyjaśnieniu przedstawię sprawców tego zamieszania. Maciej Meller to gitarzysta progresywnego zespołu Quidam, Maciej Gołyźniak to perkusista alternatywnego Sorry Boys, współpracujący także z Moniką Brodką i Natalią Nykiel, a Mariusz Duda to basista oraz wokalista Riverside. Panowie znają się od lat, ale do tej pory nie mieli szansy zagrać wspólnie. Właśnie niedawno wydali wspólny album „Breaking Habits”.

Jak sama nazwa wskazuje, muzycy przełamują swoje muzyczne nawyki i tworzą nową całość. Jest tylko (lub aż) osiem utworów, trwających niecałe 45 minut. Zaczyna się od mocnego uderzenia, bo tak można nazwać „Birds of Prey” z surowymi riffami, szybkimi uderzeniami perkusji oraz odbijającym się niczym echo wokalowi Dudy (przynajmniej na początku). I do trzeciej minuty Meller odjeżdża w kierunku psychodelii, a perkusja coraz bardziej nakręca się niczym bolid Formuły 1. „Feet on the Desk” idzie w stronę niemal klasycznego, ciężkiego bluesa (na początku nie byłem w stanie rozpoznać Dudy – głos nie do poznania, dopiero w refrenie brzmi jak on) z wolnymi uderzeniami perkusji, by pod koniec gitara zrobiła się cięższa. Najkrótszy w zestawie „Shapeshifter” jest najbardziej przystępny. Podobnie jak instrumentalny utwór tytułowy, gdzie każdy z muzyków wykorzystuje swój czas, tworząc mroczny klimat: wolno uderza, oszczędna perkusja, podobnie spokojniejsza wydaje się gitara z basem, ale poczucie niepokoju pozostaje. Muzyka coraz bardziej się nasila (uspokaja się tylko w środku), by wyciszyć się na końcu. Psychodelia wraca do stonerowego „Against the Tine”, by pod koniec zmienić kompletnie tempo akustyczną gitarą. Surowy i wręcz metalliczny „Tattoo” chwyta świetnym basem oraz podniosłym wokalem Dudy. I wtdy dostajemy prawie 10-minutową petardę w postaci „Floating Over”, gdzie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie: od spokojnych solówek a’la David Gilmour po ostrzejsze wejście perkusji, mocne riffy i płynący bas. A na sam koniec dostajemy tak samo ostre wejście jak początek w postaci „Into the Wild”.

Trudno powiedzieć czy to jednorazowa akcja, czy będzie też ciąg dalszy, ale jedno jest pewne. To jedna z najlepszych płyt rockowych mijającego 2016 roku. Czuć silną chemię między triem, wszystko jest zbalansowane, nie ma rywalizacji, tylko jest to sprawnie działająca maszyna, która świetnie sprawdzi się na koncertach, melodie porywają i produkcja jest znakomita. Czekam na więcej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Agata Sadowska – Słowa

słowa

Przyszedł czas na debiutantkę, w dodatku pochodzącą z moich okolic, czyli Warmii i Mazur. Agata Sadowska urodziła się w Olsztynie, wychowała w Kętrzynie, ale szkołę muzyczną ukończyła w Gdańsku. W 2015 roku wydała swoją EP-kę, ale dopiero rok później wyszedł debiutancki album. Czy warto było czekać?

Za produkcję odpowiada Grzegorz Jabłoński – klawiszowiec zespołu Poluzjanci, a wokalistkę wsparli jeszcze basista Piotr Żaczek i perkusista Robert Luty, a żeby było jeszcze ciekawiej to chórki robi Ania Szarmach. Wyszedł ładny, popowy materiał, co w dzisiejszych czasach nie jest wcale takie oczywiste. Tytułowy utwór wprowadza w bardzo przyjemny klimat, z delikatnymi wejściami gitary oraz fortepianu. I pomyślałem sobie: jak tak przyjemnie się zaczyna, to dalej powinno być tylko lepiej. Na pewno jest różnorodnie: nie brakuje domieszki jazzu z akustyczną gitarą i trąbki („Zbyt blisko”), szybszy fortepian z bębenkami („Piękniej”), cudny klarnet z trąbkami („Nie na sprzedaż”), delikatne cymbałki i klawisze udające dzwonki (nostalgiczne „Albumy zdjęć”). Nawet jeśli robi się aranżacyjnie troszkę zbyt słodko („Może kiedyś” czy „Małe przyjemności”), nie wywołuje to jednak mocnego bólu zębów. Ale to na szczęście małe drobiazgi, nie psujące dobrego wrażenia z odsłuchu.

