Feist – Pleasure

Pleasure_-_Feist

Ta pochodząca z Kanady dziewczyna z gitarą kazała sześć lat czekać na nowe wydawnictwo. Dałem się zwieść okładce, która zapowiadała bardzo skoczną i barwną muzykę. Jeszcze nigdy tak się nie pomyliłem jak w tym przypadku.

Początek jednak okazał się dla mnie zwodniczy, gdyż tytułowa piosenka wprowadza w bardzo błogi nastrój (ta troszkę niedostrojona gitara i elektroniczne tło), podtrzymywany przez czarujące i zwiewne flety. To jednak tylko kamuflaż, gdyż dalej będzie błogo, niemal spokojnie (może za spokojnie) z brzmieniem jakby ze starej płyty wyciągniętej po latach ze strychu. Tak jest z „I Wish I Didn’t Miss You” (w połowie dochodzi do dziwnego „szumu” głosowego) czy „I’m Not Running Away”, jednak artystka próbuje robić wszystko, by utrzymać nasza uwagę. Dlatego pojawia się tamburyn z perkusją (zmienny „Get Not High, Get Not Low” z coraz głośniejszą perkusją), podnoszący atmosferę bas („Lost Dreams”), mocniejsze wejście gitary (energetyczny „Any Party”, kończący się wspólnym śpiewem oraz… odjeżdżającym samochodem, z radia którego leci „Pleasure”) czy… cykanie świerszczy i potężnie brzmiącego chórku (cudny „A Man Is Not His Song”, gdzie końcówka idzie w stronę cięższego rocka). Dochodzi czasami do głosu delikatna elektronika (półfolkowe „The Wind” z pianistycznym finałem) czy niemal strzelająca perkusja („Century” z gościnnym udziałem Jarvisa Cockera, melorecytującego pod koniec utwory).

To jednak tak naprawdę tylko drobne wyrwy ze spokojnego, wręcz sielskiego klimatu jaki przebija się do samego końca. „Baby Be Simple” może wielu znudzić swoim tempem (sześć minut akustycznej gitary). „I’m Not Running Away” jest troszkę żywsze (gitara elektryczna), ale bez jakiejś ostrej zadymy – taki lżejszy blues. By na sam koniec dodać cudne „Young Up”.

„Pleasure” potrafi dać wiele przyjemności i sporo frajdy z odsłuchu, ale jest jeden warunek: wyciszenie i skupienie. W biegu nie wychwycicie ani jednej melodii. Sama Feist swoim czarująco-eterycznym głosem robi świetną robotę, dopełniając całej reszty. Na rześkie dni w sam raz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Artur Dutkiewicz Trio – Traveller

Traveller

Artur Dutkiewicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych pianistów jazzowych swojego pokolenia. Razem ze swoim triem (perkusista Łukasz Żyta i kontrabasista Michał Barański) powraca z nowym wydawnictwem, będącym mieszanką jazzu z muzyką świata oraz polskimi dźwiękami ludowymi. W końcu „Traveller”, czyli Podróżnik zobowiązuje.

Ale początek tej wędrówki jest poprzedzony krótkim wstępem w postaci nieco ponad półminutowego „Ra”, gdzie fortepian wręcz płynie w szybkim tempie galopującego konia. To jednak wprawka przed rozbudowanym „A&B”. Na początku bardzo rytmicznie i stonowanie uderza perkusja, do której przypałęta się kontrabas, próbujący robić swoje oraz pojedyncze dźwięki fortepianu. Pół minuty później to fortepian przejmuje inicjatywę swoją improwizacją, kompletnie zmieniając rytm i skręcając ku pustynnym klimatom, by na chwilę ostać się klasycznym rejonom jazzu. Ładne, efektowne i stylowe. Podobnie jak bardzo spokojne „Drops of Innocence”, gdzie fortepian płynie niczym woda w rzece, tworząc przyjemną, wręcz rześką aurę (na majówkę idealne) czy epickie (ponad 8-minutowe) „Best Time”, gdzie wszyscy powoli rozkręcają swoje instrumenty, by pod koniec wyciszyć się.

