Sikorowscy – Okno na Planty

Okno_na_Planty

Kraków był miastem, które od zawsze fascynowało muzyków i poetów. Nie inaczej jest w przypadku cenionego barda, Andrzeja Sikorowskiego, frontmana legendarnej Grupy Pod Budą. Tym razem jednak gitarzysta nagrywa ze swoją córką Mają i dalej opowiada o swoim mieście w wiele mówiącym tytule „Okno na Planty”.

Album zawiera 14 pieśni, zrobionych w pop-rockowej stylistyce. Czasem gitara pójdzie w lekkie country („Kryzys na niebie”, „Piosenka o mojej gitarze”), delikatnego bluesa (utwór tytułowy z ładną gitarą w tle), a nawet pojawiają się skręty w dość nieoczywiste rewiry muzyki. Nie brakuje delikatnego jazzu (niemal akustyczny „Skandal”), łagodnego „karaibskiego” ciepła („Taaka ryba”), a nawet irlandzkiego folku („Świr z mojej ulicy” z prześlicznymi fletami) czy cięższych riffów („Kurs na jutro” czy „Jeśli mnie kiedyś zdradzisz”). Ale największym zaskoczeniem jest mroczny „List z wojenki”, pelen etnicznych wstawek (orientalny zaśpiew, dzwoneczki, poruszające smyczki i niepokojąca perkusja) oraz z pacyfistycznym przesłaniem. Ale całość i tak brzmi dość lekko, bezpretensjonalnie oraz przyjemnie.

Sam Sikorowski nie tylko dobrze gra na gitarze, śpiewa dobrze, tak jak Maja (urocza), ale i pisze bardzo refleksyjne teksty, niepozbawione wszak odrobiny humoru. A opowiada i o Krakowie, ale też o małżeństwie, kołysze swoją wnuczkę, wyobraża sobie strajk na niebie, wspomina swoją młodość i piętnuje głupotę. Robi to z wdziękiem oraz klasą, jakiej dzisiaj jest niewiele. No i ładnie to wygląda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dwaj panowie N

Kazimierz Dziewanowicz pracuje w hipotece i ma dość nietypowe hobby: zbiera informacje o ludziach urodzonych 29 lutego. Taka błahostka i pewnego dnia trafia do niego badylarz Henryk Nowak po dokument. Ale przeglądając swoją skrzynkę odkrywa, że jest już Henryk Nowak z tymi samymi danymi, tylko inżynier. Postanawia odwiedzić inżyniera, by sprawę wyjaśnić. Wieczorem, wracając do domu, pan Kazimierz zostaje zamordowany, a podejrzanym staje się jego syn, sierżant Jan Dziewanowicz. Podoficer żandarmerii próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, niezależnie od działań milicji i wywiadu.

dwaj_panowie_n1

Trudno w to uwierzyć, ale to był drugi (po „Dotknięciu nocy”) polski kryminał, więc nasi filmowcy ciągle próbowali się uczyć tego gatunku, nie mając praktycznie żadnego doświadczenia, ani wzorców. Ale trzeba było spróbować, wiec Tadeusz Chmielewski, inspirując się prawdziwą historią, stworzył film z ciekawym pomysłem. przynajmniej w tym okresie, gdyż z dzisiejszej perspektywy wydaje się on mocno archaiczny. I nie chodzi tu tylko o wątek szpiegowski (nazistowska przeszłość i działanie wzięte z Klossa, czyli podmiana tożsamości), ale o kompletny brak zaangażowania. Cała intryga poprowadzona jest po sznurku, a milicja jest niemal wszechwiedząca i bardzo szybko wyciąga właściwe wnioski. Śmierdzi to socjalistyczną ideologią (zło mogło w takim kraju przyjść tylko z zagranicy, milicja czuwa i wie, zdobywając informację za pomocą nowoczesnego sprzętu). Może się podobać klimat epoki oraz ładna, jazzowa muzyka, a także sprawna realizacja.

dwaj_panowie_n2

Problem w tym, że brakuje w tym wszystkim emocji, zaangażowania i elementu zaskoczenia. Chyba, że nie oglądało się żadnych kryminałów na przestrzeni 60 lat. Problem w tym, że tacy ludzie zwyczajnie nie istnieją. Nawet sceny zbrodni (zrobione w sposób elegancki, bez pokazywania samego aktu) nie wywołują żadnego zaangażowania i pewne podejrzenia sprawdzają się bardzo szybko. A kapitan Olecki (Bogdan Ejsmont) zwyczajnie drażnił swoją obecnością, nie wnosząc niczego nowego do całości.