„Słowa” są bardzo refleksyjnym, skręcającym w stronę jazzu albumem, gdzie niegłupie teksty, ciepła muzyka (pomysłowe aranżacje) zmieszane razem z bardzo eterycznym wokalem Agaty, tworzy bardzo przyjemną mieszankę na wieczór. Dla tych, którzy szukają niegłupiej i dającej do refleksji muzyki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wendy Lands – Władysław Szpilman – piosenki

szpilman - piosenki

Kanadyjska wokalistka jazzowa Wendy Lands od wielu lat skupiła uwagę swoich rodaków. W 2002 roku wydała album z utworami Władysława Szpilmana śpiewanymi po angielsku. Teraz wyszła reedycja tego wydawnictwa, dokonana przez Polskie Radio ubrana w prostszy i łatwiejszy do zapamiętania tytuł „Władysław Szpilman – piosenki”.

Nie dodano niczego nowego, tylko te same utwory, co 15 lat temu, ale nareszcie trafiają do naszego podwórka. I jest to zestaw bardzo stonowany, liryczny i ciepły. To właśnie gitara, a nie fortepian dominuje na całym wydawnictwie. Czy to w lirycznym „Fall in Love Again”, przypominającym bossa novę „Turn Away”. I wtedy następuje wolta w stronę country pod postacią „I Wish You’d Ask to Dance With Me”, gdzie pojawiają się smyczki i akustyczna gitara, jednak nie wywołuje to irytacji. Równie czarujące jest „Dancing with Antonio”, gdzie najbardziej pamięta się solówkę gitary i smyczka czy z przebijającą się niczym echo gitarą elektryczną w „Someday We Will Love Again”.

Piosenki są naprawdę ładne i przyjemnie zaaranżowane, chociaż można odnieść wrażenie pewnej monotonii. Dominacja gitary akustycznej oraz sekcji rytmicznej robiącej za tło jest bardzo silna, dlatego wszelkie dodatki są mile widziane. I nie ważne czy to „westernowa” gitara elektryczna („True and Tender”), troszkę ożywiony kontrabas („Smoke and Mirrors”), odrobinę popowa perkusja („My Memories of You”) czy fortepian („Hold Me a Moment”).

Sama Wendy ma bardzo delikatny i ciepły głos, budzący skojarzenia z Norą Jones, pasując do całości tego wydawnictwa. Trzeba przyznać, że takie wersje utworów Szpilmana mogą się podobać fanom jazzu. Lekko zaśpiewane, klimatyczne dzieło, pasujące idealnie do obecnej aury.

7/10

Radosław Ostrowski

Ray Wilson – Makes Me Think of Home

makes-me-think-of-home-b-iext44835102

Ten Szkot mieszkający od lat w Polsce w 2016 roku nie próżnował. Najpierw wydał akustyczny hołd dla zmarłego przyjaciela („Song for a Friend”), to jeszcze zdążył przygotować drugi, kompletnie inny materiał. I pytanie, czy warto dać szansę nowemu Wilsonowi? To album bardziej rockowy i z większą energią od poprzednika, co było w pełni zrozumiałe.

Zaczyna się od szumu wiatru oraz dźwięków dud. Potem jednak wchodzi gitara z perkusją, by zaprowadzić po nastrojowej balladzie „They Never Should Have Sent You Roses”, przypominającą klimatem najlepsze lata U2. Podobnie spokojniejszy wydaje się „The Next Life” z syreną w refrenie i solówką saksofonu. Bardziej akustyczne jest „Tennessee Mountains”, pachnące jesienią. Nieoczywisty jest w tym zestawie „Worship the Sun”, gdzie mamy zapętloną gitarę elektryczną, delikatne wsparcie akustycznej, by w finale strzelić solówką gitarowo-saksofonową. No i wtedy pojawia się tytułowy utwór – prawdziwa petarda idąca w strone bardziej progrockowych brzmień. Melancholijny fortepian, minimalistyczna perkusja, krótkie wejście gitar,  by w refrenie mocniej i intensywniej uderzyć, zwłaszcza ekspresyjnym wokalem, wyciszyć (przepiękny flet), znowu podgrzać, by na koniec jeszcze saksofon z gitarą (widocznie ulubione instrumenty Wilsona) mogły powiedzieć ostatnie słowo.

