Krawiec z Panamy

Andy Osnard kiedyś był dobrym i inteligentnym agentem brytyjskiego wywiadu. Ale teraz został spalony (długi, romanse), przez co zostaje zesłany do Panamy. Na miejscu postanawia zwerbować człowieka na miejscu do uzyskania informacji. Wybiera popularnego krawca, Harry’ego Pendela – człowieka z wielkimi wpływami oraz mroczną tajemnicą. Krawiec staje się cennym informatorem, tworząc nieprawdopodobne historie o próbie sprzedaży Kanału Panamskiego oraz działalności wyciszonej opozycji.

krawiec_z_panamy1

Wiadomo, że kiedy przenosi się na ekran powieść Johna le Carre, nie należy liczyć na dynamiczną akcję, brawurowe pościgi i strzelaniny. Należy zapomnieć o Bondach, Bourne’ach, Kingsmanach i tym podobnych. Tym razem z dorobkiem pisarza i byłego szpiega zmierzył się brytyjski reżyser John Boorman, a padło na historię agenta oraz jego informatora-fantasty. Wszystko to w pięknie sfotografowanej Panamie, gdzie niemal non stop jest upalnie, a nocą bardziej czuć brud oraz nędzę. Gra prowadzona przez obydwu panów jest clou całego tego projektu i potrafi utrzymać w napięciu aż do przewrotnego i gorzkiego finału. Bo jak bardzo trzeba było być ślepym, by uwierzyć w opowieści naszego Harry’ego? Chyba, że kryje się za tym jakiś poważniejszy plan, ale sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli i może dojść do interwencji wojskowej.

krawiec_z_panamy2

Humor miesza się tutaj z grozą, przemocą oraz cynizmem, ale takie efekty mogą być katastrofalne. Boorman jest dość ostrożny w ocenie naszych postaci, ale pokazuje świat szpiegów taki, jaki znamy z książek le Carre. Szpiedzy to tacy sami ludzie jak my – mający swoje słabości, bardziej zgorzkniali i cyniczni, dla których patriotyzm jest pustym słowem. Dodatkowo jeszcze nie zawsze weryfikują swoje źródła, jakby szukając pretekstu do wojny, zaczepki do zadymy. Ale to przecież są odpowiedzialni ludzie, prawda?

krawiec_z_panamy3

Boorman nie tylko stopniuje napięcie, rozbudowując przeszłość Harry’ego (wplecione retrospekcje), ale też dobierając fantastycznych aktorów z rewelacyjnym Geoffreyem Rushem na czele. Australijczyk jest znakomity w roli krawca rozgadanego jak diabli oraz mistrza tworzenia opowieści. Wydaje się niezłomnym mitomanem, ale tak naprawdę jest skrytym, zakompleksionym facetem, ofiarą swojej własnej opowieści, którą stworzył dawno temu. Te rozedrgane spojrzenia, gestykulacja oraz mowa ciała dopełniają tego portretu. Wspiera go tutaj Pierce Brosnan i on za nic nie przypomina agenta 007. Andy jest bardziej cyniczny, nie boi się szantażować, a kobiety traktuje przelotnie jako materiał do bzykania. To facet, który już dawno stracił złudzenia i robi swoje, bo jest w tym dobry. I to ta interakcja wnosi całość na wyższy pułap, czyniąc interesującą psychologiczną grę. Warto wspomnieć, że przebijający się wujek Benny (bliski krewny oraz wzór do naśladowania dla Harry’ego) ma aparycję pisarza Harolda Pintera.

krawiec_z_panamy4

„Krawiec” to typowe kino szpiegowskie a’la le Carre, gdzie bardziej liczy się człowiek uwikłany w działalność bezwzględnych ludzi, nie bojących grać bardzo nieczysto i zdolnych do wszystkiego. Na początku będziecie się śmiać, ale im dalej, tym śmiech utkwi wam w gardle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Żywioł. Deepwater Horizon

Rok 2010 był dla nafciarzy niezbyt udanym rokiem. Właśnie wtedy doszło do największego wycieku ropy oraz gigantycznej katastrofy na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Taka historia musiała prędzej czy później zostać przeniesiona na ekran, a za jej realizację odpowiada nowy „amerykański” reżyser, który godnie zastępuje Michaela Baya (bo jest od niego w każdym calu lepszy).

