She & Him – Christmas Party

she7him

Wiem, że wielu z was może już mieć dość piosenek około świątecznych, jednak nie mogłem sobie odpuścić sobie tego wydawnictwa. Duet She & Him (śpiewająca aktorka Zooey Deschanel oraz gitarzysta i producent M. Ward) pojawiał się tu wielokrotnie, grając utwory utrzymane w stylistyce rock’n’rolla z lat 50. i 60. Pięć lat temu już wydali album świąteczny („A Very She & Him Christmas”), który nie był do końca takim oczywistym albumem. Teraz powrócili do klimatów bożonarodzeniowych i… wyszło całkiem nieźle.

Z jednej strony jest to bardzo bezpieczny zestaw z nieśmiertelnym „Let It Snow” (bardzo delikatna i ciepła gitara) czy otwierającym całość „All I Want for Christmas Is You”, jednak jest to ugryzione z innej strony (w tym ostatnim pojawia się nawet saksofon), bardziej stonowane oraz – tak jak przy poprzednim albumie – nie nadużywa się tutaj dzwoneczków, brnąc jednocześnie w retro stylistykę. A całość trwa niecałe pół godziny, niczym łyknięcie pastylki. Piosenki są dość krótkie, ale duet stara się, by to wszystko zróżnicować. Przyspiesza tempo („Must Be Santa” z akordeonem, meksykańskimi trąbkami oraz wspólnym zaśpiewem), dodaje inne instrumenty, poza perkusją i gitarą, co też dodaje kolorytu (Hammond w „Happy Holiday”), raz pierwsze skrzypce wokalne zagra Ward (daje radę w niepozbawionym pazura „Run Run Rudolph”), a nawet skręca w stroję Hawajów (nieoczywiste i śliczne „Mele Kalikimaka”).

Jednocześnie wszystko to jest bardzo spójne, pełne nostalgicznego klimatu oraz – przynajmniej ja to tak odebrałem – tęsknoty za dawnymi Świętami, gdy było się dzieckiem. Mógłbym wymieniać dalsze utwory, ale nie wiem, czy byłby w tym sens. Ona z Nim nadal trzymają się swojego stylu i nagrali ładny album świąteczny z klasą, smakiem, bez wchodzenia w kicz. No i jak zawsze urocza Zooey, którą po prostu uwielbiam. Takiej świątecznej imprezy nie przegapiłbym za nic.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Olafur Arnalds – Island Songs

island-songs-b-iext43305399-500x500

Islandię muzycznie kojarzymy z dziwacznością i melancholią, co jest zasługą takich wykonawców jak Bjork czy Sigur Ros. Do tego grona niejako wpisuje się producent oraz multiinstrumentalista Olafur Arnalds, znany mi jako autor ścieżki dźwiękowej do serialu „Broadchurch”. Tym razem jednak serwuje bardziej stonowany materiał nagrany w siedem tygodni, z siedmioma wykonawcami wspierającymi go (i wszyscy śpiewają po islandzku). I tak narodziło się „Island Songs”.

Muzyka jest tutaj bardzo minimalistyczna, przynajmniej w otwierającym całość „Arbakkinn”. Powoli, w tle przebija się fortepian, towarzyszący recytującemu Einarowi Greggowi Einerssonowi, do którego dołączają potem „łkające” smyczki. Zupełnie inaczej brzmi „1995”, gdzie dominuje… akordeon i jest to kompozycja instrumentalna czy chóralne „Raddir” – tak majestatycznie, jakby się obcowało z tajemnicą. Bardziej elektronikę czuć w stonowanym, lecz pulsującym „Oldurot” współtworzonym przez Atli Olvarssona – chóralno-symfoniczny, z pięknym solo skrzypiec. Zapętlony fortepian z nisko grającymi dęciakami w cichym „Dalurze” czy wreszcie śpiewająca Nanna Bryndis Hilmarsdottir (wokalistka Of Monsters nad Men) w poruszającym, singlowym „Particles” – pozornie nic się nie dzieje, ale jak się porządnie wsłuchać, to nie ma miejsca na nudę.

