Sokół maltański

Sam Spade jest prywatnym detektywem mieszkającym w San Francisco. Prowadzi agencję razem z Milesem Archerem. I pewnego dnia, jak to bywa w tej profesji, dostaje zwykłe zlecenie. Pojawia się kobieta, który prosi o pomoc w odnalezieniu siostry. Jej miejsce ukrycia zna pewien niebezpieczny facet nazwiskiem Thursby. Ale zlecenie kończy się śmiercią Archera. Spade próbuje ugryźć, co tak naprawdę jest grane i odkrywa drugie dno całej sprawy.

sok_maltaski1

Debiutujący w 1941 roku John Huston był pierwszym filmowcem, tworzącym czarny kryminał. Przenosząc na ekran powieść Dashiella Hammeta nie wiedział, że dokonuje rewolucji. Czyli co dostajemy? Skorumpowane miasto, gdzie stróże prawa to idioci, ludzie są chciwy tak bardzo, że w imię tej chciwości są gotowi popełnić morderstwo, każdy człowiek jest dwulicowy, kobiety fatalne, a wygrywa osoba z większym sprytem. Ta miejsca dżungla jest elegancko sfotografowana na czarno-białej taśmie. Popełniłem jednak jeden błąd, że przed obejrzeniem filmu przeczytałem książkę, przez co znałem przebieg całej intrygi. A wszystko tak naprawdę skupia się wokół figurki ptaka oblanego złotem i kosztownościami, dla niepoznaki pomalowanego na czarno. I dla niego wszyscy są w stanie kłamać, oszukiwać, walczyć. Toczy się to wszystko dość spokojnym rytmem, jednak ciągle dochodzi do zmian wydarzeń, pojawienie się nowego gracza wywołuje komplikacje aż do przewrotnego finału, piętnującego (zgodnie z kodeksem Hayesa oraz duchem nowego gatunku) chciwość oraz zbrodnie, która musi zostać ukarana. I nawet czarny humor nie jest w stanie usunąć fatalistycznego klimatu.

sok_maltaski3

Sama historia prowadzona jest pewną ręką, chociaż wszystkiego dość łatwo można się domyślić. Huston szybkim sposobem prowadzenia kamery unika teatralności (także przenosząc akcję poza biura i pokoje), ale nie wszystko wytrzymało próbę czasu. Drażnić może muzyka, ale taka konwencja obowiązywała w tym czasie. Także wszelkie sceny bójek (pierwsza konfrontacja Spade’a z Cairo) wypadają sztucznie. Pewną rekompensatą może być finał ze świetnym ujęciem sprawcy przewożonego hotelowa windą zamknięta niczym kraty więzienne.

sok_maltaski2

To właśnie tutaj swoją ikoniczną postać stworzył niejaki Humphrey Bogart. Spade w jego wykonaniu jest niejako archetypem klasycznego „czarnego” detektywa – cynicznego twardziela, ukrywającego pod maską faceta z zasadami. W każdej sytuacji wychodzi cało, dzięki prowokowaniu i kłóceniu przeciwników, z dużą pewnością siebie oraz szelmowskim uśmiechem (z nieodłącznym papierosem w ręku). Jeśli do tego dodamy niewyparzoną gębę, mamy ideał. Poza nim tutaj najbardziej wyróżniają się dwie postaci: Joel Cairo oraz mózg całej operacji, Kasper Gutman. Pierwszy, prowadzony przez Petera Lorre’a, to elegancko ubrany dżentelmen z laską oraz silnym zagranicznym akcentem. Ten drugi (wyborny Sydney Greenstreet) sprawia wrażenie jowialnego, inteligentnego faceta z klasą oraz świetnie wyrażającego się. Słuchanie tej postaci należy do największej frajdy. Największy problem jednak miałem z Mary Aston wcielającą się w zleceniodawczynię oraz sprawczynię całego zamieszania.  Już jej pierwsze wejście oraz nadekspresja w głosie sprawiała wrażenie sztuczności, fałszu oraz oszustwa. Kolejne sceny tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, mimo iż wyglądało to troszeczkę lepiej.

sok_maltaski4

Czy poza wartością historyczną „Sokół maltański” może stanowić interesujące kino? Mimo upływu lat broni się ponurym, cynicznym klimatem oraz świetną rolą Bogarta. Także przyjemnie poprowadzona intryga może dać wiele satysfakcji. Chociaż pojawiło się wielu lepszy lub gorszych imitatorów stylu noir, dzieło Hustona dało mi sporo rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski

Archive – The False Foundation

the-false-foundation-b-iext37640356

Jeden z najpopularniejszych w Polsce zespołów zagranicznych, czyli Archive ostatnio co rok wydaje swoje nowe płyty, eksperymentując z elektroniką, brzmieniami alternatywnymi i progresywnymi. Po świetnym „Axiomie” (2014) oraz bardziej przebojowym „Restriction” (2015) serwuje kolejną dziwną, ale piękną mieszankę muzyczną na „The False Foundation”.

Jest to też pierwszy album (przesłuchany przeze mnie), w którym nie pojawiają się panie na wokalu. Zaczyna się dość spokojnym (nawet sennym) „Blue Faces” prowadzonym przez bardzo delikatne dźwięki fortepianu oraz sporadyczne szumy. W połowie te dziwaczne dźwięki tła zaczynają przybierać na sile niczym wbijane wiertło do mózgu, a gdy wchodzi jeszcze perkusja, wywołuje to jeszcze większą dezorientację, jakbyśmy wrócili do „Restriction”. Pulsujący ambient, wokale w tle oraz zapętlony szum wprowadzający od razu do następnego utworu – „Driving in Nails” z pulsującą, minimalistyczną perkusją wziętą żywcem od Nine Inch Nails czy innego industrialnego składu. Do tego jeszcze pełno mało przyjemnych w odsłuchu plam dźwiękowych, które wprawiają w tajemniczy rytm (coś jakby uderzenia) i dopiero w połowie pojawia się wokal Dariusa Keelera, kompletnie zmieniając klimat. Jest bardziej przestrzenna elektronika, anielski chór w tle i elektroniczna perkusja, wracając do ambientu.

Brzmi dziwnie? To dopiero rozgrzewka, gdyż „The Pull Out” zaczyna się dziwaczną zbieraniną fortepianu, szumów, zapętlonego jakiego głosu i przez kilkanaście sekund repeta. Dopiero potem odzywa się surowa elektronika pomieszana z kosmicznymi dźwiękami, imitującymi trąbki, pulsującym jazgotem oraz pojedynczymi uderzeniami perkusji. Na koniec serwując mieszaninę fortepianu i wszelkich loopów. Gdy już traciłem nadzieję na znalezienie czegoś dobrego, pojawił się utwór tytułowy. Nadal są szumy i rytmiczna perkusja galopująca jak szalona (jak na tą grupę), ale wreszcie jest jakaś melodia sprawiająca frajdę. Nawet jeśli nawarstwiające się tło jest ścianą chaosu. Wtedy pojawia się wyciszający „Bright Lights” z wolnym i kompletnie spokojnym tłem elektroniki, wypieranym przez łagodne wejścia fortepianu, podobnie melancholijny „A Thousand Thoughts” oraz wspólnym zaśpiewem. Wtedy wraca hałas pod postacią strzelającego „Splinters”, który nasila się z minuty na minutę swoim echem.

Na szczęście to tylko chwila, gdyż spokój dominuje „Sell Out”, chociaż perkusja zaczyna działać coraz intensywniej (bardzo podniośle i patetycznie, by pod koniec ulec mechanizacji). Dynamika wraca do przestrzennego (i odrobinę gitarowego) „Stay Tribal”. Na finał dostajemy wręcz dyskotekowo-ambientowy „The Weight of the World”. Dyskotekowy, bo zaczyna się dyskotekową perkusją, by potem przejść w atomowe wręcz podkłady elektroniki, gdy następuje wejście westernowego fortepianu oraz cisza, by wrócić do swojego tempa dodając dziwaczną, charczącą wokalizę, klaskanie, pękiem kluczy, na koniec dając tylko fortepian.

Sam wokal Kellera jest różnorodny: od wrzasku po wręcz szept i melancholię. Co z tego, skoro forma jest dla mnie dość ciężko strawna? Grupa coraz bardziej idzie w stronę elektroniki, ambientu, łamańców i przesterów, tym razem przesadzając. Niestety, fundamenty mojego zaufania zostały nadszarpniete mocno.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Airbourne – Breakin’ Outta Hell

Breakinouttahell

Wydawało się, że w Australii jedyną hard rockową kapelą grającą na jedno kopyto, założoną przez dwóch braci jest AC/DC. Jednak pojawiła się tam młodsza konkurencja w postaci braci O’Keefe kierujących kwartetem gitarowo-elektrycznym pod nazwą Airbourne. Ich czwarty album tylko utwierdza w kierunku utrzymywanym przez tą formację od wielu lat.

