Aida

Coraz rzadziej zdarza mi się obejrzeć film, po którym nie wiem, co powiedzieć. Słowa i oceny sprawiają wrażenie zbędnych, niepotrzebnych dodatków, nie mogących w żaden sposób oddać sprawiedliwości. Ani wyrazić wszelkich emocji odczuwanych w trakcie seansu. Zwłaszcza jak dotyka się tak trudnego tematu jak ludobójstwo.

aida1

Akcja „Aidy” toczy się w roku 1995, kiedy od ponad 3 lat trwała wojna na terenie Bośni i Hercegowiny. Tytułowa bohaterka jest tłumaczką dla wojsk ONZ stacjonujących w bazie koło Srebrenicy. Tam zbliżają się Serbowie pod wodzą generała Radko Mladicia, którzy Bośniaków traktują jak wrogów numer jeden. Więc sytuacja staje się coraz bardziej napięta, jednak holenderskie siły ONZ wydają się bezsilne. Udaje się parę tysięcy osób umieścić do środka bazy, ale sytuacja robi się nerwowa. A sama Aida próbuje uratować nie tylko siebie (jako pracownica ONZ jest bezpieczna). Jednak co z mężem i dwoma synami, co zostali za barierą? Co zrobić, gdy zbliżą się ludzie Mladicia? Jak zareagują Holendrzy?

aida2

Jeśli znacie historię Srebrenicy, znacie odpowiedzi na te pytania. Ale reżyserka Jasmila Zbanić nie bawi się w kino batalistyczne, nie pokazuje politycznej strony konfliktu. Idziemy z tej najniższej perspektywy, czyli cywilów. Tych, co na wojnie dostają najmocniej, bezradni, bezsilni, zmuszeni do ucieczki. I idą tam, gdzie mieli być bezpieczni. Tylko czy naprawdę ktoś może pomóc. Już sam początek, czyli rozmowa burmistrza miasta z dowódcą oddziału ONZ pokazuje, że raczej nie pójdzie wszystko po myśli Bośniaków. Holendrzy ograniczają się do roli biernych obserwatorów, pozbawionych wsparcia swoich przełożonych. Bo ci (który to już raz?) woleli schować głowę w piasek i udawać debili, aby tylko nie ponieść za to odpowiedzialności. Za to bardzo pewny siebie Mladić (Boris Isaković) gra cudownie przywódcę, który jest w stanie wybaczyć Bośniakom ich winy i odstawić bezpiecznie do nowych domów. Zawsze z kamerą u boku, złotousty mówca, który wie jak wykorzystać propagandę do swoich celów. Jak mu nie wierzyć, że wszystko będzie ok?

aida4

Ale dlaczego w takim razie czuć tą fatalistyczną aurę? Że dawno w tej kwestii już wyrok zapadł i los został przypieczętowany? Zbanić pokazuje determinację jednej osoby (kapitalna Jasna Djuricić), która wbrew Historii, losowi i wszystkim okoliczności będzie starała się ocalić swoją rodzinę. Poruszy niebo i ziemię do ostatniej chwili, co widać w jej twarzy, gdzie malują się wszystkie sprzeczne emocje. Świadoma tego, co zrobią ludzie Mladicia, dla których muzułmańscy Bośniacy są zagrożeniem. Napięcie jest podnoszone z aptekarską wręcz precyzją, bez operowania okrucieństwem wprost. Samo wejście oddziału Serbów do bazy ONZ budzi strach, że w każdej chwili może dojść do jatki. Że spokój jest tylko pozorny, a czas gra przeciwko Aidzie oraz reszcie mieszkańców.

aida3

Nie będę się rozpisywał nad technikaliami, dokumentalnymi w formie zdjęciami czy bardzo rzadko pojawiającą się muzyką. „Aida” jest jednym z tych filmów, gdzie Zbanić namacalnie pokazuje jakie piekło i okrucieństwo wobec innych ludzi. Kiedy świat postanowił odwrócić oczy i nie stanąć w obronie słabszych, oddając ich prosto w ręce oprawców. Zaś rozpoczęta w zeszłym roku wojna budzi niebezpieczne skojarzenia z wojną na Bałkanach w latach 90., co wzmocniło siłę tego tytułu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z odzysku

Nazwisko Sławomira Fabickiego na początku XXI wieku elektryzowało. Wszystko dzięki nominowanej do Oscara krótkometrażówki „Męska sprawa”. Dlatego w 2006 roku tak wyczekiwano jego pełnometrażowego debiutu. Film nagrodzonego w Cannes i wystawionego jako nasz kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. „Z odzysku” chyba jednak trafiła do zapomnienia, ale czy zasługuje na to?

Głównym bohaterem jest Wojtek (Antoni Pawlicki) – 19-latek, mieszkający na Śląsku. Żyje ze starszą od siebie Katją (Natalia Wdowina), czyli ukraińską imigrantką, co mieszka nielegalnie w Polsce z synkiem. Chłopak próbuje znaleźć stałą pracę, jednak łatwo nie jest. Walczy w nielegalnych walkach bokserskich, gdzie zostaje zauważony przez niejakiego Dariusza Gazdę (Jacek Braciak) – szefa firmy ochroniarskiej. Przynajmniej tak się przedstawia, bo w rzeczywistości jest egzekutorem długów. Alternatywą jest załatwiona przez dziadka (Jerzy Trela) praca w chlewni. Jednak szybkie pieniądze są zbyt kuszące, żeby zrezygnować.

z odzysku1

Jak widać debiut Fabickiego gdzieś krąży w duchu kina moralnego niepokoju, czyli ma dylemat między dobrym a złem. Czyli prosta opowieść o trudnym życiu i wyrwaniu się z biedy, nizin. Tylko jak zawsze jest pytanie: za jaką cenę? Jak bardzo to wpływa na jego psychikę? I czy taki układ nie jest zaprzedaniem duszy diabłu? Krajobraz jest dość znajomy, niczym wyrwany z lat 90. oraz początków XXI wieku: czyli ubóstwo, nędza, podniszczone domostwa i bloki. A nawet by dotrzeć do chlewni trzeba przejść promem, bo nie ma mostu. Jeszcze nielegalne walki w jakich opuszczonych halach. Więc Fabicki nie tworzy niczego oryginalnego, ale… to wszystko wydaje się wiarygodne.