A im dalej, tym ciekawiej, bo jest i przerobiony na jazzową modłę mazur („Sattvic Mazurka” i „Pińczów Mazurka”), jest też nawet zgrabny taniec słonia („Elephant Dance”), monumentalny utwór tytułowy z niemal zapętlonym, jakby tańczącym fortepianem (m.in. pierwsza minuta oraz 2:10) wobec płynnych ruchów sekcji rytmicznej. Pojawi się nawet miejsce dla smyczków (wyciszona „Ma”, przechodząca płynnie do „Neti Neti”). Sam Dudtkiewicz błyszczy praktycznie w każdej kompozycji, a na fortepianie gra tak, jakby niczego innego w życiu nie robił. I to ten instrument (co nie znaczy, ze reszta tria była nieciekawa) rozsadza, nakręca i intryguje.

Godzina upłynęła mi bardzo szybko, przez co „Traveller” okazał się albumem pozwalającym się wyciszyć, ukoić i pomyśleć o jakimś cieplejszym miejscu niż pokryta deszczem i masą chmur Polska (chociaż to ma się na dniach zmienić). Nie pożałujecie czasu przy tym lekkim dziele.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandra Savior – Belladonna of Sadness

Belladonna_of_Sadness

Kolejny debiut, ale tym razem nie z Wysp Brytyjskich, lecz zza wielkiej wody. Ma 22 lata, mieszka w słonecznym Los Angeles (bo tam przecież zawsze świeci słońce), a pierwszy raz o niej usłyszałem, gdy jedna z piosenek „Risk” została wykorzystana w serialu „Detektyw”. Ale dopiero teraz wychodzi jej album pod wiele mówiącym tytułem „Belladonna of Sadness”.

Za produkcję odpowiada James Ford (Haim, Florence + The Machine), a kompozycje są wspólnym dziełem Amerykanki oraz Alexa Turnera (Arctic Monkeys, The Last Shadow Puppets). I czuć tutaj silną inspirację retro popem, ze szczególnym wskazaniem na Russian Red czy Bat for Lashes, ale jednocześnie widać próby mówienia swoim własnym językiem. I czuć to w otwierającym „Mirage”, gdzie mamy delikatną gitarę skontrastowaną z mroczną, choć delikatnie naznaczającą swoją obecnością elektroniką. Jednocześnie czuć tutaj mocno obecnego ducha lat 80. (synth popowe klawisze w „Bones” z szorstkimi gitarami czy minimalistyczna perkusja z chropowatym basem w sennym „Shades”) trzymającego ręka w rękę ze współczesną produkcją, jak w orientalno-perkusyjnym „M.T.M.E.”. Efektem tego jest wiele kojących dźwięków przypominających bardzo piękne sny („Girlie” z cymbałkami, tylko ta gitara pod koniec jakaś dziwna), czasami wywołującymi zmysłowe doznania („Frankie” ze zgraną sekcją rytmiczną i psychodelicznymi klawiszami) czy niemal onirycznego poczucia niepokoju (klawisze w „Audeline”), by znowu ukoić (stylowy „Cupid”)

Całość wyróżnia się bardzo spójnym, mrocznym klimatem, ciągle balansującym między poruszającym snem a koszmarem. Potęgowane jest przez bardzo eteryczny, ale i zmysłowy wokal. Savior magnetyzuje swoją barwę – troszkę dziewczęcą, ale też i dojrzałą. Brzmi to paradoksalnie, ale warto skupić się na dwóch ostatnich utworach – „Vanishing Point” i „Mystery Girl”, by zrozumieć o co chodzi. To tylko dopełnia niesamowitego brzmienia „Belladonna of Sadness” i oczekiwania wobec kolejnej płyty będą jeszcze większe.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska sielanka