zywiol1

Całą opowieść poznajemy z perspektywy everymena, czyli Mike’a Williamsa. To inżynier odpowiedzialny za elektrykę na przenośnej platformie Deepwater Horizon należącej do firmy BP. Ale nie jest tam zbyt dobrze – ciągle coś się psuje, niedawno nałożono beton i nie przetestowano go. Wiadomo, cięcia z powodu chciwości i chęci zarobienia jak największej kasy. Wtedy dochodzi do nadmiernego ciśnienia rury, doprowadzając do eksplozji i kompletnego zniszczenia platformy. I jak to w klasycznym kinie katastroficznym bywa, całość można podzielić na dwie części.

zywiol2

Pierwsza to obserwacja dnia codziennego na platformie, czyli rutynowy dzień. pracownicy idą do pracy, prowadzą drobne rozmowy o niczym i zwykła praca. Druga część zaczyna się od usterek i kończy się na spektakularnych popisach pirotechników, strachu, krwi, ranach oraz ucieczce. Jest wtedy bardziej spektakularnie, ale jednocześnie bardzo kameralnie. Berg zachowuje kronikarski charakter i nawet jeśli jest patos, to w takiej dawce, ze słucha się tego bezboleśnie, a to jest wielka sztuka. Wtedy kamera zaczyna drgać, kadry są nieostre, nerwowe, bierze perspektywę pleców postaci i czyni z nich bohaterów na miarę swoich czasów. Doświadczonych profesjonalistów, którzy w momencie próby zachowują zimną krew, nie zostawiają kolegów w potrzebie.

zywiol3

Tego typu kino ma też swoje wady, gdyż liczy się „widowiskowość” katastrofy (i to się sprawdza dobrze), przez co najbardziej cierpią bohaterowie, którzy nie są jakoś skomplikowanie skonstruowani, grając na prostym szablonie: odpowiedzialni i dobrzy (pan Jimmy, Mike, Andrea) oraz chciwe szefostwo plus niezdecydowani. Czy to znaczy, ze ich los nas nie obchodzi? Niekoniecznie, bo aktorzy robią wszystko, byśmy mogli z nimi sympatyzować. Może i jest to mocno uproszczone, ale działa. Nawet Mark Wahlberg, którego nie jestem wielkim fanem, daje tutaj radę. Podobnie jak Kurt Russell i jego zarąbiste wąsy, a John Malkovich jest tak śliski i antypatyczny, jak tylko się da.

zywiol4

Berg nie wywraca do góry nogami reguł kina katastroficznego, ale konsekwentnie pokazuje wszelkie wady i zalety tego gatunku. Najważniejsza jest tutaj sama tragedia i jej przebieg, przez co ludzie są zepchnięci na dalszy plan. Ale i tak ogląda się z przyjemnością, nie wywołując znużenia.

6/10

Radosław Ostrowski

Wzburzenie – Opowieść o dojrzewaniu

Rok 1951. W mały miasteczku w New Jersey mieszka Marcus Messner – syn żydowskiego rzeźnika. Chłopak jest wybitnie inteligentną jednostką, ale o jego duszę chce się upomnieć armia, by wysłać go do Korei. Marcus decyduje się na studia w konserwatywnym college’u w Winesburgu, stan Ohio. Daje sobie radę i świetnie się czy, ale jest bardzo wycofany wobec otoczenia, niezbyt integrując się z resztą. Wtedy na jego drodze pojawia się dziewczyna z przeszłością – Olivia Hutton. Jej obecność wywraca spokojne życie chłopaka do góry nogami.

wzburzenie1

Nie wiedzieć czemu, ale nigdy nie było przypadku, by z wielkiej literatury powstał wielki film. Przynajmniej tak było z adaptacjami powieści Philipa Rotha, które było co najwyżej ambitnymi porażkami. Czy taki sam los miał czekać „Wzburzenie”? Debiutujący na stanowisku reżysera scenarzysta James Schamus ryzykował wiele, gdyż powieści tego autora nie są łatwe do adaptacji (masa wewnętrznych monologów, rozbudowanych portretów psychologicznych zamiast klasycznie rozumianej akcji), jednak tym razem udało się wygrać.

