Hologram dla króla

Alan Clay to biznesmen w wieku średnim, który najlepsze lata w swojej karierze wydaje się mieć dawno za sobą. Czuje się już wypalony, rozwiódł się z żoną i próbuje zachować kontakt z córką. Od szefa dostaje nowe zadanie: zrobić duży interes w Arabii Saudyjskiej, by sprzedać samemu władcy nową technologię: hologram pozwalający na telekonferencje. Wydaje się, że sprawa jest prosta, gdyż Clay zna bratanka króla. Tylko, że nic nie jest takie proste.

hologram_dla_krla1

Tom Tykwer korzysta z książki Dave’a Eggera, by opowiedzieć historię w zasadzie nam znajomą. Bohaterem jest człowiek w średnim wieku, który nie potrafi się odnaleźć i stracił życiową energię. Ale czy nowe miejsce i umowa pozwolą odnaleźć dawną pewność siebie i przynieść wewnętrzny spokój? Po tym jak zamknął swoją poprzednią firmę, rozwiódł się z żoną i nie jest w stanie zapewnić kasy na studia córce? Niby takich opowieści było tysiące, ale i tą ogląda się dobrze. Kluczem wydaje się tutaj zderzenie mentalności zachodniej z klimatem i krajobrazem Bliskiego Wschodu. Tutaj kraj arabski nie jest pokazany ani z przesadnym, bombastycznym przepychem, ani jako nieufne miejsce walki z terroryzmem. Arabia Saudyjska jest krajem pełnym paradoksów: biurokratyczna ospałość i niekompetencja (postać sekretarki Mahy) może doprowadzić do szału – prawie jak w PRL-u, a przepisy dotyczące alkoholu (zakaz picia) są bardzo sprytnie omijane i nie dotyczą najbogatszych. I perspektywa zwykłych ludzi mieszkającym w kraju, gdzie nie widzą dla siebie miejsca uatrakcyjnia tą opowieść.

hologram_dla_krla2

Tykwer konsekwentnie trzyma się określonego kierunku, ale wprowadza wiele retrospekcji, podkreślając skomplikowany charakter zagubionego Alana. Nawet delikatnie poprowadzony wątek miłosny między mężczyzną a poznaną lekarką Zahrą, staje się spójnym fragmentem całości. Na szczęście twórca wnosi odrobinę humoru (żart z CIA czy strach z powodu domniemanej bomby w aucie Yousefa), podnosząc mocno na duchu i dając nadzieję.

hologram_dla_krla3

Wszystko to uwiarygodnia swoją świetną rolą Tom Hanks, który pozornie wciela się w kolejnego everymena, ale tym razem jest to bohater po wielu ciężkich przejściach, próbujący robić dobrą minę do złej gry. Zmęczony życiem, w obcym świecie z nieznaną mu kulturą, ale jednocześnie nie pozbawiony determinacji oraz uporu. Wszystko to jest bezbłędnie wygrane. Wsparciem (nie tylko komediowym) jest Omar Elba jako młody szofer Yousef, który staje się przewodnikiem oraz przyjacielem naszego bohatera. Sceny wspólnych podróży stanowią popis komedii. Cała reszta postaci stanowi raczej tło dla Hanksa, ale nie ma mowy o nijakich bohaterach.

hologram_dla_krla4

„Hologram dla króla” to słodko-gorzka historia szukania (i odnalezienia) nowego miejsca na Ziemi oraz nadziei. Kino powstałe ku pokrzepieniu, ale nie przesłodzone. Pachnące Orientem (piękne zdjęcia oraz cudowna muzyka), ale nie kiczowate. Nawet jeśli nie zostanie w pamięci na długo, to daje sporo do myślenia, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Pieczone gołąbki

Gruba Kaśka – nie, nie chodzi o kobietę – jest stacją pomp wodociągowych w Warszawie. I właśnie tam pracuje poeta, Leopold Górski. Jest poetą, czyli jak każdy pisze wiersze, które śpiewa w fabryce, motywując swoich kolegów do pracy. Problem w tym, że jak w każdym miejscu pracy, nie każdemu pracować się chce. Dlatego sekretarz w wodociągach, daje poecie zadanie: ma trafić do najgorszej ekipy kierowanej przez majstra Wierzchowskiego. A w zamian za to ma dostać mieszkanie, na które od dawna zasługuje.

pieczone_goabki1

Tym filmem, to Chmielewski postanowił pójść dalej i zaszaleć (jak na rok 1966). Postanowił połączyć mocno archaiczną formę, czyli produkcyjniaka (czyli jak się żyje we fabryce czy innym zakładzie) z komedią śpiewaną (musicalem znaczy się), ale bez układów tanecznych. Już sam pomysł wtedy wydawał się karkołomny, a dziś (z powodu minionego ustroju) wydaje się mocno archaiczny. Kontrast wywołany miedzy naszym kulturalnym (wręcz do bólu) Poldkiem a brygadą wyglądającą jak ostatnie łachmyty, ma w sobie groteskowy posmak i wydaje się przez chwilę rozbrajająca. Ale już ta cała nowomowa użyta tutaj, pełna propagandowych haseł, doprowadza do bólu zębów największych twardzieli. To nie miało prawa wytrzymać (choć przeprosiny z powodu awarii są bardzo fajne) tylu lat, a kilka montażowych jazd (ucieczka Górskiego przed nowymi kolegami w przyspieszeniu) to troszkę za mało.

pieczone_gobki2

Chmielewski próbuje jeszcze dać troszkę luzu w piosenkach i to jest najmocniejszy atut. Zgrabnie, lekkie, dowcipne oraz przyjemne kompozycje kompozytorsko-tekstowego duetu Jerzy Matuszkiewicz/Wojciech Młynarski wpadają w ucho (a już finałowa „Gdy Kasię kochać da się” – perełeczka). W nich jest humor, który zestarzeć się nie chce. Także drobne przekomarzanki czy desperacka próba zdobycia mieszkania z wykorzystaniem dziecka ogląda się nieźle.

pieczone_gobki3

Także dzięki próbującej się (udanie) wejść w tą konwencję. Trudno nie odmówić uroku Krzysztofowi Litwinowi (Leopold), który jest tak poczciwy („dobry chłop”) i szczery, że słodziutki. Nawet, gdy próbuje wejść w otoczenie (te zdarte ciuchy!!!), jest wiarygodny. Podobnie nie można oderwać oczu od Magdaleny Zawadzkiej (Kasia), będącej tutaj jedynie tłem do stworzenia romansu (całkiem niezłego). Jednak i tak scenę kradnie trio Adam Mularczyk/Wacław Kowalski/Jerzy Karaszkiewicz (załoga majstra Wierzchowskiego) swoim łobuzerskim stylem życia i niezbyt silnym zaangażowaniem (na początku).

pieczone_gobki4

Innymi słowy „Pieczone gołąbki” to słabsza, ale ciągle przyjemna rozrywka. Chmielewski nie daje w pełni plamy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu niespełnienia. Obejrzeć nie zaszkodzi, jednak przyzwyczaiłem się do innego poziomu, jaki tworzył reżyser. Na szczęście dalej było tylko lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Walet pikowy

Wacław Kawanias jest latarnikiem, który nie opuścił swojej samotni od ponad 20 lat. W tym czasie studiował kryminologię, w czym pomogły znajdujące się książki. I wtedy latarnika odwiedza inspektor Marac, który bez rezultatów ściga najniebezpieczniejszego przestępcę – Testona. Człowiek ten okrada banki na całym świecie, a jedyną poszlaką jest jego niemowlęce zdjęcie. Kawanias decyduje się wyjść na zewnątrz i ruszyć tropem przestępcy.

walet_pikowy1

Tadeusz Chmielewski kontynuuje tutaj swoją filozofię na komedię znaną z „Ewa chce spać”. Czyli pozostaje twórcą życzliwym bohaterom, proponuje humor bardzo subtelny i delikatny, tym razem dodając dość pretekstową intrygę kryminalną. Dla mnie jednak największym problemem jest pewien rozrzut i niezdecydowanie. Dlaczego intryga jest pretekstowa? Bo Testona szukają wszyscy: policjanci, zakochani, rzezimieszki, tylko nie Kawanias. On tak naprawdę (co poznajemy w uroczych retrospekcjach) szuka pewne kobiety, która była dla niego bardzo ważna, ale odeszła dla innego. (Skąd my to znamy?) i dlatego ta cała opowieść ma bardzo nierówne tempo. Poszukiwania policji nie są pozbawione dowcipu (poszukiwanie przedmiotu Testona, podglądanie każdego podejrzanego czy akcja w pociągu), ale retrospekcje i wątek życia Kawaniasa (prześliczna, chociaż bardzo oszczędna scenografia, przypominająca filmy nieme) spowalniają tempo. I reżyser chyba nie do końca wie, jak to wszystko ugryźć.

walet_pikowy2

I znowu całość bierze mocno w nawias, gdyż cała historię widzimy w… przedwojennym kinie, gdzie ręcznie obsługiwano maszynę. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, czy jest to iluzja, a może była taka historia. Chmielewski kolejny raz podpuszcza, myli tropy i powoli odkrywa całą układankę. Ale czy tylko mnie dziwi to, że Kawanias kompletnie nie znając zewnętrznego świata (20 lat w latarni), zachowuje się tak, jakby ta przerwa trwała kilka minut. Nie dziwi się ani innym ludziom, ani otoczeniu, samochodom, pociągom – tak jakby były zawsze. Troszkę psuje mi to wiarygodność całej opowieści.

walet_pikowy3

I nawet bardzo dobrze zagrane role Czesława Roszkowskiego (Kawanias, który wydaje się niemal kalką Sherlocka Holmesa – zwróćcie uwagę na jego rozmowę z inspektorem) i Stefana Bartika (sprytny i nieuchwytny Teston – trochę przypomina Fantomasa), nie były w stanie udźwignąć tej eksperymentalnej koncepcji. Był w tym potencjał, ale brak silnej ręki reżysera oraz skrótowy scenariusz doprowadził do rozczarowania. Szkoda, bo to ładny film.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ewa chce spać

Jest gdzieś małe miasteczko, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite. Panuje ład i porządek, wszyscy są sobie życzliwi, a nawet przestępcy wydają się osobami kulturalnymi. I to właśnie tutaj trafia Ewa – młoda dziewczyna znikąd. Przyjechała do szkoły (a dokładniej do technikum) ale dojechała nocą przez co może nigdzie przenocować. Jest sama w obcym miejscu, kompletnie zagubiona. Przypadkowo poznani ludzie sprawią, że spędzi najbardziej zakręconą noc, jak to tylko możliwe.

ewa_chce_spa1

W 1957 roku polska komedia kopiowała wzorce ze swojego starszego brata w socjalizmie, jeszcze. Ale wtedy pojawił się pewien młody, bezczelny (wiadomo, jak pisał Gombrowicz: „W młodości jest coś bezczelnego”) filmowiec, który próbował pójść w zupełnie innym kierunku. Tadeusz Chmielewski już od samego początku chce zrobić film bardziej liryczny, delikatny i jednocześnie ciepły wobec bohaterów. Gdy dostajemy na dzień dobry, ręcznie narysowany widok na miasto i balladę, ilustrującą nocne życie na mieście (miłość tak gorąca, że aż słupy się wykrzywiają, policjanci grając na flecie łapią przestępców), serwując odrobinę absurdalny tekst. I już to Intryguje, bo nie brakuje galerii ciekawych postaci oraz nieszablonowych pomysłów: szkoła dla chuliganów, hotel robotniczy, gdzie panowie (w tajemnicy) sypiają ze swoimi kobietami, policjanci przygotowując się do inspekcji „pożyczają” przestępcę do aresztu, pijani woźnica pogrzebowy. Wszystko toczy się w takich oparach absurdu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczne i pełne wdzięku.

ewa_chce_spa2

Reżyser (wspólnie z piszącym dialogi Jeremim Przyborą) ma świetne ucho do tekstów, dodając sznytu każdej z postaci. Trudno nie zapomnieć takich epizodów jak komendanta („że tak powiem”), ambitnego cwaniaka Lulka („kup pan cegłę”) czy nawijającego żargonem właściciela knajpy. Chociaż gagi oparte są na klasycznych nieporozumieniach i pomyłkach (Ewa stojącą obok mostu uznana za samobójczynię, kasiarz przebrany za policjanta czy położenie granatu w knajpie), to jednak nie da się nie powstrzymać od śmiechu. Ale na sam finał dostajemy bardzo przewrotną woltę, biorącą całość w wielki nawias.

ewa_chce_spa3

Do tego jeszcze cudowne (z braku lepszego słowa) aktorstwo, gdzie każda postać zapada mocno w pamięć. Nie można odwrócić oczu od debiutującej Barbary Kwiatkowskiej, której naiwność i łatwowierność staje się iskrą komediowych wydarzeń. Podobnie czarujący jest Stanisław Mikulski jako policjant Piotr, który początkowo traktuje Ewę z wrogością i niechęcią, jednak relacja ta ulega ciągłe dynamice. I jeszcze jest masa drobnych epizodów, gdzie można zobaczyć takich mistrzów jak Ludwik Benoit (kasiarz), Stanisław Milski (portier), Maria Kaniewska (kierowniczka hotelu robotniczego) czy Zygmunt Zintel (surowy, wyglądający jak pruski oficer major Piętka). Tego jest dużo więcej, a nie zamierzam zdradzić wszystkich.

ewa_chce_spa4

Wielu może się nie spodobać ta bajkowa aura, jaką posiada debiut Tadeusza Chmielewskiego, ale trudno odmówić temu dziełu uroku oraz ciepła. Życzliwe kino, które z dziwnych i niezrozumiałych powodów zestarzeć się nie chce, godnie nosząc miano klasyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Soundgarden – Batmotorfinger (25th Anniversary Edition)

Soundgarden

Wczoraj w wieku 52 zmarł Chris Cornell – jeden z najbardziej wyrazistych głosów w historii muzyki rockowej oraz ikona muzyki grunge. A skoro tak, by nie zapomnieć o tym twórcy, sięgnąłem po jeden z albumów macierzystej grupa faceta z Seattle, czyli Soundgarden. W zeszłym roku album „Batmotorfinger” obchodził 25-lecie premiery, więc z tej okazji wydano specjalną edycję płyty, ze zremasterowanym dźwiękiem. Była to pierwsza płyta nagrana z basistą Benem Shephardem.

Zaczyna się od szybkiego uderzenia w postaci powtarzających swoje riffy gitar w „Rusty Cage”, do których dołącza perkusja i bas (mocno wybijający się w środku). Ale w okolicy trzech minut, następuje gwałtowne spowolnienie, gdzie wybija się wyłącznie waląca perkusja, z krótkimi riffami. Mroczniej (i bardziej grunge’owo) czuć w „Outshined”, chociaż na początku myślałem, że to Alice in Chains. Ale po minucie wszystko zaczyna nabierać lekkiego przyspieszenia (chórek w tle, żwawsza gra gitary), by w zwrotce wrócić do stanu początkowego i na koniec podkręcić aurę. Równie wolny, choć riffy niepokojące, jest w „Slaves & Bulldozers”, których nie powstydziłby się Black Sabbath (i nie chodzi tylko o sołowki gitar, ale cały klimat). Przy „Jesus Christ Pose” dochodzi do niemal dzikiego przesteru gitar, co wywołuje dezorientację, a riffy wydają się lekko „orientalne”. Brzmi to wręcz zwierzęco, a mimo lat ma w sobie potężną moc (końcówka to już jazda bez trzymanki, gdzie perkusja może się wyszaleć), podobnie jak bardziej punkowe „Face Pollution” (wpleciono trąbkę) czy zaczynające się przerobionym głosem, mocnym „Somewhere”, gdzie zgrabnie wpleciono akustyczną gitarę. Wolniej zaczyna się „Searching With My Good Eye Closed”, gdzie na początek dostajemy… narratora (Damon Stewart) i odgłosy zwierząt (a także zapętlony riff), by uderzyć sekcją rytmiczną i dwie minuty przed końcem strzelić kompletnie w innym kierunku (głos Cornella niczym echo nakłada na siebie).

Ale nic nie było w stanie przygotować mnie na „Room a Thousand Years Wide”, zaczynającego się od wrzasku oraz przesterów, doprowadzających do ciężkich ciosów gitarą, która tnie niczym osa (i tak samo bzyczy), a na sam koniec jeszcze atakuje psychodeliczny saksofon Scotta Granlunda z krótkimi wejściami trąbki. By ochłonąć, dochodzi do spokojniejszego wyciszenia w „Mind Riot”, gdzie delikatnie gra gitara oraz minimalistyczna perkusja, lecz to tylko zasłona dymna, gdyż zaczyna się robić mroczniej. „Drawing Files” to powrót do siarczystego, brudnego i ostrego grania z kolejną dawką trąbki z saksofonem. Tak samo ciężki (ale bez saksofonu) jest „Holy Water”, a riffy znowu kłują i żądlą oraz wściekły „New Damage”.

Dźwięk robi niesamowite wrażenie, tak samo jak bardzo silny głos Cornella, który na wysokich rejestrach (i wrzaskach) daje z siebie więcej niż wszystko. A jednocześnie każde słowo jest zrozumiałe i czytelne. Nie znaczy to jednak, że nie dostajemy nic więcej. Dochodzą jeszcze trzy płyty (w wersji super deluxe jeszcze DVD), które zawiera wersje studyjne piosenek, czyli przed miksowaniem (plus wydane później „Cold Bitch”, „She’s a Politician”, „Birth Ritual” oraz „Black Rain”) oraz zapis koncertu w Paramount Theatre w Seattle z 1992 roku. I te bonusy czynią całość jeszcze bardziej atrakcyjną, a fani takiego grania muszą mieć tą edycję. Mimo 25 lat na karku, to nadal smakowity album, bez którego rock nie byłby taki sam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alter Bridge – The Last Hero

alter_bridge_the_last_hero

Rockowa grupa kierowana przez Mylesa Kennedy’ego (współpracującego ze Slashem) postanowiła o sobie przypomnieć. A jak wiadomo, dobrego rocka nigdy dość i jest potrzebna energia na tą ciepłą porę roku. Dodatkowo wsparty przez stałego producenta, Michaela „Elvisa” Baskette’a, dodają mocne dzieło w postaci „The Last Hero”.

I na dzień dobry dostajemy sygnał, że nie będzie drogi na łatwiznę, bo ostry jest „Show Me a Leader”, chociaż początek zapowiadał się zupełnie inaczej z „orientalnie” grającą gitarą, do której coraz szybciej i szybciej dobija perkusja z basem. Wtedy całość staje się siarczysta, krwista oraz mega brutalna, jak to w hard rocku bywa. To jednak miała być dopiero rozgrzewka, bo „The Writing on the Wall” daje jeszcze większego kopa w postaci kanonady perkusyjno-dzwonowej i orientalnego wrzasku na początku, by tylko w refrenie pozwolić na chwilkę oddechu. Tak jak pełen wokaliz wstęp do mrocznego „The Other Side” z coraz bardziej tnącymi riffami. I nawet jeśli czuć inspirację innymi, to kapela przetwarza to po swojemu. Tak jest z „My Champion” z riffami jakby wziętymi od AC/DC, tylko bardziej podkręconymi czy w „Poison in Your Veins”, którego nie powstydziłby się… Nickelback, gdyby tak grał od samego początku (i te perkusyjne ciosy na początku – nokaut gwarantowany). I nie zmieniają tego nawet krótkie momenty postoju (niemal akustyczny początek epickiego „Cradle to the Grave” czy w niemal akustycznym „This Side of Fate”), które nie pozwalają w pełni złapać oddechu.

Alter Bridge nie pozwala na wyciszenie, tylko coraz bardziej doprowadza do stanu emocjonalnego wrzenia, co jest także zasługą silnego wokalu Kennedy’ego. Trudno znaleźć jakiekolwiek słabe kompozycje (nawet umieszczony jako bonus „Last of Our Kind” daje mocnego kopniaka), a poziom wykonania robi ogromne wrażenie. O taki rock walczyliśmy i walczyć będziemy.

8/10

Radosław Ostrowski

Steven Tyler – We’re All Somebody from Somewhere

Steven_Tyler_We%27re_All_Somebody_from_Somewhere

Czy jest jakiś fan muzyki rockowej, który nie znałby Stevena Tylera? Frontman bardzo popularnej formacji Aerosmith, posiadający ogromną charyzmę oraz bardzo mocno podniszczoną przez życie twarz, dopiero w zeszłym roku zdecydował się na solowy debiut. Jednak fani rockowego grania, przeżyli ogromny zawód, gdyż był to album w stylu country. Czy to oznaczało porażkę?

Za realizację odpowiadał sztab producentów kierowany przez T-Bone’a Burnetta, więc wydawać się mogło, ze będzie dobrze. I początek jest bardzo obiecujący w postaci wyciszonego, ale bogatego aranżacyjnie „My Own Worst Enemy”. Tam, poza ładną gitarą akustyczną, mamy starobrzmiący fortepian, akordeon oraz minimalistyczną perkusję. Ale pod koniec (półtorej minuty) dochodzi do eksplozji dźwięków oraz mocnego uderzenia. Dopiero wtedy pojawia się utwór tytułowy, gdzie swoje zaczyna robić ostrzejsza perkusja z gitarą elektryczną. A nawet swoje pięć minut ma trąbka. Nawet jeśli pojawiają się pewne udziwnienia (przesterowany wokal w brudnym „Hold On”) czy bardziej festynowy charakter (drażniące uszy „It Ain’t Easy” z obowiązkowymi smyczkami i steel guitar), to zawsze można wyłowić coś interesującego. Nawet w takim „patatającym” „Love Is Your Name”, gdzie ładnie śpiewa żeński głos, ale całość brzmi tandetnie czy w klaskanym „I Make My Own Sunshine” z mandoliną. Ale wtedy całość staje się znośna tylko dla fanów country i pstrokacizny muzycznej.

Nawet jeśli pojawia się fragment ostrzejszego łojenia jak w „Only Heaven” czy singlowego „Red, White & You”, to wszystko jest tak polane nudnymi i ogranymi dźwiękami country, że wywołuje ono bardzo silne znużenie. Także troszkę zużyty i miejscami bardzo wycofany wokal Tylera, sprawia wrażenie zmęczonego. I nie pomaga ani mroczniejszy cover „Janie’s Got a Gun” czy rozbudowany „Piece of My Heart”. Absolutnie średnie dzieło, pozbawione jakiejkolwiek pasji.

5/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Zmartwychwstaniemy

ru-1-r-640,0-n-2358717kZKy

Arkadiusz Jakubik i reszta ferajny znana pod szyldem Dr Misio powraca z trzecim wydawnictwem. Konsekwentnie trzymając się rockowej stylistyki, ale tym razem wspierani przez producenta Kubę Galińskiego. Czy to znaczy, że złagodnieli i nie będzie punkowo-alternatywnego sznytu?

Już tytułowy utwór wprawia w zakłopotanie: minimalistyczna, etniczna perkusja, w tle organy (prawie jak w kościele), do tego jeszcze sitar. I dopiero w połowie wchodzi gitara, która daje lekkiego ognia, by na koniec znowu zgasnąć, a kobiecy wokal w refrenie dodaje niesamowitości. Równie intrygujące jest szybki, perkusyjny „Mordor” z krzykliwie kiczowatą elektroniką oraz wplecionymi rozmowami, jakby żywcem wziętymi z biura jakiejś korporacji, przez co nabiera charakteru kpiny z korpo-świata. Wyciszenie przychodzi w singlowym „Piśmie”, ocierającym się o niemal akustyczne brzmienie, z chwytliwym riffem oraz „sakralnymi” organami oraz bardziej nowofalowym (czyli pełnym minimalistycznej elektroniki) „Bądź moim Googlem”. Mroczniej się robi w minimalistycznym „Ochroniarzu” oraz tandetnym (celowo) „Nonsensie”, gdzie całość wydaje się strasznie kiczowata.

Zespół gra znacznie przystępniejszą muzykę, przez co na pewno zyska większych zwolenników, nawet jeśli wydaje się to na początku dziwaczną sklejką. Sam Jakubik daje radę, bardziej recytując niż śpiewając, ale pasuje do całości. Nie zawodzą za to teksty, tworzone przez Krzysztofa Vargę i Marcina Świetlickiego. Panowie nie szczędzą ostrych słów wobec Kościoła, korporacji, wirtualnego życia oraz pewnego rozczarowania („Klubokawiarnia Smutek”). I to uderza z prawdziwą siłą.

„Zmartwychwstaniemy” to najbardziej przystępny i mocno postrzelony stylistycznie album Dr Misio. Jakubik i spółka bardziej bawią się w alternatywny pop, naszpikowany elektroniką, co może wielu wprawić w konsternację, ale jest to na tyle dobrze zrobione (do tego te teksty i charyzma Jakubika), iż można to wybaczyć. Dobra i bezpretensjonalna płyta.

7/10

Radosław Ostrowski

The Cranberries – Something Else

Cranberriessomethingelse

Ktoś jeszcze pamięta irlandzki zespół The Cranberries? W latach 90. była jedną z popularniejszych grup pop-rockowych, co było zasługą zarówno zgrabnych melodii, jak i hipnotyzującego wokalu Dolores O’Riordan. Po rozpadzie wydawało się, że nic już nie będzie. Ale w 2011 doszło do powrotu i całkiem fajnej płyty „Roses”. Teraz jest nowe wydawnictwo, ale nowości tu jak na lekarstwo, gdyż jest to płyta akustyczna. Samo w sobie nie jest to złym pomysłem, zwłaszcza że przy nagraniach pomagała Irish Chamber Orchestra przy Uniwersytecie Limerick. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pójścia na łatwiznę i oczywistego skoku na kasę. Tak myślałem przed odsłuchem i nie liczyłem, że coś się zmieni w tej materii. I co się stało?

Początek jest cudny, bo i taki jest „Linger” z wplecionymi smyczkami w tle. Łatwo poczuć się jak w Irlandii, a chyba o to chodziło.  Wszystkie te kompozycje zachowują melodyjny szkielet, ale za to kompletnie mają inne tempo. To widać w przypadku zgrabnego „Dreams”, gdzie szybko przygrywa kwartet smyczkowy. Ale jest parę drobnych smaczków w postaci uderzeń perkusji w szybkim „When You’re Gone” czy znacznie niepokojące smyki w pozornie wyciszonym „Zombie”. Pojawia się troszkę mniej znany „Ridiculous Thoughts”, które nadrabia dynamiką oraz „Free to Decide”. A mój ulubiony utwór zespołu, czyli „Ode to My Family” zachował nostalgiczny charakter (te smyczki łapią za serce). Aranżacje są naprawdę ładne, konsekwentnie budujące klimat Zielonej Wyspy, ale troszeczkę zachowawczo. Myślę, że można było bardziej zaszaleć i pomajstrować.

Żeby nie było, ze jest to, co już znamy, ferajna dodała trzy nowe kawałki. Najładniejszy z tego zestawu jest smyczkowo-akustyczny „The Glory”. Mroczniej się robi w „Rupture”, gdzie odbijająca się niczym echo perkusja, tworzy aurę niepokoju, której nie jest w stanie zmienić obecność fortepianu i skrzypiec. A na koniec najlepszy „Why?”, gdzie kapela gra z całej mocy (i nawet mandolina nie zmienia tego charakteru).

