Doppelgänger. Sobowtór

Dla każdego młodego reżysera jego drugi film fabularny to prawdziwy test, co ma pokazać z kim mamy do czynienia. Oraz udowodnienie, że sukces debiutu nie był tylko jednorazowym strzałem czy kwestią szczęścia, co podnosi o wiele wyżej oczekiwania. Po „25 latach niewinności” reżyser Jan Holoubek i scenarzysta Andrzej Gołda znowu połączyli siły, by opowiedzieć historię szpiegowską w czasach PRL-u. Czy tym razem też odniosło się sukces?

Wszystko zaczyna się w 1977 w Stuttgardzie, gdzie trafia niejaki Hans Steiner (Jakub Gierszał). Jak się okazuje młody mężczyzna z Polski został pozostawiony w kraju przez matkę Niemkę tuż po zakończeniu II wojny światowej. I dopiero teraz udało mu się znaleźć biologiczną matkę oraz szansę na pojednanie. Poznaje wujka Helmuta (Joachim Raaf) i zaczyna pracę jako urzędnik w Stuttgardzie. Drugim bohaterem jest Jan Bitner (Tomasz Schuchardt) – pracownik stoczni, któremu właśnie zmarła matka. Poza tym ma żonę, dwójkę dzieci i nie jest zaangażowany w żadną działalność polityczno-opozycyjną. Ale przypadkowo odnajduje teczkę z dokumentami, z których wynika, iż… był adoptowany. Próbując odnaleźć swoją biologiczną matkę znajduje się na celowniku bezpieki i trafia na masę przeszkód.

Sam tytuł już wiele zdradza, sugerując jaki będzie łącznik naszych bohaterów. Bo co oznacza to niemieckie słowo „doppelgänger”? Najczęściej to sobowtór albo, jak podaje Wikipedia, „czarny charakter, mający zdolność do pojawienia się w dwóch miejscach jednocześnie”, ale w wielu wierzeniach jest to zły brat bliźniak. Takie postacie w (pop)kulturze pojawiały się zarówno w powieści Fiodora Dostojewskiego, literaturze SF czy choćby w kultowym „Miasteczku Twin Peaks” Davida Lyncha. Holoubek z Gołdą wykorzystują ten motyw do konwencji szpiegowskiego thrillera, gdzie skradzioną tożsamość wykorzystuje się do budowania „legendy”. Obaj bohaterowie niejako żyją nieswoim życiem, co staje się powodem obsesji i poczucia bycia pozbawionym niejako własnej woli, siły sprawczej.

Przez sporą część czasu twórcy zgrabnie lawirują niedopowiedzeniami, przekazując bardzo oszczędnie kolejne informacje oraz szczegóły. I to się ogląda z dużym zainteresowaniem, ALE kiedy zostaje wszystko wyłożone na stół, emocje biorą sobie wolne. Zaś kolejne wydarzenia wydają się zarówno prowadzone mechanicznie oraz przewidywalnie. Do tego kompletnie więcej czasu skupiamy się na wątku szpiegowskiej działalności Steinera niż walce o odkrycie przeszłości przez Jana. O dziwo, to ten drugi wątek jest o wiele ciekawszy, jednak prowadzony jest w bardziej rwany i skokowy sposób. I to mnie strasznie boli, tak samo jak nieprzekonująca (dla mnie) pewna przemiana oraz próba buntu szpiega.

Trudno jednak nie być zachwycony technikaliami. Po pierwsze i najważniejsze: WYRAŹNE, dobrze udźwiękowione dialogi, co jest bardzo rzadkie. Ale największą robotę w budowaniu klimatu pomagają fantastyczna scenografia oraz zdjęcia. Holoubek stał się specjalistą od tworzenia dzieł osadzonych w przyszłości i to nadal działa. Przywiązanie do szczegółów, rekwizytów czy kostiumów jest ogromne, zaś wiele „płynących” ujęć oraz oświetlenie bardzo przypominało produkcje z lat 70. czy produkcje takie jak „Monachium” lub „Szpieg”. Tutaj absolutnie nie ma żadnego wstydu.