„Island Songs” to album bardzo kontemplacyjny, stawiający na klimat, nastrój i emocje. Muzyka bardziej idąca w stronę klasycznych brzmień (troszkę podobnie jak Max Richter), ale naznaczona tym charakterystycznym, islandzkim brzmieniem. Właśnie tak muzycznie wygląda zima, więc jeśli tęsknicie za śniegiem i mrozem, wsłuchajcie się w „Island Songs”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Witek Muzyk Ulicy – Gram dla was

gram-dla-was

Raz na jakiś czas pojawi się taki artysta, który wziął się znikąd i robi furorę na cały kraj (lub świat). Kimś takim jest niejaki Adam Bodnarowski, bardziej znany jako Witek Muzyk Ulicy. Wsparty przez PolakPotrafi.pl i grając na akordeonie (na ulicy, rzecz jasna), wydał swój debiutancki album. I jak tytuł mówi, nagrane jest z myślą dla odbiorcy.

„Gram dla was” jest albumem z ulicznym, surowym stylem, ale nie pozbawionym melodyjności oraz aranżacji. Słychać to już w singlowym „Sercu wolności”, gdzie jeszcze mamy chwytające za gardło solo skrzypiec oraz dęciaki jakby pożyczone od Gorana Bregovica. Czarujący (i melancholijny) na początku jest „Manifest dziecięcy”, który pod koniec nabiera tak mocnego ładunku emocjonalnego (oraz silniejszego wejścia gitary ze skrzypcami) – nie tylko dzięki śpiewającym dzieciom. Troszkę szybszy jest „Hop, słoiczku” z przyspieszoną perkusją oraz sprawiającą wrażenie zapętlonej gitary, by rozkręcić się za pomocą szybkich skrzypiec. Równie skoczne jest „Rzucę Ciebie, rzucę nas” oraz „Param, param”.

Nawet pozornie surowe i ostrzejsze numery, mają w sobie melancholijny klimat oraz melodyjność, jak w przypadku „Tęsknię za Tobą” czy trzymającego za serce „Mamo, mamo”. Także liryczny „Ogród rozkoszy” może bardzo zaskoczyć.

Poraża silna dawka emocji oraz zaangażowany wokal Bodnarowskiego, chociaż jest on surowy. Szczerość jest najmocniejszym atutem „Gram dla was”, tak jak teksty mówiące o emigracji, walce o zachowanie „dziecięcego” spojrzenia na świat, wierność sobie, trudnych relacjach damsko-męskich, tęsknocie za najbliższymi. I to szczere podejście, bez pretensji i wielkich ambicji spowodowało taką popularność Witka. Absolutnie zasłużoną, bo przecież gra dla nas, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz i Goście – RetroNarodzenie

image-4793-orig

Kolędowania ciąg dalszy, więc będzie następny album christmasowy. Przyznaje się bez bicia, że jestem fanem Ani Rusowicz – wokalistki tak zakorzenionej w rock’n’rollowo-hipisowskim entourage’u, a jednocześnie tak naturalnej w tej stylistyce, iż bardziej nie jestem w stanie tego opisać. Na wieść jednak o albumie bożonarodzeniowym bylem dość sceptyczny, gdyż spodziewałem się standardowego zestawu w niestandardowej formie. I jak się kolejny raz okazało, nie miałem racji – na szczęście.

Po pierwsze, to album w całości zawierający autorskie utwory. I już za to należy docenić „RetroNarodzenie”, które – jak sama nazwa wskazuje – jest retro, czyli po hipisowsku. Obowiązkowo pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna, nie zabrakło też miejsca dla Hammondów i trąbek („Trudne życzenia”). Najbardziej jednak zaskakują góralskie fragmenty w postaci smyków („Cosik się kolebie”, „Odwołano Narodzenie”), fletów („Pastorałka radosna”) i obowiązkowych cymbałków (ocierające się o reggae „Nie mówmy już nic”), a nawet ksylofon (rozmarzone „Cicho cichuteńko”). Nie zawsze jednak jest słodko i barwne, co pokazuje wyjątkowo melancholijne „Choć w stajeneczce” z akordeonem na pierwszym planie.

Po drugie, w każdym utworze pojawia się gość, który współtworzy każdą z piosenek. I to nie są jacyś niedoświadczeni leszcze, tylko prawdziwe tuzy jak: bracia Zielińscy (Skaldowie), Adam Nowak, Czesław Mozil, Artur Andrus, Marek Piekarczyk, Renata Przemyk czy Martyna Jakubowicz. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły Południce, brzmiące niczym dawny zespół ludowy. Sama gospodyni radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest tutaj osobą dominującą, raczej wspiera, by każdy utwór wybrzmiał, co te jest zasługą refleksyjnych, ale i niepozbawionych humoru tekstów (satyryczne „Odwołano Narodzenie” z marketami w tle).

