Eskaubei & Tomek Nowak Quintet – Tego chciałem

Eskaubei-i-Tomek-Nowak-Quartet-Tego-Chcia%C5%82em-cover

Dwa lata temu doszło do zderzenia muzycznych asteroid, bo nie można inaczej nazwać połączenie nawijki rapera Eskaubei z kwintetem trębacza jazzowego Tomka Nowaka. Album „Będzie dobrze” wywołał furorę i musiał powstać ciąg dalszy, gdyż takie zgranie nie zdarza się często. No i w zeszłym roku ekipa powróciła.

Zaczyna się od skocznego i krótkiego „Intra”, gdzie popisuje się perkusja z klawiszami i trąbką. Ale to tak naprawdę wstęp do mocniejszej gry. „New reality” miesza swingowe dźwięki kwintetu ze skreczami (fantastyczna robota Mr. Krime’a) – zarówno sekcja rytmiczna (płynna i łagodna) w połączeniu z klawiszami oraz trąbką tworzy prawdziwą bombą. Zarówno przestrzenne solówki muzyków są prawdziwym miodem dla uszu. Podobnie jest w przypadku utworu tytułowego, gdzie na początek mamy sklejkę klawiszy i stonowanej sekcji rytmicznej ze skreczami, a sam raper nawija o kumplach z kwintetu, robiąc to w bardzo elegancki i niepozbawiony dowcipu sposób. I w każdym kolejnym utworze słychać przede wszystkim wielką pasję wynikającą z grania.

Szybkie „Chcę żyć” z zapętlającym się basem i perkusyjnymi eksplozjami w refrenie (a także orientalną elektroniką, dającą mocno do pieca), bardzo wyciszone i (pozornie) monotonne „Patrz w moje oczy”, które z każdą minutą nabiera rumieńców, płynący na trąbce oraz chropowatych klawiszach „Egocentryzm” czy bardzo soulowe „Płyń ze mną” (klawisze brzmią cudownie). Nie wymienię wszystkich utworów, bo troszkę nie o to tu chodzi, ale wszystko jest fantastyczne.

Sam Eskaubei może niespecjalnie popisuje się swoją nawijką, ale jest w formie i opowiada zarówno o swojej pasji czy kłótni z partnerką. Ale jest to zrobione z głową i dowcipem, przez co nie ma poczucia zgrzytu. I jak widać można połączyć rzeczy pozornie niepasujące do siebie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Let Me Fly

letmefly

Wydawałoby się, że już o tej formacji nigdy więcej nie usłyszę. Mike + The Mechanics to był zawsze poboczny projekt Mike’a Rutherforda – basisty progresywnego zespołu Genesis, a ostatni album (w kompletnie nowym składzie) ukazał się 6 lat temu. Jednak wracają – z nowymi siłami i nową energią serwują kolejne wydawnictwo pod wymownym tytułem „Let Me Fly”. Czy liczymy na odlot?

Nie spodziewałem się zbyt wiele, bo ileż wychodzi w ostatnim czasie popowych płyt, a 6 lat to wieczność w tym gatunku. Ale panowie i tak robią swoje, co nie przeszkadza czerpać przyjemności z odsłuchu. Tak jest w powoli rozkręcającym się tytułowym utworze, opartym na delikatnym fortepianie, minimalistycznej perkusji, mocnym emocjonalnie głosie Andrew Roachforda oraz coraz mocniej naznaczającym swoją obecność chórze. Bo grupa znana jest z tego, że ma dwóch wokalistów śpiewających na przemian. Dlatego, gdy w bardziej dynamicznym (silniejsza obecność gitary oraz bardziej pulsującej perkusji w „Are You Ready”) pojawia się Tim Howar, nie powinniśmy być zaskoczeni. Jedynie imitacje trąbek w refrenie psują dobre wrażenie. Mechanicy zawsze byli znani z nastrojowych i chwytających za serce ballad. I nie inaczej jest tutaj, gdy słyszymy „Wonder” czy singlowy „Don’t Know What Came Over Me” (pełen ciepła oraz delikatnych dźwięków). Zdarzają się jednak małe kiksy w postaci troszkę nudnego „Save the World” brzmiącego niczym kawałek r’n’b z lat 90. (gdyby nie gitara akustyczna i fortepian, byłby gniot) czy w przypadku monotonnego „High Life”.

Za to zaskakują te mocniejsze numery jak „The Best Is Yet to Come”, gdzie popisuje się perkusja, a konsternację może wywołać „The Letter” jakby niemal żywcem wzięty z czasów świetności grupy (chropowata, elektroniczna perkusja, nasilająca się z sekundy na sekundę oraz mroczne pasaże) i budzący skojarzenia z „Silent Running”, przyspieszając w połowie. Nie zabrakło nawet delikatnego skrętu w reggae („Not Out of Love”).