z odzysku2

O ile sama historia jest dość przewidywalna, „Z odzysku” potrafi porwać realizacją. Niemal dokumentalne, ziarniste zdjęcia tworzą dziwnie niepokojący klimat. Choć nie brakuje scen mocnych i brutalnych, Fabicki wiele pokazuje albo poza kadrem, albo gdzieś niewyraźnie w tle. Lub, co jeszcze ciekawsze, urywa scenę. Przemiana Wojtka, czyli wrażliwego chłopaka w bandytę, coraz bardziej odsuwającego granice moralne jest przekonująca, nawet jeśli znamy finał tej drogi. A ten potrafi uderzyć, rozegrany niemal bez słów i chyba symboliczną sceną.

z odzysku3

Tutaj to wszystko trzyma na barkach są dwie fantastyczne role. Debiutujący wówczas na ekranie Antoni Pawlicki zaskakuje w roli Wojtka, mieszając swoją bardziej wrażliwą stronę, która walczy z tą brutalniejszą stroną. Nie bez oporów zaczyna przesiąkać tym złem z jakim ma styczność i zapada mocno w pamięć. Drugą fantastyczną postacią jest Gazda w wykonaniu rewelacyjnego Jacka Braciaka. Zawsze elegancko ubrany, spokojny i opanowany może sprawiać wrażenie nawet porządnego gościa. To wszystko jednak pozory, gdzie skrywa się bezwzględny gangster, który tylko w ostateczności brudzi sobie ręce. Takiego Braciaka nie widziałem ani wcześniej, ani później i to zadziwia. Drugi plan też potrafi zabłysnąć, gdzie przewija się m. in. Natalia Wdowina (Katja), Wojciech Zieliński („Kalafior”) czy Jerzy Trela (dziadek).

„Z odzysku” z jednej strony krąży wokół ogranych i znanych elementów polskiego kina po transformacji, ale z drugiej jest w tym dużo szczerości, emocji. Fabicki opowiada z ciekawością, w czym pomaga dobry scenariusz oraz niemal paradokumentalna realizacja (poza miejscami skopanym dźwiękiem).

7/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Bros. Film

Mario – posiadacz najsłynniejszych wąsów i jeden z pierwszych ikonicznych bohaterów gier komputerowych. Hydraulik włoskiego pochodzenia stworzony przez Nintendo doczekał się masy tytułów (głównie platformówek), gdzie krążył po Grzybowym Królestwie (i nie tylko) w jednym celu: odbiciu księżniczki Peach z ręki króla Bowsera. Ale czego innego można się było spodziewać w grze z lat 80. i początku lat 90. To właśnie Super Mario Bros było pierwsza filmową egranizacją, która spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Tak chłodnym, że na kolejny film oparty na grze Nintendo trzeba było czekać do teraz. I nową przygodę wąsacza znanego w Polsce jako Marian przygotowało Illumination. Efektem jest najbardziej kasowa adaptacja gry komputerowej z ponad miliardem dolarów przychodu.

super mario1

Sama historia jest prościutka jak konstrukcja cepa: w Nowym Jorku żyją bracia Mario i Luigi, co prowadza własny biznes jako hydraulicy. Problem w tym, że telefon nie dzwoni, klientów brak, zaś pierwsze zlecenie kończy się katastrofą. Jednak dochodzi do poważnego zalania miasta. Próbując ustalić źródło docierają do kanałów, gdzie… zostają wessani przez rurę i rozdzieleni. Mario trafia do Grzybowego Królestwa, zaś Luigi wpada w ręce Bowsera. Ten ostatni chce podbić wspomniane królestwo i ożenić się z rządzącą nim księżniczką Peach. Władczyni razem z Mario próbują powstrzymać wielkiego żółwia, ale potrzebują armii od Kongów.

super mario2

Za tą animację odpowiadają reżyserzy znani z serialowego „Młodzi Tytani: Akcja!” oraz scenarzysta „LEGO Przygody 2”. Do tego twórcy byli trzymani na smyczy przez Nintendo, by broń Boże nie stworzyli abominacji jak 30 lat temu. W efekcie powstał film skierowany do dwóch grup: dla dzieci oraz graczy znających WSZYSTKIE tytuły z wąsatym hydraulikiem. Bo tyle odniesień i nawiązań do gier, że nie-gracze mogą czuć się zdziwieni paroma rzeczami. Np. skąd pojawiają się monety, znajdźki czy czemu Kongi (goryle) poruszają się… autami, motorami albo dlaczego Mario wygląda jak koteł itp. Ja nie byłem jakimś zapalonym graczem w Mario – jak byłem młodszy miałem kolegę, co posiadał Pegasusa i wśród gier był Mario więc część rzeczy pamiętałem i mi nie przeszkadzały. Twórcy wiernie trzymają się materiału źródłowego i traktują go z szacunkiem, choć pozwalają sobie na drobne zmiany.

super mario3

Niemniej ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia jest prościutka. Za prosta i mało skomplikowana, gdzie niemal wszystko prowadzone jest dzięki akcji. Ta po jakiś 20 minutach (z drobnymi chwilami przestoju) wręcz pędzi na złamanie karku. Żeby nie było, te sceny są zrobione świetnie jak walka Mario z Donkey Kongiem na arenie, test szkoleniowy Mario z przeszkodami czy przejazd armii tęczową drogą niczym bardziej kolorowa wersja „Mad Max: Fury Road”. Tylko, że poza akcją nie znajdziemy tu zbyt wiele, bo postacie w zasadzie są bardzo jednowymiarowe. Zanim się na mnie rzucicie mówiąc: „przecież te gry też nie miały fabuły, więc czego ty chcesz, idioto?”, gry były tak wciągające ze względu na grywalność i mechaniki. A nie z powodu fabuły czy postaci, czyli najważniejszych elementów filmu. A że da się zrobić dobrą adaptację gry, pogłębiając postacie bez osobowości, pokazały choćby dwie części filmowego „Angry Birds”.