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

amerykanska_sielanka1

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

amerykanska_sielanka2

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

amerykanska_sielanka3

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

amerykanska_sielanka4

5/10

Radosław Ostrowski

Ludojad

Gdzieś w Sudanie przebywa niejaki Caine – drobny przemytnik i amerykański cwaniak. Ale ostatnia akcja skończyła się wpadką i nasz bohater pozostaje spłukany. Trafia do miasta, z którego chce się wyrwać dalej. I znajduje robotę na statku należącym do profesora Dana Mallare’a i jego córki Anny. Oboje prowadza badania oceanograficzne i potrzebują człowieka do pracy przy statku, gdyż ten często się psuje. Caine jednak nie daje się nabrać, gdyż chodzi o coś zupełnie innego i jest to powiązane z rekinami oraz skarbem.

ludojad2

Samuel Fuller tym razem idzie w stronę kina gatunkowego, niepozbawionego ambicji, jednak wszystko zepsuło zderzenie z producentami oraz śmiercią kaskadera podczas realizacji. To spowodowało, że producenci wykorzystywali to do promocji filmu oraz jego przemontowania go, by było więcej scen z rekinami. To mogło być dobre kino przygodowe, będąc jednocześnie gorzką refleksją na temat chciwości. Niestety, wszystko to jest bardzo letnie, bardziej skupione na scenach akcji (bójki, starcia z rekinami), przez co bardziej ciekawe wątki jak zgorzkniałego, pijanego lekarza czy ciągłych przetasowań, wynikających z nieufności zostają zepchnięte na dalszy plan. Intryga coraz bardziej się nie klei, scenom brakuje napięcia (ładna, jazzowa muzyka gra przyjemnie i bardziej się nadaje do Bonda), a wszystko strasznie się wydłuża. Owszem, to wszystko pięknie wygląda (nie tylko w kolorze), a zdjęcia podwodne są po prostu obłędnie sfilmowane (poza rwanym montażem), co daje sporo frajdy.

ludojad3

Jedynie, co wybija ten film na wyższy pułap jest grający główną rolę Burt Reynolds. Czarujący, wysportowany, z surowym zarostem, odnajdujący się w każdej sytuacji cwaniak. Nie znaczy to, ze jest bohaterem pozbawionym wrażliwości, co mocno podkreśla relacja z poznanym na mieście chłopcem. Także partnerujący aktorowi Barry Newman (profesor Mallare) oraz apetyczna Silvia Pinal (Anna) dają radę swoim postaciom. Ale to wszystko za mało, by mówić tutaj o udanym filmie Fullera.

ludojad1

Jasne, to nie była wina reżysera, tylko producentów przemontowujących całość, przez co przypomina się przypadek „Twierdzy” Michaela Manna. Da się ten film obejrzeć, ale jest on po prostu zbyt letni i nieangażujący. Nawet obecność rekinów (prawie jak w „Szczękach”) nie jest w stanie podnieść i zbudować napięcia. Szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Jackie

Jacqueline Kennedy to jedna z najsłynniejszych Pierwszych Dam w historii USA. I to właśnie do jej rezydencji, tydzień po zamachu, puka dziennikarz. Nie za wcześnie na taki wywiad? A jednocześnie podczas tego wywiadu, cofamy się na chwile przed zamachem oraz tym, co się działo po.