dwaj_panowie_n3

Sytuację próbują ratować aktorzy, jednak ich gra jest zaledwie poprawna. Podobać się może sympatyczny (i zawsze dobrze wyglądający w mundurze) Stanisław Mikulski jako Jan Dziewanowicz, uroczo wyglądająca Joanna Jędryka (Elżbieta, dziewczyna Jana) czy grający sprawców całego zamieszania Wacława Kowalskiego i Janusza Bylczyńskiego. Tylko, że to niewiele zmienia, bo historia nie staje się atrakcyjniejsza, ani ciekawsza.

dwaj_panowie_n4

W dniu premiery „Dwaj panowie N” spotkali się z bardzo ciepłym i życzliwym przyjęciem. Dzisiaj kryminał Chmielewskiego nie wytrzymał kompletnie próby czasu, a dalsze produkcje z tego okresu jak „Zbrodniarz i panna” czy „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” są zdecydowanie ciekawszymi i lepiej znoszącymi próbę czasu. Obejrzeć można tylko z ciekawości.

5/10

Radosław Ostrowski

Wśród nocnej ciszy

Przedwojenne miasteczko nadmorskie. To tutaj dochodzi do coraz gwałtowniejszych ataków seryjnego mordercy dzieci. Przy ich ciałach zostawia zabawkę z namalowanym kotkiem. Są już dwie ofiary, a prowadzący śledztwo komisarz Teofil Herman może tylko czekać na błąd zabójcy. Co i tak nie poprawia jego napiętych relacji z synem, Wiktorem. Śledztwo zaczyna się wymykać, aż w końcu pojawia się podejrzany.

wrd_nocnej_ciszy1

W Polsce kryminał (i w ogóle kino gatunkowe) uważany jest za coś gorszego i niepoważnego. Ale to nie zrażało naszych filmowców do mierzenia się z kinem gatunkowym. Tak też w 1978 roku zrobił Tadeusz Chmielewski – uznawany za specjalistę od komedii, postanowił się zmierzyć z powieścią Ladislava Fuksa i zrealizował dziwaczną mieszankę kryminału z dramatem psychologicznym. Bo tak naprawdę liczą się dwa wątki, których spoiwem jest komisarz Teofil Herman. Samo śledztwo poprowadzone jest w klasyczny sposób: analiza dowodów i ciągłe rozmowy ze świadkami, czasami nie da się uniknąć szantażu (mocna rozmowa z żoną podejrzanego), a poszlaki są bardzo wątłe. Za to imponuje wręcz szczegółowość w pokazywaniu paru technik jak tworzenie portretu rysownika czy – największa niespodzianka – rozmowa z głuchoniemym wywiadowcą. Powoli zaczyna być budowany klimat grozy i niepokoju, a zimowa aura tylko potęguje atmosferę psychozy strachu (próba linczu na gazowniku). Nie ma tutaj popisywania się dynamiczną akcją, a fatalizm losu wydaje się być gwoździem do trumny dla naszego bohatera.

wrd_nocnej_ciszy2

Drugi wątek (kto wie, czy nie ważniejszy) to relacja ojca z synem – młodym, nadwrażliwym chłopcem, pragnącym wyrwać się z miasteczka. Wiktor dla ojca jest wspomnieniem po zmarłej żonie, a bardzo surowe wychowanie w pruskim stylu (dyscyplina, ślepe posłuszeństwo, oschłość i kary) coraz bardziej zaczyna ich od siebie oddalać. Chłopiec chce akceptacji i miłości ojca, ale jednocześnie czuje do niego nienawiść, doprowadzając do całkowitej zmiany dochodzenia. Więcej wam nie zdradzę, ale zakończenie wywraca wszystko do góry nogami.

wrd_nocnej_ciszy3

Reżyser mocno odtwarza realia przedwojennej Polski i nie mam na myśli tylko umundurowania policjantów. Imponuje przede wszystkim praca scenografów (nie da się zapomnieć mieszkania preparatora zwłok, które budzi prawdziwe przerażenie) oraz skupienie na drobnych detalach w postaci pudełek zabawek dla dzieci czy dawnych aparatów fotograficznych. Wszystko to oddano z pietyzmem, skupieniem na szczegół, budując bardzo wiarygodny świat. A jednocześnie twórcy unikają pokazywania makabrycznych szczegółów (samych morderstw nie widzimy).