Powiem szczerze, że kompletnie nie wierzyłem w dalszą działalność Mechaników Mike’a, liczących widocznie na wysępienie kasy od swoich najwierniejszych fanów. A to proszę – „Let Me Fly” to kawał dobrego, popowego brzmienia. Nawet jeśli pojawiają się pewne wpadki i strzały w stopę, nie ma ich tutaj zbyt wiele, by nazywać całość nieudaną. Czy będą z tego jakieś przeboje? Wydaje mi się, że tak. Jednak mogę się mylić, a ludzie szukający dobrej rozrywki z głową odnajdą się jak w domu. Odlot gwarantowany.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grażyna Łobaszewska & Ajagore – Sklejam się

okl_okl_56456

Kooperacje czy różne nietypowe muzyczne konfiguracje to nie jest nic nowego. Tym razem doszło do niejakiej powtórki z rozrywki, gdyż to połączenie już zadziałało siedem lat temu. Grażyna Łobaszewska wsparta przez muzyczne trio Ajagore (basista i wokalista Sławomir Kornas, gitarzysta Maciej Kortas oraz perkusista Michał Szczeblewski) postanowiła przypomnieć o sobie z premierowym materiałem.

„Sklejam się” to mieszanka popu z domieszką bluesa, co daje już otwierające całość nagranie tytułowe. Można stwierdzić bluesowe naleciałości w postaci elektrycznej gitary, lekko podniosłego fortepianu w refrenie i bujających klawiszy w drugiej zwrotce. Równie intrygujący jest organowy „Filozof”, gdzie dalej wspiera go surowa gitara (tylko na początku), ale też nie brakuje nawet skrętów w reggae (gitara i perkusja w pianistycznym „Pomoście”, gdzie w połowie cudnie gra wszystko) czy bardziej refleksyjnych popisów gitarowych (melancholijna „Anglia wita”). Gdy zachodzi potrzeba, następuje przyspieszenie („Para-Finał” z lekkimi śladami elektroniki w refrenie i energetyczna, niemal słoneczna „Pełnia szczęść”) przeplatające się zmrokiem („Rzym płonie”) oraz bujającym jazzem („Kurkuma”) czy łagodnymi dźwiękami akustycznej gitary („Ole Gondola”).

Sama Łobaszewska jest w świetnej dyspozycji, a słuchanie jej to przykład wykonywania utworów z klasą, jakiej ostatnio nie ma zbyt wiele. Dodatkowo wszystko okraszone niegłupi tekstami o emigracji, jakim energetykiem jest kawa, miłości czy zwykłej zabawie słowem („Kurkuma”). Czuć nie tylko szczerość oraz wiarę w inteligencję odbiorcy, ale też prawdziwą frajdę z realizacji płyty. A ktoś mówił, że utwory o życiu muszą być smętne i smutne. 😉 Ja też powoli zaczynam się sklejać z tym bogatym brzmieniowo albumem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazzpospolita – Humanizm

0006GZAD4SP7UOWG-C122

Czy można zmieszać jazz z rockiem? Tak jest w przypadku znanej grupy Jazzpospolita, która funkcjonuje od 2008 roku. Kierowany przez basistę Stefana Nowakowskiego i perkusistę Wojtka Oleksiaka do tej pory wydali 5 pięć płyt, w sporej części zawierającej instrumentalne kompozycje. Kwartet serwuje swoje kolejne wydawnictwo w postaci „Humanizmu”.

I co tutaj dostajemy? Dźwiękową podróż, gdzie miesza się wszystko i długimi kompozycjami. Zaczyna się od „Krainy wewnętrznej” – spokojnego jazzu z ładną, melancholijną gitarą oraz nieznośnie pulsującym elektronicznym tłem. Ale od połowy wszystko zaczyna się przyspieszać za sprawą perkusji, by znowu się wyciszyła, dając pole do popisu elektronice (ciagle chropowatej). Po tym intrygującym wstępie dostajemy piosenkę – jedną z dwóch w zestawie. W „Combination” wszystko tańczy – zarówno sekcja rytmiczna, gitarka, jak i płynny fortepian do rytmu wokalu Pauliny Przybysz (pod koniec gitara z fortepianem zaczynają szaleć). Przyjemnie buja także w gitarowych  „Zakamarkach”, gdzie mamy specjalizującą się w elektronice Novikę. Cała reszta to efekt poważnej i dużej improwizacji poszczególnych muzyków oraz instrumentalistów, co wyjaśnia takie rozpasanie dźwiękowe (najkrótszy utwór ma 4 minuty). Nie brakuje intrygującego połączenia gitary z klawiszami (niemal senne i spokojne „Zmian”, którego tempa nie jest w stanie zmienić nawet perkusja), bardzo przestrzennego, wręcz refleksyjnego klimatu utworu tytułowego. Odrobinę psychodelicznie robi się w dynamicznym „Pustym pociągu” oraz ocierającym się o surowość (i dźwięki Wojtka Mazolewskiego) „Pański paszport to jakiś żart”, gdzie w środku wchodzą mroczniejsze klawisze. W podobnym tempie (szybka perkusja, pozornie spokojniejsza cała reszta – z wyjątkiem fortepianu) utrzymuje się „Człowiek w cyberprzestrzeni”, gdzie pod koniec fortepian wywołuje dezorientację, jak to tylko jest możliwe. Pozornie nieprzyjemniejszy jest „Pies”, jednak tak naprawdę to kolejne refleksyjne oblicze muzyków, gdzie tym razem popisują się klawisze.

