Zjednoczone stany miłości

Jest rok 1990 i trafiamy do pewnego blokowiska, gdzie poznajemy cztery kobiety. Agata wydaje się szczęśliwą mężatką i matką, pracującą w wypożyczalni kaset video. Iza jest dyrektorką szkoły, spotyka się w tajemnicy z ojcem jednej z uczennic. Jej siostra Marzena była kiedyś vicemiss i marzy o karierze modelki, a mąż siedzi w RFN. Do niej próbuje się zbliżyć sąsiadka, rusycystka Renata. I tak powoli zaczynamy oglądać jak przeplatają się losy każdej z bohaterek – po kolei, by się im bliżej przyjrzeć.

zjednoczone_stany_mioci1

Odpowiadający za całość Tomasz Wasilewski robi wszystko, byśmy uwierzyli w czas, jakim się znajdujemy. Stonowana, chłodna kolorystyka, czasami drgające ruchy kamery, wreszcie ujęcia naszych bohaterek z pleców. Wreszcie, dokładnie odtworzona scenografia i stronę z przełomu ustroju, gdzie dopiero uczyliśmy się nowych zasad gry, tkwiąc jeszcze w poprzednim czasie. Ale idzie nowe, dlatego szkoła zaczyna nosić imię Solidarności, a język rosyjski zostaje wyparty angielskim, tak prozachodnio. Jednak nie o to tutaj chodzi, bo reżyser pokazuje pozornie szczęśliwe kobiety, które tak naprawdę ciągle czegoś łakną, próbują zwalczyć pustkę i poczucie niespełnienia. Może wynikać ono z braku bliskości, tłumieniu własnych emocji czy szukaniu na ślepo dróg, co mają zalewnych lepszy los: druga osoba, kariera, namiętność w łóżku. Tkane jest to bardzo powoli i dlatego wielu może poczuć się znużonych, ale każda z bohaterek ma co najmniej jedną mocną scenę. Nieważne czy to kłótnia z kochankiem, próba erotycznej bliskości czy gwałt na nieprzytomnej kobiecie – tego z głowy nie da się wymazać.

zjednoczone_stany_mioci2

Co do scenariusza mam jedno zasadnicze ale. Wątek każdej z naszych bohaterek nagle zostaje pourywany, jakby niedokończony i sprawiający wrażenie zawieszenia. Wywołuje to we mnie pewne poczucie niedosytu, bo chciałbym postawienia kropki nad i. A nad wszystkim unosi się poczucie takiej beznadziei, smutku, braku satysfakcji. Drugim problemem jest dość często pojawiająca się nagość. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale miałem czasami poczucie nadużycia oraz przesytu golizną.

zjednoczone_stany_mioci3

Te drobne mielizny są jednak zakryte pewną reżyserią oraz koncertowym aktorstwem każdej z pań, choć nie od razu zyskiwały moją sympatię. Wasilewski wierzy, że trzeba pokazać, a nie mówić o tym. Największy problem miałem z Agatą, prowadzoną przez sztywną (celowo) Julię Kijowską. Jej motywacja oraz pragnienia przez długi czas pozostawały dla mnie kompletną tajemnicą (skąd ta fascynacja młodym księdzem). Za to największe wrażenie zrobiła na mnie Dorota Kolak jako samotna (poza ptaszkami) Renata, zakochana w sąsiadce Marzenie (apetyczna Marta Nieradkiewicz), nierzadko sięgając po podstęp w postaci upozorowanego wypadku na schodach. Klasę potwierdziła także Magdalena Cielecka jako chłodna, stonowana dyrektor szkoły. Ale tak naprawdę w każdej z tych pań coś się gotuje, kipią tłumione emocje, wierząc im.

zjednoczone_stany_mioci4

Czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, ale nie ma tutaj moralizowania czy piętnowania. „Zjednoczone stany miłości” to kronika samotności, melancholii oraz niespełnionych marzeń, zakończonych klęską. Smutne, ale chwytające kino, któremu trzeba dać czas oraz szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie nieprzespane noce