wrd_nocnej_ciszy4

Do tego całość jest znakomicie zagrana. Wybija się przede wszystkim Tomasz Zaliwski w roli zdeterminowanego komisarza Hermana. Surowy i bezwzględny wobec wszystkich, ceni sobie przede wszystkim lojalność i posłuszeństwo, stawiając prawo na pierwszym miejscu. Syna zaś wychowuje w starym, pruskim modelu, przez co staje się oschłym, pozbawionym wrażliwości człowiekiem. Po drugiej stronie jest Piotr Łysak (Wiktor) – młody, nadwrażliwy chłopak, pragnący zostać marynarzem i pragnący akceptacji rodzica. Ten duet dynamizuje ten film, przez co nawet te spokojniejsze fragmenty mają podskórne napięcie. Trudno też nie docenić niezawodnego Henryka Bistę (śledczy Stefan Waniek), Bolesława Smelę (preparator zwłok Rastor) oraz Jerzego Bończaka (morderca Stopek), którzy wnoszą do filmu tajemnicę i autentyczność.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Chmielewski zrobi kiedyś świetny kryminał, wyśmiałbym go w twarz. Jednak „Wśród nocnej ciszy” nie tylko zaskakuje swoim precyzyjnym wykonaniem, ale także bardzo mroczną atmosferą i skupioną na detalach intrygą. Wielu może zniechęcić tempo, ale warto dać szansę temu zapomnianemu i niedocenionemu dziełu Chmielewskiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Future Islands – The Far Field

Future_islands_the_far_field

Brytyjska wytwórnia 4AD coraz lepiej rozwija swoją działalność w tworzeniu muzyki elektronicznej, ale też mieszanki dźwięków syntezatorowych z gitarami. Tym razem pod swoje skrzydła wzięła amerykańskie trio Future Islands, grające synthpopowe dźwięki. Na swoim piątym albumie, grupa pod wodzą wokalisty Samuela Herringa, nie zmienia kierunku swojego grania. Ale czy na pewno?

Lata 80. czuć garściami, ale mają tutaj różne oblicza jak w niemal sennym „Aladdinie” z ciepłymi klawiszami oraz wybijającym się basem, a całość troszkę przypomina dźwięki OMD. Równie rozmarzony (i z tamburynem) wybrzmiewa niemal taneczny „Time On Her Side”, który w refrenie się rozkręca, bujając po całości (i zgrabnie wplecione dęciaki). Nawet jeśli początek brzmi jak spuszczanie powietrza z balonu („Ran”), nadrabia to dobrym rytmem oraz zgraniem sekcji rytmicznej w dynamicznym refrenie. Tak też jest w przypadku „Beauty of the Road” – równie czarującego elektroniką zmieszaną z nietypowo odjechaną perkusją czy mrocznym „Cave” z „atomowymi” klawiszami i niepokojącymi dźwiękami tła. Nie boją się także skręcić w stronę new romantic (śliczne „Through the Roses” czy płynąca ballada „Candles”), ale i tak całość ma spory potencjał przebojowy (lekki „North Star” czy „Shadows” z gościnnym udziałem Debbie Harry).

Wszystko to brzmi płynnie, lekko, wręcz radiowo, ale jednocześnie jest spójne i klimatyczne. Gitara spina się z elektroniką w jeden, skoczny taniec trwający do samego końca. Problemem dla wielu może być wokal Herringa – bardzo niski, niemal niezauważalny, ale czasami drażniący swoją manierą (troszkę taki młodszy i „chudszy” Cugowski). Na szczęście można się do tego głosu przyzwyczaić, co nie jest zbyt problematyczne.

„The Far Field” jest przyjemnym i bardzo chłonnym dziełem Future Islands, czerpiącym garściami ze stylistyki lat 80., ale nie jest tylko imitacją. Zgrabne, stylowe, lekkie w odbiorze, ale zostaje na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Imelda May – Life Love Flesh Blood (deluxe edition)

Imelda_May_-_Life_Love_Flesh_Blood

Ta pochodząca z Irlandii wokalistka kojarzyła się z graniem rockabilly i tym podobnych dźwięków. Ale w ciągu trzech lat od ostatniego wydania w życiu prywatnym doszło do poważnych roszad (rozwód z partnerem – także scenicznym, gitarzystą Darrelem Highamem), co musiało znaleźć swoje odbicie na nowym albumie. Tym razem za całość odpowiadał T-Bone Burnett, a wsparcie jako mentor udzielił sam Bono, co doprowadziło do kompletnej zmiany oblicza.