Na zasadzie kontrastu wygrywany jest „Spokój niepokój” – bardzo delikatny, wyciszony, gdzie łagodna gitara i perkusja „gryzą” się z klawiszami, bardziej chropowatymi, krótkimi i niemal gwałtownie przerywanymi. A na finał dostajemy przewrotnie nazwany utwór „Jestem w pewnym sensie turystą”, pozwalający na dźwiękową zabawę oraz dając tak cenną chwilę ukojenia (poza środkową, pulsującą częścią z szorstką, niemal „alarmową” gitarą).

„Humanizm” to przykład improwizacji zrobionej z głową, klimatem oraz więcej niż tylko rzemiosłem muzyków. To coś więcej niż tylko przyjemna muzyka jazzowa, lecz podróż po różnych zakamarkach duszy. Nie należy się bać trwania poszczególnych utworów, gdyż czas ten mija szybciej niż jazda Pendolino.

8/10

Radosław Ostrowski

Jacaszek – Kwiaty

kwiaty

Z czym wam się kojarzy wiosna? Z tym, ze robi się coraz cieplej, dzień staje się coraz dłuższy i przyjemniejszy, ale też z budzącą się do życia przyrodą. I to musiała być inspiracja dla nowego dzieła Michała Jacaszka, jednego z ciekawszych twórców muzyki elektronicznej. Natura oraz metafizyczna poezja XVII wieku (jak podaje jego strona www), co już zapowiada intrygującą całość.

Wokalnie cały album wspiera Hania Malarowska, a otwierający całość utwór tytułowy wprawia w konsternację. Zapętlające się, dziwaczne tło, krótkie wejścia mocnych uderzeń elektroniki i „mantryczne”, przeesterowane głosy (najpierw męski i coraz bardziej przebijający się żeński). Jeszcze dziwaczniej, wręcz kosmicznie robi się w „To Perenna”, co wynika z początkowego szumu, do którego dołącza… harfa, wprowadzając w częściowo błogi nastrój, chociaż szum trwa niemal przez cały czas. Także migotliwy „Daffodils” (przynajmniej na początku) wywołuje ciarki. I nie wiadomo, co bardziej tu działa – zmiksowanie elektroniki ze Wschodem (perkusja, imitacja harfy) czy przebijające się niczym echo wokale, a może ten nieznośny szum w tle. Przeciąga się on jeszcze do „To Violets”, gdzie zaczynają się dobijać żywe instrumenty (akustyczna gitara), zmieszane z pokręconym echem i atakuje jeszcze raz w połowie, tworząc coraz bardziej atmosferę niesamowitości.

Jacaszek ciągle zaskakuje i kombinuje, mieszając, a także bawiąc się dźwiękami, samplami. Tak jest choćby w „Love”, gdzie nagle dźwięki pojawiają się, by za chwile gwałtownie zniknąć czy przewrotnie nazwanym „Soft Music”, gdzie znowu miesza się klawisze z samplami oraz głosami. Do tego wplatając żywe instrumenty (klawesyn). I ta taktyka cały czas się sprawdza jak w przypadku gitarowego „White Island” (krótko gra także fortepian)  czy ponad 7-minutowego „Eternity”, gdzie kosmos, harfa i wokal Hani tworzy prawdziwy koktajl Mołotowa. Nawet wykorzystuje się tutaj puls mierzony przez medyczną aparaturę („To Blossoms”).

„Kwiaty” są bardzo specyficznym albumem, pełnym tajemnicy, nieopisanego mroku oraz piękna, które dostrzega się z kolejnym odsłuchem. Potrzeba do niego cierpliwości oraz bardzo otwartego umysłu, ale nadrabia to wszystko bardzo przemyślanym tworem. Chcecie powąchać je?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alan J. Pakula – 7.04

MBDCOAD EC001Reżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodził się 7 kwietnia 1928 roku w Nowym Jorku w rodzinie polskich Żydów. Studiował dramaturgię na uniwersytecie w Yale. Swoją karierę zaczynał od teatru, a następnie był asystentem w dziale animacji Warner Bros. Pictures. W 1957 roku debiutuje jako producent dla Paramount Pictures, nawiązując współpracę z reżyserem Robertem Mulliganem. Duet ten pracował razem aż do 1969 roku, gdy Pakula sam postanowił spróbować swoich sił jako reżyser.