Powiedzmy, że cała fabuła skupia się na niejakim Krzyśku. Facet niedawno rozstał się z dziewczyną i razem z Michałem spędzają czas od imprezy do imprezy, od domówki do domówki. Tańczą, piją, rozmawiają o wszystkim i o niczym, a za oknami Warszawa nocą. Ten lipny dokument Michała Marczaka, chyba miał stanowić portret młodych ludzi. Miasto tętni nocnym życiem niczym niekończąca się impreza, gdzie przyglądamy się ludziom kompletnie jakby oderwanym od rzeczywistości. Bo gadają o pierdołach, czyli swoich lękach, rozważaniach nad życiem, związkach. Nie mogłem odnieść wrażenia, że słucham totalnego bełkotu oraz takich banałów, że głowa mała. Niby chcą coś osiągnąć, a nie mogłem pozbyć się wrażenia wodolejstwa i gadania kocopołów.

nieprzespane_noce1

Marczak ogranicza się do fotografowania i obserwowania młodych ludzi, którzy… no właśnie. Dla mnie to postacie ledwo zarysowane, nijakie, skupione tylko na swoich potrzebach (Krzysiek) i gadający nudne banały (monolog na początku czy rozmowa o oddechu i 20 tysiącach papierosów), ale jednocześnie jest w tym coś, co miejscami było w stanie mnie zahipnotyzować. Tylko, co z tego wynika? Nie brakuje bezczelności, bezpruderyjnej golizny (scena z dziewczyną udającą lekarkę niczym z filmu porno), narkotyków (śladowe ilości), do tego kompletna muzyczna mieszanka pełna alternatywnych brzmień, elektroniki, dająca rytm ścinkom montażowym. Jest kilka scen kompletnie magnetyzujących (finałowy taniec na środku ulicy, gdzie jadą sobie pojazdy, a w tle grają „Żółte kalendarze” czy impreza na plaży z Caribou w tle), tylko że to się nie łączy w żadną całość. Szczątkowy scenariusz zaczyna się sypać, a liczy się tylko i wyłącznie zapis chwili, tu i teraz.

nieprzespane_noce2

Tylko jedno pytanie siedzi w mojej głowie: dlaczego nie kupuje tej wizji świata jaką serwuje Marczak? Czemu wydaje mi się pretensjonalna, pusta i pozbawiona czegokolwiek, poza muzyką oraz stroną formalną? Bardzo mierzi mi tutaj brak scenariusza, brak jakiejś myśli związanej z tym filmem. To zdecydowanie nie moja bajka, która nie oferuje absolutnie nic. Może następnym razem się uda.

nieprzespane_noce3

5/10

Radosław Ostrowski

Czerwony kapitan

Na zwrot „czeski kryminał” trudno zareagować poważnie, nawet jeśli jest to zrobione na słowackim rewirze. Detektyw Richard Krauz jest na Słowacji wręcz bohaterem narodowym, stworzonym przez popularnego autora Dominika Dana, którego losy rozchodzą się w (5 milionowej Słowacji) ponad pół milionowym nakładzie. Więc adaptacja jednej z części cyklu musi zostać zekranizowana. Padło na siódmą część cyklu, czyli „Czerwonego kapitana”.

czerwony_kapitan1

Bratysława, rok 1992. Czas, kiedy jeszcze Czechosłowacja istniała i jest już po zmianie ustroju. Ale czy jest lepiej, bezpieczniej, spokojniej? Richard Krauz pracuje w wydziale zabójstw, gdzie od paru lat zajmuje się trupami. Jednak pewnego dnia zdarza się dość dziwna sprawa: znaleziono kości na cmentarzu. Zanim zaczniecie się śmiać i powiecie, że tam są przecież tylko kości, to te mają ślady tortur (igły pod paznokciami, gwóźdź na głowie). Ofiarą był kościelny Karol Krochner, zmarły w 1985 roku. Dostając tę sprawę Krauz otwiera puszkę Pandory.

