Tadeusz Chmielewski – 7.06

chmielewskiReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 7 czerwca 1927 roku w Tomaszowie Mazowieckim jako syn Olgi i Adama Chmielewskich. Matka pracowała jako tkaczka, potem wykańczarka w fabryce dywanów. Ojciec był policjantem i słynnym sportowcem (skakał wzwyż), a w czasie wojny dowodził oddziałem partyzanckim. Tuż po wojnie schwytany przez władze komunistyczne i zamordowany. W czasie wojny pracował jako ślusarz u Zimmermannów, jednocześnie działając w Armii Krajowej. Po wojnie Tadeusz przeniósł się do Szczecin. W 1949 roku zdał maturę w Świnoujściu, gdzie zdał maturę. Następnie zapisał się do Ligi Morskiej, przeszedł kurs szybowcowy, krótko uczył się w Politechnice Szczecińskiej. W końcu (po wielu perturbacjach) trafia do łódzkiej Szkoły Filmowej, gdzie trafia pod skrzydła Antoniego Bohdziewicza. I to tam poznaje swoją przyszłą żonę Halinę Wirską (także asystentkę reżysera) oraz najbliższego współpracownika – autora zdjęć, Jerzego Stawickiego. Szkołę ukończył w 1954 roku i swoją karierę zaczął jako asystent, wreszcie w 1957 roku zrealizował entuzjastycznie odebraną komedię „Ewa chce spać”. Od tej pory przykuwa uwagę widowni, specjalizując się w tym trudnym gatunku.

Chmielewski udzielał się też w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich, a w latach 1983-87 był wiceprezesem. Jednocześnie od 1984 kierował Zespołem Filmowym „Oko”, w którym swoje filmy realizowali tacy reżyserzy jak Andrzej Barański, Dorota Kędzierzawska, Roman Załuski, Marek Piestrak, Janusz Kijowski czy Ryszard Ber. Od tej pory Chmielewski ogranicza swoją działalność filmową do roli producenta, współfinansując takie filmy jak „U Pana Boga za piecem” i „To ja, złodziej” Jacka Bromskiego, „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec, „Piąta pora roku” Jerzego Domaradzkiego czy „Róży” Wojciecha Smarzowskiego.

Zmarł 4 grudnia 2016 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach. Zostawił żonę oraz córkę Agatę (grafik i rysownik).

W swoim dorobku ma głównie komedie, które do dzisiaj mają status produkcji kultowych. Z ważniejszych nagród warto wspomnieć o dwóch Złotych Lwach z FPFF w Gdyni (i Platynowych Lwach za całokształt), dwóch nominacji do Orła (i nagrodę za osiągnięcie życia). Do grona najbliższych współpracowników (poza w/w Haliną Chmielewską i Jerzym Stawickim) należeli: scenograf  i kostiumolog Bolesław Kamykowski, kompozytor Jerzy Matuszkiewicz, montażystka Janina Niedźwiecka oraz charakterystyczni aktorzy: Wacław Kowalski, Stanisław Milski, Ludwik Kasendra, Zygmunt Zintel, Adam Mularczyk, Henryk Modrzewski, Leonard Andrzejewski, Józef Łodyński, Zbigniew Koczanowicz, Adam Wichura i Ludwik Benoit.

A teraz pora na ranking wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów Tadeusza Chmielewskiego. Zaczynamy.

Miejsce 9. – Dwaj panowie N (1961) – 5/10

Jeden z pierwszych polskich kryminałów, który ma bardzo ciekawy koncept, jednak nie wytrzymał próby czasu. Historia skupia się na dwóch panach Nowakach, którzy mają te same dane personalne, ale różne profesje. Na trop wpada urzędnik hipoteki, Kazimierz Dziewanowicz, jednak zostaje zamordowany. Syn zamordowanego, próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę. Dziś film jest mocno archaicznym kinem, które bardziej śmieszy niż trzyma w napięciu. Dotyczy to głównie wszechwiedzącego kapitana Oleckiego (Bohdan Ejsmont), który szybko składa całość do kupy. Na plus muzyka, solidne role Stanisława Mikulskiego i Joanny Jędryki (oboje ładnie wyglądają) i niezłe dialogi. Recenzja tutaj.

Miejsce 8.- Pieczone gołąbki (1966) – 6/10

Delikatna próba obśmiana konwencji produkcyjniaka w krzywym zwierciadle. Bohaterem jest poeta na etacie, Leopold Górski, pracujący w warszawskiej stacji pomp. Dostaje zadanie trafić do najgorszej brygady dowodzonej przez Wierzchowskiego, by zrobić z nich uczciwych oraz porządnych pracowników. Lekkie i miejscami ciepłe kino, mówiące o potrzebie zwykłej życzliwości. Ale po pierwsze jest przewidywalna, po drugie tak przesiąknięta socjalistyczną nowomową, że sprawia ból. Broni się ciągle muzyka, a dokładniej piosenki duetu Młynarski/Matuszkiewicz oraz rozbrajający Krzysztof Litwin w roli głównej. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Walet pikowy (1960) – 6,5/10

Dziwaczny miks komedii, kryminału i melodramatu w stylu retro. Bohaterem jest latarnik Kawanias, który dla pasji czyta książki poświęcone kryminalistyce. Prosi go o pomoc inspektor policji, bezskutecznie tropiący nieuchwytnego Testona. Problemem dla mnie jest tutaj niezdecydowanie, czym film chce być. Widać tutaj przepych pomysłów (świetne retrospekcje ze scenografią żywcem wziętą z kina przedwojennego), intryga jest dość zgrabna, ale mocno poplątana i tempo miejscami mocno siada. Za dużo grzybów w tym barszczu. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Wiosna panie sierżancie (1974) – 7/10

Lubię ten film, choć realizacja tego pomysłu zajęła Chmielewskiemu prawie 20 lat. Bohaterem jest sierżant MO, Władysław Lichiniak mieszkający w małym miasteczku Trzebiatowo. Cała intryga skupia się na przygotowaniach milicjanta do matury, a mieszkańcy na własną rękę próbują pilnować porządku. Po drodze jest i miłość, walka ze stonką i bimbrem (w końcu to lata 50.), a nawet przez pomyłkę egzaminatorzy zostają ukarani. Klasyczna komedia pomyłek z kilkoma perełkami („samokrytyka” Wyderki, która jest jednocześnie przepisem na produkcję bimbru czy próba uporządkowania pojazdów) oraz wyrazistym drugim planem z Tadeuszem Fijewskim i Janem Himilsbachem na czele. Plus ujmujący Józef Nowak w roli tytułowej.

Miejsce 5. – Gdzie jest generał… (1964) – 8/10

Szeregowy Orzeszko jest prawdziwym pechowcem oraz czarną owcą w oddziale sierżanta Panasiuka, dezerteruje i zapuszcza się do pobliskiego zamku z winami. Niestety, miejsca pilnuje zdyscyplinowana i twarda wartowniczka z bratniej sowieckiej armii. Oboje przypadkowo znajdują ukrywającego się niemieckiego generała von Falkenberga, a w zamku jeszcze ukrywa się jego oddział. Siła filmu jest iskrząca interakcja między przedstawicielami sojuszniczych wojsk, która musi się skończyć miłością. Chmielewski rozbraja kolejnymi zapętleniami (zamek ma wiele ukrytych przejść),a finał to jedna strzelanina zakończona w dość nieoczywisty sposób. Masa żartów broniących się do dziś (nawet jeśli to humor koszarowy) plus cudnie wyglądający duet Elżbieta Czyżewska (jako Marusia jest po prostu urocza)/Jerzy Turek, a na drugim planie wybija się Bolesław Płotnicki (sierżant Kaziuk), Stanisław Milski (generał) i Wacław Kowalski (kapral Kaziuk).

Miejsce 4. – Wśród nocnej ciszy (1978) – 8/10

Szok i niedowierzanie, bo tym razem jest to bardzo mroczny kryminał z silnie naznaczonym wątkiem psychologicznym. Wszystko skupia się na seryjnym mordercy dzieci, zostawiając przy ciałach małe zabawki. Śledztwo prowadzi komisarz Teofil Herman, który jest mocno skłócony ze swoim synem, Wiktorem. Reżyser ciągle balansuje między psychologicznym napięciem między ojcem i synem, a mrocznym kryminałem z miejscami przerażającym klimatem (wizyta u preparatora zwłok wywołuje ciarki), wiarygodnie pokazywanymi technikami kryminalistycznymi oraz fantastyczną scenografią. Do tego kapitalna rola Tomasza Zaliwskiego jako komisarza policji. Mocne kino z przewrotnym zakończeniem i fatalistyczną aurą. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Ewa chce spać (1957) – 8,5/10

Pierwsza prawdziwie polska powojenna komedia, nie przemycająca socrealistycznych ideologii. Pomysł jest prosty: Ewa jest młodą dziewczyną, która ma rozpocząć naukę w technikum w dużym mieście. Problem w tym, że przyjechała za wcześnie i nie ma gdzie przenocować. I zaczyna się całonocna tułaczka. Wszystko to w oparach absurdu, gdzie stać może się wszystko – policjanci na czas kontroli „wypożyczają” przestępcę z komisariatu, prowadzona jest szkoła dla przestępców, a w akademiku ukrywają się panowie spędzający noce z kobietami. Całość okraszona jest fantastycznymi dialogami, ostrą serią gagów oraz wdzięcznym aktorstwem z Barbarą Kwiatkowską i Stanisławem Mikulskim na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Nie lubię poniedziałku (1971) – 9/10

Wywrotowa komedia, w której bohaterem jest Warszawa. Film, który spopularyzował niechęć do poniedziałku jako dnia pechowego, w którym nikomu nic się nie udaje. I w zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek wątek czy postać, bo jest tego masa: włoski przemysłowiec mający podpisać ważną umowę, zaopatrzeniowiec szukający części do kombajnu, taksówkarz wściekły i oszukany przez klienta, milicjant zmuszony do opieki nad dzieckiem w pracy czy właścicielka sklepu, szukająca miłości. Samą konstrukcją „Poniedziałek” przypomina późne filmy Stanisława Barei, ale pozbawione szyderstwa i drwiny z całego systemu. Wszystko to wygląda jak obserwowanie zderzających się piłeczek podczas gry we flippera. Aktorstwo jest przednie, zestaw gagów coraz bardziej się nakręca (włącznie z użyciem Dziennika TV), a na finał dostajemy recytowany przez Andrzeja Nardelli wiersza Antoniego Słonimskiego. Takiego listu miłosnego Warszawa nie miała nigdy potem.

Miejsce 1. – Jak rozpętałem drugą wojnę światową (1970) – 10/10

Tu nie ma niespodzianki. Nie pamiętam ile razy widziałem tą trylogię (początkowo miały być tylko dwie części, ale reżyser się zagalopował), ale jeszcze wtedy była czarno-biała. Koloryzacja nie zaszkodziła temu filmowi, który jest najsłynniejszym spojrzeniem na wojnę w nie do końca poważny sposób. Razem z Frankiem Dolasem (rewelacyjny Marian Kociniak), który czuje się winny rozpoczęcia wybuchu II wojny światowej, przenosimy się w różne rejony konfliktu: od Niemiec i Austrii przez Jugosławię i północną Afrykę aż z powrotem do Polski. Mimo lat powala inscenizacyjny rozmach, świetna scenografia oraz pamiętna muzyka Jerzego Matuszkiewicza. Może i jest to stereotypowe przedstawienie poszczególnych nacji (Niemcy sztywni służbiści, Włosi bardziej dbają o okoliczny burdel niż o swoje morale czy Anglicy pijący o piątej herbatę), jednak nadal siła humoru oraz dystans wobec martyrologiczno-patetycznego spojrzenia na wojnę plus perfekcja realizacji dodają mocy. I wierzę, że kolejne pokolenia nadal będą się świetnie bawić przy tym dziele.

Nieobejrzane:
Wierna rzeka (1983)

Jak widać Chmielewski był twórcą robiącym kino bardzo życzliwe, serdeczne i ciepłe, na co wpływ miały zarówno jego charakter, jak i obejrzane na studiach komedie francuskie. O swoim miejscu w polskiej kinematografii reżyser odpowiedział tak (cytat pochodzi z wywiadu-rzeki: „Tadeusz Chmielewski. Jak rozpętałem polską komedię filmową” autorstwa Piotra Śmiałowskiego):
Każdy z nas w Polsce ciężko wykuwał swoją pozycję zmagając się z chałupniczymi warunkami produkcji, wszechobecną kontrolą polityczną i rzeszą wiernych recenzentów i ciał kolaudacyjnych. Wybrałem komedię, bo już w szkole filmowej oczarował mnie świat Rene Claira, w którym widziałem swoją przyszłość. Udało się, choć nie przyszło to łatwo. „Ewa chce spać”, „Gdzie jest generał…”, „Nie lubię poniedziałku” utwierdziły mnie w przekonaniu, że w szeregu polskich reżyserów jest i moje miejsce. Komedii i jej twórców w Polsce nie lubiano ani nie uważano za godnych uwagi. Myśleli tak nie tylko decydenci filmowi, ale całe środowisko filmowe (…) Ale to komedię uważam za swoje mocne miejsce w polskim kinie. Poważnie traktuję swoich widzów, z satysfakcją obserwuje ich reakcję w sali kinowej. W 2009 roku przed uroczystymi obchodami wybuchu drugiej wojny portal Onet.pl rozpisał ankietę na najlepszy polski film wojenny. Zwyciężyło „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” – przed „Zakazanymi piosenkami” i „Kanałem”. Proszę mi wierzyć, nie uderzyło mi to do głowy, „znam proporcją, mocium panie”… Ale widzę w tym swoje zwycięstwo: widzowie kochają moje komedie.

A jakie są wasze ulubione filmy Chmielewskiego? Piszcie w komentarzach i do następnego zestawienia. 3majcie się cieplutko.

Radosław Ostrowski

Krzysztof Napiórkowski – 10 x Twardowski

twardowski-okladka

W zeszłym roku obchodzono setną rocznicę urodzin oraz dziesiątą rocznicę śmierci ks. Jana Twardowskiego – bardzo skromnego kapłana i poety. Z tej okazji powstało też wiele okolicznościowych płyt, a jedną z nich wydał kompozytor, multiinstrumentalista oraz wokalista Krzysztof Napiórkowski. Album zawiera 10 piosenek do wierszy poety i jest mieszanką różnych stylistyk.

Zaczyna się delikatnym „Powiedzcie to dalej” z prowadzącą trąbką i fortepianem. To instrumentarium będzie towarzyszyć przez cały czas, zmieniając tempo oraz układ brzmienia. Tak jak w leniwym „Nie martw się” czy płynącym „Ważne”. Wyjątkiem od tej reguły są krótkie i gitarowe „Pytania”, gdzie przyspiesza perkusja (jest jeszcze powtórka). To jednak tylko skromny przerywnik, który pozwala dodać dynamiki.Podobnie, ale dłużej szaleje „Będzie”, gdzie też gitara ma wiele do powiedzenia.

By przełamać ten spójny i lekki klimat, Napiórkowski zaprosił gości. Czaruje swoim zwiewnym głosem Anna Maria Jopek („Nie martw się”), mocniejszy wokal Adama Struga pojawia się w refrenie pod koniec „Wierzę” oraz w refleksyjnej „Drugiej jesieni”. A sam Napiórkowski ze swoim bardzo leciutkim jak piórko wokalem unosi się nad wszystkim i dodaje lekkości refleksyjnym obserwacjom księdza Jana.

Ciepła, spójna, poetycka płyta do spokojnego słuchania. Takie rzeczy zdarzają się rzadko, ale im głębiej się wejdzie, tym ciekawsze rzeczy się dzieją.

7/10

Radosław Ostrowski

The Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Sgt._Pepper%27s_Lonely_Hearts_Club_Band

1 czerwca 1967 roku zdarzyła się rzecz, której fani muzyki rozrywkowej pamiętają. Popularna brytyjska grupa rockowa The Beatles wydała najbardziej psychodeliczny album w swojej karierze, czyli opowieść o Zespole Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza”. Z okazji 50-lecia premiery, postanowiono wydać ten album na kompakcie I nie tylko ze zremasterowanym dźwiękiem, ale też dodatkowym materiałem (a nawet trzema, jeśli was na to stać).

Zaczyna się od tytułowego utworu, gdzie mamy szorstkie riffy, szybszą perkusję oraz… reakcję widowni, jakby to był prawdziwy koncert. I nawet podniosłe, wręcz orkiestrowe dęciaki nie zmieniają klimatu, by płynnie przejść do szybkiego walca “With a Little Help from My Friend” (ładny chóralny zaśpiew), spopularyzowane przez Joe Cockera, podczas jego występu na Woodstock. Po nim następuje nieśmiertelne “Lucy in The Sky with Diamonds” z cudownymi klawiszami na początku oraz strasznie nośnym refrenem, gdzie wokale są zgrane z archaiczną elektroniką. Skoczniej i gitarowo jest w bujającym “Getting Better”. Zaskoczeniem są utwory z wpleionymi instrumentami kojarzonymi z muzyką klasyczną jak klawesyn (dworskie “Fixing a Hole”) czy skromne smyczki (walczyk “She’s Leaving”). Kompletnie nieoczyiste w tym zestawieniu jest prawie 5-minutowe “Within You Without You”, gdzie wykorzystano po raz pierwszy sitar oraz bardzo wyluzowany I oparty na klarnetach “When I’m Sixty-Four”.

Takich niespodzianek jest więcej jak choćby pianistyczna “Lovely Rita” czy zaczynający się pianiem koguta energetyczne “Good Morning Good Morning”. Do tego na finał dostajemy reperyzę piosenki z początku oraz bardziej wyciszony “A Day in the Life”, gdzie więcej do powiedzenia ma fortepian oraz zagrana kilka razy orkiestra niczym puszczona od tyłu oraz… zapętlone wypowiedzi ludzi.

Panowie McCartney i Lennon na wokalach są po prostu doskonali. Ich głosy się wspaniale uzupełniają ze sobą, tak samo jak przewijający się w tle Harrison ze Starrem. Właściwie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – dźwięk jest kapitalny i czysty, kompozycje się nie zestarzały. Dodatkowa płyta (akurat ta wersja wpadła mi w ręce) zawiera materiał z realizacji – różne podejścia, inne aranżacje, wersje instrumentalne I rozmowy. To tylko podnosi zainteresowanie tym kapitalnym albumem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 2

Pamiętacie pewien hotel prowadzony przez hrabiego Draculę? Tam pojawił się niejaki Jonathan, który zakochał się w córce hrabiego, co wprowadziło wielu w szok. Po latach miłość kiełkuje i przychodzi na świat chłopiec o imieniu Dennis. Jego dziadek bardzo by chciał, by w dzieciaku obudził się potomek wampirów – kły, latanie i takie bajery. Musi to zrobić do piątych urodzin, bo inaczej wszystko przepadnie. Dziadek wykorzysta okazję, gdy młodzi wyjadą do domu rodziców Jonathana.

hotel_transylwania_22

Druga część dotyka tutaj kwestii poszukiwania własnej tożsamości oraz akceptacji inności. I tutaj dochodzi do konfrontacji między potworami, które zaczynają się adaptować do otoczenia oraz ludźmi. Ci zaś niczego się nie boją i stwory traktują jak naturalny element krajobrazu, stanowiący dodatkową atrakcję. Sam Dracula miota się i chce (po cichu), by było tak jak dawniej, kiedy to inicjacja w wampira była diablo straszna. A dziś wszystko jest zabezpieczone, spokojne i wszędzie ten Internet z telefonami, których obsługa dla hrabiego jest trudna. Ludzie jednak (rodzice Jonathana) próbują się z tym oswoić, co jest na swój sposób śmieszne. Twórcy troszkę balansują ze swoim postrzelonym poczuciem humoru, ale nigdy nie przekraczają granicy dobrego smaku.

hotel_transylwania_21

Cudowne są w tym filmie sceny, gdy nasze stare wiarusy próbują obudzić w sobie demoniczność, ale wiek nie pozwala im na szaleństwa. Wilkołak Wayne zachowuje się jak piesek, który zbiera różne rzeczy (piłka, freesbee), Frankenstein złagodniał, zaś mumia ma mocno „połamane” kończyny i strzela w kościach. Jedynie nasz stary Dracula próbuje zachować swój dziki, nieujarzmiony charakter. Ale kiedy pod koniec pojawia się bardzo konserwatywny dziadek Vlad, wtedy lecą iskry, zaś całość kończy się mordobiciem między starą gwardią (i Dennisem) a sługusami starego Vlada (i jest obowiązkowe slow-motion, które dodaje humoru). Jest ostro, pieprznie i ze zgrywą do horrorowych stereotypów, choć scenariusz może sprawiać wrażenie lekko chaotycznego.

hotel_transylwania_23

Może i nie zawsze jest to humor skierowany dla młodych widzów oraz miejscami jest bardzo wisielczy (kołysanka przed snem czy aplikacja GPS), jednak wszystko jest to mocno wzięte w nawias, dając masę frajdy. I nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu z brawurowymi głosami Tomasza Borkowskiego (Dracula) oraz Agnieszki Mrozińskiej (Mavis), dzięki czemu skomplikowana relacja rodzinna nabiera silnego zabarwienia, iskier, tarć. Na nowo ta dwójka próbuje dotrzeć do siebie. Przez co Jonathan (Paweł Ciołkosz) zostaje zepchnięty na dalszy plan do roli comic reliefa, co troszkę marnuje potencjał. Za to przyzwoicie poradził sobie Bruno Skalski (Dennis), co w przypadku ról dziecięcych nie jest takie łatwe.

Twórcy uniknęli przekombinowania i zrealizowani naprawdę udany sequel. Dowcipny (miejscami wisielczy żart), odrobinę surrealistyczny i odjechany po całości. Nie wiem, czy będzie część trzecia, ale jeszcze ta seria mi się nie znudziła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Za niebieskimi drzwiami

Wakacje – kto nie będąc dzieckiem nie marzył o tym czasie? Wypoczynek, zabawa, nieskrępowana beztroska z najbliższymi. Taki plan miał także Łukasz, samotnie wychowywany przez matkę. Podczas podróży samochodem, dochodzi do wypadku. Chłopiec ma złamaną nogę, a matka zapada w śpiączkę. I wtedy pojawia się znikąd siostra kobiety – właścicielka nadmorskiego pensjonatu, Agata. Kobieta bierze chłopca do siebie i wprowadza się do dawnego pokoju matki z niebieskimi drzwiami. Tam odkrywa, że po odpowiednim zapukaniu w nie, można wejść do innego świata.

za_niebieskimi_drzwiami1

W Polsce robienie kina dla dzieci i młodzieży staje się prawdziwą rzadkością, co wydaje się naprawdę zastanawiające. Przecież była ta tradycja naprawdę bogata (filmy i seriale Stanisława Jędryki czy Andrzeja Maleszki), ale coś się zepsuło. Lukę tą próbuje wypełnić adaptacja powieści Marcina Szczygielskiego „Za niebieskimi drzwiami”. I prawdę mówiąc, wyszło naprawdę nieźle. Palej bardzo spokojnie i powoli odkrywa karty (a film trwa niecałe półtorej godziny), co dla wielu może wywołać znużenie. Ale trudno odmówić całości specyficznego klimatu, zmieniającego się jak w kalejdoskopie. Ten inny świat, do którego trafiamy w połowie drogi, wygląda niesamowicie (efekty specjalne są na wysokim poziomie i nie kłują w oczy), a chropowate budynki wywołują tam niepokój. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to dość skromna nadbudowa – nie wiemy, skąd to się wzięło i dlaczego przebywa tam jedna postać – paskudny Krwawiec, jednak dla twórców nie było to istotne.

za_niebieskimi_drzwiami2

I to potrafi poruszyć, mimo dość silnych inspiracji produkcjami z zachodu takimi jak „Opowieści z Narnii” czy „Stranger Things”, co może drażnić. Twórcom chodziło o pokazanie jak działa umysł osoby w śpiączce. Może sama intryga nie jest specjalnie skomplikowana, a pewne wydarzenia są mocno uproszczone (rehabilitacja, pobyt w pensjonacie) i czasem logika szwankuje (trójka dzieciaków najpierw prześladuje chłopaka, by w decydującym momencie pomóc), jednak efekt jest zadowalający. Zarówno efekty specjalne, świetna praca kamery (sceny budzenia czy tuż po wypadku) oraz ślicznej muzyki.

za_niebieskimi_drzwiami3

Aktorsko jest naprawdę niezłe, chociaż dzieciarnia (jak zawsze) zaniża poziom. Ich honor ratuje przyzwoity Dominik Kowalczyk w roli głównej, przekonująco odgrywając jego zagubienie, bezradność oraz wściekłość na świat. Jednak film kradnie dla siebie znakomita Ewa Błaszczyk jako dość oschła ciotka Agata, próbująca przełamać swoją bezradność i impas związany z wychowaniem dziecka. Troszkę szkoda, że aktorka tak rzadko pojawia się na ekranie. I jest jeszcze mroczny Krwawiec mówiący głosem Michała Żebrowskiego (paskudny typ), który samym wyglądem budzi strach.

za_niebieskimi_drzwiami4

Mimo pewnych wad i uproszczeń, film Mariusza Paleja to przykład solidnego rzemiosła skierowanego dla młodego widza, próbujące wytłumaczyć co czuje osoba będąca w śpiączce. Kino delikatne, miejscami mroczne i tajemnicze, ale pełne refleksji i ciepła jakiego brakuje ostatnio. Jestem bardzo zaskoczony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka 2

Jak zapewne pamiętacie, Berg jest małą osadą zamieszkiwaną przez Wikingów, którym udało się ujarzmić smoki. Wszystko to się udało dzięki synowi wodza, Czkawce. Od tej pory ludzie i smoki żyją ze sobą w symbiozie. To jednak może się bardzo szybko zmienić, a to przez Draco – potężnego człowieka, zbierającego i tropiącego wszystkie smoki. Czkawka będzie chciał próbować przekonać wodza, by zmienił zdanie, ale ruszając ku niemu trafi do zaskakującego miejsca, gdzie znajdzie masę smoków oraz… swoją matkę.

smok_21

Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka była lekkim, bezpretensjonalnym filmem przygodowym ubranym w bardzo ładną animację (Szczerbatek był taki słodziutki). Równie ładny (nawet jeszcze bardziej) jest część druga, zrobiona według sprawdzonej i oczywistej formuły sequeli, znanej nawet nordyckim bogom. Jest więcej smoków, gra idzie o znacznie wyższą stawkę, a konfrontacja wydaje się nieunikniona. To także (a może przede wszystkim) o braniu odpowiedzialności. Po drodze mamy masę smoków, łowców kierowanych przez Ereta, a nawet batalistyczne starcie niemal żywcem przeniesione z „Władcy Pierścieni”, gdzie smoki i ludzie naparzają się ze sobą (wygląda to niesamowicie). Nadal podoba mi się ta kreską, którą odrysowane wszelkie postaci oraz różnego rodzaju smoki. Każdy z nich wygląda i porusza się inaczej, wyglądając wręcz oszałamiająco. Do tego dostajemy także odpowiednio bombastyczną (tak jak w poprzedniku) muzykę Johna Powella, pełną patosu, emocji oraz orkiestrowo-chóralnego rozmachu.

smok_24

Jednocześnie, poza dynamiczną akcją i scenami latania, twórcy próbują (i to dobrze) podbudować psychologiczny aspekt związany z Czkawką i Szczerbatkiem. Pierwszy próbuje wejść w buty przywódcy, wspierany przez matkę (jej losy opisano w barwnej retrospekcji), drugi też zaczyna coraz bardziej dojrzewać (nadal wygląda słodziutko), przez co konfrontacja z Draco i jego smokiem Alfa (bydle nie tylko jest wielkie, ale też kontroluje umysły smoków) podnosi emocje oraz adrenalinę. Niby jest to przewidywalne, ale kilka scen naprawdę łapie za serce (pierwszy widok góry pełnej smoków czy pogrzeb jednego z bohaterów) i zapada mocno w pamięć. Troszkę mi szkoda, że kumple Czkawki (zwłaszcza wojownicza i oddana Astrid) zostają zepchnięci na dalszy plan, bo można było troszkę pogłębić tą relację. Humoru też jest troszkę mniej, ale to można przełknąć.

smok_23

Nie mogę też złego słowa powiedzieć o polskim dubbingu. Powrócił Miłogost Reczek (wódz Stoik) oraz drugi plan, ale za to zmieniono głos Czkawki. Mateusza Damięckiego zastąpił Grzegorz Drojewski i w pełni udźwignął zagubienie, strach oraz odwagę. Również Danuta Stenka (Valka) jest po prostu świetna, tak samo jak Szymon Kuśmider w roli nieprzyjemnego Draco. Jedynie Tomasz Błasiak w roli Ereta troszkę odstaje od reszty (troszkę irytuje ta gadanina, ale tak miało być).

smok_24

Rzadko udają się drugie części, jednak „Jak wytresować smoka 2” jest w pełni udane i to nie tylko ze względu na dynamiczną akcję, ale też wiarygodnie pokazanie jak dojrzewa się do ważnych i poważnych zadań. A nad wszystkim unosi się duch wielkiej przygody, jakiej można dostarczyć dziecku (pięknie to wygląda). Bez względu na to ile ma lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Roger Waters – Is This the Life That Really Want?

Roger_Waters_-_Is_This_the_Life_We_Really_Want%3F_%28Artwork%29

Fani progresywnych dźwięków znają dorobek Rogera Watersa. Basista, wokalista i kompozytor odpowiedzialny za największe przeboje grupy Pink Floyd rzadko nagrywa swoje płyty. Na swoją obecną kazał czekać 25 lat, więc fani liczyli na bardzo wiele, a od strony producenckiej za całość odpowiada klawiszowiec Radiohead, Nigel Goodrich. I znowu dostajemy ważkie pytanie: czy takiego życia chcemy (mocny tytuł), ale ważnie brzmiało czy warto było czekać?

Początek to bardzo krótkie intro, które przypomina odsłuchiwanie serwisu informacyjnego, gdzie nakładają na siebie głosy, a w tle słyszymy tykanie zegara. Te dźwięki będą wielokrotnie się pojawiać, przez co słyszymy jak mocny wpływ na nas mają media („The Last Refugee” zaczyna się życzeniami i pożegnaniami, a kończy podniosłymi smykami i odgłosem mew). Wszystko to płynnie przechodzi do „Deja vu”, które rzeczywiście brzmi znajomo. Akustyczna gitara niemal wzięta z „Wish You Were Here” (fortepian też), do których dochodzi reszta muzyków z chwytliwymi smyczkami w tle (od połowy). Mroczniej się robi przy gitarowym, zapętlonym „Picture That”, gdzie słyszymy coraz bardziej niepokojące obrazy zniszczeń i cierpienia i kumulując w środku (szybka gitara, nakładające się pasaże i riffy), by następnie wyciszyć się w niemal folkowym „Broken Bones” z wyciem w tle oraz niemal spektakularnym finałem. Podobnie trzyma za gardło melancholijny utwór tytułowy, gdzie smyki dają bardzo nieprzyjemny pomruk, a gitara niemal płacze (i nawet słychać krzyki w tle), płynnie przechodząc do „Bird In a Gale” ze strzelającą perkusją na początku oraz bardziej brudnymi gitarami. Ale w połowie wszystko się niby uspokaja, jednak tak naprawdę bicie dzwonów i zapętlone głosy ludzi wprawiają w zakłopotanie, a końcowy śmiech bardziej przeraża.

Wielu może zaskoczyć nostalgiczno-melancholijne „The Most Beautiful Girl” z przewijającym się na pierwszym planie fortepianem, ale już singlowe „Smell The Roses” utrzymuje się w tonie Floydów. Na koniec dostajemy trzy bardziej intymne utwory, układające się w swoistą trylogię: „Wait for Her” (do tekstu palestyńskiego poety, Mahmuda Darwisha), krótki mostek w postaci „Oceans Apart” i „Part of Me Died”. I tutaj swoje miejsce ma przede wszystkim fortepian oraz gitara akustyczna.

Sam Waters bardziej recytuje czy krzyczy niż śpiewa, ale jest w tym wszystkim moc. Także w bardzo ostrych tekstach, gdzie atakuje głupotę, prezydenta Trumpa, wojnę i wszelkiego rodzaju niesprawiedliwość. Jak zawsze celuje w punkt i prowokuje do myślenia. Co prawda czuć tutaj mocny wpływ Pink Floyd, przez co fani zespołu znajdą wiele odniesień i skojarzeń do dawnych piosenek. Na szczęście nie jest to autocytowanie, tylko silna inspiracja, która daje podwalinę do mocnej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – In Spades

In_Spades_%28Afghan_Whigs_cover%29

The Afghan Whigs było jedną z ciekawszych amerykańskich kapel sceny alternatywnej lat 90., ale w 2001 roku doszło do rozpadu. Ale kiedy fani po 10 latach doczekali się reaktywacji, to Dulli bardziej działa jako autorski projekt. „In Spades” to drugi album nagrany po reaktywacji i jest to najkrótszy (mógłby być wydany na winylu). Czy to oznacza, że to słaba płyta?

Nie. Duli wie, co robi i stara się zintensyfikować swoje brzmienie. „Birdland” to dziwaczny opener, gdzie wybijają się smyczki w tle. To jednak tylko zasłona dymna przed bardzo gwałtownym „Arabian Heights” z przesterowanymi gitarami oraz bardzo pokręconą grą perkusji. Zmyłką jest pianistyczny wstęp do „Demon in Profile”, który dalej serwuje cudaczny riff. Ta mieszanka gitar i smyczków narzuca się w pięknym „Toy Automatic” z minimalistyczną perkusją oraz lekko „orientalnymi” riffami w tle. Potem jeszcze dostajemy trąbki i bardziej rozbuchany środek. Równie ciekawy jest akustyczny „Oriole” z cudnymi dzwoneczkami, zmieniający się w mocną, rockową balladę czy bardzo surowego „Copernicusa” ze strzelającą niczym automat perkusją. Nawet cudne „The Spell” (delikatne klawisze i piękne smyczki) z saksofonem na koniec robi świetną robotę.

„In Spades” ciągle zaskakuje, choć pozornie wydaje się ono chaotyczne i niespójne jak pianistyczny „I Got Lost” czy wręcz patetyczny (i znowu z fortepianem) finałowy „Into the Floor”, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. To wszystko jest zasługą mocnego głosu Dulliego, który troszkę (ale tylko troszkę) przypomina Dave’a Grohla z Foo Fighters. Wszystko to połączone niesamowitą wyobraźnią, ciekawymi tekstami oraz aranżacjami tworzy pokręcony i nieoczywisty miks. Smakowity, ciągle odkrywający nowe rzeczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Afghan Whigs – Black Love (20th Anniversary Edition)

Black_Love_%28Afghan_Whigs_album%29

Amerykański zespół rockowy kierowany przez Grega Dulli w zeszłym roku obchodził 30-lecie działalności. I z tej okazji została wydana reedycja nagranej w 1996 roku piątej płyty grupy “Black Love”, która przyniosła im największy rozgłos. Wtedy grupę tworzyli jeszcze: gitarzysta Rick McCullum, basista John Curley oraz perkusista Paul Buchignani.

Razem stworzyli bardzo intrygujący concept album, inspirowany filmami oraz literaturą noir. Że nie będzie przyjemne, przekonujemy się po odsłuchu „Crime Scene Part One” z przygrywającymi organami na początku oraz… odgłosami szyny kolejowych. Dopiero po dwóch minutach wchodzi gitara (drażniąca swoją monotonią, jednak rozkręcająca się coraz bardziej) oraz dość mamroczący głos Dulliego. A wtedy reszta grupy zaczyna atakować i robi się jeszcze mroczniej. Ostrzejsze, brudne riffy w szybkim „My Enemy” doprowadzają do zjeżenia włosów czy bardziej grunge’owym „Double Day” (bardzo mocny, wręcz krzyczany refren). „Blame, Etc.” bardziej skręca w stronę bluesa, gdzie zaskakuje nietypowa perkusja i (pozornie ładne) smyczki, a refren to płynny strzał w ciężkie brzmienie.

I gdy wydaje się, ze zostajemy zmasakrowani, pojawia się wyciszony „Step Into the Light”, chociaż pojedyncze dźwięki gitary świdrują mniej przyjemnie (niczym syrena). Równie zaskakujące jest bardziej intensywne pod względem riffów „Going To Town” z dziwaczną elektroniką w tle, a „Honky’s Ladder” to powrót grunge’owej psychodelii. Równie niepokojący jest minimalistyczny „Night by Candlelight”, ale w połowie dochodzi do emocjonalnej eksplozji w czym pomaga klawesyn oraz solo smyczkowe. Prawdziwym ogniem atakuje niemal progrockowy „Bulletproof” z nakładającymi się perkusjonaliami, szybkim wstępem klawiszowym oraz zadziorniejszymi riffami czy pełen popisów gitar „Summer’s Kiss”, a wszystko dopina klamrą epicki(ale 8-minutowy) „Faded”, gdzie mamy fortepian, niemal „reggae’ową” gitarę oraz spokojną perkusję.

Poza zremasterowanym dźwiękiem, wydawcy dodali (co nie jest niczym nowym w tego typu wydawnictwach) dodatkowy materiał. Najbardziej warty uwagi z tego zbioru jest druga część „The Crime Scene”, akustyczny „Go To Town” z dziwacznym echem w tle oraz instrumentalny „Leaving Town”. Nie zmienia to faktu, że ta edycja est absolutnie udana i zachęca do bliższego zapoznania się z zespołem. Zwłaszcza, że nie dawno wydał nowy album.

8/10

Radosław Ostrowski