Rozgłos przyniosła mu zrealizowana w latach 70. trylogia paranoiczna, w której zaczynał przedstawiać coraz większą nieufność ludzi wobec szeroko pojętych osób reprezentujących władzę: Klute, Syndykat zbrodni oraz oparty na faktach Wszyscy ludzie prezydenta.

Zginął 19 listopada 1998 roku w wypadku samochodowym na autostradzie w Long Island. Kierowca jadący przed nim uderzył w metalową rurę, która przeleciała przez przednią szybę reżysera i uderzyła go w głowę. Wskutek zderzenia Pakula zjechał z drogi i uderzył w barierki, ginąc na miejscu.

W swoim dorobku filmowiec miał trzy nominacje do Oscara, jedną nominację do Złotego Globu, BAFTY oraz Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Do grona najbliższych współpracowników zaliczano: kompozytora Michaela Smalla, operatora Gordona Willisa, scenografa Geroge’a Jenkinsa i Carol Joffe oraz montażystę Evana A. Lottmana.

Więc nie przedłużając, oto ranking wszystkich obejrzanych filmów Alana J. Pakuli. Trzy, dwa, jeden, zaczynamy.

Miejsce 12. – Zdrada (1997) – 6/10

Frankie McGuire jest irlandzkim terrorystą, ściganym przez brytyjskie służby. Dzięki koneksjom trafia do Nowego Jorku, do rodziny Toma O’Meary’ego – porządnego ojca rodziny i gliniarza. Prawdziwym celem chłopaka jest kupno broni dla towarzyszy, a to się komplikuje. Film miał potencjał na mocny dramat z ciekawym dylematem moralnym, jednak nie zostaje to w pełni wygrane. Wrażenie robi za to klimatyczna muzyka, mocne sceny akcji (tutaj głównie początek filmu jak i konfrontacja w opuszczonej hali) oraz dobre aktorstwo Brada Pitta i Harrisona Forda. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Tolerancyjni partnerzy (1992) – 6,5/10

Pozornie prosta historia sąsiedzka, ale finał jest przewrotny, chociaż wydaje mi się na siłę zaskakujący. Małżeństwo z długim stażem poznaje nowych sąsiadów: młodych, nadzianych i pełnych energii. Pewnego dnia sąsiad Eddy (niezawodny Kevin Spacey) proponuje nowemu znajomemu zamianę żon na noc. Ale następnego dnia żona Eddy’ego zostaje zamordowana. Przyznaje, że to pokręcony thriller, ale brakuje w nim drobiny szaleństwa. Wszystko zmierzało w kierunku, jaki był do przewidzenia, przez co napięcie mocno siadało. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Przybywa jeździec (1978) – 7/10

Niby western, ale nie do końca. Jest rok 1945 i trwa ciągle wojna. A na już ujarzmionym Dzikim Zachodzie trwa wojna o ziemię i przetrwanie między juz niemłodą, ale upartą farmerką Elle Connors a właścicielem dużych połaci Jacobem Ewingiem. Kobieta nieoczekiwanie otrzymuje sojusznika w postaci Franka Atherna. Nie brakuje ładnych krajobrazów, nastrojowej muzyki oraz brutalnego finału. No i padają pytania na temat ceny postępu, jaki przynosi. Wszystko wsparte wyrazistymi kreacjami Jane Fondy, Jamesa Caana oraz ciepłego Richarda Farswortha. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Syndykat zbrodni (1974) – 7/10

Dziennikarz Joe Frady (Warren Beatty w świetnej dyspozycji) jest świadkiem morderstwa senatora, kandydującego na prezydenta. Ale kiedy sam próbuje znaleźć sprawcę, zaczynają ginąć świadkowie. Poszlaki wskazują na tajemniczą korporację Parallax, która… szkoli ludzi na zabójców. Film mocno osadzony w czasach popularności teorii spiskowych (film luźno inspirowany zabójstwem Kennedy’ego) z niezapomnianą sceną „prania mózgu” oraz bardzo gorzkim, boleśnie ustawiającym do pionu zakończeniem.

Miejsce 8. – Miłość i ból i ta cała cholerna reszta (1973) – 7,5/10

Kompletnie inne, bardziej obyczajowe spojrzenie Pakuli, z którym nie jest zbyt mocno kojarzony. Spotkanie dwojga tak różnych ludzi, jak tylko się da. On (Timothy Bottoms) jest wycofanym, nieśmiałym chłopcem z bardzo niską samooceną, ona (bardzo atrakcyjna Maggie Smith) jest zdystansowaną Angielką. Czy jest szansa, by rozwinęło się z tego coś więcej? Jeśli w tle mamy Hiszpanię, jest na to spora szansa. Bardzo refleksyjne, niepozbawione humoru (troszkę spalstickowego, m.in. jazda mocno zużytym autem z przyczepą), ale i poważniejszych spraw. Nieoczywiste kino obyczajowe. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Klute (1971) – 7,5/10