Co ja więcej mogę powiedzieć? „RetroNarodzenie” to album świąteczny wielokrotnego użytku, gdyż za rok na pewno włączę sobie do przesłuchania to wydawnictwo. Wszystko tam jest zgrane, dopięte i czarujące, co w przypadku takich albumów nie jest sprawą oczywistą. Gotowi na święta w starym stylu?

8,5/10

Radosław Ostrowski

The Pineapple Thief – Your Wilderness

The_Pineapple_Thief_Your_Wilderness_Cover_Art

Kolejna gwiazda progrockowej muzyki, czyli brytyjski Pineapple Thief działający od 1999 roku pod wodzą Bruce’a Soorda, nagrywający w wytwórni Kscope. Po dwóch latach od poprzednika z krótkimi utworami („Magnolia”) oraz zmianie perkusisty (Dana Osborne’a zastąpił Gavin Harrison z King Crimson), dodają kolejne wydawnictwo, bijące poprzednika na głowę.

Zamiast króciutkich utworków, kompozycje z klimatem, zwłaszcza że wsparli ich m.in. Geoffrey Richardson z Caravan oraz John Helliwet z Supertramp – weterani rocka progresywnego. Otwierający całość „in Exile” zapowiada zmiany – wolne tempo, szybka gra perkusji, melotron, rozmarzony wokal Soorda i piękne smyczki w tle, a pod koniec dostajemy gitarami jak obuchem. Równie akustyczne „No Man’s Land” czaruje spokojem oraz stonowaniem, by pod koniec uderzyć mocniejszymi uderzeniami perkusji oraz ostrymi riffami. Kompletnie zaskakuje soczysty „Tear You Up”, by przejść do melancholijnego „That Shore” (klawisze są bajeczne). Gitary mocniej odzywają się w równie rozmarzonym „Take You Shot”, które troszkę przypomina wczesny Coldplay czy „Fend for Yourself”, gdzie pod koniec cudownie brzmi klarnet.

Najbardziej jednak w pamięci zostaje ponad 9-minutowy „The Final Thing on My Mind”, ale nie zrażajcie się czasem trwania. Kompozycja nie jest mocno rozwleczona, skupiona na jednej melodii. Jest zapętlona gitara,  pobrudzone riffy, a w środku jest psychodeliczna jazda smyczków oraz elektrycznej gitary połączona z chórem, by gwałtownie wyciszyć się. Wchodzi wtedy melotron i nawrót do psychodelicznego refrenu.

„Your Wilderness” to album zdecydowanie wybijający się klimatem oraz spójnością, a wsparcie gości pomogło otrzeć się tutaj o wybitność. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, nie ma poczucia znużenia (a o to w tym gatunku bardzo łatwo), a muzycy grają po prostu cudownie.

9/10 + znak jakości

Cześć, mamo!

Każdy filmowiec na początku swojej drogi artystycznej próbuje podjąć rożnego rodzaju eksperymentów, prób szukania nowej formy ekspresji i środków wyrazu. Tak tez zrobił w 1970 roku Brian De Palma w swoim trzecim filmie „Cześć, mamo!”. Jego bohaterem jest niejaki Jon Rubin – młody facet, który wrócił z Wietnamu i próbuje się odnaleźć na nowo. Gdy go poznajemy, kupuje sobie nowe mieszkanie w dość kiepskim stanie i kamerę filmową. Zaczyna podglądać sąsiadów, by nakręcić pornosa.

Od tej pory film rozbija się na części. Pierwsza część to próba zrobienia amatorskiego porno przy wsparciu producenta Joe Bannera. I tutaj mamy voyeuryzm, ale punktem zwrotnym staje się podryw jednej z podglądanych kobiet (chodziło o sfilmowanie seksu), co samo w sobie jest autentycznie zabawne. Drugą część stanowi jednak działalność tajemniczej grupy Be Black, Baby. Jej celem jest pokazanie, co to znaczy być czarnym. Trzecia część to działalność wywrotowa zakończona spektakularną eksplozją dokonaną przez samego Joe – żonatego faceta, czekającego na dziecko.

cze_mamo1

De Palma tutaj mocno żongluje formą, czerpiąc garściami z nowej fali. Widać to zarówno w obecności napisów objaśniających przebieg wydarzeń, ale także w przyspieszeniach oraz dziwacznym montażu. Przykładowo podczas sceny oglądania porno w kinie nasz bohater rozmawia z producentem, który znajduje się po prawej stronie, by po cięciu (scenka erotyczna z pokazywanego filmu) facet znalazł się po lewej stronie. Albo podczas randki z sąsiadką Judy (śliczna Jennifer Salt), gdzie przenosimy się z miejsca na miejsce (restauracja, kawiarnia, pizzeria, taksówka) i to przejście jest tak płynne, jakbyśmy oglądali jedną scenę. Dodatkowo filmowiec zmienia perspektywę – raz widzimy to, co filmuje nasz bohater (okna z widokiem na pokój sąsiadów), ale gdy jedna z nich zaczyna filmować swoją kamerą, widzimy obraz z widoku tej kamery, co może na początku wywołać dezorientacje.

cze_mamo2

Jest też stylizowany na reportaż film telewizyjny dotyczący działalności ruchu Be Black, Baby i niezapomniana scena spektaklu, w którym nasz Joe gra policjanta. Sfilmowana czarno-biała taśma, niemal w jednym, płynnym ujęciu budzi grozę nawet teraz, przekonując (na własnej skórze), co to znaczy być innym. Niesamowita scena. Drugim mocnym punktem jest Robert De Niro, który dopiero zaczynał swoją drogę aktorską. Jednak już tutaj widać ogromny talent – nie zapomnę sceny podrywu sąsiadki (randka przez komputer, który wylosował partnerkę – aż dziw mnie bierze, że ktoś wtedy był w stanie w to uwierzyć) czy przygotowania do roli policjanta w spektaklu (czuć tu zalążek Travisa Bickle’a). On jeden w zasadzie jest mocnym spoiwem tego wariackiego filmu. A zakończenia tej komedii (czarnej i ekscentrycznej) nie powstydziłby się sam Monty Python.

Nie zawsze udaje się zachować uwagę (tempo jest dość nierówne, a niektóre żarty mogą wydawać się niezrozumiałe i nieczytelne), ale już tutaj widać potencjał ukryty w De Palmie, który miał za parę lat eksplodować. Intrygujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

System

Rok 1953, Moskwa. Jeszcze rządzi wujek Józef Stalin, co kochał dzieci i w ogóle był super przywódcą, a Związek Radziecki był rajem na Ziemi. I to właśnie tutaj pracuje oficer śledczy milicji politycznej MGB, zajmującej się likwidowaniem szpiegów – Lew Demidow. Otrzymuje proste zadanie: schwytanie niejakiego Anatolija Brodskiego oraz wyciągnięcie od niego listy współpracowników. Jednym z nich okazuje się być żona oficera, Raisa. Mężczyzna nie wydaje jej, za co oboje zostają zesłani na prowincję do Wołska. W tym samym czasie w niejasnych okolicznościach zaczynają ginąć dzieci, co jest tuszowane przez władze. Demidow na własną rękę podejmuje śledztwo.

system_1

Szwedzki reżyser Daniel Espinoza tym razem przenosi na ekran bestsellerowa powieść Toma Roba Smitha. Nie da się ukryć, że to rasowy thriller ubabrany brudem, nędzą oraz powszechną degrengoladą. Śledztwo jest o tyle trudne, że toczy się ono w raju, gdzie przecież nie ma morderstw, prawda? Władza nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę, a morderstwo to produkt zgniłego kapitalizmu. Mimo to twórcom udaje się stworzyć klimat niepokoju, bezradności i osaczenia. Tutaj władza wie o tobie więcej niż ty sam wiesz, zna twoje potrzeby i by nie zwariować, nie możesz sobie pozwolić na mówienie prawdy. Poza prywatnym – bo inne nie może być – dochodzeniem, Espinoza próbuje też pokazać różnego rodzaju rozgrywki na linii władzy, gdzie wywiad woli stosować przemoc i tuszować, a także jak kłamstwo ma wpływ na ludzi ich używających. Każdy chce tutaj przetrwać i każde kłamstwo jest dobre (fałszywa ciąża Raisy), nawet jeśli trzeba ukryć morderstwo.

system_2

Dobre wrażenie robi scenografia – podniszczone domy, brud, umeblowanie, alkohol (nie lejący się dużym strumieniem), papierosy. Od momentu przeniesienia na prowincję, jeszcze bardziej czuć poczucie beznadziei oraz kompletnego zobojętnienia na zło. Klimat też buduje stonowana muzyka oraz utrzymane w tonacji sepii, naturalistyczne zdjęcia.

system_3

Problemem dla mnie było dość wolne tempo oraz nadmiar ambicji, który nie daje pełnej satysfakcji podczas seansu. Śledztwo prowadzone jest przy okazji, co jest w pełni zrozumiałe, jednak tożsamość oraz motywację zbrodniarza poznajemy w połowie filmu. Nie wiem czy to troszkę nie za szybko, ale gęsta atmosfera i brudny klimat pozwalał wybaczyć te grzechy. Natomiast nie wybaczę chaotycznego montażu podczas scen bójek – finałowa konfrontacja czy próba morderstwa w pociągu wyglądają po prostu brzydko oraz nieczytelnie, jakby w stylu Borune’a. To nie jest potrzebne.

system_4

Ale za to jak to jest zagrane – moi drodzy. Kolejny raz wspaniale prezentuje się Tom Hardy jako bohater troszkę przeniesiony z kina noir. Ostatni sprawiedliwy stojący po stronie prawdy, porządku i walczący o swoje małżeństwo, do tego sprawne wykorzystanie rosyjskiego akcentu (brzmi on bardzo naturalnie), znający bezwzględność terroru. Równie złożona postać odgrywa Noomi Rapace (Raisa) – urocza, lojalna, ale powoli mecząca się w związku. Poza nimi warto docenić także zaskakującego Joela Kinnemana (odpychający Wasilij), Paddy’ego Considine’a (morderca) oraz Vincente’a Cassella (major Kuźmin).

system_5

I a propos akcentu jeszcze – nie wszyscy aktorzy grający w tym filmie mówią z rosyjskim akcentem (głównie postacie trzecioplanowe), co czasami psuje efekt realizmu. Przypomina się troszkę „Park Gorkiego” Michaela Apteda, czyli mroczny, brudny dreszczowiec w świecie pełnym kłamstwa, oszustwa i tajemnic. Tak się właśnie żyło w tych czasach.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ave, Cezar!

Lata 50., Hollywood – kraina bogactwa, sław i gwiazd, które wprawiają w zachwyt, ekstazę, będąc osobami o nieposzlakowanej opinii. I w tym raju najważniejszą postacią jest Eddie Mannix – nadzorujący produkcję zastępca szefa wytwórni, który także tuszuje wszelkie skandale, utrwala hollywoodzki sen. Ale już czuje się zmęczony tą fuchą, ale ma jeszcze jedno zadanie – gwiazda filmu „Ave, Cezar!” opowiadający losy niejakiego Dżizasa, Baird Whitlock znika bez śladu. Okazuje się, że zostaje porwany i kidnaperzy zwany „Przyszłością” żądają 100 tysięcy dolców.

ave_cezar1

Bracia Coen – wiadomo nie od lat, że to specjaliści naznaczający swoim własnym piętnem każdą produkcję, łącząc inteligentny humor z absurdem i groteską. Tutaj właściwie z jednej strony mamy hołd dla kina lat 50., z drugiej satyrę na Hollywood. I jest jeszcze intryga kryminalna tocząca się niejako przy okazji. A czego tu nie ma? Musical z marynarzami, film o Dżisasie, western, stylowy film kostiumowy, syreny. Ale jeszcze dziennikarskie plotkary, gwiazdorscy aktorzy, których słabości nie mogą dojść do publicznej wiadomości (alkohol, panienki, bycie samotną matką), sfrustrowani reżyserzy, no i sam Mannix, kuszony by przejść do poważnej fuchy w lotnictwie. Dzieje się tu wiele i dla mnie jest tutaj zbyt chaotycznie, przez co trudno skupić się było na intrydze, poprowadzonej po łebkach.

ave_cezar2

Plusem na pewno jest styl, czerpiący garściami z dawnego kina, gdzie olśniewa dekoracja (sceny z „Ave, Cezar!” czy filmu o syrenach) i kostium. Ludzie są tutaj ubrani naprawdę elegancko, a zdjęcia tylko podkręcają tą otoczkę. Mi najbardziej utkwiła w pamięci scena musicalowa, jakby żywcem wzięta z tamtego okresu (świetna choreografia) oraz próba zmienienia emploi aktora westernowego, Hobie’ego Doyle’a w nowej produkcji Laurence’a Laurentza. To jednak troszkę za mało, by mówić o udanej zabawie. I nawet zabawa w kino dla osób nie interesujących się starym kinem, może pozostać nieczytelna (odniesienia do autentycznych postaci i afer Złotej Ery).

ave_cezar3

Sytuację częściowo próbują ratować aktorzy, jednak poza Mannixem, reszta jest zepchnięta do mniejszych lub większych epizodów. Dominuje tutaj Josh Brolin w roli Mannixa, chociaż wygląda jak detektyw z czarnego kryminału, jest świetnym fixerem, niemal uzależnionym od spoglądania w zegarek, próbującym a to zatuszować pornografię, rozwiązać problem samotnej matki i oczywiście uwielbianej gwiazdy DeeAnn (dobra Scarlett Johansson). Z całego tłumu gwiazd mi najbardziej utkwił w pamięci Aiden Ehrenreich w roli westernowej gwiazdy Hobie’ego (ten południowy akcent) oraz próbującego go ulepić na nowo reżysera Laurentza (niezawodny Ralph Fiennes – szkoda, że go tak mało), a także drobny epizod Frances McDormand (montażystka C.C.).

ave_cezar4

Dawno Coenowie mnie nie rozczarowali, bo inaczej nie jestem w stanie nazwać „Ave, Cezar”. Film, w którym intryga jest tylko pretekstem do pokazania dawnego Hollywood, ale sam czar i nadmiar wątków pobocznych wywołuje dezorientację. Jednak nadal liczę, że jeszcze będę w stanie kiedyś powiedzieć Ave, Coen. Ale to jeszcze nie dzisiaj.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Do końca

Rok 1963. Prezydent John Fitzgerald Kennedy zostaje zamordowany w Dallas, wiec jego urząd obejmuje wiceprezydent, Lyndon Johnson. Dla niego najważniejszym zadaniem jest wygrana w wyborach za jedenaście miesięcy (można powiedzieć, że jest p.o. prezydenta), jednak po drodze czają się spore problemy. Jedną z palących spraw jest ustawa o prawach obywatelskich.

do_koca1

Clausewitz mawiał, że polityka to inny sposób prowadzenia wojny. Gówno prawda. Polityka to wojna. I ta telewizyjna produkcja Jaya Roacha bardzo mocno to pokazuje. A że ma świetny materiał (sztuka teatralna Roberta Shenkkana) plus wsparcie producenckie samego Stevena Spielberga, sukces musiał być murowany. Chociaż dzieje się wiele, Roach trzyma rękę na pulsie i płynnie przechodzi od wielu wątków: prawa obywatelskie, Wietnam, rozłam w partii z powodów rasowych. Tutaj nie ma miejsca na czyste działania i dobre słowa – by przekonywać do swoich racji, trzeba używać nieczystych zagrywek: szantażu, podsłuchów, gróźb, pójścia na kompromis. Czasami nawet musi odwrócić uwagę od przemówienia czarnoskórej delegatki na kongresie Partii Demokratycznej. Postaci jest wiele i tylko jeden wątek jest w pełni wyeksponowany – walka o prawa obywatelskie. I tutaj w pełni pokazane zostają konflikty i sytuacje, doprowadzające do eskalacji: działalność dr Kinga, morderstwo trójki działaczy w Mississippi, konflikt z senatorem Russellem. Do tego jeszcze każde zdarzenie, wykorzystywane bezwzględnie przez konkurencję.

do_koca2

Roach pokazuje prezydenturę i politykę jako żonglowanie granatami bez zawleczek, które w każdej chwili mogą eksplodować. Może się nagle okazać, że twoi najbliżsi mogą wsadzić ci nóż w plecy (ukrywający się homoseksualista wśród najbliższych współpracowników), a żeby osiągnąć cel trzeba zrobić krok w tył i mieć dużo szczęścia. Reżyser trzyma w napięciu aż do – nomen omen – końca, wiernie odtwarza ten trudny okres w historii USA, gdy mogło dość do wojny domowej. Imponuje też scenografia oraz kostiumy. Wszystko jest wręcz dopięte do samego końca i nawet dla ludzi niezbyt znających historię powojenną, będzie cennym źródłem informacji.

do_koca3

I jeszcze do tego otrzymuje pierwszorzędne aktorstwo. Nie będę oryginalny, ale muszę to powiedzieć – dominuje WIELKI Bryan Cranston, który jest po prostu Lyndonem Johnsonem. A jakim politykiem był Johnson? Świadomym jej wszelkich mechanizmów, umiejącym je wykorzystać dla własnych korzyści, ale też nie przebierającym w środkach (rozkaz wystrzału w oparciu o niepewny raport). Rola ta oparta jest na kontrastach: silnego, wręcz niezłomnego charakteru, ale i człowieka pełnego wątpliwości oraz poczucia przytłoczenia; sprytnego, ale i bezradnego; rubasznego i serdecznego, ale także bezwzględnego gracza. Wszystkie te paradoksy budują bardzo wyrazisty portret człowieka uwikłanego w politykę. Drugim wyrazistym bohaterem jest Martin Luther King i wcielający się w tą postać Anthony Mackie ma w sobie tyle charyzmy, że uwierzyłem w jego motywację, jak podchodzi do kompromisów. Widać, że bardzo zależy mu na sprawie i wie, jak wykorzystywać tłum (mógłbym nazwać go manipulatorem, ale to byłoby nadużycie). Także drugi plan jest tutaj przebogaty: od bardzo wrażliwej i oddanej Melissy Leo (Lady Bird Johnson) przez inteligentnego senatora starej daty Russella (Frank Langella znowu w formie) i śliskiego Stephena Roota (J. Edgar Hoover) po stonowanego, lecz lojalnego Humphreya (Bradley Whitford).

do_koca4

„Do przodu” potwierdza tylko, ze polityka na ekranie to żywioł Roacha (pokazał to choćby w „Zmianie w grze”), ale potrafi to pokazać także w sposób przystępny i zrozumiały dla szarego człowieka. Właśnie dla takich produkcji wymyślono telewizję.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Godziny strachu

Poznajcie rodzinę Randallów – on, pracownik agencji reklamowej, ona zajmuje się domem i córką, Sophie. Wiecie, takie idealne, bogate małżeństwo z klasy średniej. I wtedy w idealny związek wchodzi ktoś trzeci. W środku auta zjawia się tajemniczy mężczyzna, który zamierza wykorzystać ich do realizacji własnego planu. Inaczej ich córka ostanie zabita. Plan jest konsekwentnie realizowany, a cena będzie bardzo wysoka.

godziny_strachu1

Film pozornie wydaje się typowym thrillerem, gdzie mamy groźbę śmierci i szantaż, jednak sama intryga podąża nie do końca oczywistym tropem. Nie chodzi tu o pieniądze, bo te zostają spalone, więc o co? Powoli odkrywane są elementy układanki – i odkrywamy, że nasz główny bohater nie jest wcale taki idealny jak by się to wydawało. Nie jest zbyt uczciwy w pracy, jest niewierny, a wszelkie próby wyrwania się z kleszczy jest z góry skazana na porażkę. Szantażysta jest dobrze przygotowany, zgrabnie gra z parką i nawet, gdy wydaje się, że popełni błąd, jest o krok przed naszymi bohaterami. Jednak kolejne wolty wprawiają w zakłopotanie i nie są do końca przekonujące, włącznie z przewrotnym finałem (ten akurat kupiłem bez wątpliwości). Klimat niepewności i zagrożenia jednak został zachowany, realizacja jest solidna, nawet muzyka daje radę. Tylko sama ta intryga po seansie, gdy włączasz myślenie, to nagle durniejesz. I po co to wszystko? Ale w trakcie seansu nie zastanawiasz się nad tym zbyt mocno.

godziny_strachu2

Aktorstwo jest całkiem przyzwoite i to jest najmocniejszy punkt. Wbrew swojemu emploi Gerald Butler wciela się w pana Randalla, który ma wiele za uszami i jest bardziej strachliwy niż można było się spodziewać po takiej posturze. Radzi sobie całkiem dobrze, podobnie jak Pierce Brosnan w roli szantażysty oraz Maria Bello jako pani Randall. Na tej trójce opiera się cały film.

godziny_strachu3

„Godziny strachu” to taki thriller, który po obejrzeniu szybko wypada z głowy. I to jest jego największy problem – nie zostanie po nim nic godnego uwagi, chociaż czas spędzony przy nim nie będzie spędzony. Czyżby ktoś stosował środek na amnezję?

6,5/10

Radosław Ostrowski