Owszem, czuć ducha starego rock’n’rolla, ale dominuje tutaj blues jak w delikatnym, wyciszonym openerze „Call Me” z akustycznymi gitarami (nawet elektryczna gra tak jakby była akustyczna). W podobnym tonie gra „Black Tears” (na gitarze bardzo ładnie, „hawajsko” gra Jeff Beck), jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co nie jest dla mnie żadną wadą. Ale jak wiadomo, nie można grać na jedno kopyto, więc dochodzi do zmiany tempa w „Should’ve Been You” z dzwonami w tle i ciepłymi klawiszami (a jeszcze te chórki w refrenie) czy „Human” z intensywniejszymi gitarami. Mroczniej się robi w pozornie spokojnym „Sixth Sense”, gdzie pod koniec ociera się to o jazz (kontrabas), dochodzi nawet do odrobiny romantyzmu (początek „How Bad Can A Good Girl Be”), by za chwilę zmienić nastrój i pójść krok dalej (latynowski „Bad Habit” z ognistym finałem w postaci gitar i perkusji), a następnie wrócić do brzmień dawnych (lekko westernowe „Levitate” z ładnymi smyczkami w tle). Nawet bardziej jazzowy „When It’s My Time” (gościnnie na fortepianie Jools Holland) czy pobrudzony „Leave Me Lonely” (przester) nie wywołuje poczucia zgrzytu.

Sama Imelda jest tutaj bardziej wyciszona, mniej ekspresyjna, jakby stonowana i bardzo… rozmarzona. Jest to głos kobiety po przejściach, ale jak trzeba budzi w sobie ten pazur znany z poprzednich wydawnictw (już pod koniec płyty jak w „When It’s My Time” czy  „Leave Me Lonely”). Wynika to z zupełnie innego charakteru całości, co jest tutaj sporym plusem. Także wydanie deluxe zawiera jeszcze dodatkowe cztery kawałki i jeśli myślicie, że są to tylko zapychacze zrobione po to, by fani dopłacili za tą edycję, to jesteście w błędzie. Są na tym samym poziomie, co podstawka (posłuchajcie „Flesh and Blood” czy „Love and Fear”, by się o tym przekonać). Sam jestem bardzo zaskoczony tą płytą i mam nadzieję, że po niej o Imeldzie May będzie słyszał każdy.

8/10

Radosław Ostrowski

Slowdive – Slowdive

Slowdive_Album_2017

Brytyjska formacja Slowdive była strasznie popularna w latach 90., ale potem doszło do rozpadu. I dopiero trzy lata temu kwintet pod wodzą Neila Halsteada zszedł się znowu. Więc trzeba było czekać ponad 20 lat na nowe wydawnictwo. Pytanie: gra na sentymentach i skok na kasę od fanów czy coś absolutnie ciekawego? Trzeba poznać odpowiedź.

Piosenek jest tylko osiem, ale jak wiadomo, liczy się jakość. I długość, bo są tu ponad 5-minutowe kompozycje. Niby rozmarzone, lekko psychodeliczne, ale potrafiące zarazić swoim pięknem. Taki jest „Slomo”, pełen odrobinę ambientowego tła oraz zapętlonej gitary (skojarzenia z Explosions in The Sky uzasadnione), wspartej przez sekcję rytmiczną, budującej kojącą aurę. A gdy dochodzą jeszcze skrzypce, magia trwa i trwa mać. Dopiero po dwóch minutach wchodzi wokal Halsteada – jakby nieobecny, odbijający się niczym echo i niewyraźny, wspierany przez Rachel Goswell. Jest delikatnie, wręcz kraina łagodności. Bardziej nieprzyjemnie jest przy „Star Roving” z nakładającymi gitarami, przynajmniej na początku, gdyż w połowie mocniej odzywa się przyjemne tło (ładna wokaliza, delikatniejsze dźwięki instrumentów, powoli rozkręcające się). Przyspieszenie następuje w „Don’t Know Why”, jednak klimat się nie zmienia, dając spore pole do popisu dla elektroniki oraz cofniętej do roli tła gitary.