czerwony_kapitan2

Co jak co, ale debiutujący Michał Koller garściami czerpie z estetyki czarnego kryminału. Mamy fatalistyczną aurę, mroczny klimat, pełen krwi i przemocy (tutaj nikt się nie patyczkuje), ostatniego sprawiedliwego w postaci Krauza, a wszystko zahacza o reprezentantów dawnej władzy: byłych ubeków, próbujących pociągać jeszcze za sznurki oraz umoczony w te konotacje Kościół katolicki. Każdy ma wiele za uszami, a intryga jest tak zamotana, że bardzo łatwo się w tym można pogubić. Bo akcja zapieprza niczym królik na Duracelu i nie pozwala nam pomyśleć. Spotkania z tajemniczymi osobnikami, analiza faktów, kluczowe teczki kompromitujące ważne persony, wreszcie nerwowe starcia fizyczne. Kollar wie, jak trzymać w fotelu, co jest zasługą świetnych zdjęć Kacpra Fertacza, troszkę zanurzonych z żółtawym brudzie. Czasami jednak dzieje się wiele zbiegów okoliczności (dostanie się do archiwistki na dworcu czy schwytanie Czerwonego Kapitana), a kilka wątków ledwo liźnięto. Niemniej ogląda się to naprawdę nieźle.

czerwony_kapitan3

Jest tylko jedno, zasadnicze ale: kto do k***y nędzy wpadł na pomysł, by ten film zdubbingować? Głosy w polskiej wersji (także Macieja Stuhra w roli Krauza) brzmią po prostu sztucznie, jakby liczyła się szybkość zgrania z „kłapaniem” na ekranie, a i to nie zawsze wychodzi. Mimo, że dobrano niezłych aktorów (Andrzej Blumenfeld, Andrzej Chudy, Tomasz Dedek czy Dariusz Toczek), to nie zawsze się to zgrywa z emocjami malowanymi na twarzy i brzmi słabo. Gdyby całość była pokazana z napisami, ocena byłaby lepsza.

czerwony_kapitan4

Ale i tak wyszedł kawał bardzo przyzwoitego kryminału, inspirowanego troszkę „Psami” Pasikowskiego. Ma to swój klimat i jest pewnie zrealizowany, jednak odradzam seans z polskim dubbingiem (jeśli chcecie zaoszczędzić sobie bólu uszu). I czekam na kolejną część.

6/10

Radosław Ostrowski

Kult – Wstyd Suplement 2016

Wstyd_Suplement

„Wstyd” potwierdził, że Kult nadal jest w formie. Tym większym zaskoczeniem było wydanie suplementu do tej płyty, czyli piosenek, co nie zmieściły się w podstawowym wydawnictwie. To drugi taki przypadek w historii zespołu i rodzi się pytanie: czy warto, czy może jest to skok na kasę?

Jest tylko osiem dodatkowych utworów, ale zwyczajnie więcej nie trzeba. Na początek dostajemy niemal epicką „Modlitwę o wschodzie słońca” Jacka Kaczmarskiego. Zaczyna się od akustycznej gitary, by potem dołączyła reszta zespołu. Nie brakuje agresywnego punkowego ducha (organowe „Leave The Kids Alone”) i odrobiny psychodelicznych jazd (dęciaki oraz elektronika w „Na dworze twojego rodzaju”), a nawet agresywniejszej gitary zabarwionej reggae („Jeśli nie masz nic do powiedzenia”) czy popisów perkusji („Ten kto patrzy w chmury”). Także nie brakuje gniewu pełnego melodii („Polityk muzykiem”), gdzie jest moc. Ale gdy trzeba, to następuje takie spowolnienie (solo saksofonu na początku „Z podniesionym czołem”), by pod koniec dać skoczne ska.

Suplement to tak naprawdę typowy Kult, bardziej przypominający czas „Prosto”, gdzie znowu nie brakuje trafnych obserwacji, złośliwego humoru („Polityk muzykiem” odnosi się do Kukiza) i poniżej pułapu typowego dla siebie nie schodzi. Trzeba mówić coś więcej?

Radosław Ostrowski

Prosta historia o morderstwie

Wszystko zaczyna się bardzo gwałtownie: trupy, krew, policja. Do mieszkania wpada młody chłopak i… koniec. A wtedy, by poznać wszystko cofamy się do tyłu. Trafiamy do małego miasteczka, Strzelec. Tutaj wszyscy wiedzą o sobie wszystko. I to tutaj mieszka rodzina Lachów, której (prawie) męscy właściciele zostają policjantami. Jacek zostaje przydzielony do patrolu razem z ojcem Romanem. Tylko, że tatuś nie jest zbyt idealnym człowiekiem, delikatnie mówiąc. Towarzyszy mu kilka procentów, a i przypierdolić z piąchy potrafi. Najczęściej żonie. Kiedy oboje zostają znalezieni martwi, Jacek próbuje wyjaśnić sprawę. I wbrew tytułowi, nie jest to prosta historia.

prosta_historia_o_morderstwie1

A wszystko to postanowił opowiedzieć Arkadiusz Jakubik, którego talent aktorski nie podlega żadnej dyskusji. By nie było wcale tak prosto, jak się tylko wydaje, reżyser zaburza chronologię, gdzie mamy dwa wątki. Pierwszy dotyczy morderstwa obojga rodziców, druga dotyczy domu. A dokładnie przemocy domowej, gdzie pojawia się alkohol – demon jeszcze przez nikogo nie ujarzmiony. Aż chce się odruchowo powiedzieć – Dom zły. Skojarzenie ze Smarzowskim nasuwa się automatycznie i nie powinno dziwić, w końcu Jakubik to ulubiony aktor twórcy „Wołynia”. Ale paralele nie dotyczą tylko tematyki – jest podobnie rwany montaż (sceny śledzenia czy pościgów), niemal kręcone z ręki zdjęcia pełne mroku oraz deszczu (jedna z ulubionych zagrywek twórców kryminału). Wątek kryminalny wydaje się dość mało wyraziście zarysowany (postacie nie są zbyt rozbudowane), ale i tak dobrze się go ogląda. Mocniej się robi podczas walki naszego bohatera o życie matki z dala od ojca-alkoholika. Do tego osadzenie w kontekście małego miasta, gdzie wszyscy znają wszystkich oraz ich tajemnice – taka decyzja wymagałaby odwagi, by zmierzyć się z nieuniknionym napiętnowaniem. Tym większa szkoda, że to się kończy tak tragicznie (to nie jest spojler), ale samo rozwiązanie intrygi satysfakcjonuje.

prosta_historia_o_morderstwie2

Do tego Jakubik ma dobrą rękę do aktorów. Kolejny raz zaskakuje Filip Pławiak (Jacek), którego trudno nie polubić. Zdeterminowany, uparty, dbający o rodzinę, ale mający swoją tajemnicę i udaje pasujący do wizerunku romantycznego twardziela, przejmując niejako inicjatywę jako „ojciec”. Dobrze się prezentuje w tej kurtce i z tym pistoletem. Jeszcze większe wrażenie robi Andrzej Chyra, czyli Roman. Walczący z własnymi demonami, nie potrafiący wyrazić swojej miłości do rodziny, a to wszystko pokazane jednym spojrzeniem oraz mową ciała. Tak samo nie mogłem odwrócić oczu od Kingi Preis, czyli związanej w toksycznej relacji z mężem. Na tym trójkącie opiera się całe kino, jednak trudno nie zapomnieć drobnych ról Eryka Lubosa (mechanik Marcin), Marka Kasprzyka (komendant) czy Andrzeja Konopki (prokurator).

prosta_historia_o_morderstwie3prosta_historia_o_morderstwie4

Troszkę żałuję, że nie widziałem debiutu reżyserskiego Jakubika („Prosta historia o miłości”), ale jednego jestem pewny. Mam nadzieję, że reżyser jeszcze nie raz pokaże się po tej stronie kamery, gdyż zaskakuje swoim talentem. Czekam na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Uznany za niewinnego

Rozat „Rusty” Sabich pracuje jako asystent prokuratora okręgowego, Raymonda Horgana. Jego życie jest pełne osobistych sukcesów – macy wygranych spraw, a także prywatnego (żona, syn). Wszystko idzie jak po maśle, prawda? Aż pojawia się dzień jego kolejnej sprawy. Tym razem chodzi o morderstwo Carolyn Polhaous – koleżanki z biura, zajmującej się zbrodniami na tle seksualnym. Jednak im bardziej mężczyzna próbuje dojść do prawdy, coraz więcej dowodów zaczyna go obciążać. Aż w końcu Rusty zostaje oskarżony o morderstwo.