Na „Beakin’ Outta Hell” mamy solidną porcję hard rocka, ale jednocześnie muzycy robią wszystko, by było to różnorodne. Nie brakuje szybkich, dynamicznych porcji wsparty surowymi riffami (tytułowy utwór) oraz strzałami rytmicznej perkusji. Nie może też zabraknąć obowiązkowego zaśpiewu w refrenach, by ludzie śpiewali to na koncertach (wolniejszy „Rivalry”), nośnych refrenów („Get Back Up”) oraz potężnej dawki energii (praktycznie każdy kawałek). Nawet galop jest tutaj tak przyjemny, że nie jestem w stanie się przyczepić („Thin The Blood”, którego nie powstydziłby się sam Motorhead). Słychać, ze ci ludzie czują się dobrze w swoim towarzystwie i wypadają świetnie. Problem w tym, że w zasadzie nie ma tutaj niczego, co by mnie zaskoczyło. To bardzo udany, ale klon AC/DC, tylko młodszy. Nawet wokal O’Keefe’a przypomina Briana Johnsona. Więc ci, co nie kochają prostego, ale dynamicznego łojenia, nie mają tu czego szukać.

Dla mnie to solidne, ostre granie, które raz na jakiś czas wypada sobie odpalić. Doceniam konsekwentne podążanie wyznaczoną ścieżką oraz potężnego kopa. „Breakin’ Outta Hell” na pewno sprawdzi się na koncertach i prywatnych imprezach (jeśli będzie się na nich grało rocka). Poprzednik bardziej mi się podobał, chociaż jest to podobny poziom.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hunter – NieWolnOść

ru-1-r-640,0-n-22968550Ymc

Pochodząca ze Szczytna metalowa grupa Hunter to jedna z wyrazistych kapel od ostrego grania w Polsce, gdzie czuć silne inspiracje Metalliką oraz innymi klasykami tego gatunku, co jest także zasługą mocnej warstwy tekstowej. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem grupy Pawła Grzegorczyka, której tytuł mówi więcej, niż zwykle.

Agresywny i silny wokal, wsparcie ostrej sekcji rytmicznej oraz mocarnej gitary czuć od samego początku w utworze tytułowym. Nawet drobne wejście fortepianu i niepokojących fletów w środku, tylko potęguje poczucie niepokoju, mimo patetycznego charakteru. Ale jak widać o takich sprawach jak wolność (i jej brak) trzeba powiedzieć głośno i ostro. Nie inaczej jest w „NieWinnym”, gdzie na początku mamy przejmujące solo skrzypiec, którym towarzyszy szum wiatru uderzający o jakieś szklane przedmioty, by potem wejść w marszowe tempo oraz psychodeliczny środek (dziwacznie brzmiąca gitara). Patos pojawia się na początku „Gorzkiego” (ta perkusja), by pójść w mroczniejsze rejony, prowadzeni przez wolniejsze smyczki Jelonka oraz siarczyste solówki gitarowe, będące skutkiem przyspieszenia (brutalny „PodNiebny”).

Nawet jeśli pojawia się odrobina muzycznego uspokojenia, nie ma mowy o zmianie mrocznego klimatu. Tak jest w „Rzeźnickim”, gdzie do wolnych riffów oraz uderzeń perkusji, dochodzi plumkanie, by z każdą sekundą zrobiło się coraz ciężej i wściekle. Nie inaczej jest w nerwowym „Niewesołowskim” (nie, nie jest to utwór o pewnym polityku, znanym o ostrej retoryki), gdzie trudno zapomnieć smyków w tle. Pozornie kołysankowy wstęp „NieRządnickiego” (bas i klawisze niczym cymbałki), marszowe „NieMy” – kapela nie bawi się w półśrodki, a spójny klimat tylko pomaga w tym mrocznym świecie.