jackie1

Pablo Larrain postanowił odtworzyć te zdarzenia, robiąc to z niemal nieprawdopodobnym pietyzmem. Niby poznajemy wszystko z perspektywy Jackie, jej żałobę, ale jednocześnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu pewnej sztuczności. I nie chodzi nawet o wykorzystanie programu telewizyjnego, gdzie Jackie prowadzi po Białym Domu. To wszystko było niemal takie podniosłe, poważne, wręcz duszące (także muzyka sprawiała wrażenie „mówiącej” emocje, jakie powinienem czuć), że wręcz można się tym udusić. To wszystko śmierdzi fałszem. Sama Jackie (intrygująca Natalie Portman, ale jeszcze do niej wrócę) w wywiadzie sprawia wrażenie nie tyle oschłej, co świadomej swojej roli, siły mediów. A w retrospekcjach jest znacznie bardziej skomplikowaną postacią: zagubioną, samotną, próbującą odnaleźć się w nowej sytuacji. Kamera niemal cały czas jest przy niej, jakby bojąc się przeoczenia jej spojrzenia, gestu.

jackie2

Trudno też odmówić tego, co zrobili scenografowie i kostiumolodzy, którzy z dbałością o szczegóły odtworzyli każde pomieszczenie Białego Domu. Ale jedno pytanie ciągle krążyło mi po głowie: po co to wszystko? Czyżby twórcom udało się odkryć jakieś nowe materiały? Nie, to wszystko służyło podtrzymywaniu mitu najpiękniejszej pary w Białym Domu. On – przystojny, czarujący, pełen charyzmy, ona – piękna, zawsze u boku męża. A czy wiedzieliście, że JFK (ten wątek ledwo liźnięto) bzykał każdą pannę jaka się nawinęła, a ona o tym wiedziała. Jest tu parę mocnych momentów (rozmowa z doradcą nowego prezydenta czy zbitki montażowe mieszające pogrzeb z teraźniejszością), ale całość przypomina wizytę w muzeum figur woskowych: wszystkie te drobiazgi wyglądają świetnie, ale w środku wszystko jest puste.

jackie3

I takie same odczucia mam wobec roli Natalie Portman. Aktorka zrobiła wszystko, by mówić, wyglądać i chodzić jak Jackie Kennedy, ale jej po prostu nie wierzyłem jako postaci. Sama mówi: „Te wszystkie splendory nie były dla Jacka, tylko dla mnie”. Ten cytat wydaje się odpowiednim podsumowaniem tej kreacji, skrojonej do zgarnięcia najważniejszych nagród przemysłu filmowego, a ta postać zasługiwała zwyczajnie na coś więcej. Jedynie podczas rozmów z księdzem (ostatnia rola Johna Hurta) wydaje się brzmieć prawdziwie, pełna bólu i gniewu.

jackie4

Ale to za mało, by uznać ten film za udany. To w pewnym momencie jest kłamliwe, sztuczne i tak nabzdyczone kino, które mogłoby się spodobać tylko osobie bezkrytycznie zapatrzonej w familię Kennedych. Ładnie to wygląda, ale poza tym, nie ma nic do zaoferowania.

5/10

Radosław Ostrowski

Pablopavo i Ludzki – Ladinola

0006EQEZOKR7Q4DI-C122

Drugiego tak intrygującego autora tekstów oraz melorecytatora (bo słowo wokalista jest troszkę na wyrost) jak Paweł „Pablopavo” Sołtys Warszawa nie miała od dawna. Działający zarówno solowo, jak i z kumplami z Vavamuffin, zgrabnie balansuje między alternatywnym popem, reggae i elektroniką. Teraz powrócił z Ludzikami przy siódmym (!!!) wydawnictwie sygnowanym jego ksywką.