wzburzenie2

Ta historia młodego chłopaka, próbującego żyć po swojemu, wyzwolić się spod klosza rodziców i tego, jakie działania doprowadziły go do zguby. Marcus jest nieśmiałym outsiderem, który skupiony jest tylko na jednym – nauce, przez co żyje w konflikcie, jest rozedrgany, nerwowy, ale mocno to w sobie tłumi. Pojawiają się pewne problemy: obowiązkowe uczęszczanie do kaplicy (nasz bohater jest ateistą, co dobitne pokazuje w konfrontacyjnej rozmowie z dziekanem), wreszcie dziewczyna i powoli rodzące się uczucie zakończone zaskakująco. Schamus konsekwentnie i stopniowo buduje klimat nie tyle zaszczucia, ile nerwowości. Wykorzystuje narrację z of fu, stawia na statyczne zdjęcia oraz klasyczną muzykę, przeplata też sny z rzeczywistością. Zderzenie liberalnego umysłu z konserwatywną mentalnością musi się zakończyć porażką, a tak naprawdę nie jesteśmy pewni jak do tego doszło. Ale nie zabrakło też odrobiny ironicznego humoru (kłótnie z ojcem, pierwsza randka), przez co seans jest odrobinę przyjemniejszy, ale pytania na temat jak przypadek steruje naszym życiem pozostają aktualne. Udaje się też uniknąć banału, chociaż niektórych mogą drażnić monologi z offu naszego bohatera. Drugim poważniejszym minusem jest zepchnięcie na dalszy plan tego, jak rodzina zachowuje się po wyjeździe Marcusa. Tutaj najmocniej to widać w postawie ojca, który zaczyna się bardzo mocno martwić i obawia się najgorszego.

wzburzenie3

Schamus zaskakuje dobrymi dialogami oraz spokojnym prowadzeniem opowieści, ale też daje spore pole do popisu aktorom. Bardzo pozytywnie zaskakuje Logan Lerman, ostatnio raczej dobierający niezbyt ciekawe role, ale jako Marcus jest po prostu świetny. Inteligentny, opanowany, ale jednocześnie słychać w jego głosie rozedrganie, napięcie oraz niepokój. To zderzenie daje bardzo ciekawy portret nadwrażliwego chłopca, przekonanego o swojej dojrzałości, walczącego o życie na swoich zasadach. To widać zwłaszcza w rozmowach z dziekanem Caldwellem (mocny Tracy Letts). Drugą postacią jest śliczna Sarah Gadon – równie inteligentna jak Marcus, ale skrywająca pewna tajemnicę związaną ze swoją psychiką. Sprawia wrażenie miłej, serdecznej i szczerej, jednak kryje się za tym coś więcej. I to dzięki tej dwójce, cała ta historia nabiera silnego ładunku emocjonalnego.

wzburzenie4

Na pierwszy rzut oka „Wzburzenie” przypomina kino inicjacyjne, ale tak naprawdę to fatalistyczny dramat o nieuchronności losu, który potrafi zakpić i zadrwić z wszelkich naszych planów. Czy w ogóle coś możemy z tym zrobić? Na to nikt nie daje odpowiedzi, bo czy jest ona możliwa?

7/10

Radosław Ostrowski

Deep Purple – inFinite

Deep_Purple_-_Infinite

Wydawałoby się, że z wiekiem muzycy, zwłaszcza grający rocka troszkę dziadzieją i tracą swoją moc. Ale działający już 50 lat na scenie Deep Purple nie wie, co to znaczy grać powoli, nudno oraz nieciekawie. Skąd to wiem? A z nowego (i jak krążą wieści) ostatniego wydawnictwa, czyli „inFinite”.