Tak samo świetnie wypadają aktorzy, którzy kolejni raz potwierdzają klasę. Świetny jest Jakub Gierszał jako Steiner, czyli szpiega ciągle tłumiącego swoje emocje. Widać, że coś się w tej głowie gotuje i zbiera, ale cały czas musi się pilnować. W tych rzadkich momentach otwarcia się błyszczy najmocniej. Jednak dla mnie o wiele ciekawszy jest Tomasz Schuchardt jako Bitner, który próbuje oświetlić mgłę tajemnicy wokół swojej przeszłości. Kolejne odbijanie się od ściany, poczucie bezsilności oraz jak odbija się to na jego rodzinie o wiele bardziej mnie ciekawiło niż dylematy młodego szpiega. Tym większa szkoda, że ten wątek nie jest bardziej wyeksploatowany i pogłębiony. Ogromna szkoda. Równie świetny jest drugi plan, gdzie najbardziej wybija się czarująca Emily Kusche (kuzynka Inga), tajemnicza Katarzyna Herman (oficer prowadząca) i wyciszony Andrzej Seweryn (Roman Wieczorek).

Więc jak podsumować „Sobowtóra”? Świetny technicznie i aktorsko film, który jest bardzo interesujący wizualnie oraz klimatem epoki. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórców przerosły ambicje tego dzieła, przez co nie angażuje tak bardzo jak mógł. Nadal jednak kibicuję Holoubkowi i mam nadzieję, że kolejny film będzie po prostu lepszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chleb i sól

Czy znacie taki rodzaj filmu zwany snujem? To tego typu dzieło, gdzie w zasadzie fabuła to ciąg luźno (nawet bardzo) powiązanych scen, których łączącym elementem jest główny bohater lub bohaterowie. Przez co zazwyczaj wywołują we mnie (oraz paru osobach) poczucie znużenia i monotonii, a jednocześnie takie poczucie, iż twórcy kompletnie nie mieli pomysłu na tą historię. Jest to – najczęściej, choć nie zawsze – domena debiutantów oraz reżyserów z ambicjami „artystycznymi”.

chleb i sol1

Takie miałem wrażenie podczas oglądania debiutu reżyserskiego Damiana Kocura „Chleb i sól”. Bohaterem tego snuja jest niejaki Tymek (Tymoteusz Bies) – młody chłopak, co jest cholernie uzdolnionym pianistą. Tak dobrym, że uczy się w Akademii Muzycznej w Warszawie i dostał stypendium do Dusseldorfu. Na dwa lata, więc brzmi to super. Przed wyjazdem do miasta wraca do rodzinnego miasteczka na wakacje. A tam – zapracowani rodzice, równie uzdolniony muzycznie brat (Jacek Bies), co się do szkoły muzycznej nie dostał, starzy kumple z blokowiska, była dziewczyna. No i jest nowo zbudowana knajpa, gdzie kebab sprzedają, co prowadzi go dwóch imigrantów ze Wschodu.

chleb i sol2

Więc elementy fabuły mamy wyłożone na wierzchu i tak naprawdę tylko obserwujemy ludzi dookoła. Jest spokojnie, bujamy się z ekipą podczas zwykłych młodzików, co może nie są Bóg wie jak rozmowni i wygadani, ale wydają się naturalni. Dość zaskakujący jest format obrazu w kształcie kwadratu ze sporymi czarnymi paskami po boku. To wszystko buduje pewne poczucie izolacji czy wyalienowania, pasując do głównego bohatera. Niby z tych stron, ale jednocześnie czuje się bardzo inny, obcy i nie widzi tu dla siebie miejsca. I jest to ubrane w dokumentalnym stylu, z masą bardzo statycznych kadrów, ograniczając się do bycia obserwatora. Bez żadnego osądu, komentarza i analizy.

chleb i sol3

Bo gdzieś tutaj czai się pewne napięcie oraz nerwowość, co może doprowadzić do konfrontacji. Bo nasi lokalsi nie zawsze potrafią zachować się wobec prowadzących kebabowy biznes. Gdzieś tam rzucony jakiś tekścik, wygłupy, wyzwiska. Jednak tragedia tutaj wisi w powietrzu, zaś nikt nie jest tutaj jednoznacznie zły czy dobry. Nawet nasz Tymek patrzy na wszystkich z góry i w momentach, gdzie dzieje się coś nie tak nie reaguje. Choć może powinien. A wszystko zagrane przez kompletnych naturszczyków oraz naprawdę mocnym finałem.

chleb i sol4

„Chleb i sól” to jeden z tych lepszych polskich snujów, który przynajmniej wizualnie jest interesujący. Dialogi czasem są niewyraźne, zaś paradokumentalna stylistyka pozwala oczarować. Jednak trzeba głęboko wyłuskać sens tej luźnej historii, co wymaga sporego wysiłku. Czy warto go podjąć? Na to już musicie sami odpowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Twórca

Wielu krytyków i widzów narzeka na potężna falę sequeli, remake’ów, prequeli, adaptacji innych dzieł kultury w kinie. Dlatego coraz ciężej jest znaleźć coś nowego, bo jeszcze filmowcy lubią (bardziej lub mniej) inspirować się znajomymi tytułami. W przypadku filmów niezależnych łatwiej jest to osiągnąć, ale blockbustery muszą podeprzeć się czymś znajomym. Inaczej nikt by nie zainwestował w nie. Taki jest chyba właśnie przypadek „Twórcy” – nowego dzieła Garetha Edwardsa, który wraca po 7 latach przerwy.

tworca1

Akcja toczy się w połowie XXI wieku, kiedy to udało się rozwinąć Sztuczną Inteligencję. Do tego stopnia, że została samoświadoma i kontrolowała niemal wszystkie aspekty życia. Powstawały roboty różnego rodzaju – od prostych maszyn pełniących role w służbach porządkowych po symulanty, czyli machinerię z ludzkimi twarzami i niemal ludzkim ciałem. Ludzie i AI żyli sobie w symbiozie – komu to przeszkadzało? Ale do czasu, kiedy w Los Angeles dochodzi do nuklearnej eksplozji, co doprowadza do zakazania rozwoju Sztucznej Inteligencji. Poza jednym rejonem zwanym Nową Azją, więc Ameryka w imię demokracji, pokoju oraz pokazania swojej siły chcą rozpieprzyć całą AI aż nie zostanie żadna sprawna maszyna.

tworca2

Jest rok 2065. I poznajemy niejakiego Joshuę (John David Washington) – faceta z mechanicznym ramieniem oraz nogą. Ma ciężarną żonę Mayę (Gemma Chan), która jest córką niejakiego Nirmaty (specjalistę odpowiedzialnego za ciągłe modyfikacje AI), będącego ściganym przez amerykańskie wojsko. O czym nie wiemy to fakt, że Joshua jest tak naprawdę… agentem pod przykrywką, zaś jego zadaniem było namierzenie amerykańskiego wroga publicznego. Niestety, przykrywka zostaje spalona wskutek wcześniejszego ataku przy użyciu niejakiego NOMAD. To taka o wiele brutalniejsza Gwiazda Śmierci z rakietami nuklearnymi, przez co ginie kobieta. A pięć lat później przychodzą ludzie z Ju Es Armi, czyli pułkownik Howell (Allison Janney) i generał Andrews (Ralph Ineson) z zadaniem. Podobno Nirmata skonstruował broń, która może odmienić oblicze wojny, zaś Maya… żyje. Oddział wyrusza do laboratorium, a tam znajduje się… robot-dziecko. No jak można coś takiego zabić?

tworca3

Wybaczcie ten dość długi opis, ale to wszystko pokazuje jak dziwną hybrydą jest „Twórca”. Klasyczny motyw wojny z AI, kino drogi/misja eskortowa dziecka przez dorosłego, „Blade Runner”, „Avatar”, a nawet… „Czas apokalipsy”. Jeśli jednak obawiacie się potwora Frankensteina, pozbawionej duszy kalki znajomych tematów i motywów, spokojnie. Edwards z tego miksu klei znajomy, ale bardzo inny świat – kameralny i jednocześnie bardzo spektakularny, bogaty. Ale bardzo żywy, nie będący tylko scenografią ze statystami. Sam design robotów wygląda niesamowicie (szczególnie symulantów), zaś sceny batalistyczne robią duże wrażenie, tak jak świetne efekty specjalne. Jest jednak jedno poważne ALE: sama historia pełna jest (zbyt znajomych) schematów, które aż prosiły o ogranie ich inaczej.

tworca4

Bo dość łatwo można się domyślić kto jest tytułowym Twórcą czy przewidzieć jak podąży relacja oschłego Joshuy z dziecięcym robotem z mocami. Szczególnie, że ma taką sympatyczną twarz oraz naiwne spojrzenie na świat. Może za bardzo to przypominało mi „Logana” czy „The Last of Us”, zaś John David Washington wypada zaledwie poprawnie, bym się jego losem obchodził. Także obiecujące koncepty związane z tym światem (roboty wierzące w Boga) w zasadzie są tylko rzucone, bez specjalnego zagłębiania i ograniczone do pytań o człowieczeństwo i co czyni nas ludźmi. Bardziej ten film działa jako przygodowe kino akcji z pięknymi zdjęciami, świetnymi scenami akcji oraz sprawnie budowanym napięciem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

Pełne koło

Nie ma chyba bardziej specyficznego reżysera od Stevena Soderbergha. Filmowiec cały czas bawi się formą, nawet realizując kino bardziej mainstreamowe, czuć autorski sznyt. Nie inaczej było też w przypadku reżyserowanych przez niego seriali jak „The Knick” czy „Mosaic”. Teraz wraca z nowym mini-serialem dla Max (kiedyś HBO Max) do spółki ze scenarzystą Edem Solomonem. I jest to kryminalno-obyczajowa opowieść.

Akcja skupia się na nowojorskiej rodzinie Browne – Sam (Claire Danes), Dereku (Timothy Olyphant) oraz ich synu Jaredzie (Ethan Stoddard). Familia jest znana głównie dzięki dziadkowi, czyli mistrzowi kuchni chefowi Jeffowi (Dennis Quaid), co przyniosło im spory majątek. Ale to tak naprawdę tylko jedna warstwa całej tej układanki, której prawdziwą centralą jest szefowa mafii karaibskiej, Savitri Mahabir (CCH Pounder). Zostaje zamordowany jej mąż Quincy i to staje się impulsem do wykonania zemsty na wrogach. ALE kobieta jednocześnie chce wykorzystać tą śmierć jako okazję do zdjęcia rodzinnej klątwy. By tego dokonać wymaga on przeprowadzenia skomplikowanego rytuału i planu, gdzie każdy członek realizujący plan ma tylko część informacji. Do tego całego tygla zostaje wplątana rodzina Browne, której syn Jared ma zostać porwany; dwójka młodych imigrantów z Gujany, co została ściągnięta do Nowego Jorku oraz inspektor policji pocztowej Melody Harmony (Zazie Beats), która tak bardzo szuka szansy na awans, iż może się do wielu rzeczy posunąć.

Od razu to wyjaśnię: „Pełne koło” Soderbergha i Solomona to bardzo skomplikowana układanka z wieloma graczami, co mocno odbija się na wszystkie inne elementy. Już sam pierwszy odcinek wymaga wiele cierpliwości oraz uwagi. Bo postacie, wątki i zdarzenia są tak gęsto oraz szybko rzucane, że bardzo łatwo zgubić się w gąszczu informacji, detalach oraz wydarzeniach. Co wiele osób może odrzucić, chociaż pod koniec drugiego odcinka dochodzi do mocnego uderzenia. I w tym momencie serial zaczyna się rozkręcać, zaś cała sytuacja tak się dynamizuje, że dopiero w finale rozplątują się wszystkie sznurki. Poznajemy rodzinne tajemnice, nielegalnych imigrantów zmuszonych do brudnej roboty w zamian za „spłatę dojazdu”, mafijną walkę, zdeterminowaną policjantkę z zaburzeniem borderline, zamieszanego w coś jej szefa – można od tego wszystkiego dostać bólu głowy.

A jednak Soderbergh z Solomonem bardzo zgrabnie i cierpliwie prowadzi tą całą kombinację, nitki powiązań, znajomości, gdzie nawet członkowie familii mają swoje własne motywacje. Reżyser filmuje w bardzo typowy dla siebie sposób: masa nietypowej perspektywy, dużo mroku, kamera w wielu miejscach blisko twarzy, długie kadry. To bardzo pomaga w budowaniu napięcia, poczuciu zagrożenia oraz kryminalnej intrygi. Do tego jeszcze klimat buduje bardzo klimatyczna, niemal „hitchcockowa” w duchu muzyka oraz solidny montaż.

„Pełne koło” też jest podparte bardzo mocne aktorstwo. Mocnym paliwem emocjonalnym dla mnie była para Claire Denis/Timothy Olyphant, który zostają wplątani w pokręconą sytuację. On jest zadziwiająco wycofany i coś ukrywa, ona bardziej opanowana, wręcz zadaniowa. Skontrastowana para, która zaczyna pokazywać inne oblicze oraz kolejne tajemnice. Równie świetny jest Jharrel Jerome jako młody, trochę rwany Aked – niby chce być władczy, silny oraz szanowany, a także Phaldut Sharma w roli Garmana Harry’ego. Ten ma tu siłę, władzę oraz przywiązany do kwestii lojalności, o wiele przebieglejszy niż prawdziwa szefowa (mocna CCH Pounder), co większą wagę przykłada do religii oraz nadnaturalnych zjawisk. Młoda krew w postaci Sheyi Cole’a (obrotny Xavier), Geralda Jonesa (naiwny Louis) i Adii (Natalia) równie wypada bardzo przyzwoicie oraz wiarygodnie. Nie mogę jednak w pełni przekonać się do Zazie Beats, czyli inspektor Harmony. Ja rozumiem, że ona ma być osobą z obsesją, determinacją za wszelką cenę oraz balansującą na granicy prawa. Ale jest tak antypatyczna, iż nie byłem w stanie za nią podążać i chętnie bym się jej pozbył.

Wszelkie pogłoski o słabej formie Soderbergha są absolutnie przedwczesne, bo „Pełne koło” to bardzo solidny kawałek kryminału/thrillera. Początek potrafi zniechęcić swoją niezbyt dużą przystępnością, ale po dwóch odcinkach wszystko zaczyna nabierać barw oraz trzyma w napięciu. Warto dać szansę i wskoczyć w tą krótką (6 odcinków) historię zemsty, gdzie głównym graczem jest… przypadek.

7/10

Radosław Ostrowski

Święto ognia

Kinga Dębska to jedna z tych reżyserek, która znalazła swoją niszę i od lat konsekwentnie w niej przebywa. Czyli słodko-gorzkich komediodramatów, elegancko balansującymi między powagą a humorem. Tak było z jej najlepszymi filmami, czyli „Moimi córkami krowami” oraz „Zupą nic”. Ale tym razem reżyserka zmierzyła się z powieścią Jakuba Małeckiego. Czy oznacza to zmianę w stylistyce czy klimacie? Absolutnie nie.

Historia skupia się na rodzinie i poznajemy ją z perspektywy 20-letniej Anastazji (Paulina Pytlak). Dziewczyna ma porażenie mózgowe, czyli jest z nią dość ograniczony kontakt i w zasadzie nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Dlatego zajmuje się nią ojciec Poldek (Tomasz Sapryk) oraz starsza siostra Łucja (Joanna Drabik) – uzdolniona baletnica Teatru Wielkiego, która dostaje szansę zagrania głównej roli. Problem w tym, że zaczyna odczuwać silny ból kręgosłupa i zamiast odpuścić będzie próbowała to ukryć. Była jeszcze matka (Karolina Gruszka), lecz zniknęła z tego obrazka. W życie całej familii pojawia się sąsiadka, pani Józefina (Kinga Preis) i już ich świat nigdy nie będzie taki jak przedtem.

„Święto ognia” jest na pierwszy rzut oka historią obyczajową o rodzinie, życiu i całej reszcie. Wydaje się, że w kwestii pokazania porażenia mózgowego po „Chce się żyć” Pieprzycy nie da się nic nowego powiedzieć. Tak samo jak w tamtym filmie nasza bohaterka pełni rolę narratora, który widzi i wie więcej niż się wydaje, co potwierdza jej narracja z offu. Tutaj łatwo można było doprowadzić do karykatury i zwyczajnie przedobrzyć z tą bohaterką, jednak ta granica nigdy nie zostaje przekroczona. Tutaj każdy z bohaterów budzi sympatię i można się z nim łatwo identyfikować, nawet jeśli sama historia potrafi być przewidywalna. Drugim sporym wątkiem jest walka Łucji o rolę w spektaklu baletowym, mimo nagłych problemów zdrowotnych. Bo to nie jest już młoda kobieta, więc druga taka szansa może się nie powtórzyć. Ale czy cena za te pięć minut sławy i pogoń za marzeniami nie będzie zbyt wysoka?

Technicznie nie ma tutaj żadnych fajerwerków, oprócz dwóch wyjątków. Po pierwsze, jest parę ujęć z oczu Nastki jak choćby podczas obserwowania świata z balkonu. Pojawiają się rzadko, ale ich obecność zawsze zaskakuje. Po drugie, sceny baletowe. W tych momentach nie brakuje długich ujęć, skupieniu na detalach, co pozwala mocniej wejść w ten aspekt filmu (swoje też robi świetna muzyka Bartosza Chajdeckiego). W zasadzie najpoważniejszym problemem jest dla mnie wyjaśnienie wątku matki i jej śmierci, które dla mnie próbowało być dramatyczne, a wywołało we mnie frustrację. Czułem tutaj emocjonalny szantaż, przez niemal cały film nieobecny.

Prawdziwym paliwem tego filmu, który czyni go o wiele ciekawszym jest fantastyczne aktorstwo. Szczególnie trzeba wyróżnić grające siostry Paulinę Pytlak i Joannę Drabik – ich więź wygląda bardzo naturalnie, obie mają wiele scen wymagających fizycznie (pierwsza przypomina sposobem Dawida Ogrodnika i Kamila Tkacza z „Chce się żyć”; druga jest zawodową tancerką Opery Narodowej). Szczególnie Drabik podczas scen tańca nie pozwala oderwać wzroku. Kolejny raz zaskakuje Tomasz Sapryk jako sympatyczny, choć czasem nieporadny ojciec. Ale prawdziwym wulkanem, huraganem i tornadem w jednym jest kradnąca szoł Kinga Preis. Pani Józefina w jej wykonaniu jest pełna pasji, energii, wnosząc masę lekkości potrzebnej do tego typu kina. Taka dobra ciotka, co czyni wszystko bardziej znośnym i bardzo pomaga scalić te więzi mocniej.

W dorobku Kingi Dębskiej „Święto ognia” to kolejny feel-good movie, który pozwala zapomnieć o szarzyźnie dnia codziennego i wnieść wiele barw. Jednocześnie pozwala łatwo identyfikować się z postaciami i jest na tyle kompetentnie wykonany, że nie pozwala o sobie szybko zapomnieć po seansie. Sympatyczne a szczere kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Freestyle

Po obejrzeniu „Zadry” straciłem jakąkolwiek nadzieję na dobry polski film o rapie lub z rapem w tle. Wcześniej było „Jestem bogiem” o Paktofonice czy „Inni ludzie” Terpińskiej, ale to trochę niewiele. Teraz niczym młody, zdolny chłopak w dresiku przybył – niczym rycerz na białym koniu – Netflix ze swoim nowym dziełem. Czyli „Freestyle”, co w slangu rapowym oznacza improwizowaną nawijkę na zadany temat.

Naszym głównym bohaterem jest Darek zwany Diego (zaskakujący Maciej Musiałowski) – młody chłopak z Krakowa, syn znanego ojca w półświatku. Razem z kumplem „Mąką” (Michał Sikorski) szykują się do nagrania rapowej płyty. Ale, niestety, jego kumpel to totalny patafian i tępy piździelec, co go ciągnie ze sobą na dno. Bydlak nawet podczas sesji nagraniowej ukradł mikrofon. Jednak jest szansa na naprostowanie sprawy i zarobienie – trzeba zawieść towar na słowacką stronę. Tam lokalny gangster Martin (Jakub Nosiadek) proponuje kolejny dil, czyli sprzedaż dwóch kilo koksu. Coś, czym kiedyś -nasz heros się zajmował, lecz już wypadł z gry. Razem z dawnym kumplem „Batonem” oraz braćmi Stary przygotowuje towar i rusza. Co może pójść nie tak? Ano pojawia się psiarnia, Mąka zostaje zatrzymany, zaś Diego z towarem udaje się uciec. No i się zaczyna się wyścig z czasem.

Za „Freestyle” odpowiada Maciej Bochniak, czyli reżyser znany głównie z filmu „Disco polo”. Nawet jeśli początkowo można było odnieść wrażenie, że dostaniemy coś w klimacie „8. mili”, to jest tylko złudzenie. Bliżej jest tutaj do klimatów kina braci Safdie zmieszanego ze… „Ślepnąc od świateł”. Mimo że akcja toczy się w Krakowie, a nie stolicy. Gdzieś jest tutaj podobne poczucie ciągłego pośpiechu, ruchu i zaciskającej się pętli, zaś Diego desperacko sięga po kolejne brzytwy, by utrzymać się na powierzchni. A każda próba jedynie komplikuje całą – i tak niełatwą – sytuację. I ja czekałem na ten moment, gdy ta nakręcająca się spirala w końcu huknie w spektakularny sposób.

Nawet jeśli zbiegi okoliczności wydają się absurdalne jakby Kraków nagle zmienił się w bardzo małe miasteczko, zaś zachowanie niektórych postaci (bracia Stary, co niby są twardzi i bezwzględni, ale tak naprawdę to chcą pomóc naszemu Diego wyjść z tarapatów) budzi pewne wątpliwości, to ogląda się to całkiem nieźle. Kamera niemal cały czas jest skupiona na protagoniście, czy to filmując go zza pleców, czy w dużych zbliżeniach; w tle przygrywa bardzo pulsująca muzyka, zaś wszystko spowite jest szarzyzną i mrokiem. Niemniej czasem zgrzytają dialogi, gdzie za bardzo próbujemy rzucać slangiem i w dużej ilości bywa to niezbyt strawne. Także otwarte zakończenie mnie akurat rozczarowało.

Aktorsko jest całkiem nieźle, głównie dzięki obsadzeniu raczej mniej znanych i ogranych twarzy. Poza Maciejem Musiałowskim, który od mniej więcej trzech lat magnetyzuje swoją obecnością. Tutaj wypada dobrze i jest przekonujący. Tak samo jak znany z „Sonaty” Michał Sikorski w roli robiącego coraz większe przypały „Mąki”, który okazuje się większym cwaniakiem niż się wydaje. Za to sporym zaskoczeniem była obecność kompozytora Pawła Mykietyna, wcielającego się w „Tumana” oraz całkiem niezły Artur Krajewski (lichwiarz Zbigniew) czy świetny duet Roman Gancarczyk/Olek Krupa (bracia Jacek i Józef Stary). Za to słabiej wypadają panie, czyli Nel Kaczmarek (influencerka Miki) i Hanna Nobis (Kira), które nie mają zbyt wiele do zagrania.

Więc jak podejść do tego „Freestyle’u”? Bochniak czerpie dobre wzorce i nawet jeśli jest to zbyt znajome, nie wywołuje poczucia znużenia czy zażenowania. Czuć dobrą rękę reżysera, ale także nie do końca wykorzystano potencjał tego dzieła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sergio Leone – Włoch, który wynalazł Amerykę

Dokumenty o ludziach kina są ciekawe nie tylko z powodu osoby, będącej tematem filmu. Drugim kluczem jest też podejście samego twórcy dokumentu. Włoski reżyser Francesco Zippel zdecydował się zmierzyć z opowieścią o Sergio Leone. Czy jest jakiś kinoman, który nie zna tego nazwiska? Mam nadzieję, że nie, a jeśli tacy się pojawią, powinni koniecznie zobaczyć ten dokument.

Sama forma jest klasyczna jak na dokument – gadające głowy, archiwalne materiały, fragmenty filmów czy kadry z realizacji filmów. Plus jeszcze drobne retrospekcje w formie małych miniatur, które stanowią fajny dodatek. A kim są nasi rozmówcy? To zarówno grający u Leone aktorzy (Robert De Niro, Jennifer Connelly i obowiązkowo Clint Eastwood), współpracownicy (m. in. dźwiękowcy, Ennio Morricone czy współodpowiedzialny za scenariusz „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Dario Argento), dzieci reżysera, historyk kina, autor biografii (sir Christopher Frayling) oraz reżyserzy zainspirowani jego dziełami i/lub będący jego fanami jak Quentin Tarantino, Steven Spielberg, Martin Scorsese czy Darren Aronofsky. Ale jest też sam Leone – z wywiadów, masy archiwalnych materiałów oraz wypowiedzi.

Pytanie jednak na ile jest to prawdziwy portret, a na ile pewne wyobrażenie samego Leone. Każdy z rozmówców widzi inne elementy i cechy tego twórcy. Dla Spielberga to chłopak zakochany w filmie, co bawi się kinem; dla Quentina Tarantino człowiekiem skupiającym się na gatunku i archetypach, który doprowadza do ewolucji oraz dekonstrukcji; Darren Aronofsky oczarowany jest skupieniem na dźwięku; Clint Eastwood widzi w nim ryzykanta, co podejmuje niebezpieczne akcje i pozwala na odrobinę szaleństwa (cudna opowieść o wysadzeniu mostu przy „Dobrym, złym i brzydkim”); Damien Chazelle dostrzega epicką skalę i rozmach; a Scorsese dostrzega w Leone człowieka łączącego stare hollywoodzkie produkcje z ironicznym humorem.

Te wszystkie różne obserwacje pokazują jedno: to był człowiek pełen pasji, zaangażowania i dzikiej energii. Człowiek kochający kino, podążający za swoją i gotów nawet odrzucić wyreżyserowanie „Ojca chrzestnego” dla swojego opus magnum. Czyli gangsterskiego „Dawno temu w Ameryce”, którego realizacja trwała długo, zaś odbiór w USA… rozczarował i szefostwo wytwórni przemontowało to dzieło. A to w jakimś sensie zabiło samego reżysera, pozbawionego jakiegokolwiek wpływu na tą decyzję. Z masą anegdot, drobiazgów i kapitalnych scen z filmów.

„Sergio Leone” jest w dużej części laurką, ale jednocześnie jest też czymś w rodzaju filmowego testu Rorschacha. Szczególnie w przypadku reżyserów opowiadających o Leone widać to najmocniej. Można się czepiać, że Zippel nie skupia się na prywatnym życiu reżysera, ale chyba nie to było celem. Bo sam tytuł to ewidentny hołd złożony jednemu z największych reżyserów XX wieku i pokazuje jak nadal stanowi silną inspirację. Dla fanów kina to pozycja obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

The Mandalorian – seria 3

Trzecie spotkanie z Din Djarinem było przeze mnie zwlekane, bo… tak naprawdę to nie wiem. Mam masę seriali zaczętych, niedokończonych oraz na coraz dłuższej liście tytułów do nadrobienia. Jak zwykle sprawy mocno się komplikują, co pokazała… „Księga Boby Feeta”. Nasz Mando z powodu zdjęcia hełmu zostaje uznany za apostatę i wykluczony z klanu. By zmazać tą hańbę musi wyruszyć na Mandalore i zmyć się w wodach pod kopalniami. Problem w tym, że sama planeta została zniszczona przez Imperium, nie nadając się do życia. Jakby tego było mało nasz główny złol – Moff Gideon ucieka, zaś wyszkolony przez Ashokę Grogu wraca do Dina.

By jeszcze bardziej pogmatwać całą układankę, wraca kolejna istotna postać – Bo-Katan. Po ostatnich wydarzeniach została osamotniona w swoim zamku, niczym księżniczka. Dawna grupa najemników odeszła, zaś Mroczny Miecz nadal ma w rękach Din. Ale podczas eksploracji planety nasz Mando odkrywa, że niektóre przekonania mocno mijają się z rzeczywistością.

Co dość mocno mnie zaskoczyło to fakt, że trzeci „Mandalorian” skupia się na… Mandalorianinach. A konkretnie zjednoczeniu całej rasy pod jednym przywództwem oraz powrotu do ojczyzny. Dlatego postać granej przez Katee Sackhoff Katan odgrywa bardzo istotną rolę. W drodze do osiągnięcia tego celu – jak w poprzednich sezonach – trzeba będzie wykonać parę zadań. A to obronić miasto przed atakiem piratów, odbudować robota IG-11, zbadać psujące się roboty na pewnej planecie itd. Ma to swój rytm, a co zaskakujące nie mamy tutaj fan service’u i odniesień do poprzednich filmów sagi. Dzięki Bogu, bo w drugiej serii troszkę z tym przegięto. Wszystko z dobrymi dialogi, ikonicznym tematem przewodnim oraz świetną techniczną jakością.

Najciekawsze jednak były dla mnie odcinki i momenty poboczne – przeszłość Grogu z czasów Rozkazu 66 oraz funkcjonowanie tego świata w czasach Nowej Republiki. Odcinek 3 niemal w całości skupia się na dr Pershingu, który za Imperium prowadził eksperymenty genetyczne. Widzimy wykonywany proces przekształcenia dawnych ludzi Imperium (a także ich maszyn) do służby Nowej Republiki. O wiele bardziej zbiurokratyzowanej, osłabionej, bardzo podatnej na infiltrację. Finał tego wątku okazał się o wiele mocniejszy niż się spodziewałem. Ale sam finał na Mandalore jest fenomenalnym spektaklem, z masą akcji, strzelanin i tak satysfakcjonującego zakończenia jakie można się było spodziewać.

Dla mnie trzeci sezon „Mandalorianina” to (mam nadzieję) bardzo satysfakcjonujący finał całej serii przygód Din Djarina i Grogu. Udaje się mocniej rozszerzyć ten świat, zachowując jego przygodowy klimat. Ostatnie ujęcie dla mnie jest taką kropką nad i, że dla mnie ta historia dobiegła końca. Pora w końcu sięgnąć po inne opowieści z tego uniwersum jak „Andor”.

8/10

Radosław Ostrowski