Już sama okładka intryguje, przypominając starą, podniszczoną fotografię. Czyżby warszawiak miał skręcić w stronę retro, który obecnie jest tak modny? A może – jak wskazują nieliczni – sprzedał się dla sławy i chwały radiowych stacji, by tworzyć nośne, chwytliwe przeboje, będącymi niewyróżniającą się papką? Odpowiedź pojawiła się szybciej niż zdążyłem powiedzieć „Ladinola”. Otwierający całość utwór tytułowy jest mieszanką delikatnego popu z brudniejszymi riffami gitary elektrycznej oraz chóralnego refrenu, a tekst jest zachętą i zaproszeniem do pozostania dalej. A co utwór, to zmiana klimatu i nastrojów: od delikatną, jazzową potańcówkę (nostalgiczna „Ostatni dzień sierpnia” i minimalistyczna „Zguba” z wokalizą Oli Bilińskiej i „orientalną” gitarą oraz poruszającymi smyczkami w tle) przez dancingowy rock z lat 70. („Blask”, gdzie gitara może zaszaleć, podobnie jak klawisze czy surowe „Wszystkie neony”), przez dziką mieszankę ulicznego grania („Major” z akordeonem i saksofonem oraz pięknym, ostrym zaśpiewem), minimalistyczne nutki („Jestem”)  aż po mroczniejsze i gwałtowne ciosy (promujący serial „Pakt” szorstkie „Nie wiesz nic”), które doprowadzą wiele osób na skraj fotela.

„Ladinola” to bardzo piosenkowy album, gdzie Pablopavo tworzy bardzo różne historie: od nostalgicznych wspomnień z lat 90., przez życie na emigrację z piciem w tle („Toledo”), rozważa swoje życie („Jestem”), przedstawia jak ludzie żyją zimą („Zima”) i opisuje Warszawę, bawiąc się słowem i przypominając barwne rysunki. Każdy z nich sprawdza się świetnie, tworząc spójne dzieło w postaci bardziej tanecznej „Ladinoli”. Artysta nadal robi swoje i tworzy w bardzo charakterystycznym stylu.

8/10

Radosław Ostrowski

Christine

Jest rok 1974 i w Stanach wszyscy żyją aferą Watergate. W tym samym czasie w małym miasteczku Sarasota działa lokalna stacja telewizyjna, gdzie pracuje niejaka Christine Chubbuck. Pochodząca z Ohio kobieta prowadzi blok w dzienniku, gdzie przedstawia wieści lokalne. Dodatkowo udziela się w szpitalu, gdzie prowadzi „spektakle” dla dzieci. Jednak z panią Chubbuck, coraz bardziej zaczynają zwisać czarne chmury, doprowadzając do pogłębienia depresji. Aż 15 lipca 1974 roku, dziennikarka dokonuje dramatycznego wyboru: strzela sobie w łeb podczas dziennika.

christine_2016_1

Sama ta historia mogła wydawać się intrygująca oraz bardzo widowiskowa dla filmowców, ale z drugiej strony bardzo bałem się skupieniu na samym fakcie, by nie pójść w stronę taniej sensacji. Debiutujący reżyser Antonio Campos zamiast skupiać się na fajerwerkach, próbuje przybliżyć sylwetkę Chubbuck, a dokładniej jej ostatnie miesiące. Gdy ją poznajemy, przygotowuje się do wywiadu, ale pokazane jest to w ten sposób, że naprawdę mogła przeprowadzić rozmowę z Richardem Nixonem. Najpierw widzimy jej twarz przed monitorem, a następny kadr pokazuje puste studio. Wtedy kamera cały czas skupia się na obliczu kobiety, przyglądając się jej życiu: wspólnym mieszkaniu z matką, wizytą u lekarza (coraz częstsze bóle brzucha), przygotowaniami do pracy. Wszystko to jest przedstawione bardzo spokojnie, same rozmowy i krótkie scenki, przedstawiające kolejne problemy: zwiększenie oglądalności („krwawe” materiały), wykryta torbiel w jajniku, nasilająca się depresja. Im dalej w las, tym będzie już tylko gorzej, a finał trzyma za gardło.