Początek trylogii teorii spiskowych. Prywatny detektyw John Klute prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia swojego przyjaciela, biznesmena Toma Grunemanna. Jedynym tropem jest sprośny list do call-girl Bree. Pozornie jest to kryminał, ale śledztwo jest tutaj prowadzone niejako przy okazji (juz w połowie dowiadujemy się kto zabił). Bardziej liczy się tutaj zderzenie dwóch różnych światów: wyzwolonej, ale mającej obsesję na punkcie obserwacji Bree (słusznie nagrodzona Oscarem Jane Forda), a konserwatywnym i stonowanym detektywem (najbardziej powściągliwa rola Donalda Sutherlanda). I jeszcze ten klimat – pełen mroku, nieufności oraz poczucia ciągłej obserwacji. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Raport Pelikana (1992) – 8/10

Może trudno w to uwierzyć, ale to właśnie Pakula jako pierwszy odkrył potencjał w powieściach Johna Grishama. Bohaterką jest młoda studentka Derby Shaw (śliczna Julia Roberts), która tworzy tytułowy dokument, będący jej hipotezą na temat śmierci dwóch najważniejszych sędziów. Gdy dokument trafia w ręce osób z najwyższego szczebla władzy, życie kobiety jest w niebezpieczeństwie. Wtedy pojawia się na jej drodze dziennikarz (pewny i solidny Denzel Washington). Intryga jest solidnie poprowadzona, a nad całością unosi się duch kina politycznego lat 70. z kilkoma świetnymi scenami (finałowa ucieczka w podziemnym parkingu) oraz atmosferą walki z systemem. Mój pierwszy kontakt z kinem Pakuli.

Miejsce 5. – Bezpłodna kukułka (1969) – 8/10

Debiut reżysera, gdzie unosi się przez sporą chwilę duch Roberta Mulligana. I znowu dochodzi do spotkania dwojga ludzi płci obojga. On jest rozważnym i spokojnym chłopakiem, ona rozgadaną, sprytną dziewuchą z lekkim ADHD. Kolejne bardzo refleksyjne kino inicjacyjne, gdzie mamy dwoje młodych ludzi oraz pierwszą miłość, która jednak nie wytrzymuje próby czasu. Gorzki finał jest nagradzany bardzo wiarygodnym portretem psychologicznym oraz kapitalnym aktorstwem niesamowitej Lizy Minnelli (to był jej debiut) i Wendella Burtona. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Uznany za niewinnego (1990) – 8/10

Mieszanka kryminału i dramatu sądowego. Zastępca prokuratora Rusty Sabich dostaje zadanie poprowadzenia śledztwa w sprawie morderstwa koleżanki z pracy, Carolun Polhemus. Kobieta była kochanką mężczyzny, a wszelkie tropy wskazują na jego winę. Reżyser z jednej strony myli tropy, miesza motywy, łamie chronologię i zmusza do myślenia, z drugiej pokazuje zepsucie wymiaru sprawiedliwości oraz jego patologie: hipokryzję, korupcję, szantaż. Wszystko byłoby jeszcze lepsze, gdyby nie łopatologiczny finał (aczkolwiek zakończenie zaskakuje). Do tego Harrison Ford jako zaszczuty, mający wiele za uszami prawnik oraz znakomity Raul Julia jako jego obrońca. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Zacznijmy od nowa (1979) – 8/10

Powiedzmy, że to komedia romantyczna, gdyż mamy pełne humoru film o zaczynaniu nowego związku. On jest kompozytorem, który rozstał się z mającą ambicję wokalistki partnerką. Na razie to tylko separacja, ale wyprowadzka boli. Na szczęście od czego jest brat i jego żona, próbujący go wyswatać z pewną neurotyczną znajomą, Marilyn. Tutaj reżyser ustępuje pola fantastycznemu scenariuszowi Jamesa L. Brooksa (twórca „Czułych słówek”), gdzie mamy bardzo dokładnie pokazane jak nie jest łatwe zaczynanie od nowa. Nie da się zapomnieć pierwszej randki, spotkań w grupie rozwiedzionych, kupna kanapy (i ataku paniki) czy pierwszej lekcji w szkole. Kompletnie zaskakuje Burt Reynolds, ale film i tak kradnie Jill Clayburgh (jakby żywcem wzięta z filmów Allena). Niedoceniona perła w swoim gatunku. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Wszyscy ludzie prezydenta (1976) – 8/10

Rekonstrukcja dziennikarskiego śledztwa Carla Bernsteina (Dustin Hoffmann) i Boba Woodwarda (Robert Redford) w sprawie afery Watergate. Pakula z niemal aptekarską precyzją buduje atmosferę tajemnicy oraz ujawnienia sprawy, która doprowadziła do ostatecznego zniszczenia zaufania do ludzi władzy. Zwłaszcza, ze panowie trafiają na niemal ciągłą ścianę milczenia. A atmosferę strachu i paranoi potęgują spotkania z tajemniczym informatorem zwanym Głębokim Gardłem (Hal Halbrook) odbywające się w nocy na podziemnym parkingu. Film wymaga wiele cierpliwości, ale mimo lat ogląda się znakomicie. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Wybór Zofii (1982) – 9/10