super mario4

Owszem, jak wszystkie produkcje Illumination „Super Mario Bros.” jest bardzo ładne wizualnie i ma odrobinkę żartów, które spodobają się także dorosłym (duszek pragnący śmierci i uwięziony w lochu!!!). Ale jest parę strzałów w stopę. Po pierwsze, czemu pojawiają się jako tło hity z lat 80., które są ograne do bólu (już drugi raz w tym miesiącu słyszę „No Sleep Till Brooklyn”) i wydają się nie pasować do tego świata. Po drugie, za mało jest wspólnych scen między Mario a Luigi, bo chemia między nimi jest cudowna. Chciałoby się mieć więcej interakcji i wspólnej przygody, która byłaby sercem tego filmu.

super mario5

Sam dubbing (oglądałem w oryginale) wypada bardzo porządnie. Największa obawa, czyli Chris Pratt jako Mario radzi sobie naprawdę dobrze. Zgrabnie tutaj rozwiązano kwestię przerysowanego włoskiego akcentu (jest użyty w… reklamie filmy braci) i jego rzadka obecność nie wywołuje rozdrażnienia. Tak samo w przypadku Charliego Daya, czyli Luigi. Ale prawdziwym skarbem i złodziejem scen jest Jack Black w roli Bowsera. Ciężko rozpoznać jego głos, który jest odpowiednio władczy oraz demoniczny, ale jest też rozbrajająco śmieszny. Słychać, że ten aktor bawi się tą rolą, zaś piosenka o jego miłości do Peach to perełka. Tak samo zaskakujący jest Seth Rogen w roli Donkey Konga, który tworzy zgrabny duet z Mario. Reszta ról głosowych w zasadzie jest i nie przeszkadza, co trochę dziwi w przypadku Anyi Taylor-Joy (księżniczka Peech).

Więc czy warto wybrać się na nowe dzieło Illumination? To zależy, kim jesteście i czego oczekujecie. Jeśli jesteście fanami/wyznawcami gier z wąsaczem, idźcie bez wahania. Jeśli jesteście rodzicami i chcecie pójść z dziećmi, to one się będą bawić świetnie. Reszta powinna poważnie przemyśleć ten wybór.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzej muszkieterowie: D’Artagnan

Są pewne historie, które wydają się ponadczasowe i przenoszone na ekran kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Nie inaczej jest w przypadku jednej z najsłynniejszych powieści Alexandre’a Dumasa „Trzej muszkieterowie”, których wersji filmowych powstało około… 30. Teraz, po bardzo wielu latach, z klasyką postanowili się zmierzyć Francuzi. Oraz podzielili całość na dwie części.

3muszkieterowie1-1

Punkt wyjścia jest powszechnie znany – młody Gaskończyk d’Artagnan (Francois Civil) wyrusza do Paryża, żeby zostać muszkieterem. Po drodze jednak walczy w obronie atakowanej karocy, by… zostać postrzelonym i pochowanym żywcem. To wyjaśnia dlaczego przybywa do stolicy Francji cały upier****ny w błocie i piachu. Niemal od razu chłopak pakuje się w tarapaty: zadrze z trójką przyjaciół (Atosa, Portosa i Aramisa), doprowadzając do wyzwania ich na pojedynek w co godzinnym odstępie. Do tego ostatniego nie dochodzi przez pojawienie się gwardzistów kardynała Richelieu. Efekt? Konfrontacja zakończona rozszarpaniem oddziału na strzępy oraz ochrzanieniem przez samego króla (Louis Garrel). Ale to dopiero początek historii, gdzie Gaskończyk z nowymi przyjaciółmi pakuje się w grubszą intrygę polityczną. Inaczej może wszystko skończyć się wojną między katolikami a protestami, wspieranymi przez Anglików oraz skandalem związanym z ujawnieniem romansu między żoną króla Anną Austriaczką (Vicky Krieps) a księciem Buckinghamem (Jacob Fortune-Lloyd). Wszystko w rękach pociągającego za sznurki kardynała (Eric Ruf), co smak władzy absolutnej poczuł.

3muszkieterowie1-4

Reżyser Martin Bourboulon trzyma się literackiego pierwowzoru tak jak Dumas faktów historycznych. Czyli niby wiernie, ale sporo modyfikując, co w sporej części się sprawdza. Mieszanka awanturniczo-przygodowego klimatu z potraktowaną na poważnie skomplikowaną intrygą. Wszystko wygląda na bardziej przyziemne, w bardziej stonowanych kolorach oraz – co było dla mnie największą niespodzianką – w plenerach i naturalnych krajobrazach. Ze 150 dni zdjęciowych – czas realizacji obu części – w studiu nakręcono raptem… 2 dni, co czuć. Jest ogrom scen kręconych w naturalnym oświetleniu (głównie nocą), przez co wiele kadrów jest wypranych z kolorów i wiele osób może mieć problem z zauważeniem, co się dzieje na ekranie. A kiedy już mamy pojedynki, pościgi i sceny to kamera dosłownie szaleje. Mimo stosowania mastershotów, jest chaotycznie, ale nie jest to chaos a’la „Jezu Chryste, to Jason Bourne” (choć parę razy jest blisko).

3muszkieterowie1-2

Z drugiej strony nie można się nie zachwycić fantastyczną scenografią i różnorodnymi kostiumami. Bo inaczej przecież są ubrani ludzie na dworze (jest tu przepych), ale nasi muszkieterzy mają nie tylko mniej barwne ubrania, lecz także są zużyte. To ma dodać tego „realistycznego” podejścia do całości, tak samo jak charakteryzacja. I tu reżyser potrafi zrobić cuda, trzyma w napięciu oraz z wyczuciem prowadzi do dramatycznej kulminacji. Niestety, całość urywa się cliffhangerem, zaś na finał trzeba będzie czekać aż pół roku. Niemniej wsiąkłem w tą znaną (choć zmodyfikowaną) opowieść.

3muszkieterowie1-3

Niemniej jest parę drobnych zgrzytów. Poza kwestiami oświetlenia narracja bywa dość skrótowa, rzucając czasem jakieś parę zdań, bez zarysowania większego kontekstu. Więc trzeba być mocno skupionym w trakcie seansu. Drugim problemem była dla mnie zadziwiająca nijaka muzyka oryginalna. Za bardzo i za mocno „inspirująca się” stylem Hansa Zimmera (mocno czuć tutaj „Sherlocka Holmesa”), przez co trochę wydaje się nie pasować za bardzo do filmu. I trzecia, dość dziwna kwestia, której nie umiem niczym wytłumaczyć. Mianowicie widok zmasakrowanego ciała (nagiego ciała kobiety)… rozmazano, żeby nie było nic widać. Po co ta cenzura? Pojawia się na krótko, ale wywołuje to konsternację. I czy to tylko w naszym kraju dystrybutor zrobił, czy doszło do tego na etapie post-produkcji? Drobną pierdółką jest tutaj (na szczęście kontrolowany) patos, który zdradza wiek materiału źródłowego.

3muszkieterowie1-5

A jak radzą sobie tutaj aktorzy? Tutaj też reżyser zaskoczył, obsadzając w rolach muszkieterów aktorów starszych wiekiem od swoich literackich odpowiedników. Niemniej nadal jest między nimi silna chemia i czuć, że Atos, Portos oraz Aramis (kolejno: Vincent Cassel, Romain Duris, Pio Marmai) to zaprawieni w boju wojownicy, co niejedno przeszli. Mimo, iż niewiele o ich przeszłości się dowiadujemy, to czuć jak bardzo miała na nich wpływ (szczególnie u Atosa). Bardzo porządnie przy ich ramieniu wypada Francois Civil jako mniej doświadczony d’Artagnan. Ma w sobie urok młodzieńca, zbyt dużą pewność siebie, niemniej nie brakuje mu zarówno odwagi i sprytu, co ratuje go parę razy z obsesji.

3muszkieterowie1-6

Niemniej drugi plan zazwyczaj jest dość solidny, choć jest kilka perełek. Dla mnie najjaśniejszą osoba na drugim planie jest Vicky Krieps (królowa Anna Austriaczka), której działania niejako są paliwem do całej politycznej intrygi i drobnymi gestami pokazuje rozdarcie między obowiązkiem a miłością. Demoniczna Eva Green wydaje się być skrojona do roli milady de Winter, czyli niejako prawej ręce kardynała. Manipulująca intrygantka, wykorzystująca wszystko do osiągnięcia celu i mimo niewielkiego czasu ekranowego przykuwa uwagę. Niestety, dość blado prezentuje się Eric Ruf jako pociągający za sznurki Richelieu. Głównie dlatego, że bardzo rzadko się pojawia i jest dziwnie stonowany, nie mający za dużo do roboty. Za to naprawdę dobrze wypadł Louis Garrel jako trochę niepewny, będący pod silną presją król Ludwik XIII.

Pierwsza część „Trzech muszkieterów” pokazuje, że ciągle jest (po pewnych modyfikacjach) miejsce na staroszkolną historię awanturniczo-przygodowa. Najbardziej poważna z widzianych przeze mnie inkarnacji, co jest dość odświeżającym doświadczeniem, ale z paroma upadkami z konia. Niemniej to trzymająca w napięciu jazda, oszałamiająca wizualnie i świetnie zagrana. Czekam na kontynuację.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Avalon

Co może powstać, kiedy japoński reżyser od animacji wyruszy do Polski? Nakręci film tak pokręcony, że nawet teraz wywołuje dość sprzeczne uczucia. Bo mamy tu wirtualną rzeczywistość, gdzie „Matrix” miesza się z „Incepcją” i gdzieś nad tym wszystkim unosi się klimat z powieści Philipa K. Dicka.

avalon1

Tytułowa „Avalon” to gra komputerowa, będąca wojskową strzelanką. Jest to jednak gra niebezpieczna, gdzie śmierć w świecie wirtualnym może oznaczać śmierć w realnym świecie. Albo zamianę w warzywko, co nie jest zbyt przyjemną alternatywą. Można grać albo w drużynie, albo kompletnie solo. Tą drugą metodę wybiera Ash (Małgorzata Foremniak) – jedna z twardszych zawodniczek gry. Jednak nie zawsze tak było. Jako członkini drużyny Wizard podczas jednej z akcji straciła lidera Murphy’ego (Jerzy Gudejko), który zmienił się w warzywo. Jednak jakimś cudem pojawia się w grze i jest twardym skurczybykiem. Tylko jak to jest możliwe?

avalon2

Reżyser Mamoru Oshii tym razem przerzucił się z animację na film aktorski. Sama historia jest z rodzaju tych skomplikowanych lub przynajmniej wygląda na skomplikowaną. Świat wirtualny miesza się z realnym, adrenalina pompowana przez silne bodźce, czołgi z samolotami, gra z napisami angielskimi (oczywiście). Muszę za to przyznać, że wizja tego świata jest magnetyzująca. Z jednej strony mocna kolorystyka utrzymana w tonacji sepii, gdzie ten świat jest dość pokręconą, retro futurystyczną przyszłość. Bo komputery wyglądają dość staro (nawet jak na rok produkcji), banknoty pamiętają jeszcze PRL, ale jednak coś tu jest nie tak. Bo na początku jak Ash wychodząc z „gry” na zewnątrz kopie puszkę, to najpierw widzimy to, zaś dźwięk pojawia się z parosekundowym opóźnieniem. Bo jak wraca do domu tramwajem (kilka razy to pokazano), pasażerowie stoją/siedzą DOKŁADNIE w tych samych miejscach. Czy to jest na pewno „prawdziwy” świat?

avalon3

Niejako to można wywnioskować z obserwacji, ale wiele pytań zostaje bez odpowiedzi. Drobnymi nitkami trzeba sobie poukładać parę rzeczy. Dość krótkim tekstowym wstępem poznajemy ten świat, fabuła wydaje się toczyć dość wolnym rytmem, ale reżyser czasem za bardzo skupia się na wizualiach. Co mnie nie dziwi, bo wygląda to imponująco. Tak samo dobrze zniosły próbę czasu efekty specjalne czy bardzo epicka muzyka. Problem za to mam z dialogami, co może wynikać z tłumaczenia.

avalon4

I dlatego tutaj aktorstwo wypada delikatnie mówiąc, nie za dobrze. Dopóki postacie nie mówią jest w porządku. Ale jak już padają słowa, uszy potrafią zaboleć. Czuć, że jest problem z intonacją, wypada to mocno sztucznie i chyba gdzieś komunikacja między reżyserem a aktorami zawiodła. Z całej obsady najlepiej wypada Władysław Kowalski, co być może wynikać z niewielkiej ilości dialogów.

„Avalon” to frapujący eksperyment, choć bardziej w warstwie audio-wizualnej. Nadal wygląda świetnie, imponują efekty specjalne oraz scenografia, ale pozostaje ono przerostem formy nad treścią. Niezwykłej formy, ale tylko formy.

6/10

Radosław Ostrowski

Po miłość/Pour l’amour

Na pierwszy rzut oka film Andrzeja Mańkowskiego składa się ze znajomych elementów. Historia krąży wokół małżeństwa w kryzysie. Ona, Marlena (Jowita Budnik) pracuje jako sprzątaczka w szkole. On, Zbigniew (Artur Dziurman) pracuje na budowach, ale bardzo lubi wypić. Dla niej jego picie staje się ciężarem i chce go rzucić. Próbuje interweniować miejscowy proboszcz (Andrzej Gałła), jednak łatwo nie jest. Wszystko zmienia aplikacja w telefonie oraz poznany mężczyzna z Senegalu (Mamadou Ba).

Wydaje wam się, że wiecie w jakim kierunku to wszystko zmierza? To macie rację – wydaje wam się. „Po miłość” to zdecydowanie, gdzie w centrum znajduje się kobieta. Kobieta niespełniona, samotna, od dawna nie czująca bycia kochaną i pożądaną. Szczególnie po kilkunastu latach małżeństwa, a mąż woli spędzać więcej czasu z gorzałą. Ale co wtedy? Przenieść się do jednego z dorosłych dzieci? Wtedy pojawia się Bruno z Senegalu. Ten facet wydaje się rozumieć kobietę i używa słów, jakich ona nie słyszała od dawna. Mało tego, kobieta zaczyna (choć początkowo nieufna) odczuwać na jego urok. Ale reżyser nie idzie tak prostą drogą. Że nagle wszystko się zmieni, że padnie parę mocnych słów o rozgoryczeniu i zawodzie, braku szczęścia itp.

Jednak Mańkowski podchodzi do tematu z wyrozumiałością, bez osądzania ani z góry. Nie pokazuje bohaterów w czarno-białym obrazku. Przy okazji poznajemy jeszcze Kingę (Patrycja Ziniewicz) – koleżankę Marleny z pracy, co marzy o byciu modelką. Sympatyczna dziewczyna, choć bardzo naiwna i łatwo podatna na manipulacje. Równie zaskakującą postacią jest proboszcz, który w odpowiednich momentach (atak na Kingę online po tym, jak „wyciekł” filmik z nią) piętnuje postępowanie jakie można uznać za odległe od chrześcijańskiego. Z drugiej jest w nim wiele empatii oraz dostrzeżenia słabości, czego w tego typu postaciach ostatnio nie widać na ekranie.

Ale najważniejsza jest tutaj relacja Marleny z Bruno. Ona bardzo drobnymi gestami pokazywana jest przemiana, jaka już wcześniej była sygnalizowana. Jak coraz bardziej próbuje się uniezależnić i żyć własnym życiem, które wydaje się być nieobecne. I choć tą parę dzieli spora odległość, to wiele razy widzimy oboje razem. Pokazuje to jak sporą bliskość może stworzyć telefon komórkowy i social media. Jednak ten świat może być pułapką, gdzie nie każdy łagodnie mówiący delikwent ma dobre intencje. Te sceny najmocniej mnie złapały za serce i uderzyły najmocniej, także dzięki świetnym rolom Budnik i Ba.

„Po miłość” mnie zaskoczyło, choć nie miałem żadnych oczekiwań. Świetnie zmontowane, niemal dokumentalne w formie. Tylko pozornie prosta historia, gdzie wszystko wydaje się zmierzać w oczywistym kierunku. Kino moralnego niepokoju, ale lekko zmodyfikowane.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki: Volume 3

Na żaden film superbohaterski w tym roku nie czekałem bardziej niż na trzecie spotkanie ze Strażnikami Galaktyki. Po wielu zawirowaniach do serii wrócił James Gunn, którego Disney najpierw zwolnił za obraźliwe posty na Twitterze sprzed kilku lat. Dlaczego wrócił? Bo żaden inny reżyser nie chciał wejść w buty Jamesa Giwery. Jest to też pożegnanie filmowca z Marvelem, albowiem teraz będzie kierował pracami dla Warner Bros. i DC Comics. Jednak po kolei.

Nasza ekipa przebywa w Knowhere, czyli wielkim ruchomym mieście, co jest też statkiem kosmicznym o kształcie jebitnej czaszki. W zasadzie jest względny spokój, może poza ciągle narąbanym Star-Lordem (Chris Pratt). Nasz heros jest ciągle w żałobie po stracie kobiety. Choć ona wróciła, ale z innej nitki czasowej i jest bardziej wredna. I właśnie wtedy pojawia się niejaki Adam Warlock (Will Poulter), który bardzo chce schwytać Rocketa (głos Bradley Cooper). Niestety, nasz szop mocno obrywa, zaś jego uratowanie mocno jest utrudnione. W środku jego ciała jest „bezpiecznik”, którego naruszenie może doprowadzić do śmierci. By go zneutralizować trzeba znaleźć kod od jego „właściciela”, a zostało tylko 48 godzin życia.

Cała seria „Strażników” zawsze wyróżniała się z tłumu produkcji MCU. I nie chodzi tylko o klimat bardziej przypominający… „Gwiezdne wojny” z większą dawką humoru. Grupa herosów tak niedopasowanych, że pasujących idealnie, świetnie zarysowane postacie, kompletnie odjechane pomysły oraz fantastyczna ścieżka dźwiękowa (głównie hity z lat 70. i 80.) – jak nie kochać tych dzieł? Tym razem jednak Gunn jeszcze bardziej kontrastami niż wcześniej. Jasne, już wcześniej poważniejsze sceny były przekłuwane balonikiem batosu, ale tu jest inaczej.

Trzecia część skupia się wokół Rocketa i jego przeszłości – jak pamiętamy był ofiarą genetycznych eksperymentów oraz modyfikacji. Kierował nimi niejaki Wielki Ewolucjonista (Chukwudi Iwuji), a jego głównym celem jest stworzenie idealnego społeczeństwa. I zobaczycie na własne oczy tą abominację (anty-Ziemia), gdzie znajdują się zmutowane istoty niczym żywcem wzięte z „Wyspy doktora Moreau”. A jak myślicie, co zrobi nasz antagonista, gdy nie pójdzie po jego myśli? Rozwali wszystko i zacznie od nowa. Już go nienawidzicie? Bo dla mnie to zdecydowanie najlepszy antagonista serii, któremu bliżej jest do szalony naukowców z kompleksem Boga oraz odrobiną ideologii totalitaryzmu. Nie chcę nawet mówić jaką miałem satysfakcję z obserwowania jak wali mu się grunt pod nogami.

Jednak zanim do tego dojdzie, będziemy mieli znajome (lecz nadal działające) elementy: imponujące wizualnie planety (archiwum), humorystyczne docinki oraz świetnie dopasowana muzyka (tutaj wpleciono takich wykonawców jak Beastie Boys, Faith No More czy Florence + The Machine), choć z późniejszych czasów niż do tej pory. Reżyser cały czas podbija stawkę, serwując kolejne komplikacje do prostego planu (a jakże by inaczej!), dając też sporo czasu postaciom bardzo pobocznym (pies Cosmo, Kraglin). Wiadomo też, że relacja Star-Lorda z „nową” Gamorą jest o wiele intensywniejsza, zaś laska jest bardziej bezpośrednia, brutalna i szorstka. Ta dynamika dodaje sporo pieprzu, jak zresztą cała drużyna (szczególnie trio Nebula-Mantis-Drax). Sceny akcji wyglądają fantastycznie (szczególnie finałowa konfrontacja), do efektów specjalnych nie można się przyczepić, zaś zakończenie złapało mnie za serducho.

By jednak nie było za słodko, jest parę potknięć w tym filmie. Po pierwsze, drugi akt wydaje się dość chaotyczny i wręcz przeładowany wątkami. Gunn przez to gubi rytm i czasem parę dowcipów jest na siłę rozciągniętych. Po drugie, nie wykorzystano postaci Adama Warlocka (Will Poulter). Pojawia się zaskakująco rzadko, by wywołać zamieszanie i zniknąć na chwilę. Może poza trzecim aktem, choć nie ma dla niego za dużo czasu. Jednak nawet takie problemy (i parę pomniejszych) nie są w stanie zmienić bardzo pozytywnego wrażenia. Bo trzeci „Strażnicy” to absolutnie fenomenalne kino przygodowe w otoczce SF, ze świetnie napisanymi i zagranymi postaciami, zachwycającą realizacją oraz pełne pasji i serca, jakiego w Marvelu od pewnego czasu nie było. Tu się jakieś czary musiały odbyć, bo nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. A mówimy o filmie, gdzie mamy gadającego szopa i drzewca.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sisu

Finlandia może kojarzyć się z wieloma rzeczami: z wódką, piosenką zespołu Świetliki, świętym Mikołajem, zimą oraz socjalem. A co jeśli wam powiem, że Finowie nie gęsi i swojego Johna Wicka zrobili? W pewnym sensie. Ale wszystko poukładajmy na spokojnie.

Jest rok 1944. Finlandia zawarła porozumienie z ZSRR, na mocy którego Skandynawowie mają rozbroić niedobitki wojsk niemieckich. Ci drudzy opuszczając kraj w kierunku Norwegii przez Laponię stosują taktykę spalonej ziemi, niszcząc wszystko na swojej drodze. I właśnie na tym terenie przebywa niejaki Aatami Korpi (Jorma Tommila) – poszukiwacz złota w wieku średnim. Po kilku dniach udaje mu się znaleźć bardzo duże złoża złota. Co może pójść nie tak w drodze do banku? W sumie nic. Chyba że trafi się na oddział hitlerowskich Szkopów. Ci chcą zabrać złoto, jednak nasz Aatami jest o wiele bardziej groźny niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem szczerze, że idąc na „Sisu” spodziewałem się B-klasowej rąbanki, gdzie główny bohater masakruje Szkopów w tak okrutny i brutalny sposób, że mógłby dołączyć do ekipy „Bękartów wojny”. Krew się miała lać wiadrami, nasz bohater miał być klonem Rambo i Johna Wicka. Prosta, nieskomplikowana, rzeźnicka mordownia. Ale reżyser Jarmali Helander poszedł o krok dalej i zrobił coś więcej, niż kino klasy B.

Fabuła nie jest niczym oryginalnym czy zaskakującym. Podział na rozdziały, jasno zarysowany podział na dobro i zło (jesteś Szkopem, to jest zły w chuj), brutalną akcję oraz sytuacje na granicy prawdopodobieństwa. Nasz niezbyt rozmowny Aatami (ile emocji może wyrazić sama twarz?) to krzyżówka Rambo, Johna Wicka i… Williama Munny’ego z „Bez przebaczenia”. Zaskoczyło was to ostatnie? Bo nasz protagonista niczym bohater westernu Eastwooda jest człowiekiem naznaczonym krwawą przeszłością, ale teraz chce mieć święty spokój oraz prowadzić bardziej spokojne życie. To jednak zostaje zburzone i przez okoliczności musi wrócić do tego, co umie najlepiej – do zabijania. Krwistego, niemal na poziomie slashera, gdzie wrogowie są przejeżdżani, wieszani czy wysadzeni w powietrze (przez minę), ale bardzo satysfakcjonującego. Bo nic tak w Polsce nie poprawia samopoczucia jak obserwowanie brutalnych zgonów na hitlerowcach. Prawda?

Realizacyjnie reżyser mocno czerpie z estetyki… westernu, co dobitnie pokazuje sam początek filmu. Pięknie wyglądają tutaj fińskie krajobrazy (głównie wrzosowiska czy bagna), które mogłyby być tapetą pod komputer. W tle gra dość pokręcona muzyka, która miesza wokalizy, gardłowy zaśpiew mongolski z gitarami i odrobiną elektroniki. Nietypowy miks, ale zaskakująco zgrabnie działa oraz unosi się gdzieś duch Ennio Morricone. Jak to pompuje adrenalinę – o wiele bardziej niż oprawa muzyczna do wszystkich części „Johna Wicka” razem wziętych. A jeszcze bardziej dziwne jest to, że film pozostaje bardzo na serio. Pokazane jest tu okrucieństwo wojny i to bez ukrywania się za śmieszkami-heheszkami.

Jedynym zastrzeżeniem może być fakt, że Niemcy tutaj mówią po angielsku, ale mi to aż tak nie przeszkadzało. W ogólnym rozrachunku „Sisu” to świetnie zrobiony western w fińskim krajobrazie zmieszany z brutalną bezwzględnością hitlerowców pod wodzą świetnego Aksela Henniego. Ostra niczym żyleta, podlana absurdalnym humorem i nieprawdopodobnymi wyczynami naszego Korpiego dostarczą masy frajdy. Za tym bohaterem chce się iść i zobaczyć, co tym razem wymyśli.

8/10

Radosław Ostrowski

Jestem otchłanią

Włoski pisarz Donato Carrisi to jeden z niewielu literatów, którzy sprawdzili się także na polu reżyserskim. Właśnie teraz pojawia się trzeci film oparty na jego własnej powieści. I mogę zdecydowanie powiedzieć, że to najmroczniejszy oraz najbardziej wymagający film w dorobku pisarza/reżysera.

Cała historia skupia się wokół trójki bohaterów, którzy początkowo nie wydają się mieć wiele wspólnego. Pierwszy to śmieciarz (Gabriel Montesi) – łysy, dość młody facet w zielonym stroju. Ta zieleń nie jest zresztą przypadkowa, bo bardzo istotne są zielone drzwi. Zawsze jak on wchodzi do mieszkania i „rozmawia” z kimś za tym pomieszczeniem. Tak, coś z nim jest nie tak. To on zabija kobiety, ale nie wiadomo dlaczego. Pewnego dnia, po morderstwie wyciąga z jeziora nastolatkę, która próbowała popełnić samobójstwo (Sara Ciocca). Dziewczyna nosi różowe pasemka i pochodzi z bardzo bogatej rodziny, ale skrywa pewną mroczną tajemnicę. Rodzice, jak na bogaczy przystało, zachowują pozory i udają, że nic się nie stało. Trzecią postacią jest kobieta zwana Łowczynią (Michela Cescon) – jak się dowiadujemy straciła córkę i próbuje pomóc kobietom zerwać z toksycznymi facetami. Ma też obsesję na punkcie działań seryjnego mordercy.

Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że losy tej trójki się jeszcze przetną. Reżyser przeskakuje między bohaterami, oszczędnie dawkując informacje i kolejne tropy. Od początku wiemy kto zabija (choć samych brutalnych scen tu nie ma), ale nie znamy jego motywacji. Nie wiemy też kim jest tajemnicza osoba za zielonymi drzwiami, jednak ma nad nim władzę. Bardzo mi to przypominało „Czerwonego smoka” Thomasa Harrisa, gdzie też antagonista był naznaczonym przez zło człowiekiem, który zaczyna odczuwać nieznane wcześniej emocje. I to staje się źródłem konfliktu między nim a tą drugą osobą, co zaważy na wszystkim.

By jeszcze bardziej skomplikować całą opowieść dostajemy retrospekcje z życia naszego mordercy sprzed kilkunastu lat. Są o tyle frapujące, że nie tylko pozwalają nam lepiej go poznać, ale są nietypowo sfilmowane. Otóż podczas rozmów (głównie kobiet) nigdy nie widzimy ich twarzy, co wywołuje mętlik. Dlatego podczas seansu trzeba być bardzo uważnym i skupionym, bo pewne szczegóły więcej już nie wracają albo wracają dużo później w fabule. Co dla mnie zaburzało rytm narracji, tak jak przeskoki między postaciami, mierzącymi się z banalnością zła. Niemniej oglądałem z dużym zainteresowaniem, próbując łączyć oszczędnie dawkowane informacje. Aż do absolutnie powalającego finału, z genialnym twistem.

Wizualnie nie jest on aż tak olśniewający jak „W labiryncie”, który był miejscami mocno przestylizowany, ale jest parę ciekawych kadrów. Reżyser sięga po podwójną ogniskową (niczym u Briana De Palmy) oraz – przede wszystkim – bardzo dziwnymi kadrami, kręconymi pod kątem. Nawet pojawiają się neonowe światła w nocnym klubie, bo jakże by inaczej. Mimo mrocznego klimatu, Carrisi nie pokazuje scen morderstw (poza jednym), bardziej o nich jest opowiadane, choć nie brakuje makabrycznych detali (zakrwawione ciuchy, odcięta dłoń). Jakby autor był świadomy, że nie należy pokazywać brutalnych rzeczy, by zszokować, przerazić, poruszyć.

„Jestem otchłanią” jest mocną mieszanką klimatu filmów Davida Finchera z powieściami Thomasa Harrisa jak „Czerwony smok” czy „Milczenie owiec”. Jest bardzo mrocznie i niepokojąco, trzyma w napięciu, jest świetnie zagrany oraz pokazuje jak łatwo można zniszczyć psychikę człowieka, by zaczął szerzyć zło. Niepokojące, ale dający do myślenia thriller psychologiczny. Chyba sięgnę też po książkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu na krajowej jedynce

Polskie udane seriale Netflixa są jak uczciwi politycy – podobno istnieją, ale na oczy nikt ich nie widział. Ciekawe dlaczego? Bo sam potentat streamingowy nie chce promować, bo liczą na szeptany marketing, posty Twittera czy coś. Chyba dlatego teraz trafiłem na serial, który premierę miał pod koniec zeszłego roku.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że mamy czwórkę nieznajomych: samotnego ojca z córką-nastolatką, kobieta odchodząca od swojego dzianego męża, niepewny siebie chłopak. Cała grupa rusza do Cieszyna samochodem, choć dochodzi do spięć. Jednak przez przypadek (a dokładniej przez samochód) wpadają w posiadanie 2 milionów złotych. Pieniądze te pochodzą z napadu na bank, zaś złodziej na pewno będzie chciał odzyskać skradziony łup. Do tego całego jeszcze wplątuje się lokalna prostytutka Celina oraz jej brutalny alfons, co w żaden sposób nie ułatwia sytuacji.

Brzmi znajomo? Debiutująca scenarzystka Dorota Trzaska mocno przy pisaniu historii inspiruje się dwoma rzeczami. Po pierwsze – „Fargo” braci Coen, czyli skręcamy w czarną komedię, gdzie zwykli ludzie pakują się w niezwykłą sytuację. Bywa brutalnie i krwawo, ale nie rzucamy posoką we wszystkie możliwe kierunki. Nie brakuje tarć oraz nieporozumień, które podkręcają napięcie i komplikują niełatwą sytuację. Po drugie – „The End of the F***ing World”, choć tutaj inspiracja jest wyczuwalna w warstwie formalnej. Sposób kadrowania, wykorzystanie muzyki w „retro” stylu oraz dość ekscentryczna mieszanka bohaterów. Gdzie każdy ma dość niełatwą przeszłość (najmniej dowiadujemy się o Leonie – samotnym ojcu, nie radzącym sobie z dość pyskatą oraz nieodpowiedzialną córką), którą poznajemy w krótkich retrospekcjach. Nawet naszego bandyty, co jest przyjemną niespodzianką.

Reżyserzy Grzegorz Jaroszuk i Jakub Piątek wydają się tak odlegli, że już bardziej się nie da. Pierwszy stworzył groteskowo-absurdalny „Kebab i horoskop”, zaś drugi debiutował thrillerem „Prime Time”. Ale ta kombinacja działa. Nie tylko dobrze wygląda, zaś kilka zabaw formalnych (m. in. podzielony ekran) uatrakcyjniają seans. Sami bohaterowie są dość barwni, chociaż nie wszyscy budzą sympatię od razu jak bardzo niepewny siebie Wojtek czy przyzwyczajona do bogatego życia i pazerna Klara. O córeczce Diance nawet nie wspominam, choć powoli zacząłem sympatyzować z nimi. Niemniej trzeba dać im trochę czasu, który na szczęście dostajemy. Dlaczego na szczęście? Bo serial ma sześć odcinków po około 25 minut, więc obejrzenie go nie zajmie zbyt wiele czasu. Jak w przypadku „The End of the…”.

Aktorsko też jest więcej niż bardzo dobrze, co jest po części zasługą reżyserii, ale też wybrania mniej znanych i ogranych twarzy. Każdy ma tutaj swoje pięć, choć jeśli miałbym wskazać ulubieńców, to zdecydowanie byliby to Juliusz Chrząstowski (Leon) oraz Jaśmina Polak (Celina). Pierwszy ze zmęczoną i spokojną twarzą, parę razy potrafi nagle eksplodować oraz zaskoczyć. Z kolei Polak jest typową cwaniarą, wykorzystującą okazję i manipulując wszystkimi dookoła. Jedynie jej alf Adrian (mocny Mateusz Król) wydaje się niezbyt uległy wobec jej sztuczek oraz słów. Szczególnie jak jest na haju. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Annie Ilczuk (Klara) czy wręcz wybuchowej Mai Wolskiej (Dianka), której zachowania nie da się przewidzieć. Najsłabiej (nie znaczy, że źle) prezentuje się małomówny Łukasz Garlicki (bandyta Leon) oraz balansujący na granicy przerysowania Michał Sikorski (lekko zniewieściały i zagubiony Wojtek). Jeśli dodamy jeszcze parę znanych aktorów w epizodach – nie zdradzę kto, bo nie chcę psuć niespodzianki – to dostajemy bardzo satysfakcjonujący mini-serial.

„Pewnego razu na krajowej jedynce” jest krótką, zaskakująco przyjemną oraz zwariowanym komediodramatem, dobrze przeszczepiający klimat Coenów na nasze podwórko. Miejscami mroczny i krwawy, miejscami ekscentryczny, ale bardzo świeży, świetnie napisany oraz zagrany. Dla mnie jeden z najlepszych polskich seriali dla Netflixa.

8/10

Radosław Ostrowski