Grupę znowu wsparł swoim producenckim doświadczeniem Bob Ezrin, a otwierający całość „Time to Bedlam” daje przedsmak tego, co otrzymamy. Chociaż początek myli: jakieś dzwonki i komputerowo wzmocniony, recytujący głos Iana Gilliana. Pół minuty później zaczyna walić perkusja, zapieprzają klawisze i zaczyna szaleć Roger Glover na gitarze. Już wiem, że jesteśmy w domu i dostajemy jeszcze w środek solówkę gitarowo-klawiszową, by na koniec wrócić do początkowego głosu Iana. Tym większym zaskoczeniem było bluesowe „Hip Boots” z bujającym feelingiem i skocznymi klawiszami. Także jazzowy „All I Got Is You” wprawia w przyjemny nastrój, by od zwrotki uderzyć tempem, mocarną sekcją rytmiczną i gitarowymi riffami, by znów wszystko uprościć w zdominowanym przez fortepian „One Night in Vegas”. I wtedy pojawia się pierwsza rysa, czyli przemielona cyfrowo perkusja w epickim „Get Me Outta Here”, gdzie brzmi ona po prostu dziwnie, ale wszystko wynagradza brudny riff. Mroczniej (niczym w rasowym horrorze) dzieje się w „The Surprising”, gdzie na dzień dobry dostajemy theremin i smyczki jakby ze starej płyty grane, do której dołącza „westernowa” gitara oraz niesamowite klawisze, pachnące Orientem. Ale w połowie klawisze zmieniają klimat w bardziej anielski (te piękne klawisze), przez co można się poczuć zdezorientowany, a następnie wraca do klimatów z Dzikiego Zachodu.

Dalej cudnie (chórki i fortepian) dzieje się w bardziej hard rockowym „Johnny’s Band”, brzmiącym niczym zaginiony kawałek Led Zeppelin. Ciężej i bardziej garażowo świat się tworzy w „On Top of the World” (znowu Airey zapieprza niczym królik z reklamy Duracella, a Gillian ma przerobiony głos), by na sam finał zaserwować potężne „Birds of Prey”, gdzie sekcja rytmiczna z organami brzmią kapitalnie. W zasadzie mogłoby się na tym skończyć, ale panowie dodali cover The Dorrs „Roadhouse Blues”, tylko że nie dodali panowie nic nowego do tej wersji. Takie klasyczne i oldskulowe bluesisko, ale jakieś nijakie.

Ian Gillian dalej potrafi oczarować i zaskakuje świetną dyspozycją wokalną, pozostali muzycy też potwierdzają klasę, nie schodząc poniżej wysokiego pułapu. Jeśli ma to być pożegnanie grupy z fanami, to udało się osiągnąć w stu procentach. Po przesłuchaniu włączycie ją od nowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Księgowy

Christian Wolff wydaje się pozornie zwykłym, nudnym księgowym. Troszkę jest wycofany i małomówny, ale na liczbach zna się jak mało kto. To jednak nie jest taki pierwszy lepszy spec od matematyki, gdyż jego umiejętności bardzo chętnie wykorzystuje półświatek. Dlatego nasz bohater znajduje się na celowniku władz, reprezentowanych przez agenta Raymonda Kinga. Wolff dostaje w końcu zadanie przeprowadzenia kontroli w firmie cybernetycznej, zajmującej się m.in. tworzeniem protez oraz sprzętu komputerowego, w czym mu pomaga pracownica firmy Dana. To sprowadza dodatkowe kłopoty, gdyż komuś zależy na śmierci księgowego.

ksigowy1

Sam film Gavina O’Connora to dziwny i pozornie niepasujący do siebie konglomerat dramatu, kina akcji i melodramatu. Dlaczego dziwny? Bo jak na film jest on bardzo spokojny, wręcz usypiający i nigdzie się nie spieszy, a wszystko dotyczy tajemnicy naszego niepozornego księgowego – autystycznego geniusza, który jest bardzo zdystansowany wobec otoczenia i jest świetnie wyszkolonym zabójcą. Tak, nie przewidziało wam się, a przyczyny poznajemy w retrospekcjach, zdradzając powoli kolejne elementy układanki. Nawet pojawia się lekki wątek melodramatyczny, gdyż panna Dana zaczyna lecieć na księgowego z kamienną twarzą oraz spojrzeniem drewna przed obróbką. A jak wiadomo, autyzm to bardzo skomplikowana niewiadoma (podobnie jak kobieta, ale tego nie rozwinę), przez co to uczucie może nie wytrzymać. Jednak ten wątek nie do końca mnie przekonuje, ale do tego wrócę.