Spokój przychodzi dopiero przy „Sugar for the Pill”, gdzie konsekwentnie budowany jest klimat ocierający się troszkę o bardziej gitarowe new romantic. Podobnie jest z niemal akustycznym „Everyone Knows” (gitara elektryczna odzywała się tylko w zwrotkach) oraz „No Longer Making Time” (piękny dwugłos oraz bardzo dynamiczny finał). Czasami pojawiają się pewne drobne detale (metaliczny i gruby bas w „Go Get It”, mocniejsza perkusja w „No Longer Making Time”, fortepian w „Falling Ashes”), które pozwalają wyróżnić poszczególne utwory od siebie, jednak tak naprawdę nie jest to potrzebne. Wszystko trzyma bardzo spójny klimat, tylko trzeba znaleźć chwilę na rozluźnienie. A na finał dostajemy mocnego kopniaka w postaci „Falling Ashes”, który zaczyna się bardzo spokojnym mariażem fortepianu (tykającego niczym zegar) z gitarą, gdzie obydwa wokale zespalają się ze sobą. Niby to oszczędne, minimalistyczne, ale czuć moc.

„Slowdive” intryguje, konsekwentnie buduje klimat i dalej robi swoje. Dla wielu może to być zbyt spokojna i monotonna muzyka, ale ja ją absolutnie kupuje. Wszystko jest tu ze sobą powiązane, spójne i robiące dobrą robotę. Może zabrakło jakiegoś mocnego kopa, jednak jest to zbyt dobrze zrobione, by przejść obojętnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Andrea Schroeder – Void

Void

Rzadko pojawia się tutaj muzyka z Niemiec, jakby była ona czymś zakazanym, niebezpiecznym i niewskazanym. Ale od każdej reguły jest wyjątek w postaci coraz bardziej wybijającą się gwiazdą jaką jest Andrea Schroeder, którą porównuje się do samej Marleny Dietrich. Druga płyta „Where The Wild Oceans End” sprzed trzech lat zmiotła i wprawiła mnie w zakłopotanie, a w zeszłym roku pojawił się album numer 3 pod bardzo wprawiającym w zakłopotanie tytułem „Void” (pustka).

Tym razem od strony produkcji (poza samą Schoreder) włączył się szwedzki muzyk Ulf Ivarsson, bardziej znany jako Thåström i Sivert Höyem. Tym razem jest bardziej mrocznie i niepokojąco, co czuć w tytułowym openerze. Pozornie delikatny rytm perkusyjny jest skontrastowany z mechaniczną gitarą oraz ciężką, niemal organową elektroniką tak przesterowaną, że mógł to zagrać Nick Cave na początku swojej ścieżki muzycznej. I nawet wplecione delikatne cymbałki nie były w stanie zmienić niepokojącej aury. A im dalej w las, tym intensywniej przebija się mrok, przyprawiony melancholią jak w lekko knajpiarskim „Black Sky” (tutaj fortepian z akustycznymi gitarami robi furorę), szorstko-psychodelicznym „Burden” z nieprzyjemnym smyczkiem czy powoli budujące klimat niemal marynarskie (to przez coś, co brzmi jak akordeon w tle) „My Skin Is Like Fire”, gdzie pod koniec dobijają się smyczki.

Ale to nie znaczy, że jest to nudne brzmienie, gdyż parę razy dochodzi do nietypowych połączeń. Ciężka, wręcz metalowa gitara z perkusją połączona w jednym tańcu z płynącym fortepianem („Kingdom”), nagle łagodnieje, pokazując swoje bardziej liryczne oblicze („Little Girl”), nie pozbawiając się szorstkości, mocnych uderzeń perkusji i delikatnego pianina (psychodeliczne „Creatures”), tworząc niepokój oszczędnym aranżem (cave’owe „Was Poe Afraid” czy wręcz depresyjne „Drive Me Home”, zmieniające dynamikę wraz z wejściem perkusji).

I nie można przejść obojętnie wobec głosu samej Andrei – bardzo delikatny, z mocno obecnym akcentem niemieckim, będącym tak naprawdę bardzo atrakcyjną przyprawą podaną do dania głównego. Intryguje, czaruje, ale jest w tym moc oraz głębia, nawet ograniczając się do melorecytacji („Endless Sea”). Znowu to zrobiła – coraz uważniej należy się tej Niemce przyglądać, gdyż chyba spotkałem żeńską wersję Cave’a (równie mroczną).