Kompletnie nieoczywisty dramat, a nawet melodramat z mrocznym, wojennym epizodem, rzucającym cień na przyszłe wydarzenia.   Bohaterami tego trójkąta są: młody pisarz Stingo (Peter MacNichol), Żyd Nathan (debiut Kevina Kline’a) oraz Polka Zofia (niesamowita Meryl Streep). Z jednej strony nie brakuje nostalgii, liryzmu oraz powoli budzącego się uczucia, ale z drugiej jest tajemnica, strach i tytułowy wybór, naznaczający przyszłe zdarzenia raz na zawsze (niezapomniana scena). Najlepszy film o Holocauście aż do czasu „Listy Schindlera” (mimo oskarżeń o przedstawianie Polaków jako antysemitów), który szarpie za gardło. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:
Prolongata (1981)
Kochanek marzeń
(1986)
Sierotki (1987)
Do zobaczenia rano (1989)

Mam wrażenie, że ten amerykański reżyser nie jest zbyt popularny w naszym kraju. Twórca niebojący się sięgać po mroczniejsze oblicze Ameryki i jako jeden z pierwszych tworzył pesymistyczne spojrzenie na konfrontacje z bezwzględnym, posiadającym szerokie możliwości oraz wpływy systemem. Nie bał się też realizować w pełni kina gatunkowego, jak i bardziej nastrojowych, intymnych portretów obyczajowych. Szkoda, że tak gwałtownie opuścił nasz świat.

A jakie są wasze ulubione filmy Pakuli? Piszcie śmiało w swoich komentarzach i nie wstydźcie się mi tego przekazać.

Radosław Ostrowski

Me and That Man – Songs of Love and Death

songs of love and death

Wydawało mi się, ze termin supergrupa jest nadużywany, zwłaszcza w naszym kraju. Ale jak inaczej nazwać sytuację, gdy osoby z tak różnych stron muzycznego świata decydują się połączyć siły i stworzyć kompletnie nowe przedsięwzięcie. Tak jest w przypadku składu Me and That Man, ale to nie są w żadnym wypadku leszcze. Przyjrzyjmy im się bliżej.

Na wokalach oraz gitarach udzielają się Adam „Nergal” Darski (Behemoth) i John Porter, bas obsługuje znany jazzman Wojtek Mazolewski, z kolei perkusją dowodzi metalowiec Łukasz Kumański. Wydaje się to kompletnie absurdalnym połączeniem? Tylko pozornie, gdyż w tej mieszance bluesa, rocka i folku wszystko działa na swoim miejscu, stawiając na energię oraz naturalność. Czuć to od otwierającego całość „My Church is Black” (kończy też to wydawnictwo w polskojęzycznej wersji jako „Cyrulik Jack”): nakręcające się obydwie gitary, westernowa harmonijka ustna i od razu czuć jakbyśmy pojawili się w jakiej spelunie czy saloonie. Nie zabrakło też szybkiego, skocznego numeru w postaci „Nightride” (brzmi ta melodia dziwnie znajomo) czy „On the Road”.

Dominuje gitarowy przester, gdzie nie liczy się popisówka technicznymi umiejętnościami, ale surowy styl oraz klimat pełen brudu, piachu zmieszanego z mrokiem. Na szczęście muzycy próbują całość ubarwić, więc mamy tutaj klaskanie („On the Road”), obecność… dziecięcego chórku (szorstki niczym struna „Cross My Heart and Hope to Die”, zawierające w sobie sporą obecność ducha Nicka Cave’a), solówki smyczków („Better The Devil I Know” z psychodelicznymi organami pod koniec) czy podśpiewywania reszty muzyków zespołu (prawie cały czas). Do tego jeszcze pojawia się odrobina akustycznego spokoju (troszkę meksykańska w formie „Of Sirens, Vampires and Lovers” oraz niemal folkowe „One Day”) czy agresywniejsza „Magdalena” i galopujące „Love & Death”. To jednak tylko rozgrzewka przed najmocniejszym „Voodoo Queen (nuta zapożyczona od „Runaway” Del Shannona) oraz „Ain’t Much Loving” (gdyby Nick Cave grał rocka, to tak by brzmiał), które dosłownie wgniatają w fotel.

Panowie Nergal z Porterem wpadli na pomysł, by piosenki śpiewać na przemian. I ta konwencja sprawdza się dobrze – surowy Porter uzupełnia się z „cave’owym”, czystym głosem Nergala (przecież ten facet tylko bezsensownie drze japę, jakby nic innego nie umiał), jakiego po nim nikt się nie spodziewał. Obydwa głosy współtworzą klimat tego wydawnictwa, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I mam nadzieję, ze na tym jednym albumie to się wszystko nie zakończy.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Jane Birkin – Birkin-Gainsbourgh: Le symphonique

z21571028Q,Jane-Birkin--Birkin-Gainsbourg-Le-Symphonique---wy

Ta brytyjska aktorka i piosenkarka najbardziej kojarzona stała się dzięki związkowi z francuskim wokalistą Sergem Gainsbourghiem. Teraz jednak postanowiła kolejny raz zmierzyć się z jego piosenkami, ale w wersji symfonicznej. Całość nagrano w Warszawie przy wsparciu Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Michała Klauza, a pretekstem do nagrania była 25. rocznica śmierci Gainsbourgha. Wsparta przez Philippe’a Lerichomme (dyrektor artystyczny, wieloletni współpracownik Serge’a) oraz dzięki aranżacjom i partiom fortepianowym Nobuyukiego Nakajimy powstało intrygujące wydawnictwo.

Zaczyna się od „Lost Song”, które zaczyna się bardzo skocznie, wręcz rześko, by po kilkunastu sekundach trafić w bardziej melancholijny klimat, poczynając od fortepianu po sekcję smyczkową oraz dętą. W podobnym nastroju utrzymany jest werblowy „Depression au-dessus du jardin” czy oparty na klarnecie oraz fortepianie „Baby Alone in Babylone”, by w finale eksplodować kotłami wspartymi przez dęciaki. Wszystkie te 21 utworów łączy jedno słowo, a w zasadzie dwa: piękno i elegancja, chociaż ma ono różne oblicza. Zarówno mroczne w postaci gwałtownych smyczki, krótki uderzenia fortepianu oraz kotłów w „Ces perits riens” (nie powstydziłby się tej aranżacji sam John Williams), jak i leciutkich niczym podmuchy wiatru fletów w „L’aquoiboniste” czy gwałtownego walca w „Valse de Melody”. Nawet perkusja ma swoje zadanie jak w militarnym „Requiem pour un con” (dęciaki też uderzają swoimi ciosami) oraz „Les dessous chics”, skrzypce potrafią zauroczyć swoją poruszającą solówką („Une chose entre autres”) czy fortepian oczaruje przyjemną solówką w swingującym „Exercice en forme de Z”.

Sama Birkin też śpiewa bardzo delikatnie, łagodnie, wpisując się w całość przedsięwzięcia. Mógłbym dalej wymieniać poszczególne utwory, gdzie każdy z instrumentów orkiestry zostaje w pełni wykorzystany, tylko czy to by zmieniło coś? Symfoniczne aranżacje przebojów Serge’a Gainsbourgha brzmią naprawdę przyjemnie i co najważniejsze w tej formule, bardzo różnorodnie. Birkin nadal czaruje swoim leciutkim głosem, orkiestra coraz bardziej maluje dźwiękami i wychodzi z tego śliczny album. Nie tylko dla miłośników muzyki francuskiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Nowe porządki

Pamiętacie taki film „Pitbull”? Zrealizowany w 2004 roku debiut Patryka Vegi był jedną z największych niespodzianek tamtego roku i prawdziwą petardą, gdzie bardzo realistycznie przedstawiono pracę policjantów z wydziału zabójstw, bez widowiskowości, patosu, z dużą dawką żargonu. Ale to było ponad 10 lat temu i do tego czasu Vega zniszczył swoją reputację, stawiając na żenujące żarty oraz efekciarską rozpierduchę. Co teraz dzieje się w „Pitbullu”?

pitbull_21

Zamiast Despero pojawia się policjant z Majami, a dokładnie z Warszawy. Majami zajmował się dilerami i zostaje przeniesiony na Mokotów, by łapać drobne płotki. W okolicy zaczyna się kręcić nowy bandzior o ksywie Babcia, co zamierza przejąć władze na dzielnicy i wprowadzić dobrą zmianę. Zaczyna się od zastraszania sklepikarzy, a kończy na obcinaniu paluchów. Z Majami idzie do wsparcia Gebels, więc nie będzie miękkiej gry. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, bo jest on bardzo szczątkowy jak diabli. Podobnie było w poprzedniej części, jednak tam miałem wrażenie, że było to silniej podbudowane oraz przekonująco. Tutaj poziom jest tak nierówny, że to jest ścinka zrobiona pod serial telewizyjny (który zapewne powstanie lub już powstał). Z jednej strony jest krwawa i brutalna rąbanka, gdzie mamy odcinane paluchy, strzelanie, atak na burdel czy starcia kiboli. Z drugiej jest sporo dość prostackiego humoru (nowy heros siłowni, czyli Strachu), bezsensownej przemocy (zabójstwo dokonane przez nieletniego brata bandziora) i masy pobocznych wątków, które spychają cały główny wątek na dalszy plan, kompletnie wywołując dezorganizację i taki burdel, że głowa mała.

pitbull_22

Przewija się wiele starych znajomych jak naczelnik Barszczyk (i nadal jest takim samym chujem jak przedtem) czy znany z serialu Igor (szkoda, że tylko epizod, niemniej cieszy), ale i tak wszystko skupia się na starciu Majami z Babcią. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wejście Babci na siłkę, wizyta gangstera u uzdrowicielki czy podpalenie żywcem jednego oprycha. Także jest kilka fajnych kadrów z pomocą drona czy ataku na dom publiczny, gdzie to ładnie zagrano światłem. Ale po co w takim razie takie sytuacje jak z byłym strażnikiem miejskim pobitym przez dawnych kochanków czy zadyma kiboli? Za nic to wszystko nie chce się skleić, a cały realizm trafia szlag.

pitbull_23

Sytuację częściowo próbują obronić aktorzy i kilku z nim się udaje. Nie zawodzi Andrzej Grabowski jako zgorzkniały i zmęczony życiem Gebels (za mało go było). Także nowy narybek, czyli Piotr Stramowski daje radę jako nieprzekupny, twardziel z irokezem na głowie (jakim cudem taki koleś mógł zostać tajniakiem? A chuj z tym). I każdy chciałby mieć taką rzeźbę. Ale tak naprawdę wierzyłem tylko jednej postaci, czyli zbójowi Babci. Jeśli myśleliście, że Bogusław Linda zapomniał jak być prawdziwym twardzielem, to od razu strzelcie sobie w łeb, zanim on wam to zrobi. Aktor nadal ma mocne grepsy, twardy kręgosłup i nie patyczkuje się z nikim, a jego motywacja jest najbardziej wiarygodna. Powrót jak najbardziej udany. I nie sposób zapomnieć Tomasza Oświecińskiego (tępy dres „Strachu” – tak pomyłka imion czy akcja z butami, autentycznie śmieszą) oraz rozbrajającą Maję Ostaszewską jak pustą, tępą pindę z komarem na tyłku.

pitbull_24

Jako całość „Nowe porządki” zawodzą, są zbyt efekciarskie i starają się na siłę szokować brutalnością, bluzgami oraz rąbanką wszelkiej maści. Nawet jeśli pojawiają się pewne zalety, to nie są w stanie przebić powyżej poziomu przeciętności. Do tamtego „PitBulla” nie ma nawet prawa startu. Bezczelny skok na kasę.

5/10

Radosław Ostrowski

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dylan-pl-niepotrzebna-pogodynka-zeby-znac-kierunek-wiatru-b-iext48063031

Kto ze znawców muzyki nie słyszał o Bobie Dylanie – zeszłorocznym nobliście, wokaliście, autorze tekstów i gitarzyście. Bard ten był także śpiewany w naszym kraju i po polsku, m.in. przez Marylę Rodowicz czy Martynę Jakubowicz. Teraz zadanie podjęła się specjalnie powołana grupa Dylan.pl. Jej głównym mózgiem jest tłumacz, gitarzysta i wokalista Zespołu Reprezentacyjnego, Filip Łobodziński. Poza nim dołączyli gitarzysta Jacek Wąsowski (Elektryczne Gitary), basista Marek Wojtczak (Zespół Reprezentacyjny), perkusista Krzysztof Poliński (Urszula) oraz grający na wszelkich innych instrumentach typu puzon, akordeon i harmonia elektryczna Tomasz Hernik (Zespół Reprezentacyjny). Pozapraszano jeszcze paru gości i tak nagrano debiutancki, dwupłytowy album „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru”.

Całość brzmi jakby grała to uliczna kapela w sposób bezczelny, niemal łobuzerski. Tak zaczyna się „Tęskny jazz o podziemiu”, gdzie nie brakuje szybkiego tempa oraz skocznego akordeonu. Czasem pojawi się lekki skręt w reggae („Adam dał imiona zwierzętom”), sporo zrobią nawarstwiające gitary („Czasy nadchodzą nowe”) czy pedzące banjo („Firma Ziuty”) czy szantowy akordeon (11-minutowa „Burza” z ostatniej autorskiej płyty „Tempest” z 2013 roku). Także harmonijka daje o sobie znać („Odpowiedź unosi wiatr”) czy znacznie mocniejsza perkusja („Mistrz wojennych gier”), nawet nie bojąc się mroku (westernowy „Arlekin”). Słychać, że to robią profesjonaliści, nawet jeśli można odnieść wrażenie grania na jedno kopyto.

Poza dobrym Łobodzińskim śpiewają tutaj m.in. Organek, Pablopavo, Muniek, Maria Sadowska czy Martyna Jakubowicz, co zawsze jest przyjemnym dodatkiem. Dodatkowo trzeba pochwalić teksty, w których Dylan przygląda się światu, dotykając kwestii przemijania, lenistwa, portretuje półświatek, opisuje zatopienie Titanica czy stworzenie świata. Czasami jednak wizje te bywają pesymistyczne („Bez słowa”), pełne gorzkiej miłości i odrobiny humoru. Ci, którzy chcą zacząć przygodę z noblistą powinni sięgnąć po ten album.

7,5/10

Radosław Ostrowski