ksigowy2

Jednak „Księgowy” jako akcyjniak powinien zawierać sceny, w których nasz księgowy niczym Leon zawodowiec zmniejsza populację bydlaków z zabójczą wręcz skutecznością. I wtedy jest brutalnie, krwawo, ale i pomysłowo (walka z najemnikiem za pomocą… paska od spodni), utrzymując odpowiednie tempo, także trzymając w napięciu, by odkryć głównego masterminda. Ale finałowe rozwiązanie jest tak idiotyczne (szef najemników ochraniających głównego łotra jest… bratem księgowego), że litości. I taka jest sinusoida związana z filmem O’Connora – jest kilka ciekawych pomysłów, ale parę z nich jest kretyńskich, a o logice czasami wolę zapomnieć. Mimo to ogląda się całość naprawdę dobrze, dzięki sprawnej reżyserii oraz kilku nieoczywistym klockom.

ksigowy3

Jeśli chodzi o aktorstwo nigdy nie byłem wielkim fanem Bena Afflecka (do momentu, gdy postanowił wziąć się za reżyserię), ale do autystycznego geniusza pasuje idealnie. Zdystansowany, wycofany i nie zawsze sprawnie odczytujący intencje innych ludzi, z bardzo oszczędną mimiką, wygrywa na każdym poziomie. Ta postać to troszkę miks „Pięknego umysłu” z „Leonem zawodowcem”. Partneruje mu Anna Kendrick jako Dana i tutaj mam problem. Nie chodzi o to, że aktorka nie daje sobie rady, lecz nie czuć chemii między nią a Wolffem (autyzm częściowo, ale nie kompletnie eliminuje problem). I podejrzewam, że tutaj może być winna (bardzo widoczna) różnica wieku między tymi postaciami. Poza nimi na drugim planie jest elegancko ubrany (i trzymający fason) J.K. Simmons jako tropiący księgowego agent King oraz Jon Bernthal, czyli twardy zabijaka Braxton. Z kolei John Lithgow (szef firmy cybernetycznej) jest zbyt oczywistym tropem i łatwo domyślić się jego działań.

ksigowy4

Dziwny konglomerat, który o dziwo zaskakująco dobrze się sprawdza. Przykuwa tajemnicą bohatera oraz kilkoma, mocnymi scenami akcji, a także bardzo nieoczywistymi zaskoczeniami. Wielu będzie narzekać, że za dużo gadania jak na akcyjniaka i za dużo strzelania jak na dramat. Ale doceniam pomysłowość twórców i odwagę w krzyżowaniu nieoczywistych rzeczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Verboten!

Rok 1945 był bardzo trudny dla nazistowskich Niemiec, gdyż ciągle dostawali łomot. Także w małym miasteczku, gdzie trafia walczący sierżant Brandt. Podczas zasadzki na snajpera zostaje ranny i ukryty u pewnej niemieckiej kobiety, Helgi. Kobieta daje mu schronienie i leczy, nawet gdy ma pod dachem żołnierzy SS. Kiedy pojawiają się amerykańscy żołnierze i zaprowadzają swoje własne porządki, Brandt przechodzi do cywila, pracując w administracji, a także decyduje się poślubić Helgę.

verboten1

Samuel Fuller tym razem zaprasza na czas tuż po wojnie, gdzie mamy wątek obcego człowieka w nowym otoczeniu. Nie powiem, że to typowy melodramat, ale uczucie łączące naszych bohaterów zostaje wystawione na ciężką próbę. Ale czy ono w ogóle miało szansę, gdy obie strony (zwycięzcy Amerykanie i próbujący przetrać Niemcy) patrzą na siebie z nienawiścią oraz nieufnością? Dla Niemców, Amerykanie są szansą dla poprawienia swojego dobytku – papierosów, żywności i jako takiego bytu, a dla Amerykanów każdy Szkop to nazista i zbrodniarz, nieszczery i egoistyczny. Widać to choćby w scenie manifestacji przed budynkiem administracji oraz rozmowach Davida zarówno z kolegami, jak i przełożonymi. Przecież wiązanie się z Niemką było verboten. Do tego jeszcze zaczyna działać Werwolf – fanatyczny ruch oporu kierowany przez dawnego znajomego Helgi, która o niczym nie wiedziała i marzących o przywróceniu potęgi nazizmu. Ci ludzie nie pamiętają (albo nie znają) zbrodniczej działalności, zaślepieni skuteczną propagandą oraz praniem mózgu. Wszystko to bardzo sugestywnie pokazuje reżyser, z dbałością o detal i wykorzystując masę archiwalnych materiałów.