christine_2016_2

Reżyser unika skandalizowania, a jednocześnie bardzo wnikliwie odtwarza realia lat 70. Scenografia i kostiumy robią wielkie wrażenie. Nie mogłem się nadziwić jak udało się odtworzyć wygląd telewizyjnego studia z tamtych czasów, gdzie nie stosowano grafiki komputerowej podczas prognozy pogody, a materiał każdy dziennikarz sam montował ręcznie. Takie detale budują wiarygodność epoki, a jednocześnie pokazują, że ten pęd mediów za sensacją nie jest tak naprawdę niczym nowym. Ale tak naprawdę widzimy coraz bardziej nakładające się problemy, których genezy nie znamy (i nie poznajemy), poznając tylko zakończenie.

christine_2016_3

Wszystko to byłoby kolejną opowieścią, przedstawiającą stadium słabej psychice, która nie daje rady w brutalnym świecie, gdyby nie jedna genialna kreacja. Rebecca Hall koncertowo wciela się w coraz bardziej przytłoczoną, samotną, zamkniętą w sobie kobietę: niespełniona zawodowo i prywatnie. Te jej przerażone, duże oczy oraz coraz bardziej napięta mowa ciała, każda zmiana jest tutaj bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo wyraziście przedstawiona. Aktorka kradnie film, chociaż trudno jest Christine polubić, z powodu silnego skupienia na sobie, ale bardzo łatwo wejść w tą postać. Poza nią jest tutaj bardzo mocny drugi plan: próbująca prowadzić własne życie matka (świetna J. Smith-Cameron), zainteresowany nią prezenter (Michael C. Hall w innym emploi) czy skupiony na oglądalności naczelny (Tracy Letts) są na tyle wyraziści, że się ich zapamiętuje, ale tak naprawdę są tylko tłem dla Hall.

christine_2016_4

Mocny, skromny, ale bardzo poruszający dramat, nie dający w żaden sposób łatwych odpowiedzi na temat przyczyn decyzji Christine. Ale myślę, że każdy wyciągnie z tego wnioski. Dla mnie takimi są większa otwartość na innych oraz nie dążenie za wszelką cenę do perfekcji. To jednak tylko moje zdanie, a pani Hall zasłużyła na nominację do Oscara.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lord Huron – Strange Trails

Strange_Trails_cover

Czasami zdarza się, że pewien album zostaje przeoczony i niezauważony przeze mnie. Powodów może być kilka: bo były ciekawsze tytuły, bardziej głośni wykonawcy albo wybrany na singiel utwór był niezbyt interesujący lub zwyczajnie czasu nie starczyło. To ostatnie przytrafiło się Lordowi Huronowi. Wbrew nazwie nie jest to brytyjski arystokrata, tylko amerykański kwartet z ciepłego Los Angeles kierowany przez Bena Schneidera. I dwa lata temu wydali swój drugi album, który skupił uwagę świata, ale dopiero teraz miałem okazję sięgnąć po to dzieło. Warto było?

Utworów jest 14, w całości napisanych i wyprodukowanych przez Schneidera, a okładka płyty przypomina wydawnictwa z lat 70. I nie tylko okładka, ale samo brzmienie jest tak retro jak to tylko możliwe. Rock’n’rollowa gitara niczym z lat 50., brzmiąca czasami jak echo, bardzo eteryczny wokal Schneidera oraz drobne ozdobniki, a wszystko bardzo spójne i klimatyczne. „Love Like Ghosts” jest delikatne, chociaż gitara zaczyna grać szybko, by dać pole dla smyczków oraz zmieniającej tempo perkusji. Dawno nie używałem tego słowa, ale brzmi to jak czary. Pojawi się zapętlenie doprowadzające do nasilenia dźwięków (szybkie „Until the Night Turns”, gdzie dochodzi do tego zabiegu na początku i na koniec, a także na początku romantycznego „Dead Man’s Hand”, opartego na mandolinie), wskoczy nawet harmonijka ustna („Dead Man’s Hand”), delikatnie wprowadzony wspólny zaśpiew („Hurricane”) czy lekki skręt w stronę folku (westernowa gitara w „La Belle Fleur Sauvage” czy ciepłe „Fool for Love”).