uznany_za_niewinnego1

Alan J. Pakula tym razem miesza dramat sądowy z kryminałem, gdzie stawiane są ważkie pytania o naturę sprawiedliwości. Jednocześnie ciągle serwowane są kolejne tropy i poszlaki w sprawie morderstwa, gdzie nie do końca wiadomo kto zabił. Tropów i poszlak jest kilka: dawne sprawy, tajemnicze dochodzenie w sprawie korupcji, zazdrosny kochanek (a było ich wielu). Ale wszystko i tak sprowadza się do jednego podejrzanego, ale czy aby na pewno? Śledztwo oraz to, jak odbija się na życiu Sabicha, robi wrażenie, podobnie jak sądowe potyczki, gdzie tak naprawdę wszystkie sztuczki są dozwolone. Bo czy nie jest ironią fakt, że wystarczą pomówienia i poszlaki, oparte na zawiści, by doprowadzić do procesu? A wyrok zdobywa się czasami za pomocą wyciągania brudnych tajemnic, by nie zniszczyć reputacji? To, że zawód oparty na manipulacji (złe słowo: interpretacji) materiału dowodowego, nie jest niczym nowym, jednak Pakula zręcznie bawi się tropami, poszlakami, wskazówkami. Nie ma tutaj wyścigów, gonitwy czy zawodów w strzelanie, jednak trudno odmówić napięcia.

uznany_za_niewinnego2

Prawdziwymi perłami są tutaj sceny z procesu, gdzie Rusty wspierany przez mecenasa Sandy’ego Sterna, walczą w niemal krzyżowym ogniu pytań. Niemal do samego końca pojawiają się wątpliwości co do winy/niewinności bohatera. Bo fakt, że został uznany za niewinnego nie oznacza, że oskarżony był niewinny. Aż do bardzo przewrotnego finału, gdzie dochodzi do ciekawej wolty, zniszczonej (troszkę) przez wyłożenie kawy na ławę. Ale i tak wyszło świetne kino, z klimatycznymi zdjęciami oraz rytmicznym montażem.

uznany_za_niewinnego4

Pakula dodatkowo wykorzystuje Harrisona Forda do roli człowieka, delikatnie mówiąc niezbyt kryształowego, co było dość odważnym posunięciem. Aktor sprawia wrażenie człowieka zagubionego, lecz całkowicie pewnego swojej niewinności i długo się główkowałem czy to była może maska, mająca nas wszystkich wywieść w pole, co byłoby świetnym mykiem. Ale sami musicie się przekonać, czy mu wierzycie. Poza Fordem film kradnie dla siebie znakomity Raul Julia jako obrońca Stern. Zawsze opanowany, spokojny, chłodno podchodzący do sprawy, gdzie podczas procesu tak świetnie odbija piłeczki (przesłuchanie koronera czy przełożonego Sabicha to prawdziwe perełki), że sprawia to wielką frajdę. Także trudno oderwać wzroku od Grety Scacchi jako ofiery – niemal klasyczna femme fatale, która wykorzystuje mężczyzn dla własnych celów.

uznany_za_niewinnego3

Film zaczyna się i kończy monologiem bohatera wygłaszanym z offu, gdzie widzimy pustą salę sądową, a kamera kieruje się/oddala od ławy przysięgłych, stanowiąc bardzo zgrabną klamrę. „Uznany za niewinnego” byłby rewelacyjnym filmem, gdyby nie przegadany (ale nadal robiący wrażenie) finał, zaś Pakula kolejny raz wodzi za nos  z gracją żonglera. Pychotka.

8/10

Radosław Ostrowski

Zdrada

Północna Irlandia nigdy nie należała do bezpiecznych części świata. Tam można było być gliniarzem, żołnierzem albo członkiem IRA. Albo martwym członkiem IRA, co wychodzi na to samo. Właśnie w tym czasie przyszło żyć Francisowi McGuire – zwany też Frankie Anioł. To członek IRA, odłamu najbardziej radykalnego, walczącego o niepodległość. Dzięki kontaktom trafia do Nowego Jorku, gdzie ma kupić broń dla kumpli i to nie byle jaką, bo rakietnice. Z nowym nazwiskiem oraz dokumentami trafia pod dach rodziny Toma O’Meary – policjanta z długim stażem, który nie zna jego tożsamości.

zdrada1

Alan J. Pakula nie spodziewał się, że to będzie jego ostatni film. Ta historia o silnym irlandzkim zabarwieniu próbuje przedstawić historię Zielonej Wyspy, ogarniętej wojną i przemocą, gdzie zapętla się nienawiść. To jednak jest tylko dla kontrastu miedzy naszymi bohaterami. Pakula tutaj pokazuje podobieństwo między Tomem i Frankiem – obydwaj są ludzi wiernym własnym zasadom: uczciwości, lojalności, z twardym charakterem. Jeden mógłby być ojcem dla drugiego, gdyby poznali się w innych okolicznościach. Tutaj stawia się bardziej na psychologię postaci oraz intrygę skupioną na zakupie broni. Sporadycznie widzimy sceny z pracy Toma: pościgi za drobnymi złodziejaszkami, kłótnia domowa z przemocą, by bliżej poznać bohaterów. Ale najbardziej pamięta się sceny akcji: świetnie zrealizowane, trzymające za gardło. Nieważne czy to zasadzka na policjantów, zakończona starciem z armią czy strzelanina w stoczni między Frankiem z handlarzem bronią.

zdrada3

Przypomina to troszkę kino z lat 70. (stonowana kolorystyka, świetne oświetlenie, praca kamery, dynamiczny montaż), gdzie stawiano na efektowość niż efekciarstwo. Jednak jako całość „Zdrada” wydaje się troszkę płytka, nie do końca przekonuje, pojawiają się przestoje i czasami tempo siada. No i jeszcze to mocno hollywoodzkie zakończenie, co psuje efekt.

zdrada2

Broni się ten film klimatem (fantastyczna muzyka Jamesa Hornera, z której pachnie zwyczajnie Irlandią) oraz dobrym aktorstwem. Harrison Ford kolejny raz gra prawego i dobrego faceta, z twardym kręgosłupem moralnym (żadnych łapówek, machlojek, oszustw), starającego się raczej do spokojnego rozwiązywania problemu, bez przelewu krwi. Spokojny, opanowany, ale w środku się gotuje. Lepszy jest od niego Brad Pitt (ten akcent – cudowny dla ucha) jako powoli zmęczony zabijaniem Frankie. Skażony przemocą, zna tylko tą drogę, jednak jego oczy zdradzają potrzebę stabilizacji. Drugi plan jest tutaj zdominowany przez niezawodnego Treata Williamsa (Billy Burke) oraz śliczną Natashę McElhone (Megan).

Jako całość „Zdrada” to przykład solidnego kina sensacyjnego zrobiona z pewnym pomysłem oraz próbą (nie do końca przekonującą) opowieści o skomplikowanej historii Irlandii, pełnej krwi, przemocy oraz zamordyzmu. Nie do końca wykorzystuje swój potencjał, ale nie traci się czasu.

6/10

Radosław Ostrowski

Tolerancyjni partnerzy

Richard Parker jest szarym, zwykłym facetem. Pracuje jako kompozytor muzyki pod reklamówki, ma piękną żonę i córkę. Słowem: szczęście niepojęte. I właśnie w to spokojne życie wchodzi sąsiad, Eddy Otis. Facet ma łeb na karku, jest tak życzliwy, że by dać kasę do spłacenia długów, sfinguje wypadek. Do tego jego kobieta jest jeszcze bardziej apetyczna niż można to sobie wyobrazić, a głos ma całkiem niezły. Eddy wpada nagle na pomysł, by wieczorem zamienili się łóżkami. W sensie, że jeden prześpi się z żoną drugiego. Proste i przyjemne, prawda? Tylko, że następnego dnia żona Eddy’ego zostaje znaleziona martwa, a Richard staje się podejrzanym o morderstwo.

tolerancyjni_partnerzy1

Alan J. Pakula jest pewną marką, więc można było być pewnym sukcesu. Reżyser kombinuje tutaj jak może i zaczyna wszystko bardzo spokojnie, niemal jak film obyczajowy z odrobiną humoru. Powoli widzimy jak nasi sąsiedzi zaprzyjaźniają się ze sobą i nawet wyczuwalne jest pewne erotyczne napięcie. I po 40 (mniej więcej) minutach następuje wolta oraz kompletna zmiana klimatu, wpadając w dziwaczną intrygę. Jednak kiedy pojawia się detektyw z firmy ubezpieczeniowej, zacząłem się zastanawiać, czy ta łamigłówka może być taka prosta? Niestety, była i wszystko oparło się na mistyfikacji, a powolna atmosfera matni zostaje coraz bardziej osłabiona. Wyjaśnienie oraz sposób działania naszych antagonistów jest tak przewidywalny, że nawet finał, gdy Richard niczym „Komando” włamuje się na chatę Otisa i robi wjazd, wygląda śmiesznie oraz naiwnie. Tylko dlaczego jest to opowiadane w tak poważny sposób, że nie można przestać się śmiać?

tolerancyjni_partnerzy2

Sytuację – poza niezłą reżyserią, ratuje dobre aktorstwo. Kevin Kline pasuje do roli sympatycznego, ale bardzo statecznego i trzymającego mocno głowę na karku Richarda. Podobnie atrakcyjne są Mary Elizabeth Mastrontonio oraz Rebecca Miller, ale i tak ekran kradnie Kevin Spacey. Już wtedy magnetyzował swoją charyzmą, a jego Eddy to blond włosy, wiecznie uśmiechnięty cwaniaczek w jednej chwili potrafiący zmienić się w prawdziwe monstrum – wykalkulowane, chłodne, niebezpieczne. Jest też Forest Whitater jako prywatny detektyw z firmy ubezpieczeniowej, który jak zawsze trzyma fason.

tolerancyjni_partnerzy3

Pakula tym razem zawodzi, gdyż chyba nie do końca był pewny, co zrobić z tym scenariuszem. Są pewne drobne niespodzianki, ale od połowy napięcie jest bardzo nierówno dawkowane (a finał z uzi można było albo darować, albo inaczej rozegrać). Nie brakuje mroku, ale jest też dość naiwnie, jednak morał jest prosty: uważajcie na swoich sąsiadów, bo nie wiadomo jaki numer wam wytną.

tolerancyjni_partnerzy4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Run of the Arrow

Szeregowy O’Meara walczył podczas wojny secesyjnej po stronie Południa. Wojna się jednak skończyła, lecz nienawiść do Jankesów pozostała i nie chce się od niego odczepić, ale nie mogąc się odnaleźć w tej sytuacji, wyrusza przed siebie. Po drodze poznaje jednego z Siuxów, Idącego Kojota, przez co decyduje się dołączyć do plemienia, co wskutek perturbacji w postaci wyścigu strzały, spełnia się. Pytanie tylko na jak długo, gdyż żołnierze USA planują zbudować port na terenie Siuxów, a O’Meara ma być tropicielem.

run_of_the_arrow1

Samuel Fuller znowu wraca na Dziki Zachód, by tym razem przedstawić historię człowieka pozbawionego tożsamości, inaczej: wypierającego się własnej nacji. O’Meara jako zadeklarowany konfederata nienawidzi Jankesów i za nic w życiu nie chce się im podporządkować. Choć sama historia i konstrukcja fabularna jest bardzo prosta, wręcz klarowna, to cała reszta nie jest już taka oczywista. Indianie są tutaj pokazywani jako ludzie odnoszący się i szanujący swoją tradycję, honorowi, dotrzymujący zawsze danego słowa. Taki staje się powoli nasz bohater w tym otoczeniu, czując się akceptowany, mając kobietę oraz wychowując jej dziecko, ale w tle są wszelkie pokojowe próby rozmów wojska z Indianami. Sprawy te nie są zbyt łatwe nie tylko ze względu na nieufność obydwu stron, ale przede wszystkim braku rozsądku oraz chęcią zabijania (to jest znacznie prostsze od dialogu) po obydwu stronach konfliktu. Wszystko to musi w końcu eksplodować i doprowadzić do dramatycznego finału.

run_of_the_arrow2

Reżyser umie to wygrać, przez co ogląda się całość z dużym zainteresowaniem. Nie sposób zapomnieć dramatycznego wyścigu strzały czy pełnej przemocy konfrontacji, chociaż pewne rzeczy mogą troszkę kłuć w oczy. Taka jest ilustracyjna muzyka, mocno archaiczna (podpowiadająca), wręcz idealnie skrojone ciuchy czy Indianie mówiący płynną angielszczyzną. Nie do końca mnie też przekonuje gra Roda Steigera w roli głównej – bardzo teatralna, ze strasznym akcentem. Plenery wyglądała ładnie a kilka dialogów (ten o religii – rewelacja) daje wiele do myślenia.

run_of_the_arrow4run_of_the_arrow3

„Run of the Arrow” to dość nietypowy western, w którym czuć zapowiedź takich filmów jak „Człowiek zwany Koniem” czy „Tańczący z wilkami”, próbująca pokazać stosunki Indian z żołnierzami w sposób daleki od wskazywania palcem winy tylko po jednej stronie. Fuller tutaj nawołuje do dialogu, ostrzegając przed siłowym rozwiązaniem sporu. Ale też losy O’Meary są metaforą pogodzenia się z losem, co podkreśla finałowa rozmowa z żoną. A teraz spójrzcie na rok produkcji i przeżyjcie szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

PROCES – Łzy

proces-lzy-cover-okladka

Chociaż teraz wydają debiutancki album, nie są to kompletni amatorzy pozbawieni talentu. Nie lubię określenia supergrupa, ale chyba ono wydaje się pasować idealnie dla tego zespołu. PROCES działa od dwóch i tworzy go dość eklektyczna mieszanka: wokalista Piotr Połać (Bracia Figo Fagot), gitarzysta Piotr Rutkowski (Spirit) oraz perkusista Dariusz Brzozowski (Hunter).

Początek jest dość spokojny, bo takie są wybrane na singla „Dzieci”, gdzie dominuje akustyczna gitara aż do refrenu, gdy dochodzi do mocniejszego wejścia (pod koniec wszystko staje się znacznie intensywniejsze, gdzie gitara zaczyna powoli szaleć w rytm uderzeń perkusji). Ciężej i ostrzej jest w przypadku „Czerwonego światła”, tylko w mostku jest krótka chwila na złapanie oddechu, by wejść do wyciszonego „Cyklu” ze „strzelającą” perkusją oraz szybkiego niczym seria z kałacha „Na dobre i na złe”, pełnego mroku i niepokoju (podobnie brzmi dość wyciszony, ale pełen tłustego basu „Odwyk”, gdzie pojawia się pod koniec soczysty riff).

Niemal metalowe „PokoleNIE” ma w sobie wściekłość (krzyki w zwrotkach), ale też jest bardzo melodyjny i nie wyklucza się to ze sobą. Ascetyczne i mroczne „1988” uderza wplecioną elektroniką oraz minimalistycznymi dźwiękami perkusji, by w połowie szarpnąć gitarą (równie mocna pod tym względem jest „Smuga”). Bluesowe „Nie ma nas” przygnębia swoim klimatem oraz zapętloną elektroniką. To jednak są przerwy przed siarczystymi ciosami pokroju „Kieratu” (z krzyknięciami w zwrotkach i zadziorniejszą gitarą) i „Schematu”.

Zaskakują tutaj najbardziej dwie rzeczy. Po pierwsze wokal Połacia, którego delikatne, jak i agresywne oblicze sprawdza się tutaj bez problemu w tym rockowym wydaniu. Druga sprawa to niegłupie teksty dotyczące takich spraw jak rozstanie (pokazane z perspektywy dziecka), zarobienie, dziecięca wrażliwość, walka z nałogami. I to wszystko trzyma w zainteresowaniu do ostatniego utworu. I jestem pozytywnie zaskoczony tym PROCES-em, więc czekam na następny krok.

7,5/10

Radosław Ostrowski