Potem jest już zdecydowanie spokojniej, ale nie nudno. Bardziej w folk jedzie „Amen for That”, gdzie Wilson ze swoim ciepłym głosem daje ognia. W „Anyone Out There” wpadają w ucho stonowane perkusjonalia w tle, a w „Don’t Wait for Me” stonowana i ciepła gitara z klawiszami. Wilson trzyma fason i gra bardzo delikatne, wręcz eteryczne piosenki, które trzymają się mocno dzięki jego ekspresyjnej barwie głosu.

„Makes Me Think of Home” bardziej pasowałoby do osłuchu na jesienne wieczory, ale skoro jeszcze za oknami jest jesień, to czemu by nie. Wiele utworów nie zostanie w pamięci na długo, ale te najdłuższe (w tym tytułowa) mają taką moc, że ciągną ładnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Get on Up

Chcę wam opowiedzieć o człowieku, co muzykę miał we krwi, a energii pozazdrościć mógł mu każdy młodzieniaszek. Każdy fan muzyki słyszał (co najmniej) o Jamesie Brownie – ojcu chrzestnym soulu, mieszającego gospel, funk i tak jak Ray Charles wywracający całą muzykę rozrywkową do góry nogami. I to o nim postanowił opowiedzieć Tate Taylor, reżyser odpowiedzialny za „Służące”. Tak bogata postać z tak barwnym życiorysem zasługuje na film i trudno było w zasadzie wybrać na czym się skupić.

get_on_up1

A czego tu nie ma? Trudne dzieciństwo, podczas którego matka i ojciec zostawili go u ciotki-burdelmamy. Jako młody chłopak został aresztowany za kradzież garnituru, wreszcie dołącza do zespołu gospel i rozpoczyna swoją karierę muzyczną. Potem kobiety, kariera, szczyt i upadek. Brzmi klasycznie i standardowo? I tak też jest. Reżyser łamie chronologię i przeplata epoki i różne okresy w życiu Browna: od Wielkiego Kryzysu po koncert w 1993 roku, gdy powrócił w chwale. Problem jednak w tym, że dla mnie to wszystko jakieś takie powierzchowne i pewne wstawki są ledwo liźnięte. Mamy tutaj krótkie wejście związana z koncertem w Wietnamie (do którego już nigdy nie wracamy), pracę w burdelu, by potem zobaczyć jak Brown rozgrywa i miesza w szołbiznesie – sam organizuje promocję koncertu (za pomocą kolegów radiowców), nie nagrywa standardowych piosenek dla radia, gania za laskami i jest bardzo trudnym w obyciu gościem walczącym o jak najlepsze brzmienie swojej muzyki. Trudno odmówić mu charyzmy i geniuszu, ale tez w gorętszych momentach (koncert po śmierci Martina Luthera Kinga) zachowuje spokój i zimną krew. Tylko to wszystko jakoś mało angażujące, za bardo chyba twórcy skupili się na koncertowych popisach Browna, próbując jednocześnie złapać kilka srok za ogon.

get_on_up2

Trudno nie docenić strony wizualnej: stylowe zdjęcia i scenografia żywcem wzięta z lat 60. i 70. (ten okres najbardziej dominuje). Te furki, ta kolorystyka i te ciuchy wyglądają naprawdę pięknie. Widać to najmocniej w scenach koncertowych, gdzie oświetlenie robi robotę, a kamera serwuje zbliżenia na Browna oraz jego zespół.

get_on_up3

Najbardziej w filmie wyróżniają się dwie rzeczy: muzyka Jamesa Browna oraz sam James Brown, a dokładnie Chadwick Boseman. Aktor nie gra Jamesa Browna, tylko nim jest. Każdy gest, spojrzenie, nawet taniec na koncercie pokazuje, że jest to James Brown, a nie aktor. Jest w tym niesamowita charyzma oraz bardziej zróżnicowany portret, jakiego nie daje w pełni scenariusz. I nie ważne czy jest tyranem, geniuszem szołbiznesu czy nieposkromioną seks maszyną, wierzyłem mu od początku do końca, patrząc jak zaczarowany. Gdyby ten film był lepszy, może nawet mogła być nominacja do Oscara.

get_on_up4

„Get on Up” nie powie zbyt wiele o Jamesie Brownie i nie wyjaśni jego fenomenu. To zaledwie solidny tytuł, który nie wchodzi zbyt głęboko w samego Browna. A szkoda, bo to postać naprawdę nieszablonowa w historii muzyki rozrywkowej. Może ktoś odważniejszy spróbuje?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Błękitny Max

Wojna zawsze jest miejscem podłości, okrucieństwa i bezlitosnej walki. Nie inaczej było podczas Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej. To właśnie podczas niej walczył podporucznik Bruno Stachel – najpierw żołnierz piechoty, ale pod koniec wojny trafia do lotnictwa jako pilot. Trafia do eskadry kapitana Heidemanna, rywalizując z jego najlepszym oficerem – Willim von Klugermanem. W stawką w tej walce poza życiem, jest tytułowy Błękitny Max – najwyższe niemieckie odznaczenie wojskowe przyznawane za odwagę i zestrzelenie 20 samolotów.

bkitny_max1

Kino wojenne ma to do siebie, ze rządzi się swoimi regułami, chociaż samą wojnę można zaprezentować na wiele różnych sposobów. John Guillermin w 1966 roku swoim filmem próbował połączyć rozmach scen batalistycznych z wiarygodną psychologią bohaterów. I to wszystko w czasach, gdy chodziło na planie tysiące statystów i nawet nie znano takiego słowa jak komputer. Trzeba przyznać, że po latach sceny batalistyczne robią nadal olbrzymie wrażenie – statyści, wybuchy, odgłosy strzałów i tysiące trupów. Sceny lotniczych pojedynków (chociaż widać, że tło w samolocie podczas scen z kabiny jest domontowane) trzymają w napięciu i ogląda się je  zapartym tchem.

bkitny_max2

Ale to tylko jedna  warstw filmu. „Max” to także historia człowieka z nizin społecznych, który dobija się do świata wyższych sfer. Pilotami w większości (przynajmniej w eskadrze naszego bohatera) byli arystokraci, dzięki czemu zdobywali dodatkowe wpływy i znajomości. Jak zawsze z arystokracją bywa, to ludzie chełpiący się swoim bogactwem (piją tylko drogi alkohol jak szampan) i uwielbiają adrenalinę. W tle jeszcze przewija się wykorzystanie Stachela jako bohatera propagandy prasowej (scena fotografowania w szpitalu) oraz romans z żoną generała (jakby tego było mało jest tez ciotką Williego), jednak to ostatnie nie zostaje w pełni wygrane, spełniając rolę zapychacza. Wyjątkiem w tym wątku jest finał, w którym dochodzi do poważnych konsekwencji. Niby tutaj mówi się o honorze i uczciwej walce, ale w imię tego honoru dokonuje się oszustw, hipokryzji i zachowanie swojej reputacji. Więcej wam nie powiem, bo zepsułbym frajdę.

bkitny_max3

Zachwycają przestrzenne zdjęcia oraz podniosła, militarystyczna muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Jednak nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia, gdyby nie mocna rola George’a Pepparda. Stachel w jego interpretacji to facet, dla którego latanie jest jedynym sensem życia. Zdobycie dla niego Błękitnego Maxa jest celem najważniejszym, nawet jeśli wiązałoby się to ze złamaniem rozkazów przełożonych. Zdystansowany od reszty, prymitywny egoista z chłodnym spojrzeniem cynika. Mimo tych wad, kibicowałem mu. Kontrastem dla niego jest Willi (debiutujący Jeremy Kemp) – elegancki, wysłowiony, ale prowokujący i skory do bitki. A nad nimi wszystkimi wybija się na drugim planie chłodny James Mason (generał von Klugermann), wykorzystujący wojnę w bardziej polityczny sposób.

Guillermin miesza w tym barszczu wątkami i motywami, ale udaje się nad tym wszystkim opanować. „Błękitny Max” to ambitne widowisko, które skupia się także na pokazaniu degeneracji społeczeństwa oraz tym, że brutalna siła zawsze wygrywa. I tak naprawdę nie obowiązują żadne zasady na polu bitwy.

8/10

Radosław Ostrowski

Ciężkie czasy

Lata 30. to był trudny czas dla ludzi w Ameryce. Wielki kryzys ekonomiczny doprowadzał do wielkich samobójstw, spektakularnych plajt i ogromnego bezrobocia. I to właśnie w tych czasach przyszło żyć niejakiemu Chaneyowi. Mężczyzna po przejściach i z tajemniczą przeszłością przypadkowo obserwuje nielegalne walki pięściarskie. Tam poznaje Szybkiego – hazardzistę, obstawiającego walki i organizującego potyczki. Chaney proponuje mu organizację walki i postawienie na niego swoich pieniędzy. Po wygranej, Szybki proponuje spółkę oraz podział zysków, wyruszając do Nowego Orleanu.

cikie_czasy1

Sama historia nie należy do specjalnie skomplikowanych i toczy się swoim rytmem. Debiutujący na stołku reżyserskim Walter Hill nie dysponuje dużym budżetem, ale ogrywa to wszystko klimatem oraz surową realizacją. Trudno odmówić „Ciężkim czasom” stylu – w końcu są to lata 30. Samochody wzięte z epoki, podejrzane speluny, gdzie gra się w bilard i załatwia różnego rodzaju interesy, dom publiczny, obskurne, tanie pokoje. Z drugiej strony eleganccy gangsterzy kontrolujące i obstawiające walki, piękne kobiety i dużo forsy. Same walki toczą się też w brudnych i nieprzyjemnych miejscach, co tylko potęguje brudny klimat. Opuszczone fabryki, puste hale, klatki (środkowa potyczka Chaneya z łysym koksiarzem) – czuć tutaj, że nie jest to tylko i wyłącznie walka dla zabawy, lecz starcie na śmierć i życie. Kto wygra może się obłowić, ustawić się, spłacić długi czy zaplanować życie z kobietą. Nie brakuje ciętych ripost i dowcipu, nie przeszkadza nawet dość szczątkowa, drobna fabuła.

cikie_czasy2

Same potyczki i walki nie imponują świetną choreografią, ale prostotą oraz surowością. Walczą nie zawodowi pięściarze, ale ludzie ulicy. Owszem, są tez doświadczeni zawodnicy, jednak nigdy nie można być pewnym swojej pozycji. Tutaj panuje tylko jedna zasada – nie bijemy leżącego. Dlatego ręce i pięści idą w ruch żwawo, a dynamiczny montaż i płynna praca kamery pozwala zobaczyć każdy cios, uderzenie. Perełkami są dwie potyczki – ta w klatce oraz finałowa z Chicagowskim zawodnikiem Streetem (Nick Dimitri). Poezja.

cikie_czasy3

Hillowi, mimo braku doświadczenia reżyserskiego, udało się zebrać dwie gwiazdy. W Chaneya wciela się Charles Bronson i jest małomównym twardzielem, sprawnie posługującym się pięściami. Jego partnerem, Szybkim jest czarujący James Coburn, mający płynną Gatkę, błysk w oku oraz czarujący uśmiech. Jednak to nałogowy gracz, stale balansujący na granicy ryzyka. Czuć między panami chemię oraz coś na kształt przyjaźni, chociaż żaden z nich się do tego nie przyznaje.

W Polsce jest to kompletnie nieznany i nieoczywisty film, w którym Hill w pełni wykorzystał swój talent. Klimatyczne, męskie kino ze świetnie zrealizowanymi scenami bijatyk, broniące się mimo czterdziestu lat na karku. Może i historia jest ograna, jednak wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

8/10

Radosław Ostrowski