verboten2

Kulminacyjnym momentem wydaje się obecność Helgi ze swoim bratem, uwikłanym w działalność Werwolfa w Norymberdze. Ktoś powie, że dzisiaj te sceny, gdy znamy bezmiar nazistowskich zbrodni, nie zrobi teraz na nikim wrażenia. Ale wtedy, gdy Niemcy nie byli w pełni świadomi, ten widok działał niczym kubeł zimnej wody, brutalnie sprowadzając do ziemi, przez co nadal ma siłę rażenia. Sensacyjna otoczka jest kolejną zgrabną tkanką i Fuller z głową wykorzystuje tą wiedzę, zaś finał dla mnie jest ostatecznym dowodem na kruchość tego związku.

verboten3

Reżyserowi udało się to zbudować nie tylko dzięki wnikliwemu scenariuszowi, ale bardzo dobrej grze aktorskiej, bez teatralności, patosu. I tutaj pierwsze skrzypce gra Susan Cummings jako Helga – kobieta doświadczona przez życie oraz próbująca pokazać swoje uczucie, ale jednocześnie próbuje przetrwać. Pytanie tylko na ile jest to maska wobec otoczenia, a na ile prawdziwa miłość, bo te oczy nie kłamią. W jej cieniu wydaje się James Best, czyli sierżant Brandt, mocno zauroczony w kobiecie. I na ile to miłość, a na ile wdzięczność wobec niej nakazuje pozostać w zniszczonym Reichu, bo na pewno nie zdrowy rozsądek. Widać w tej postaci upór, determinację i szczerość, jednak podczas kłótni atakuje stereotypowym myśleniem. Na ich barkach opiera się cały film, ale trudno nie zapomnieć Harolda Daye’a (Franz, brat Helgi) oraz Toma Pittmana (Bruno, szef oddziału Werwolf).

verboten4

„Verboten” należy traktować jako ostrzeżenie przed kolejnymi wojnami i chorymi snami o potędze jednej grupy/rasy/nacji nad całym światem. I to przesłanie działa bardzo mocno, chociaż od premiery minęło ponad 60  lat.  Mocne, brudne i szczere kino, gdzie Fuller jak zawsze stawia treść nad formę, odpowiednio działając na emocjach i nie wykładając wszystkiego kawę na ławę.

8/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Emeli Sande – Long Live the Angels

Emeli_Sand%C3%A9_-_Long_Live_the_Angels_Deluxe

Ta szkocka blondwłosa piękność namieszała w 2012 swoim debiutanckim albumem „Our Version of Events”, przykuwając uwagę fanów czarnego brzmienia, mieszając soul z r’n’b. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż cztery lata i mając do dyspozycji sztab producentów (m.in. Chrisa Loco, Naughty Boya czy Shakevelli) znowu popłynęła po znanych sobie rejonach czarnej muzyki.

Początek mocno przypomina dźwięki Orientu, co pewne jest spowodowane echem wokaliz w tle oraz dziwacznym szumem („Selah”), by płynnie przejść do smyczków i bardziej przebojowego (acz patetycznego) „Breathing Underwater”, gdzie już mamy także typowe dla r’n’b uderzenia perkusji oraz piękny głos. Ale ten chór pod koniec robi niesamowitą robotę. Swoje miejsce ma też bardzo delikatna gitara elektryczna („Happen”, „Right Now”), by dać miejsca przede wszystkim elektronice (klaskane „Hurts” i pulsujące tłustym bitem „Garden”) oraz akustycznej gitary (nastrojowe „Give Me Something” i „Lonely”), a także fortepianowi („Shakes”) czy rozmarzonym klawiszom, tworzącym niemal bajeczny klimat („I’d Rather Not”).

Tutaj wszystko jest bardziej zwarte i zdyscyplinowane, chociaż zdarzają się ciekawe smaczki w postaci (chyba pożyczonej od Eda Sheerana) gitary akustycznej w rozkręcającej się „Tenderly” (ta trąbka ładnie uzupełnia tło), to jednak Emeli konsekwentnie trzyma się nastrojowego, lirycznego oblicza. I ten głos, trzymający za serce oraz gardło, przez co wierzy się jej na słowo, nawet jeśli stosuje łamańce („Babe”).

Nie wiem czy istnieją anioły, ani jak długo żyją, ale sama pani Sande znowu czaruje swoim warsztatem. Płyta bardzo delikatna, miejscami intymna, miejscami bardzo przebojowa, ale bardzo spójna i klarowna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ed Sheeran – Divide

Divide_cover

Trudno nie polubić tego sympatycznego rudzielca z Brytanii, który wydał dwie całkiem niezłe płyty, ale zawsze miałem problem z poczuciem nie tyle przesytu, ile chaotyczności poszczególnych dzieł. I kolejny sztab producentów (m.in. Benny Bianco, KillBeatz i Labrinth) odpowiada za trzeci materiał. Tytuł konsekwentnie jest znakiem matematycznym (+ i X), dając tym razem znak dzielenia.

I tak jak poprzednio mamy mieszankę akustycznej gitary ze wszelkim popowym entouragem. Przedsmak dostajemy w otwierającym całość „Eraser”, gdzie mamy gitarę i wyciszoną perkusję w tle, a sam Ed nawija jakby był raperem. Jednak nie trwa to długo, gdyż dochodzi do głosu gitara elektryczna oraz elektronika imitująca smyczki, a sam frontman zaczyna śpiewać. Bardziej przystępnie robi się w nostalgicznym „Castle In the Hill” ze skoczną gitarą i delikatną elektroniką oraz delikatnej, gitarowej balladzie „Dive”. Za to nie do końca mnie przekonuje „Shape of You” z całkiem niezłymi perkusjonaliami oraz troszkę zbyt patetyczna (mimo minimalistycznej aranżacji) „Perfect”.

Nie brakuje kilku ciekawych sztuczek jak zmieszanie celtyckich dźwięków ludowych z elektroniką w skocznym „Galway Girl”, imitacja fletów w „Barcelonie” czy nakładany na siebie zaśpiew w lekko rapowym „New Man”, ale w sporej części to pisane troszkę na jedno kopyto popowe piosenki, jakich w rozgłośniach radiowych są tysiące. I nawet głos Sheerana nie pomaga ich odróżnić od reszty, co już sytuuje go na straconej pozycji.

Nadal lubię Sheerana, bo potrafi zrobić lekkie i zwiewne piosenki jak pianistyczny „Supermarket Flowers” czy ciepłe „Bibia Be Ye Ye”, ale tak naprawdę ciągle robi furorę pojedynczymi utworami niż całymi płytami, gdyż ciągle panuje stylistyczny chaos. Nadal jest tylko nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski

Marek Dyjak – Pierwszy śnieg

0006CJ9FFSP5NUC6-C122

O tym wykonawcy nie słyszałem wcześniej, dopóki nie natrafiłem na utwór „Człowiek (Złota ryba)” i nie można było przejść obojętnie wobec szorstkiej chrypy artysty. Nie inaczej jest na wydanej w zeszłym roku płycie „Pierwszy śnieg” i wiem, że może pora wydaje się nieodpowiednia. Przecież śniegu już nie ma, ale jest za to muzyka.

I tutaj mamy znowu dziesięć utworów (coś ostatnio ta liczba prześladuje, będąc trendem współczesnej muzyki rozrywkowej), gdzie dostajemy gorzkie spojrzenie na świat – brutalnie, bezwzględnie, bez zbędnego słodzenia. Brzmieniowo jest tutaj inspiracja folklorem miejskim oraz bałkańskimi dźwiękami (akordeon, chłodne klawisze i obowiązkowe trąbki), co czuć od singlowego openera, czyli dynamicznego energetyka „Miejsca przedmioty kształty drzwi”. Tytułowa kompozycja jest bardziej wyciszona, minimalistyczna tak bardzo jak jest to możliwe: akordeon i delikatny fortepian, schowana w tle jazzowa sekcja daje wiele miejsca dla Dyjaka, by potem znaleźć się w starej, jazzowej knajpie („Synku wstań”), by potem wyciszyć się mając do dyspozycji tylko fortepian („Rozkołysana”), rozkręcając przy okazji inne instrumenty.

Artysta nie boi się także pomieszać reggae z melancholijną trąbką („Przypowieść o porażeniu”) oraz dać popis eleganckiemu fortepianowi („Laura”) oraz akordeonowi (przebojowy „Nasz Titanic”), a nawet delikatnej elektronice („Droga i śpiew”) , ale przede wszystkim trąbce. To ona tworzy klimat całego wydawnictwa, dodając mocno gorzkiego koloru całości.

Także sam Dyjak ze swoim mocno podniszczonym przez życie głosem daje wiarygodności swoim opowieściom. Nieważne czy wspomina o swojej matce, okresie bezdomności czy o dawnej miłości. Nawet jeśli jest to tekst nie jego autorstwa. Po prostu mu się wierzy. Potrafi rozmiękczyć niejedną kobietę, ale nie próbuje za wszelką cenę się podlizywać.

Chociaż aura może wydawać się niepasująca do słuchania tego albumu, Marek Dyjak robi świetną robotę i daję parę przebojowych numerów. Dlatego warto dać szansę temu ulicznemu muzykowi.

8/10

Radosław Ostrowski

Miuosh – POP

pop

Katowicki raper Miuosh jest postacią starającą się tworzyć poza schematami typowymi dla hip-hopowców. I nie inaczej mogło być w przypadku płyty „POP”, gdzie podjął współpracę z producentem muzyki alternatywnej Michałem „Fox” Królem. Czyżby katowiczanin się sprzedał i poszedł zaślepiony komercją ku mainstreamowi? Odpowiedź wcale nie wydaje się taka prosta.

Otwierający całość „Nie” wyróżnia się niemal kosmiczną elektroniką oraz popisami ciętej niczym krzewy przez sekator perkusji. Dalej mamy coraz dziwaczniejsze rewiry, gdzie nie brakuje nawet elektronicznie przesterowanego głosu w „Neonach” z nieprawdopodobnie podkręconym refrenem (chórki, gitara elektryczna i lekko wpleciony dubstep) czy dziwacznie orientalnego bitu w surowej „Produkcji”. Oczywiście, musi się też pojawić fortepian (w końcu to POP) jak w wyciszonych „Perseidach”. Jakby było tego mało, raper pozwala sobie na zaproszenie takich gości jak Myslovitz (bardziej rockowy „Koniec”), Nosowska (pulsujące elektroniką „Tramwaje i gwiazdy”), Organek (bluesowa „Kawa i papierosy” z zapętlonym fortepianem i starym Hammondem) i Piotr Rogucki („Traffic”), a także sampluje… Bajm (przemielone, wręcz dyskotekowe „Miasto szczęścia”). Brzmi jak wariactwo? Może i tak, ale takie numery jak dynamiczne „Nisko” z szorstką perkusją, tajemniczym fortepianem oraz melancholijnymi smyczkami (nie będziecie chcieli się uwolnić od tego). Do tego goście nie są tutaj tylko dodatkiem mającym zwrócić nasza uwagę na poszczególny utwór.

Raper bardziej opowiada o swoich lękach niż próbuje obserwować rzeczywistość. Niespełnione nadzieje, trudne związki, samotność, szukanie szczęścia. Brzmi banalnie? Na szczęście tak nie jest, chociaż nie stosuje jakichś superskomplikowanych metafor (efekt nadmiernego słuchania Łony i Bisza 🙂 ). Nie mniej kolaż z mainstreamem brzmi zaskakująco świeżo, co jest zasługą więcej niż dobrej produkcji. Niemniej mimo bogactwa oraz eksperymentalnego szaleństwa coś mniej odrzuca. Może to sama barwa głosu Miuosha powoduje ten dysonans. Ale należy dać szansę temu cudadłu.

7/10

Radosław Ostrowski