8,5/10

Radosław Ostrowski

Snowman – Gwiazdozbiór

e9cf8240-0445-4f66-ae32-574a841a2477

O zespole Snowman stało się tak naprawdę głośno z powodu faktu, iż wokalista tej grupy – Michał Kowalonek, zastąpił Artura Rojka w roli wokalisty zespołu Myslovitz. Czy to znaczyło, ze macierzysta formacja Kowalonka miałaby zawiesić działalność? Jak wynika z wydania nowej, trzeciej płyty, odpowiedź wydaje się oczywista. A co proponuje „Gwiazdozbiór”?

Od strony producenckiej kwartet z Poznania wsparł Leszek Biolik (basista Republiki), więc można było być spokojnym, że to dalej będzie dobre, melodyjne, gitarowe granie. Aczkolwiek otwierający całość „Nie mogę oddychać” prowadzony jest przez fortepian, który pod koniec rozsadza piosenkę. Tak samo szybkie (już z gitarą na froncie) „Moje miasto”, gdzie dostajemy zgrabne solo na saksofonie. Rozluźnienie daje skoczny, gwizdany „Znów jesteś sobą” niczym w klasycznym rock’n’rollu z delikatnym finałem. „20 tys. chwil podwodnej żeglugi”, bardziej skręca w stronę minimalistycznej elektroniki, by coraz więcej miejsca dać dla gitary (coraz bardziej pobrudzonej z „chropowatą” elektroniką) i wystrzelić kolejne pole dla saksofonu. To zdecydowanie najlepszy numer w zestawie, chociaż synth popowe „Mów do mnie” też intryguje, gdzie gitara zaczyna powoli szaleć. Bardziej magiczną aurę tworzy „Ocean nieba”, gdzie wszystkie instrumenty czarują (zwłaszcza szybka perkusja i pianino w tle) czy strzelający „Spadam z nieba”. Ale to i tak nic przy „Gwiazdozbiorze Strzelca” – początkowo wyciszony i stonowany, a w refrenie stawał się coraz bardziej epicki oraz pełen ognia. I w zasadzie na tym mogłoby się to wszystko skończyć, ale Bałwanek dodał jeszcze na finał „Syrię”. Nie pozbawiona jest odrobiny siarki (mocna, lecz skoczna elektronika), a nawet sekcja rytmiczna po minucie rozkręca się gwałtownie, a nawet gitara daje do pieca, lecz poprzedni utwór bardziej zmiażdżył.

Sam Kowalonek prowadzi swoim delikatnym (ale nie pozbawionym pazura) wokalem tworzy bardziej intymną atmosferę, która nie gryzie się z graniem reszty składu. Do tego intrygujące i frapujące teksty tworzą bardzo zgrabną mieszankę, której pozazdrościłaby niejedna gwiazda muzyki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Organek – Czarna Madonna

czarna-madonna-b-iext46002070

Tym razem zaległość z roku ubiegłego, bo jak wiadomo płyt jest od zarąbania, a czasu do przesłuchania zawsze strasznie mało. Tym razem na celownik wziąłem drugą płytę zespołu Tomasza Organka, którego debiut wywołał furorę w 2014 roku. Ale jak wiadomo, trzeba pójść za ciosem i dlatego po dwóch latach Organek wyskoczył z nowym dziełem. Jaka jest „Czarna Madonna”?

To nadal rockowy album, ale bardziej rozbudowany i mroczniejszy. Takie nadzieje daje otwierająca całość „Intrudukcja” z przesterowanymi, brudnymi gitarami oraz „kosmicznie” brzmiącą elektroniką z obowiązkowymi organami w tle, coraz bardziej nabierając ciężkości i ostrości, ale do połowy, by zabrzmieć niczym nagrywane w studio przed obróbką oraz zmiksowaniem (bardzo łagodnie, z szumem morza w tle – czyżby to były lata 70.?). Niemal hard rockowy „Rilke” zapowiada, że tamtego, niemal folk-rockowego oblicza grupy nie usłyszymy (zwrotki tylko jakieś spokojniejsze, a pan Tomasz falsetem zaczął śpiewać?), ale to tylko zmyłka, jednak trzeba wiele cierpliwości. Pewną zmianę czuć w singlowym „Mississippi w ogniu”, gdzie znowu szaleją organy na początku z sekcją rytmiczną, a gitara gra troszkę spokojniej i mniej agresywnie (ale tylko do refrenu oraz finału). Punka czuć w siarczystym, ale melodyjnym „Get It Right” oraz „Son of a Gun”.

Jedynie przy „Wiośnie” pozwala sobie na odrobinę lekkiego oddechu, by znowu dać gaz do dechy w „HKDK” oraz demonicznym „Ki czort” z rozpędzonym, starobrzmiącym fortepianie. A demonicznie musi być, gdyż gościnnie udziela się sam Adam „Nergal” Darski zwany pomiotem Szatana. Klimat się zmienia w odrobinę psychodelicznym marszu „Ultimo”, gdzie czuć ducha starego rock’n’rolla oraz westernowym „Psychopompie”, gdy po raz pierwszy odzywa się gitara akustyczna. I to jest wstęp przed epickim tytułowym utworem, gdzie czuć atmosferę niepokoju przeplatającą się z czymś niesamowitym (te riffy w środku i elektronika), co wnosi całość na nieprawdopodobnie wysoki pułap. Ale to nie jest finał tego dzieła, gdyż takim jest instrumentalny fragment z filmu „11 minut” Jerzego Skolimowskiego, czyli powoli rozkręcająca się nerwowa „Warszawa, 17:11” utrzymana w duchu starego punka.

Co ja mogę powiedzieć? „Czarna Madonna” mnie wgniotła w fotel i zastanawiam się jakim cudem Organek tak nie zaczął swojej drogi muzycznej. Myślę, że wtedy byśmy się od razu polubili, teraz głos jest mocniejszy, energia znacznie żywsza, a teksty (jak zawsze) zmuszające do myślenia i trafnie obserwujące młodych ludzi. Album tak ostry jak lato w swoim najgorętszym okresie i dający takiego ognia, niczym w hucie. Petarda.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Karen Elson – Double Roses

karenelsondoubleroses

Ta pochodząca z Wielkiej Brytanii piosenkarka oraz modelka kazała czekać aż sześć lat na swój drugi album. W muzyce to strasznie dużo czasu, ale tutaj artystka przyłożyła się i razem z producentem Jonathanem Wilsonem (współpraca m.in. z Father John Misty) oraz sporą grupą muzyków (m.in. Pat Carney z The Black Keys, Pat Sansone z Wilco, i Laura Marling) smażąc intrygujące dzieło „Double Roses”.

Że będzie niezwykle i czarująco, wystarczy posłuchać „Wonder Blind”. Do bardzo delikatnej harfy, dołącza sekcja rytmiczna jakby wzięta z lat 70. oraz dzwony z… fletem i Hammondem. Niby nostalgicznie, ale jednocześnie jest w tym magia, uruchomiona przez piękny wehikuł czasu. Ale prawdziwą petardą jest tutaj utwór tytułowy z pięknym środkiem (klawesyn, fortepian i gitara brzmią kapitalnie!) oraz bardzo wyciszonym, recytowanym finałem. Dalej jest równie uroczo i magicznie (singlowy „Call Your Name”, gdzie finał rozsadza głowę, także dzięki smyczkom), przez co nie ma poczucia straconego czasu, chociaż nie brakuje fragmentów bardziej mrocznych (nieprzyjemny początek „Hell and High Water” z minorowym fortepianem oraz minimalistyczną perkusją, zmieniającą swoje tempo oraz aranżację, ku bardziej folkowym i na koniec atakując m.in. przesterowaną gitarą czy melancholijny „The End” z gitarą akustyczną). Nie zabrakło także odrobiny stylizacji na modłę lat 60. („Raven” z klawesynem prowadzącym oraz walczykowymi smyczkami), a nawet odrobiny nieoczywistego zabarwienia Orientem („plumkający” początek zakręconego „Why Am I Waiting”), co tylko uatrakcyjnia całość, nie niszcząc spójności. Nie zapominając o dobrym, starym folku („A Million Stars”).

„Double Roses” zwyczajnie czaruje aurą czarów, co jest także zasługą głosu samej Karen, troszkę przypominającej Dolores O’Riordan (i nie jest to przesada). Działa ten wokal na mnie bardzo kojąco, tak jak zresztą cała płyta. Więc zamiast czytać, powinniście natychmiast poszukać tego albumu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski