Dom

Boovy to kosmiczne istoty, które ciągle uciekają przed paskudnymi Gorgami. A dlaczego uciekają? Tego tak naprawdę nie wiemy, a dowodzący grupą kapitan Smeak decyduje się znaleźć kolejną planetę do ucieczki. I wybór pada na Ziemię, gdzie zostaje wywrócona grawitacja, a ludzie skupieni w jednym skupisku w Australii, bo Boovy potrzebują własnej przestrzeni życiowej. Ale ten spokój może zostać odebrany przez Boova o imieniu Oh. Niby wygląda jak swoi pobratymcy, lecz jest bardziej otwarty (a to jest niedopuszczalne) i próbujący bardziej podchodzić na luzie. Popełnia jednak błąd, gdyż chcąc zaprosić na swoją imprezę w nowej chacie wysyła zaproszenie… do wszystkich. W tym do Gorgów, a to oznacza jedno: Oh jest ścigany. Po drodze trafia na nastoletnią Tip, która próbuje znaleźć swoją mamę. Chcąc nie chcąc, łączą siły.

dom1

DreamWorks – jak każda wytwórnia filmowa – ma swoje spektakularne sukcesy („Shrek”, „Madagaskar”), jak i porażki (sequele w/w). Bo przecież nie można być ciągle w dobrej formie. Sama historia w „Domu” jest prosta, ale i takie proste opowiastki można poprowadzić na tyle sposobów, że zapadają mocno w pamięć. Twórcy „Domu” nie są w stanie podołać temu zadaniu, a wszystko idzie według oczywistego schematu: zderzenie dwóch postaci z różnych światów, zakończony przyjaźnią i wspólnym życiem. intryga jest prosta, ale prowadzona zdecydowanie za szybko i po łebkach. O samych Boovach wiemy, że są strachliwe i jedynym ich sposobem przetrwania jest ucieczka, zaś ludzie zostają zepchnięci na tak daleki drugi plan, że poza Tip tak naprawdę nie ma nikogo. Po drodze musi dojść do tarć i spięć, co nawet bywa zabawne (tutaj humor zdecydowanie sytuacyjny ze spektakularną pogonią w Paryżu), jednak brakuje jakiejś silniejszej iskry. Ja się strasznie wynudziłem w trakcie seansu, bo jest to typowa produkcja skierowana dla młodego odbiorcy.

dom2

Owszem, przesłanie jest niegłupie (tolerancja i przełamywanie nieufności), kreska ładna, a same Boovy wyglądają uroczo, jednak czegoś mi tu zabrakło. Polski dubbing jest całkiem przyzwoity, a najmocniej zapada nietypowa (bo niepoprawna) składnia językowa. I tutaj jest najmocniejsze źródło komizmu, a głosy są całkiem przyzwoity. Zarówno lekko postrzelony Oh (Przemysław Stippa), jak i Tip (Monika Dryl) brzmią całkiem nieźle, ale aż korci mnie sprawdzenie oryginalnych głosów (kolejno: Jim Parsons oraz Rihanna). Ale nie wiem, czy to byłaby dla mnie wystarczająca zachęta.

dom3

Ale już chyba jestem za stary na takie filmy jak „Dom”, które poza odegraniem sprawdzonym schematem nie dodają absolutnie nic nowego. Być może rozpieściły mnie te postmodernistyczne żarty w bajkach, sprawiające przyjemność osobom w każdym wieku, a może wczorajsze seansy były tak mocne. Produkcja DreamWorks sprzed dwóch lat kompletnie przepadła w pamięci kinomanów i mnie to nie dziwi.  Z drugiej strony kreska jest naprawdę ładna, nadal może się podobać, tylko że dla mnie to mocno za mało.

5/10

Radosław Ostrowski

BFG: Bardzo Fajny Gigant

Dawno, dawno temu, choć właściwie nie tak dawno żyła sobie mała dziewczynka o imieniu Sophie. Mieszkała w londyńskim sierocińcu i była sama. Ciężko żyć samemu w takim nieprzyjaznym świecie bez rodziny i przyjaciół. Ale pewne nocy zostaje ona porwana przez wielkoluda. Olbrzym zwany Karłem mieszka w Krainie Olbrzymów i – zamiast zjadać ludzi niczym jego bardziej napakowani pobratymcy – hoduje rośliny oraz tworzy sny. Nawet w jego otoczeniu, dziewczynka nie może czuć się bezpiecznie.

bfg1

Steven Spielberg to filmowiec, który niczego nie musi już udowadniać, choć kino familijne konwencją przez niego wybieraną. Tym razem sięgnął po lubianego w Hollywood Roalda Dahla i balansuje między mrokiem a humorem. „BFG” to opowieść o niezwykłej przyjaźni między dziwacznie mówiącym olbrzymem (jego poprzekręcane słowa bawią) a delikatną, pewną siebie dziewczynką. Owszem, jest to przewidywalne, jednak ogląda się to całkiem nieźle. Spielberg ciągle wie jak czarować swoją wyobraźnią, po pokazuje niesamowita scena w Ogrodzie Marzeń, gdzie nasz gigant łapie sny wyglądające niczym świetliki i w swoim warsztacie tworzy kolejne obrazy. Ale pobratymcy naszego Karła wyglądają oślizgłe i mniej przyjemnie, nie tylko ze względu na buźkę oraz kupę mięsa. Wtedy potrafi być mrocznie i niepokojąco jak w scenie demolowania lokum BFG w celu schwytania dziewczynki.

bfg2

W całość zostaje na końcu wplatane… wojsko, co już zakrawa absurdem. W ogóle poczucie humoru to najsłabszy element filmu Spielberga, bo poza słownymi neologizmami jest slapstickowy zestaw gagów (rzucanie Karłem przez większych kolegów niczym piłką czy wizyta u królowej). Pal licho sam slapstick, ale już puszczanie bąków (dość spektakularne) nie jest zbyt fajne i bawiłby tylko najmłodszych. Ale czy będą chciały obejrzeć „BFG”? problem z tym filmem jest taki, że dla dzieci może być ten tytuł zbyt mroczny i przerażający, a dla starszego i dorosłego widza będzie zbyt nudne, mimo pierwszorzędnej realizacji.

bfg3

Sytuację częściowo ratuje duet aktorski, prowadzący całą historię od początku. Mark Rylance (komputerowo obrobiony BFG) bardzo dobrze oddaje naturę wrażliwego, delikatnego olbrzyma, skupiającego się na rzucaniu snów, a sposobem mówienia bardziej przypomina dziecko. Debiutująca na ekranie Ruby Barnhill (Sophia) naprawdę daje radę, tworząc ciekawe połączenie dojrzałości, uporu oraz ciepła.

bfg4

„BFG” nie stanie się raczej klasykiem kina familijnego, ale poniżej pewnego poziomu Spielberga nie schodzi. Szkoda, że ten film ma dość nierówne tempo i nie do końca wykorzystuje swój potencjał. To był ostatni scenariusz napisany przez zmarłą Melissę Mathieson (z nią Spielberg zrobił kultowe „E.T.”), ale całość jest nawet fajna.

6/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka

Dawno, dawno temu żyli sobie Wikingowie. Byli to ludzie bezwzględni, co mordują, palą, gwałcą i plądrują, a także muszą zabijać smoki, co kradną im jadło, niszcząc przy okazji wszelkie domostwa. Jednak w każdej wiosce Wikingów jest jeden taki, który wydaje się nie pasować do reszty. Kimś takim jest Czkawka – niski, młody i bardzo cherlawy chłopak, co w porównaniu z resztą mieszkańców, wyglądających niczym zawodowi koksiarze, jest kpiną. Ale to ten chłopak przypadkowo rani bardzo niebezpiecznego smoka – Nocną Furię, co nikt nie jest w stanie zauważyć. Sprawdzając miejsce, gdzie bestia może się ukryć, znajduje rannego smoka, którym zaczyna się opiekować i kurować. W tym czasie jego ojciec i wódz plemienia wyrusza, by namierzyć leże smoków, a Czkawka musi przejść szkolenie na prawdziwego zakapiora.

smok2

W 2010 roku DreamWorks tym filmem złapał drugi oddech i mógł znowu rywalizować z resztą stawki, jeśli chodzi o animację. Opowieść o chłopcu, który doprowadza do życia w symbiozie między ludźmi a smokami toczy się dość stopniowo i powoli, skupiając się na relacji między nieporadnym chłopcem a smokiem. Szczerbatek (tak zostaje nazwany) to uroczy (śliczniutki pyszczek) smoczek, który staje się przyjacielem. Chłopak pomaga mu się podnieść po uszkodzeniu ogona i zaczyna tresować zwierzaka, latając razem z nim po przestworzach, ale musi to ukrywać w tajemnicy. Tak samo szkolenie odbywa się, skupiając się na praktycznym aspekcie zabijania skrzydlatych bestii, a i pojawia się obowiązkowo ognista (z charakteru) Astrid oraz ojciec nieakceptujący nowego oblicza syna. Niby to schematyczne i przewidywalne, ale i tak dobrze się ogląda, co jest zasługą ślicznych plenerów, pięknie wyglądającego Szczerbatka oraz epickiej muzyki Johna Powella.

smok1

Także sama animacja mocno w stylu DreamWorks z dość dużymi twarzami bohaterów zasługuje na uznanie. Jest płynna, przykuwa oko, a mimika twarzy jest więcej niż porządna. Ale największe wrażenie robią plenery oraz sylwetki smoków – różnorodne, pomysłowe (dwugłowy smok) i wyjątkowe.

smok4

No i dubbing, który trzyma fason, choć jedna postać mi nie podeszła. Chodzi o naszego Czkawkę, którego w polskiej wersji odgrywa Mateusz Damięcki. Aktor daje radę i robi, co może, ale ten głos wydawał mi się troszkę za stary. Za to wszystko bezczelnie kradnie Julia Kijowska (twarda i charakterna Astrid) oraz Miłogost Reczek (surowy, ale kochający ojciec), którzy są po prostu świetni i mają spore pole do popisu.

smok3

„Jak wytresować smoka” to bajka skierowana do zdecydowanie młodego widza, gdyż dorosły i/lub starszy nie znajdzie tutaj zbyt wiele dla siebie. Nie ma tutaj miejsca na postmodernistyczne żarty czy aluzje dla wyrobionych kinomanów. Lekkie kino przygodowe dla dzieciarni, które może się podobać.

7/10

Radosław Ostrowski

Anna Maria Jopek & Gonzalo Rubalcaba – Minione

minione

Anny Marii Jopek przedstawiać nie trzeba: to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich wokalistek jazzowych. Od ostatnich płyt (bo wydała jednocześnie aż trzy – kto zabroni) minęło aż sześć lat, co nie znaczy, że wokalistka zrobiła sobie przerwę. W lutym wydała nowe dzieło, zawierające przedwojenne tanga, przearanżowane i wykonane przez kubańskiego pianistę, Gonzalo Rubalcabę. Tak powstało „Minione”.

Pierwsze, co uderza po przesłuchaniu to… spokój. Przynajmniej na początku w postaci rozleniwionego „Twe usta kłamią”. Tutaj dominuje fortepian, a sekcja rytmiczna jest mocno wycofana w tle. I nawet bardziej przyspieszone solo fortepianu nie jest w stanie tego zmienić. Bardziej zgrabny i żywszy jest „Kogo nasza miłość obchodzi”, gdzie jeszcze swoje daje w połowie kontrabas czy melancholijne „Co nam zostało z tych lat” z marszową perkusją, a nawet karaibsko płynne „Miasteczko Bełz”. Trudno odmówić albumowi spójnego klimatu, ale jako całość zaczyna zwyczajnie nudzić swoją monotonią jak w mruczanym „Besame Mucho”, chociaż trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Muzycy grają więcej niż dobrze, a bardzo delikatny, niemal eteryczny wokal pani Jopek potrafi działać wręcz kojąco.

Tylko to wszystko nie zawsze jest w stanie zapaść mocno w pamięć. Wszystko jest zbyt spokojnie (chociaż bardzo elegancko), a Rubalcaba potrafi czarować swoją grą na fortepianie („Rebeka”). Tylko dla wielu może być to trudne do przejścia, mimo drobnych aranżacyjnych detali.  Ale i tak efekt jest bardzo przyzwoity.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W głowie się nie mieści

Ludzki umysł jest skomplikowaną maszyną, a co dopiero umysł młodego człowieka, który zaczyna odkrywać nowy świat. Tym razem zapuszczamy się do wnętrza umysłu Riley – młodej dziewczynki, która z centrali (czyli mózgu) jest sterowana przez pięć emocji: Radość, Smutek, Odrazę, Strach i Gniew. Najważniejsza jest tutaj Radość, próbująca uszczęśliwić naszą Riley. Okoliczności jednak są mniej przyjemne: rodzina wyprowadza się z Minnesoty do San Francisco, a na miejscu jest syf, kiła i malaria. Do tego Radość i Smutek wypadają z Centrali, co doprowadzić może do kompletnej katastrofy.

w_glowie_sie_nie_miesci1

Nie od dzisiaj wiadomo, że Pixar to prawdziwi filmowi czarodzieje, aczkolwiek ostatnie lata były okresem chudym. Jednak zrealizowane dwa lata temu „W głowie się nie mieści” to wielki comeback do mistrzowskiej formy. Sam pomysł wydawał się prosty i karkołomny, ale pokazanie ludzkiego umysłu, sterowanego przez emocje, mające w pełni ludzki charakter to strzał w dziesiątkę. Bo to emocje pozwalają nam przeżyć wiele niezapomnianych chwil, kształtując naszą osobowość. Z kolei wędrówka Radości i Smutku pokazuje (w bardzo kreatywny sposób) jak funkcjonuje nasz mózg: jak pewne wspomnienia (wyglądające jak kulki do flippera, ale wrażliwe na dotyk) są usuwane i trafiane do nicości; gdzie przechowywane są nasze koszmary i jak powstają nasze sny (wielkie studio filmowe!!!). Mój ulubiony fragment dotyczy fundamentów, które są wysepkami budującymi osobowość naszej bohaterki. To wszystko staje się źródłem bardzo delikatnego humoru, niepozbawionego drobnych aluzji (Miasto Chmur).

w_glowie_sie_nie_miesci2

Jednak tak naprawdę Pixar przypomina, że dojrzewanie jest bardzo trudne, a wtedy potrzebna jest symbioza i zgranie wszystkich emocji ze sobą. Bo dominacja jednej z nich może doprowadzić do katastrofy, włącznie z autodestrukcją. Kapitalnie to pokazują sceny, gdy bierze kontrolę Gniew czy Smutna z Radością próbują znaleźć drogę do domu. I jeszcze ten bardzo dramatyczny finał, który potrafi wzruszyć, dając bardzo wiele do przemyśleń. A jednocześnie miejsce na (być może) sequel.

w_glowie_sie_nie_miesci3

Poza dziką wyobraźnią rysowników oraz prześlicznie pokazanego świata, wszystko robi znakomity dubbing, gdzie jest wszystko idealnie dopasowane do postaci. Radość (czarująca Małgorzata Socha) wygląda i porusza się jak prawdziwa wróżka, emanując dobrocią oraz pozytywną energią. Smutek (świetna Kinga Preis) jest cała w błękicie, nosi bardzo gruby sweter oraz ciężkie okulary, doprowadzając niemal do przygnębienia. Mocny źródłem humoru jest będący na skraju załamania nerwowego Strach (trzymający fason Cezary Pazura) i wyglądający niczym pracownik korporacji Gniew (Szymon Kuśmider), będący prawdziwą tykającą bombą. Ostatnią zaś jest wyglądająca niczym hipsterka Odraza (Maja Ostaszewska), która czuje wstręt do wielu rzeczy. I tylko jako zgrany skład, są w stanie wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, co pokazuje ciepłe zakończenie.

w_glowie_sie_nie_miesci4

„W głowie się nie mieści” to tak potężny cios emocjonalny, gdzie wszystkie klocki odnajdują się na swoim miejscu. Nie brakuje wzruszeń, radości, przygnębienia oraz refleksji. Także pokazuje najmłodszym jak funkcjonuje nasz skomplikowany aparat jakim jest mózg, ale robi to w bardzo przyswajalny (przeprowadzono wcześniej konsultacje z naukowcami), bez łopatologii oraz nachalności. Zrobione z sercem, mądrością oraz ciepłem chwyta każdego, bez względu na wiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród

Czym jest Zwierzogród? To takie miasto, gdzie zwierzęta (wszelkiej maści) żyją ze sobą w zgodzie, a każdy może być kimkolwiek się to żywnie podoba. Właśnie tam trafia młoda króliczka, czyli Judy Hobs. Króliczek, bardzo chce zostać policjantką i marzy, by prowadzić bardzo poważne i ważne sprawy. Ale na miejscu wszystko zostaje bardzo mocno zderzone z rzeczywistością. Zamiast wielkiej sprawy: mandaty. I tak przypadkowo poznaje pewnego cwanego lisa, Nicka Bajera – gościu robi troszkę na lewo i zostaje zaszantażowany. Niejako wskutek okoliczności nasz króliczek prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia kilkunastu zwierząt, ale skupia się na wydrze, w czym pomaga (niejako wbrew sobie) lisiur Bajer.

zwierzogrd1

Disney postanowił przypomnieć sobie, za co kochaliśmy te studio, gdy tacy ludzie jak ja byli bardzo małymi szkrabami, oglądającymi „Króla Lwa” czy „Piękną i Bestię”. Tutaj twórcy w konwencji kryminalnej komedii, próbują opowiedzieć o inności oraz przełamywaniu stereotypowego spojrzenia na innych. A co może pomóc przełamać bariery jak pokazanie bohaterów jako zwierzęta? I jest tutaj bardzo bogata galeria: komendantem jest byk, ochroniarzami gangstera syberyjskie misie, burmistrzem jest lew, a w urzędach pracują wolne jak nigdy leniwce. No i kontrastowy duet królik/lis, który musi też przełamać swoje lęki i nieufność.

zwierzogrd3

Sama intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, serwując w odpowiedniej ilości powagę i humor. Wystarczy wspomnieć brawurowy pościg za bandytą w Chomiczówce (miastu małych zwierzątek) czy ucieczkę przed tygrysem. Do tego twórcy zgrabnie rzucają okiem dla sprawniejszych kinomanów, bo jak inaczej nazwać spotkanie z panem B., który jest… krecim ojcem chrzestnym (i głos ma niski niczym don Corleone). Więc jest wiele dla każdego: i do śmiechu, do płaczu, ale i do refleksji. Wszystko w odpowiednich proporcjach, ale bardziej skierowane jest to dla dzieci. Sama animacja jest po prostu cudowna, kreska przyjemna dla oka, a muzyka odpowiednio buduje napięcie, mieszając stylami.

zwierzogrd2

I jeszcze polski dubbing, który jest wartością dodaną, co w przypadku animacji jest pewnym standardem. Nie inaczej jest w „Zwierzogrodzie”, gdzie nakręca całość świetny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała. Idealnie połączenie wrażliwości, cwaniactwa, słodkości oraz umiejętnego wychodzenia z każdych tarapatów, ale tak naprawdę oboje łączy pewna nieufność, zmieniająca się w zaufanie oraz wzajemne wsparcie w najtrudniejszych momentach. Na drugim planie jest wiele ciekawych postaci, z których najbardziej zapada w pamięć delikatny Pazurian (Sebastian Perdek), groźny pan B. (kompletnie nie do poznania Wojciech Paszkowski), leniwiec Flash (tak wolno Grzegorz Pawlak nigdy nie mówił) czy bardzo surowy komendant Pogo (Krzysztof Stelmaszyk).

zwierzogrd4

„Zwierzogród” to jedna z ciekawszych i sympatyczniejszych animacji jakie powstały w ostatnim czasie. Świetna gatunkowa rozrywka, jak i trafny portret współczesnego świata, gdzie może dojść do różnych konfliktów oraz zwarć. Jednak w tym bogatym i różnym świecie da się znaleźć nic porozumienia, a to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Patrycja Zarychta – Szczęście

PZ-Szcz%C4%99%C5%9Bcie-DOPRACOWANA-WERSJA-wi%C4%99cej-ramion-DO-AKCEPTACJI

Tym pora przedstawić osobę, która dopiero zaczyna swoją muzyczną przygodę (czyli debiutantkę). Mam nadzieję, że to będzie przygrywka przed następnymi, równie ciekawymi projektami. Kim jest Patrycja Zarychta? To wokalistka jazzowa z Katowic, która sama pisze i komponuje. Do tej wygrywała różne konkursy i festiwale jazzowe, ale o jej talencie wiedziało tylko środowisko. Teraz wyszedł jej debiutancki album, który powinien przynieść rozpoznawalność szerszemu gronu odbiorcy. I czy „Szczęście” da słuchaczom sporo szczęścia?

Całość zaczyna się bardzo krótkim intrem, które czaruje swoimi perkusjonaliami oraz bardzo subtelnym wokalem. I wtedy zaczyna się właściwa część, czyli „Microworld”. Bardzo oszczędna (trochę mechaniczna) perkusja, działająca niczym mechanizm zegara, przestrzenne i falujące klawisze, które tylko podkręcają aurę niesamowitości razem z fortepianem. Ale pod koniec wszystko zaczyna gwałtownie przyspieszać (poza Hammondem) i dochodzi do dźwiękowej psychodelii. Takie zderzenie tradycji z nowoczesnością jest fundamentem tego wydawnictwa. Tak samo jest z energetyczną „Kobietą”, gdzie wznoszą się dęciaki razem z bardziej bitową perkusją niczym w soulowym numerze, by w końcu zaszalał na smyczkach sam Michał Urbaniak czy w uwodzącym swoim ciepłem „My Strenght”.

Co nie znaczy, że brakuje silnego zabarwienia jazzowego. Taki jest klawiszowy „Empathy”, gdzie wchodzi do pomocy raper Sweet Lee. Schemat przełamuje pełen perkusji funkowy „Keep Dream Alive”, gdzie popowy sznyt miesza się z wyrafinowaną aranżacją oraz zaczynający się mocnymi uderzeniami perkusji „Set Me Free”, do których dochodzą klawisze i bas jakby wzięty z dyskotekowych lat 80.. W podobnym tonie jest elektroniczny „Completely”, który wprawia do tańca (a ta oszczędna perkusja czaruje) czy stonowany „Slowly”. A niespodzianką jest brzmiący niczym z winyla niemal epicki (chórek na początku) w „Love Yourself”.

Wokal Patrycji jest czymś dla mnie nieodgadnionym i ciągle zmiennym, zarówno w formie ekspresji, jak i skali. Dominuje niemal dziewczęca łagodność, choć potrafi zaskoczyć mocniejszym wejściem („Keep Dream Alive”). Taka skala zapowiada osobę, która jeszcze może zaskoczyć. A dodatkowo jeszcze płyta zawiera trzy utwory w wersji koncertowej i jedną piosenkę („Set Me Free”) śpiewaną w języku polskim, co daje obraz brzmienia scenicznego Patrycji. I jestem absolutnie pewny, że jeszcze o tej dziewczynie usłyszymy, a album jest w pełni udanym zbiorem energetycznego jazzu jakiego nigdy dość. Nawet te bardziej wyciszone fragmenty nie są tylko balastem.

8/10

Radosław Ostrowski

Paula i Karol – Our Town

0006LNARNLY2G47M-C122

Czy w Polsce można grać muzykę folkową? Odpowiedź jest bardzo prosta: tak, jeśli się chce. Tak od kilku lat się chce duetowi Paula i Karol, który tworzą – co chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem – Paula Bialski i Karol Strzemieczny. I po dość krótkiej (bo dwuletniej) przerwie powracają, by zaprosić do swojego miasta. Bo tak też się nazywa nowe wydawnictwo – „Our Town”.

I jest to wędrówka pełna bogatych dźwięków, co nie chcą się wcisnąć w żadną szufladkę. Otwierający całość singlowy „Rocky” daje pozytywnego kopniaka, który działa szybko. Ta płynąca gitara i niemal „tańcząca” perkusja z klawiszami wzięty z jakiegoś starego komputera z lat 80. (nie jestem w stanie powiedzieć jakiego) daje bardzo uzależniającą mieszankę. Ale już „Heart Is A Force” uderza swoim spokojem, przynajmniej na początku, bo głosy odbijają się niczym echo, wsparte jedynie przez fortepian. To jednak tylko zasłona dymna, bo tempo przyspiesza i atakuje bardzo „ciepłą” elektroniką, by na finał wyciszyć się z gitarą. Nie mogło zabraknąć folkowej gitary akustycznej (westernowe „My Friends” i przyjemne „Lost But Not Forgotten” z cymbałkami w tle), bardzo lekkiej elektrycznej („Calling Sun”) czy zahaczeń o nowofalowe dźwięki punka (utwór tytułowy, gdzie metaliczny bas i elektroniczna perkusja robi robotę), a nawet bardzo subtelnego rock’n’rolla („Check Me Out”).

Do tego uderzyło mnie, jak mocno są zgrane głosy duetu. Tak naprawdę jakby to była jedna osoba wykonywała, a to w duetach nie zawsze się zdarza. Nawet jeśli słychać pewne różnice w głosach, to czuć bardzo silną chemię między tą dwójką.

Każdy utwór wydaje się dźwiękową miniaturą, która zaczyna powoli sklejać się w jedną historię, wciągającą i angażującą do ostatniego dźwięku. Dawno nie czerpałem frajdy z takiego oszczędnego i pogodnego brzmienia. Jeżeli macie doła, czujecie się przygnębieni i wszystko wydaje się do bani, wycieczka do „Our Town” pozwoli doładować baterie oraz da takiej dawki energii, ze będziecie chcieli zrobić wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Jack Savoretti – Sleep No More

Sleep-No-More-e1475213711867

Od dłuższego czasu przyglądam się karierze tego brytyjskiego wokalisty, co z gitarą lubi grać. Po poprzednim (w pełni udanym) „Written in Scars” powrócił w zeszłym roku z nowym wydawnictwem, które – nie wiedzieć czemu zostało przeze mnie przeoczone. Piąty album kontynuuje ścieżkę poprzedników, czyli dostajemy mieszankę popu, rocka i folku.

Taki jest singlowy, pełen ciepłej elektroniki opener w postaci „When We Were Lovers”, przyspieszając jedynie w refrenie. Miły i sympatyczny początek. Bardziej wyciszony jest niemal akustyczny „Deep Waters”, jednak w refrenie bardziej ożywa perkusja oraz lżejsza gitara elektryczna z żeńską wokalizą czy śliczny „I’m Yours”, gdzie bardziej wybija się fortepian oraz romantycznie brzmiące smyczki. W takich fragmentach Savoretti czuje się najlepiej. Próbuje jak zawsze mieszać i dodać coś szybszego, chociaż skręca to w stronę popu („Helpless” z delikatnym i chwytliwym refrenem, chociaż ta perkusja drażni czy okraszony drobnymi perkusjonaliami oraz ślicznym smykiem „We Are Bound”) czy folku (silny emocjonalnie „Tight Rope” czy niemal westernowo-gwizdany utwór tytułowy). Na szczęście nie jest to plastikowe dziwadło grane przez radia, chociaż sam muzyk gra troszkę na tych samych patentach. Co z tego, skoro to nadal działa jak w cudownym „Only You”

Nie zmieniło się za to jedno: głos nadal jest mocnym filarem. Zarówno, gdy trzeba być delikatnym i romantycznym, jak i trzeba silniej naznaczyć swoją obecność („Tight Rope”, „We Are Bound”). I piosenki też brzmią naprawdę dobrze, bez kiczowatości. Fani wiedzą na co się piszą, a niezdecydowani może się przekonają. Bardzo delikatna, liryczna i miejscami silne emocjonalnie wyznanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Wybawienie

Duński Departament Q znowu ma ręce pełne roboty. A wszystko zaczęło się od pewnego listu w butelce. napisany krwią przez dziecko po ośmiu latach znalazł pływak. Detektywi Morck i Assed ruszają rozwiązać kolejną sprawę, zwłaszcza iż sprawca znowu zaczyna działać i dochodzi do porwania dzieci.

wybawienie1

Seria książek Jussi Adler-Olsena o dwójce gliniarzy rozwiązujących sprawę sprzed lat w Danii osiągnęła status bestsellerów, więc przeniesienie ich na ekran było tylko kwestią czasu. „Wybawienie” to trzecia i najmroczniejsza część serii, co może wynikać także ze zmiany reżysera (Mikkela Norgaarda zastąpił Hans Petter Moland). Niemniej mamy klasycznie prowadzone śledztwo, gdzie para naszych detektywów musi powstrzymać zbrodniarza. Twórcy od razu wskazują sprawcę, ale jego motywacja jest wyjaśniania stopniowo w retrospekcjach. Nawet przyroda (pięknie wyglądające pole żółtych kwiatów czy dom na morzu), choć wygląda ślicznie, jest niemym świadkiem zła. Zabawa w kotka i myszkę jest zgrabnie poprowadzona, a intryga omija mielizny oraz niewiarygodne bzdury. Do tego akcja bywa bardzo dynamiczna i trzymająca w napięciu (mocna scena przekazywania okupu), chociaż zakończenie sprawiło mi zawód. Niemniej im dalej, tym bardziej robi się niebezpiecznie, a sceny zabójstw są brutalne i krwawe (to akurat plus).

wybawienie2

Całość ma silny religijny podtekst, co jest zrozumiałe ze względu na nietypowy sposób działania sprawcy (porwania w okresie świąt danej wiary), ale też śledczy konfrontują swoje przekonania ze swoją wiarą. Ten jednak wątek jest poprowadzony w sposób oczywisty i przewidywalny, ale to na szczęście jedyna poważna wada.

wybawienie3

Znowu wszystko w garści trzyma sprawdzony duet Nikolas Lie Kaas/Fared Fared, czyli detektywi Morck i Assed. Ten pierwszy nadal ma twarz zmęczonego życiem gliniarza, który widział i stracił zbyt wiele, by znów cieszyć się życiem. Mówi bardzo mało (na początku), jest cyniczny i bardziej wycofany niż zwykle. Drugi zaś nadal jest pełen energii i determinacji oraz pozostaje po jaśniejszej stronie życia. Razem stanowią zgrany duet, pełen być może szorstkiej i niezbyt wylewnej, ale przyjaźni. Przekonująco wypada za to Pal Svere Hagen w roli tajemniczego Johannesa, czyli mordercy. Pozornie łagodny i uśmiechnięty, ale bezwzględny i okrutny, przy okazji nie popadając w przerysowanie czy groteskę.

wybawienie4

„Wybawienie” potwierdza, że w Skandynawii tworzy się bardzo klimatyczne kryminały. Pełne mroku, niepokoju, ale i – na swój sposób – potrafiące pociągnąć tłumy. Czy panowie Morck i Assad otrzymają kolejne wezwanie do kina? Wierzę, że tak i tym razem powinno być równie ciekawie jak tutaj.

7/10

Radosław Ostrowski