Drak swoim głosem może się nie bawi, ale współgra z tym całym dziełem – jest mroczny, ciężki, ekspresyjny i pełen siły. Gorzki portret świata, gdzie rządzi bezkarność, nieuczciwość, przemoc działa i trafia w punkt, unikając przy tym publicystyki. Mocne, aktualne i bezwzględnie szczere.

8/10

Radosław Ostrowski

Acid Drinkers – P.E.E.P. Show

peep show

Wielokrotnie poznawałem dorobek tej metalowej grupy kierowanej przez niezmordowanego Titusa. Kiedy pojawiły się wieści, że grupę opuszcza perkusista Ślimak, przyspieszyło to moją decyzję w zapoznaniu się z nowym, ostatnim materiałem w klasycznym składzie grupy.

I jest ostro, ciężko, agresywnie, ale i melodyjnie. To mordercze tempo jest odczuwalne już przy „Let’em Bleed”, gdzie wszystko pędzi w galopującym tempie, pozwalając sobie na odrobinę spowolnienia przy refrenie. Nie inaczej jest w przypadku speedowego „Monkey Mosh”, niemal pędzącej na sterydach czy bardziej surowym, ale pełnym popisów gitarowo-perkusyjnych „Sociopath” (w refrenie przewija się w tle takie echo, które buduje odrobinę niepokoju). Czasami gitara sprawia wrażenie lekko podchmielowej (początek „Become a Bitch”), unosi się mocno duch Black Sabbath (epickie i wręcz marszowe „Thy Will Be Done” z riffem w środku przypominającym… muzykę z Commodore czy innej starej konsoli gier) czy przyspieszonego punka („50? Don’t Slow Down”), wprowadzając chaos i zadymę („The Cannibal” z orientalnym środkiem czy „Diamond Throats”).

Miało być więcej łojenia oraz masakrowania przeciwników? I jest, aczkolwiek wyjątkiem od tej reguły jest powolny, ale ciężki finał w postaci „After The Vulture”. W zasadzie trudno wyróżnić i wyłuskać poszczególne utwory, a Titus ze swoim gardłem drze się, dając takiego ognia jakiego nie było na naszym podwórku od bardzo dawna. Kwasożłopy mocno trzymają za pysk i nie puszczają aż do samego końca. Mogę tylko pozazdrościć im energii, mimo ponad 30 lat grania na scenie, chociaż można odnieść wrażenie przesytu.

7,5/10

Sorry Boys – Roma

00061D7JS44B6W5W-C122-F4

O grupie Sorry Boys pierwszy raz usłyszałem trzy lata temu, gdy poznałem cudowny album „Volcano”, pełen pięknych dźwięków dla fanów muzyki alternatywnej, wspieranej przez charyzmatyczny wokal Beli Komosińskiej. Teraz grupa wraca z trzecim albumem, który – podobno – pozamiatał i zniszczył konkurencję na łopatki. Czy tak jest na pewno? I o co chodzi tutaj z tym Rzymem?

„Roma” jest tutaj bardzo bogata w dźwięki oraz aranżacje, co pokazuje otwierający całość „Apollo”. Z jednej strony pulsująca elektronika z basem, z drugiej harfa oraz wokaliza w tle. Po minucie jednak robi się jeszcze ciekawiej, gdy w refrenie dochodzi do intensyfikacji dźwięków: smyczki, gitara elektryczna, organy, fortepian. Można przez chwilę odnieść wrażenie przesytu, ale to wszystko świetnie uzupełnia i komponuje, by pod koniec rozpłynąć się w spokoju. Równie otwierający się śpiewem a capella „Lord” wywołuje ciary, potem dołączają dęciaki, zapętlające się nawzajem. Zaśpiew wraca też w refrenie, gdzie cudna jest gitara elektryczna z magiczną elektroniką. Wreszcie jest singlowe „Wracam” okraszone kurpiowskim wstępem (ten refren brzmi niesamowicie), by potem w refrenie zaatakować akordeonem, oszczędną perkusją oraz mandoliną. I jakby tego mało Bela śpiewa (co jest rzadkie w przypadku tej grupy) po polsku równie przyjemnie jak po angielsku.

W tym większą konsternację wprawił mnie tytułowy utwór, który był bardzo stonowany, z łagodnym fortepianem na początku i nostalgiczną gitarą jakby z lat 60., by coraz intensywniej weszły klawisze oraz dziwaczna elektronika w tle, a na sam koniec jeszcze cymbały (pewnie pożyczone od Jankiela). Nieoczywiste, ale i podniosłe „Alleluia” pełne jest gitar, ustępujących miejsca trąbkom, fortepianu oraz chórowi. Podobnie piękne jest „Mojo”, gdzie przewijają się werble oraz smyczki z akustyczną gitarą. Cudownie się to rozkręca i wprawia w stan niemal kontemplacyjny. Tak jak dynamiczna (nie na początku) „Supernowa” z bajecznymi fletami, pełna elektroniki (podanej ze smakiem) „Miasto Chopina” z „mechaniczną” gitarą oraz japońskimi smyczkami pod koniec czy będąca kompletnym koktajlem Mołotowa „Water”.

Być może to tylko moje nadwrażliwe uszy, ale grupie najbliżej tutaj do… Florence + The Machine, gdzie również mamy do czynienia z mozaikową mieszanką różnorodnych dźwięków, pozornie niepasujących do siebie. Równie natchniona Komosińska jest po prostu zjawiskowa, bez względu na to w jakim języku śpiewa. Wszystko tu się spina w jedną logiczną całość: jaką? Przeczytajcie tytuł tej płyty wspak i zobaczcie co wyjdzie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul Gilbert – I Can Destroy

i can destroy

Jeden z najbardziej rozchwytywanych gitarzystów rockowych (założyciel Mr. Big) powraca z nowym materiałem. „I Can Destroy” najpierw zostało wydane w Japonii, by pół roku później trafić na rynek europejski i amerykański. Wydawało się, że będzie dobrze, zwłaszcza, gdy producentem jest sam Kevin Shirley, a wsparcia udzielili gitarzyści Freddie Nelson i Tony Spinner, basista Kevin Chown oraz perkusista Thomas Lang. Tylko czy naprawdę dojdzie do zadymy czy będzie spokojniej?

Początek obiecuje wiele, bo „Everybody Used Your Goddamn Turn Signal” ma świetne riffy miedzy zwrotkami (ciężkie i improwizowane), klasycznego Hammonda i zgraną sekcję rytmiczną. Tytułowy utwór łoi aż miło, a ciężkie bluesowe zwrotki skontrastowano nośnym refrenem oraz bardzo szybkimi popisami gitary, stojąc w kierunku klasycznego hard rocka. Zmianę klimatu daje bardziej zwarty i przebojowy „Knocking on a Locked Door” – lżejszy i delikatniejszy, z chórkiem w refrenie, podobnie jak bluesowy „One Woman Too Many”. Z kolei „Woman Stop” ma bardziej „pijaną” gitarę oraz wolniejsze tempo. „Gonna Make Me Love You” to już powrót do szybkiego tempa (sekcja rytmiczna), chwytliwego refrenu oraz fajnego, rock’n’rollowego klimatu, tak jak zadziorniejszy „I Am Not The One (Who Wants to Be with You)”, by w finale zaatakować soczystą solówką.

Spokój wraca w nastrojowym „Blues Just Saving My Life”, chociaż wielu może ten utwór znużyć, ale riff Nelsona ratuje sytuację. Od tego momentu robi się nużąco – niby są jakieś energetyki, ale nie czuć tej mocy z riffów oraz ogólnego brzmienia. Słychać zawodowstwo muzyków, ale zarówno „Make It (If We Try)” usypia, a akustyczne „Love We Had” brzmi ładnie, lecz kompletnie nie pasuje do reszty. Bardziej w stronę popu idzie „I Will Be Remembered” oraz „Adventured and Trouble” (pod koniec mocno i ostro przyspiesza, co ratuje przed zapomnieniem).

„I Can Destroy” może nie rozłoży na łopatki, ale zaserwuje przyjemną dawkę dynamicznego, gitarowego grania. Sam wokal Gilberta jest bardzo przyzwoity i pasuje do brzmienia, a teksty są ok. Jeśli chcecie zacząć z hukiem nowy 2017 rok, to będzie odpowiedni materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Ulice w ogniu

Już na samym początku zostajemy uprzedzeni, że to będzie bajka w rytmie rock’n’rolla. Więc nie należy filmu Waltera Hilla brać absolutnie na poważnie. I pod względem realizacyjnym to najbarwniejszy film w dorobku twórcy „48 godzin”. Dziwaczny melanż westernu, musicalu, melodramatu i komedii, gdzie lata 80. spotykają się z latami 50.  Ale po kolei.

ulice_w_ogniu1

Akcja toczy się w małym mieście, gdzie ludzie słuchają rock’n’rolla. Miejscową gwiazdą tej muzyki jest wokalistka Ellen Aim. Podczas jednego z występów zostaje porwana przez gang bikerów dowodzony przez Ravena. W tym samym czasie wraca były chłopak Ellen – Tom Cody, rozrabiaka i były żołnierz. Za skromną opłatą (10 tysięcy baksów) decyduje się odbić dziewczynę z ręki Ravena, w czym pomaga poznana wcześniej koleżanka po fachu McCoy.

ulice_w_ogniu2

Nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale reżyser stawia tutaj na styl. To nie jest surowa, stonowana rozpierducha, aczkolwiek nie brakuje tutaj krótkich one-linerów. Hill jak wspomniałem miesza różne światy. Wizualnie są to lata 50., na co wskazuje scenografia (jadłodajnia, knajpy, pokój siostry Cody’ego), kostiumy oraz pojazdy żywcem wzięte z tego okresu. Z jednej strony jest to szaro-bure, ale wieczorem jest pełne barw odbijających się neonów oraz świateł, jak w scenach śpiewanych (tylko „Kierowca” był taki barwny). Niesamowite połączenie. Muzyka jednak jest już bliższa latom 80., chociaż kompozycje Ry Coodera pachną westernem (ta gitara elektryczna). Sama historia jest pretekstem dla bijatyk, ucieczek i strzelanin. Tempo jest tak szybkie, że współczesne blockbustery spaliłyby się ze wstydu. Tylko tutaj po jednym strzale ze strzelby motory i samochody eksplodują. Z kolei knajpa bikerów, gdzie jest bardzo fikuśna tancerka była silną inspiracją dla „Sin City”. I jeszcze ta finałowa potyczka na ulicy za pomocą dużych młotów. Chociaż dla wielu osób kilka scen może wydawać się mocno kiczowatych (pocałunek między kochankami w deszczu – wiadomo, niebo płacze ze szczęścia), ale taka jest konwencja i jeśli ją kupicie, będziecie wniebowzięci.

ulice_w_ogniu3

Tak prostą opowiastkę, poza świetnym stylem audio-wizualnym oraz bardzo lekką ręką reżysera, powinna mieć też odpowiednią obsadę. I tutaj wybija się obecnie zapomniany bohater lat 80., czyli Michael Pare. Cody to twardziel, jakich wielu było. Z nieodzownym prochowcem oraz strzelbą pod ręką przypomina kowboja (kapelusza tylko zabrakło), ale serce ma po właściwej stronie. Czepiano się Diane Lane, za co otrzymała nominację do Złotej Maliny, ale nie za bardzo mogę to zrozumieć. Ellen kocha muzykę nad życie i jak śpiewa, to wszystko staje się nieważne ( i ten jej strój). Reszta postaci (jak wszyscy w tym filmie) to zarysowane archetypy: pomocnik (Amy Madigan jako twarda McCoy), załatwiający gaduła i menadżer (wyjątkowo antypatyczny Rick Moranis) oraz antypatyczny bandzior z dziwnym strojem oraz spojrzeniem (Willem Dafoe). Na szczęście mają w sobie tyle charyzmy, że dają im życie.

ulice_w_ogniu4

Dziwaczna mieszanina, której nie można i nie należy traktować poważnie. Najbarwniejszy film w dorobku Waltera Hilla oraz kompletna zadyma, pachnąca latami 80. pełną gębą, więc fani kina retro odnajdą się jak w niebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nienawiść

Jack Benteen jest strażnikiem Teksasu, nie idącym na kompromisy i układy, bezwzględnie skutecznym wrogiem narkotyków. Kiedyś jego najlepszym kumplem był Cash Bailey – obecnie baron narkotykowy działający w Meksyku i szmuglujący towar za granicę USA. Łączyła ich jeszcze kobieta, Salita. Spokój w miasteczku jednak zostaje przerwany przez obecność tajemniczej grupy kierowanej przez majora Hacketta. Byli żołnierze planują konfrontację z Baileyem i wplątują w swoją wojnę Jacka.

nienawi1

Kiedy za film bierze się Walter Hill należy spodziewać się bezpretensjonalnego, krwawego kina akcji dla facetów. „Nienawiści” najbliżej jest do westernu i to nie tylko ze wzgląd na pogranicze amerykańsko-meksykańskie czy bohatera żywcem wziętego z mentalności Dzikiego Zachodu. Pustynie, rzadka roślinność tworzy bardzo surowy klimat, gdzie liczy się spryt oraz szybkość wystrzeliwanych pocisków. Zderzenie technologicznych cudeniek wojskowych ze staroświeckim sposobem rozwiązywania problemów z bandytami robi nadal wrażenie. Podobnie jak dynamiczna scena napadu na bank zakończona brawurowym pościgiem czy przypominająca „Dziką bandę” finałowa konfrontacja w Meksyku (dużo strzałów, dużo krwi i dużo trupów) zakończona obowiązkowym pojedynkiem. Może i jest to mocno komiksowe i przerysowane, ale nie zostaje przekroczona granica kiczowatości. Wciąga to mocno, serwując jeszcze odpowiednią dawkę adrenaliny oraz rozrywki.

nienawi2

Do tego mamy etatowych twardzieli ery VHS, chociaż nie tak kultowi jak Stallone, Schwarzenegger czy Lundgren. Za to jest jak zawsze świetny Michael Ironside w roli majora Becketta – niby żołnierza, który wymaga dyscypliny i ślepego posłuszeństwa, ale to bezwzględny i chciwy drań, którego motywację poznajemy dopiero pod koniec filmu. Po drugiej strony barykady są dwaj faceci: Nick Nolte oraz Powers Boothe. Pierwszy jest surowym, twardym gliniarzem, nie dającym się przekupić, nigdy się nie uśmiecha i jest w pełni wiarygodny. Drugi jest elegancko ubranym dilerem narkotykowym – uśmiechniętym, ale i bezwzględnym i nieustępliwym draniem. Jako element dekoracji (bo inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) działa Maria Conchita Alonzo wcielająca się w Saritę.

nienawi3

„Nienawiść” to jedna z najlepszych pozycji Waltera Hilla, który konsekwentnie realizuje plan stworzenia porządnego, klimatycznego kina akcji. Akcja trzyma za gardło, intryga wciąga, a aktorstwo jest świetne. Czegóż chcieć więcej?

nienawi4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gaby Moreno – Illusion

ilusion

Dla wielu osób ta wokalistka pozostaje postacią anonimową. Gaby Moreno ma 35 lat i pochodzi z Gwatemali, śpiewając jazzu zmieszanego z soulem, a jej płyty rzadko były wydawane poza ojczyzną. Po raz pierwszy usłyszałem o niej 3 lata temu, gdy zaśpiewała na płycie „Didn’t It Rain” Hugh Lauriego. I teraz trafiła mi do rąk najnowsza płyta.

„Illusion” to album bardzo staroświecki w brzmieniu materiał, co daje się odczuć już w otwierającym całość „Nobody To Love” z eleganckim fortepianem, stonowaną gitara oraz organami. Nie zabrakło miejsca dla klasycznego, pianistycznego bluesa („Pale Bright Lights”), przyjemnego soulu w starym stylu („Love Is Gone”), country (śpiewane po hiszpańsku „Maldicion,  Bendicion” oraz „Fronteras” z pluskającymi smyczkami w tle). Czyli rozrzut jest tutaj spory. Wszystko broni się dzięki aranżacjom oraz instrumentom tak pięknie uzupełniającymi się ze sobą: mandolina z fortepianem i skrzypcami w „O, Me” przypomina troszkę Russian Red, gwałtowniejszy fortepianowy wstęp w rozmarzonym „Aldous”, nostalgiczna „Hermana Rosetta” z zapętloną gitarą i minimalistyczną perkusją czy saksofon w „Solemncholy”. Wszystko to tworzy bardzo przyjemną oprawę, chociaż nie mamy tutaj niczego nowego.

Sama Gaby ma wokal eteryczny, wręcz dziewczęcy, ale potrafi pójść tak ekspresyjnie, że nawet się tego nie spodziewacie (brawurowa „La Malaguena”). I to wystarczy, by miło spędzić czas w towarzystwie panny z Gwatemali.

7/10

Radosław Ostrowski