Mógłbym dalej wymieniać poszczególne utwory oraz ich drobne smaczki (zapętlony, odrobinę mroczny „The World Ender”, singlowe „Meet Me in the Woods” z rozkręcającymi się instrumentami – perkusja jest tu cudowna – oraz pięknym głosem żeńskim w refrenie czy znane z serialu „Trzynaście powodów” prześliczny finał w postaci „This Night We Met”), ale to nie zmienia faktu, że grupa konsekwentnie czaruje prostotą dźwięków, produkcyjnym eksperymentami oraz ogromnym potencjałem na hity. Każda z piosenek zasługuje na wyróżnienie i razem brzmią po prostu fantastycznie. Do tego dostajemy naprawdę piękny zestaw lirycznych utworów, które można słuchać w różnych miejscach oraz okolicznościach. Bo jest i coś do tańca, do przytulania się, do spaceru, do wszystkiego. I ten czarujący głos Schneidera, sprawdzający się znakomicie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Father John Misty – Pure Comedy

Pure_Comedy

Josh Tillman to jedna z wyrazistych postaci sceny alternatywnej. Rozgłos przyniosła mu działalność z zespołem Fleet Foxes, ale wiele lat temu rozstał się z formacją i od tej pory funkcjonuje jako Father John Misty. Teraz właśnie wychodzi jego trzeci album „Pure Comedy”, który współprodukował. I jest to mieszanka rocka, popu i folku.

Jak ciekawa to mieszanka, dostajemy od tytułowego utworu, gdzie najpierw mamy dźwięki trąbek, następnie jakby próbę połączenia telefonicznego i wskakujemy do fortepianu z napakowanym elektroniką tłem. Wtedy w połowie utwory dołącza się sekcja rytmiczna, trąbka oraz łagodny chórek, przez co całość nabiera z jednej strony przebojowego sznytu, z drugiej melancholijnej goryczy, by w finale wyciszyć się. I to wszystko w sześć minut. Dalej mamy trzyminutowy speed w postaci „Total Entertainment Forever”, który od samego początku nabiera tempa i wpada szybko w ucho (pewnie dzięki fortepianowi oraz dęciakom). Zmienność tempa potrafi zaskoczyć, podobnie jak tytuły utworów: „Things It Would Be Helpful To Know Before the Revolution” ociera się o melancholię i smutek (te smyczki oraz chropowate tło), podobnie jak folkowy „Ballad of the Dying Man” czy pianistyczny „When the God of Love Returns There’ll Be Hell to Pay”. Pojawi się czasem dziwaczne udźwiękowienie (nietypowa perkusja i „szuranie” w „Birdie”, zakończonym mrocznymi smyczkami, dziwaczne tło w „Two Wildly Different Perspectives” czy przesterowane wokale pod koniec „The Memo”), ale też Misty zaskakuje czasem trwania (pozornie nudne „Leaving LA”, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty trwa – 13 minut!!! oraz prawie 10-minutowy „So I’m Growing Old on Magic Mountain”).

Nie znaczy to, że nic się tu nie dzieje. Całość troszkę przypomina muzykę z lat 70. albo z przełomu wieków, gdy wróciła moda na retro granie (cymbałki w „A Bigger Paper Bag”, delikatne smyczki w „Smoochie”), co zawsze daje frajdę. Do tego Misty zawsze stawia na tekst, w którym przygląda się światu, jego głupocie, zepsuciu oraz pustce. Ale to jak ktoś będzie chciał się wsłuchać w tekst, to to znajdzie. Ale nawet jeśli ktoś skupi się tylko na warstwie muzycznej, to i tak powinien być zadowolony. To bardzo spójne, klimatyczne wydawnictwo, gdzie frontman swoim szorstkim, ale głębokim głosem daje wiele do myślenia. Nawet folkowy charakter nie powinien przeszkadzać.

8/10

Radosław Ostrowski