O’Riordan nadal ma czarujący, przyjemny głos, który trzyma wszystko za pysk i nie puszcza aż do samego końca. Tu na szczęście, nic się nie zmieniło, a cała reszta dopełnia całości. I czuć w tym, że muzykom chciało się grać.

„Something Else” to tylko (lub aż) zestaw ładnych piosenek w formie niemal unplugged. Liczyłem chyba bardziej na nowy materiał (w końcu mieli ponad 5 lat na przygotowanie), jednak te trzy nowe piosenki tylko zaostrzyły mi apetyt na nowe (mam nadzieję) wydawnictwo. I oby tym razem było to naprawdę coś innego.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorillaz – Humanz (deluxe edition)

gorillaz-humanz

Animowana grupa wokalna kierowana przez Damona Albarna (blur) powraca po siedmiu latach przerwy. Gorillaz tak jak poprzednio, pozapraszało armię gości, których nie da się policzyć na palcach obydwu rąk (wspomnę później o tym), ale czy nadal mamy do czynienia z przebojową mieszanką elektroniki z czarnymi brzmieniami (soul, rap, funk)? I czy tak długa przerwa nie spowodowała braku świeżości?

Całość przerywana jest krótkimi wstawkami, gdzie słyszymy aktora Bena Mendelsohna, wypowiadającego kwestie, będące spoiwem dla całej opowieści, wplatając dziwaczne dźwięki w tle. I od razu dostajemy strzał w postaci wyjącej syreny na początku „Ascension”, by przejść w płynny, dyskotekowy numer (skoczne bity, wplecione chórki), który kończy się za szybko. W podobnym rytmie wybija się strzelający „Strobelite”, gdzie wybija się perkusja oraz mocno pachnąca latami 80. elektronika. Nie brakuje odrobiny mroku (dziwaczne, popowo-hinduskie „Saturnz Barz”, gdzie szaleje Popcaan czy pełen wysamplowanych gitar „Charger” z niesamowitą Grace Jones – tutaj Albarn ma więcej przestrzeni), ciepłego synth popu (świdrujące „Submission” z łagodnym wokalem Keleli i ostro rapującego Danny’ego Browna czy wyciszonego „Busted and Blue”) czy niebezpiecznego skrętu w kicz („Momentz”, gdzie muzykę zrobił… Jean-Michele Jarre, a nawija kapitalnie De La Soul czy plastikowa „Andromeda”). Dzieje się tu wiele, ale ten chaos pozbawiony jest jakiegokolwiek spoiwa. A im dalej w las, tym coraz bardziej staje się powtarzalnie i nudno (niby pulsujący „Carnival”, ale już to uderzenie perkusji z elektroniką było).

Albarn ściągnął, jak wspomniałem wielu gości (poza w/w m.in. Benjamina Clementine’a, Anthony’ego Hamiltona, Rag’nBone Mana, Pusha T czy Kali Uchis), jednak tylko nieliczni wybijają się z tego zestawu. Panowie i panie są tutaj tylko dodatkiem dla muzycznych popisów Albarna, który odzywa się bardzo rzadko i co pozwala zastanawiać się, czy to aby na pewno Gorillaz. Brzmieniowo jednak to nadal oni, ale to wszystko sprawia wrażenie dźwiękowego pustostanu. Całość sprawia wrażenie patchworka, gdzie nawalono masę pomysłów, jednak nie skleja się to w żadną całość, a same kompozycje powoli zaczyna się wtapiać w jedną papkę, z której trudno coś wyłuskać.

Nawet jeśli pojawiają się bardziej wybijające od reszty numery, to są one mocno gaszone czy przed natłok dźwięków („We Got The Power”), nadmiar gości („The Apprentice”) czy zbyt krótki czas trwania („Let Me Out”). Przez co „Humanz” nie sprawdza się ani jako album imprezowy, ani komentarz (bo taki był plan) do działań obecnego prezydenta USA. Ogromna szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski