Biały Tygrys

Tytułowy „biały tygrys” to rzadkie zwierzę, które rodzi się raz na pokolenie. W przypadku tego filmu można tym zwrotem opisać kogoś o wiele sprytniejszego niż się wydaje. Kto wyrwał się ze swojego „kurnika” (kasty), by wejść na sam szczyt. Ale jak tego dokonać, jeśli jesteś z nizin społecznych i jesteś Hindusem?

Poznajcie Balrama (Adarsh Gourav) – młodego chłopca, który mógł mieć szansę na dalsze kształcenie i edukację. Niestety, choć trudno mu odmówić inteligencji oraz sprytu, okoliczności mu nie sprzyjały. Nagła śmierć ojca doprowadziła do tego, że chłopak pracował w herbaciarni na małej wsi. Wreszcie, by chcąc zmienić życie, decyduje się na jedyną opcję – zostanie sługą dla osoby z wyższej kasty, w ten sposób zarabiając więcej. Ale żeby to zrobić uczy się prowadzić samochody. To jednak jest początek jego drogi na szczyt jako szef firmy taksówkarskiej. Jak to się stało? Dlaczego jest za nim list gończy? On sam nam to wszystko opowie.

bialy tygrys1

Rezyser Ramin Bahrani pokazuje Indie z troszkę innej perspektywy niż nasze skojarzenia. Nie jest barwnie, bajkowo czy kolorowo, za to bardzo tłoczno i ogromnymi podziałami społecznymi. Bogaci coraz bardziej się bogacą, dbając w zasadzie tylko o siebie, zaś ich słudzy (m. in. kierowcy, sprzątacze) pochodzą z biedoty. A ci drudzy tylko pozornie poprawiają swój los. Bo ta relacja uzależnia drugich od tych pierwszych, którzy ze znanych sobie powodów mogą sługę zmienić. Tak się zostaje osadzonym w kurniku, z którego wydostać się nie da. Że jak się biedakiem urodziłeś, biedakiem umrzesz i nic nie zrobisz. Trochę inaczej niż w stylu zwanym amerykańskim snem, który wydaje się nie mieć racji bytu.

bialy tygrys2

Musze przyznać, że tempo tego filmu jest wyzwaniem. Pierwsza połowa jest raczej dużo wolniejsza, skupiona na pokazaniu tych podstawowych zależności oraz drodze Balrama do bycia kierowcą. Poznajemy rodzinę „bogatszych”, gdzie mamy dwóch tradycjonalistów (ojca oraz syna) oraz parę troszkę „nowoczesną” z Nowego Jorku (Ashok i Madam Pinky). Ona wydaje się bardziej wyzwolona od swojego męża, będącego w rozkroku. Niby on chce unowocześnić kraj i stawiać na rozwój technologiczny, jednak coraz bardziej zaczyna ulegać presji ojca oraz brata. Co tej mocno odbija się na relacji pan-sługa, która początkowo między nimi wydawała się bardziej luźna, wręcz kumpelska. Ale jedno wydarzenia sprowadza znowu wszystko do nienaruszalnego porządku.

bialy tygrys3

Jak sam Balram mówi: By się wyrwać z mroku są dwie ścieżki. Ścieżka zbrodni lub polityki. To zdanie pokazuje jak bardzo ta kastowość jest patologiczna. I tylko przez patologię (korupcję, oszustwa, morderstwo) można cokolwiek tu zrobić. Stać się przedsiębiorcą, kimś spoza swojej niskiej kasty, politykiem czy kimś takim. Ale czy cena tej przemiany może się wydawać zbyt wysoka? Czy w którym momencie nasz bohater stanie się taki jak swoi panowie? Czy jednak będzie pamiętał jakich błędów nie popełniać? Zakończenie dla mnie pozostaje otwarte. Mówię o przemyśleniach niż o warstwie technicznej czy aktorskiej, jakby nie były warte jakiejkolwiek wzmianki. Nieprawda.

Bo aktorstwo jest więcej niż dobre (zwłaszcza Gourava i Rajkummara Rao jako Balram oraz Ashok), muzyczno-montażowa zbitka działa, a wszystko pokazane jest bez upiększeń, słodzenia czy wazeliny. Może nie jest tak mocne jak „Parasite”, jednak na tyle jest to ciekawe i wciągające, że można wybaczyć wady (m.in. nierówne tempo. nadmiar postaci drugoplanowych).

7/10

Radosław Ostrowski

Ojciec Stu

Czasami niektóre historie mogą być tak inspirujące, że filmowcy biorą je na warsztat. Ale czasami nie zawsze twórcy potrafią taką historię przekuć na dobry film. Taka jest historia Stuarta Longa – lokalnego boksera z drobnymi sukcesami, który ostatecznie został… księdzem. Jakim cudem do tego doszło?

Jak poznajemy naszego Stuarta (zaskakująco dobry Mark Wahlberg), toczy kolejną walkę bokserską. Wielką gwiazdą nie został nigdy, a poobijany ryj oraz otrzymane ciosy zrobiły na ciele swoje. Stuart musi odpuścić i znaleźć sobie nowe miejsce. Próbuje swoich sił jako aktor, lecz twarz ma bardzo niefilmową, więc pracuje w markecie. A dokładnie w dziale mięsny, gdzie wpada mu w oko pewna dziewczyna. Udaje mu się ją znaleźć… w kościele. Gdzie prowadzi w przedszkolu katechezę. Zabujał się w niej, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

Reżyser Rosalind Ross trafił na materiał pokazujący zarówno historię nawrócenia, ale też walki o swój cel. Mimo wszystko, mimo przeciwności. I chodzi tylko o kwestię tego, że nasz bohater jest ateistą i za bardzo jest skupiony na sobie. Bo jeszcze dochodzi sprawa trudnych relacji z ojcem, śmierć brata oraz poczucie bycia tym gorszym. Alkohol jeszcze krąży, aż doszło do wypadku, co go mocno poturbował. Brakuje mi w tym filmie równego tempa: dość długo trwa proces poznania naszego bohatera i jego przeszłości, zaś sam proces nauki w seminarium jest strasznie pocięty oraz uproszczony. Za dużo miałem jednego, a za mało drugiego. Samo to „nawrócenie” oraz droga do Boga dla mnie było mocno naiwne. Nie do końca wierzę w aż tak ekstremalną przemianę i jej wpływ. Problem jest także, że nasz „ksiądz” staje się jeszcze nowym Hiobem, co wynika z rzadkiej choroby. Za dużo zbiegów okoliczności, symboliki („wizja” Maryi w chwili wypadku) oraz troszkę walenie Wiarą wprost.

Gdyby nie lekko ironiczny humor oraz miejscami knajackie teksty, ten film mógłby być niestrawny. Czuć tu mocno agitkę pro-religijną, którą przełamują dwie rzeczy. Pierwszą jest Mark Wahlberg, który może i jest tu prostodusznym gościem z demonami w tle. Może wydawać się on pasować do roli księdza niczym pięść do oka. Ale to bardziej przyziemne podejście tworzy mieszankę wybuchową, potrafiącą miejscami poruszyć. Drugim dla mnie „hakiem” jest Mel Gibson, czyli ojciec Stuarta – szorstki, lekko cyniczny, nie radzący sobie z przeszłością. Rzadkie wspólne sceny obu panów, zwłaszcza po „nawróceniu” działają w kontrze i pokazują spory potencjał jaki ten film miał. Reszta postaci w zasadzie robi za tło, co trochę jest przygnębiające. Zwłaszcza mając takich aktorów jak Jackie Weaver czy dawno nie widziany Malcolm McDowell.

To jest zmarnowany potencjał na ciekawy, inspirujący film. Niestety, reżyser nie udźwignął tematu i wpadł w pułapki filmów dotykających wiary/religii. Dłuży się oraz ma bardzo nierówne tempo, co bywa męczące. Odrobinka humoru oraz dobra rola Wahlberga to o wiele za mało na coś porywającego. Rozgrzeszenia tym razem nie będzie.

5/10

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień świstaka

Jaki inny film można obejrzeć w dniu świstaka jak nie… „Dzień świstaka”? Nakręcona równo 30 lat temu przez Harolda Ramisa historia stała się inspiracją dla filmów (m. in. „Na skraju jutra” czy „Śmierć nadejdzie dziś”), ale także gier komputerowych („Deathloop”). To także Bill Murray w najbardziej „murray’owej” kreacji w swojej karierze, a sam film jest dość unikatową… komedią romantyczną. Poniekąd. Ale może nie rozpędzajmy się.

dzien swistaka4

Bohaterem filmu jest Phil Connors (Bill Murray) – pan pogodynek lokalnej stacji telewizyjnej, który sprawia wrażenie lekko znudzonego (delikatnie mówiąc) swoją robotą. Trochę zblazowany gość razem z nową producentką Rita (Andie MacDowell) oraz kamerzystą Larrym (Chris Elliott) wyrusza do Punxsutawney. Po co? Na coroczny Dzień Świstaka, by sfilmować jak zwierzak o imieniu Phil przewiduje pogodę. Bo nie wiem czy wiecie, ale jest taka fama, że jak świstak zobaczy swój cień zima potrwa jeszcze sześć tygodni. Dla naszej telewizyjnej gwiazdy to czwarta eskapada i ekscytacja już zniknęła. Nasz Phil robi swoje, idzie do hotelu, kładzie się spać. Budzi się i… wtedy następuje szok, bo znowu jest Dzień Świstaka. Tylko Connors się w tym wszystkim orientuje, że wpadł w pętlę. Ale jak się z niej wydostać?

dzien swistaka2

Na pierwszy rzut oka „Dzień świstaka” to jeden, ciągle powtarzający się dzień bohatera, powtarzany w kółko i w kółko. Czyli niemal cały czas widzimy te same sytuacje (pojawienie się dawnego znajomego, który jest agentem ubezpieczeniowym; relacja dla telewizji; kąpiel pod prysznicem z zimną wodą), co może wydawać się pewną nudą oraz pójściem na ograne gagi. Ale jednocześnie Ramis nie idzie na skróty i cały czas dodaje nowe kombinacje. Wszystko to pokazuje różne stany emocjonalne bohatera: od uznania sytuacji za żart przez próbę użycia zdobytej wiedzy dla własnej korzyści (przespania się z Ritą) do depresji i scen niemal żywcem wziętych z poradnika „50 sposób na zabicie się”. Wszystko okraszone sarkastycznymi komentarzami Connorsa.

dzien swistaka3

Przynajmniej do czasu, bo pojawia się pytanie: co z tym fantem zrobić? Upić się, okraść pieniądze, uratować dziecko spadające z drzewa, zając się schorowanym staruszkiem? Skonsultować się z lekarzem lub psychiatrą? A może mieć w dupie to wszystko i skończyć ze sobą? Nie ma tu żadnego przybysza czy kogoś, kto przyszedłby, mówiąc: Stary, musisz zrobić tak i tak, by jutro się wydarzyło. To by było zbyt łatwe, proste i (zapewne) naiwne. Wszystko zarówno na wysokich komediowych obrotach, jednocześnie stając się bardziej refleksyjnym spojrzeniem na ludzką naturę. I czy pod wpływem okoliczności jest możliwa zmiana na lepsze? Na stałe? Odpowiedź nie brzmi tak naiwnie, jak by się mogło wydawać.

dzien swistaka1

Wiadomo, że jak się mówi o „Dniu świstaka” każdy wspomina o Murray’u, który do grania takich sarkastycznych palantów jest idealny. Obojętnie czego by nie zrobił (a robi tu masę rzeczy jak np. naśladuje Bezimiennego z filmów Sergio Leone), nie da się tego drania nie lubić. Taka jest siła jego specyficznego uroku, a jego przemiana (właściwie pokazanie tej wrażliwszej strony) robi tak piorunujące wrażenie. Jednak nie tylko on ma swoje przysłowiowe pięć minut. Równie urocza jest Andie MacDowell jako producentka Rita, która twardo stąpa po ziemi i ściemę wyczuwa na kilometr. Dynamika tej dwójki to jedno z emocjonalnych spoiw, pozwalające spojrzeć na ten film głębiej niż na komedię. Tutaj nawet postacie trzecioplanowe (burmistrz Buster, właścicielka pensjonatu, dwaj lokalsi, Ned Ryderson czy kamerzysta Larry) są wyraziste, co jest bardzo rzadkie w kinie.

„Dzień świstaka” jest filmem, który Amerykanie nazywają sophisticated comedy, czyli komedii inteligentnej, bardziej wyrafinowanej i głębszej. Gdzieś czuć tutaj klimat filmów Franka Capry, który potrafił nie tylko rozbawić, ale także skłonić się do zastanowienia się. A także do pokazania jaśniejszej strony życia bez fałszu czy naiwności, co nie jest takie proste. Nic dziwnego, że jest to opus magnum w karierze Harolda Ramisa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie!

Jordan Peele – filmowiec, z którym mam problem i to poważny. Nie chodzi nawet o to, że komik postanowił wziąć się za gatunek horror und groza. Facet nieźle kombinuje, umie budować atmosferę i napięcie. Problem w tym, że zakończenie (zazwyczaj wzięte z jakiegoś tandetnego kina klasy B) psuło całą tą misterną układankę. Przez co Peele nie porywa mnie tak bardzo jak wielu krytyków uważa. Dlatego na „Nie!” nie czekałem za bardzo, spodziewając się powtórki z rozrywki. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliłem. Nie uprzedzajmy jednak wydarzeń.

Cała historia skupia się na rodzinie Haywood zajmującej się hodowlą koni do filmów. Prawda jednak jest tak, że interes nie idzie za dobrze i konie coraz częściej są sprzedawane. Komu? Sąsiadowi Ricka Jupe, co prowadzi wesołe miasteczko dla cowboy’ów i radzi sobie nieźle. Wydaje się, że naszej familii – Otisowi Seniorowi, OJ oraz Emerald – może się udać, dzięki angażowi do pewnego filmu. Niestety, najpierw w dziwnych okolicznościach ginie ojciec (od… monety z nieba), zaś podczas próby koń się płoszy. Wszystko wskazuje na to, że farma zostanie wystawiona na sprzedaż. Niemniej w okolicy dzieją się dziwne rzeczy o charakterze nadnaturalnym, więc planują je „uchwycić” na taśmie/zdjęciu i zarobić na tym.

Początek jednak jest zupełnie gdzie indziej, bo podczas realizacji serialu komediowego. Jedynie słyszymy wypowiadane dialogi, w tle pojawiają się loga filmów. Śmiechy i słowa padają, aż wreszcie jest krzyk oraz wreszcie widzimy coś niepokojącego. Plan wygląda jak pole bitwy, po widowni nigdzie śladu, a panoszy się zakrwawiony małpiszon. Dezorientacja gwarantowana. Im dalej w las, tym bardziej dziwne rzeczy się dzieją – statyczna chmura, coś chyba jakby latający spodek i coś z niego wypada. Peele powoli buduje całą aurę niepokoju, z wieloma długimi ujęciami, nagłym brakiem prądu oraz długimi ujęciami. Wszystko na pustyni, co daje „Nie!” posmak westernu. Gdzie tu jeszcze czai się Spielberg z czasów „Bliskiego spotkania trzeciego stopnia”, więc elementy horroru nadal są obecne. Szczególnie tego spod znaku monster movie, z trzymającym w napięciu zakończeniu.

Reżyser tym razem o wiele delikatnie bawi się w społeczny komentarz, tym razem przyglądając się branży filmowej i ludziom, o których mniej się mówi. Zarówno o koniarzach, jak i operatorach, ale też ile muszą poświęcić dla naszej satysfakcji/przyjemności przed ekranem. Można uznać „Nie!” za wyraz wdzięczności dla tej anonimowej grupy ludzi, jednocześnie czy scena za ten spektakl nie jest aby za wysoka. Czy to dążenie do sławy/prestiżu/pieniędzy warta jest tej ceny? Odpowiedź nie jest wcale jednoznaczna i sami ją oceńcie.

Wszystko to trzyma świetna obsada. Duet Daniel Kaluuya/Keke Palmer (OJ i Em) działają na zasadzie kontrastu: on małomówny, zdeterminowany, ona wygadana, wyluzowana. Dlatego tak świetnie się uzupełniają, zaś ich więź jest bardzo namacalna. Równie kluczową postacią jest kowboj Ricky o twarzy Stevena Yeuna z mocno brutalną przeszłością. Emanuje pewnością siebie jakby dawne przejścia dały mu siłę oraz moc ujarzmiania nieujarzmionego. Szoł na parę scen kradnie dawno nie widziany Michael Wincott jako operator Holst. Takiego zachrypniętego głosu nie zapomnicie na długo.

To jest na razie jedyny film Peele’a, który podobał mi się, choć nic tego nie zapowiadało. Jako horror nigdzie się nie wywala, klimat osadzenia jest namacalny, a hybryda horroru, westernu i SF funkcjonuje bez zgrzytu. Jak widać, cuda w branży filmowej się zdarzają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kruk. Czorny Woron nie śpi

Komisarz Adam Kruk wraca do Białegostoku. Tym razem zabiera ze sobą żonę oraz synka, a jego przeciwnikiem jest mafia papierosowa z Katowic. Działa gdzieś nielegalna fabryka kierowana przez „Ruskiego” oraz jego prawą rękę, Rudego. Ci cały czas pozostają nieuchwytni, zaś próba znalezienia tego miejsca kończy się strzelaniną oraz znalezieniem wisielca. Jak się okazuje był z konkurencji, czyli braci Kleosin. Jakby było tego mało, ktoś w okolicy morduje kobiety rudowłose, a sam komisarz zaczyna mieć problemy z opanowaniem swojego gniewu. I to mocno może odbić się na prowadzonym dochodzeniu.

kruk2-1

„Czorny Woron nie śpi” – taki podtytuł nosi druga seria produkcji reżysera Macieja Pieprzycy i scenarzysty Jakuba Korolczuka. Pierwsza seria skupiała się zarówno na śledztwie Kruka (porwanie syna lokalnego biznesmena) jak i pokazaniu mocno traumatycznej przeszłości policjanta. Jego obecnych demonach, czekających na moment przebudzenia. Osadzenie akcji w Białymstoku i wszczepienie elementów lokalnego folkloru (postać Szeptuchy) była dużym powiewem świeżości w zbyt znajomym gatunku. Tutaj nie tylko skala jest inna, lecz twórcy bardzo mocno zmieniają akcenty. I z tego powodu ten sezon wydaje się bardzo… odmienny od poprzednika.

kruk2-2

Po pierwsze, jest tutaj więcej wątków pobocznych, przez co postać Kruka (Michał Żurawski) nie jest aż tak mocno eksplorowana. Co nie znaczy, że nie poznajemy go lepiej, jednak jego problemy zostają zepchnięte na dalszy plan. Zamiast tego więcej czasu mają zarówno gangsterzy i ich rozgrywki, spotkania Kruka z Szeptuchą czy bardzo wycofana Klaudia (intrygująca Maria Sobocińska), mieszkająca z bratem (Hubert Miłkowski). Ten ostatni wątek początkowo sprawiał wrażenie jakby wyrwanego z innej opowieści i zbędnego, ALE to wszystko zaczyna się łączyć w spójną całość.

kruk2-4

Po drugie, jak w poprzedniku pojawiają się retrospekcje, lecz nie dotyczą (bezpośrednio) postaci Kruka. One są związane z nową postacią – komisarz Justyną Ataman (Magdalena Koleśnik). Ta młoda i ambitna policjantka wydaje się najciekawszą postacią z intrygującą tajemnicą. Nie zdradzę o co chodzi, ale to rozwiązanie wywraca wszystko do góry nogami. Pojawia się w połowie serialu, a potem zaczynamy widzieć więcej niepokojących rzeczy. Zaś zakończenie jest szokujące, nagłe i brutalne, będące podbudową do serii trzeciej.

kruk2-3

Jest równie mrocznie jak w poprzedniku, lepiej dźwiękowo i brutalniej, aczkolwiek mam zastrzeżenia do zdjęć. Nie chodzi o bardzo ciemne ujęcia w nocy (zwłaszcza na początku), z mocno ograniczonym oświetleniem, lecz nawet w scenach dziennych pojawiają się czarne obszary. Głównie na rogach czy na górze i nie wiem z czego to wynika. Ale to kompletnie nie przypomina estetyki z pierwszej serii, co wybijało mnie z rytmu. Nie wiem, czy w następnej serii też tak to będzie wizualnie wyglądać, jedno mogę powiedzieć na pewno: nie pasuje mi to.

kruk2-5

Aktorsko na szczęście jest więcej niż dobrze. Michał Żurawski wydaje się skrojony do tej postaci, balansując jego jasną i ciemną stronę (Mocy), wnikliwą analizę śledczego oraz skrywane w nim demony. Świetnie wypadają także Magdalena Koleśnik (Justyna) oraz Tomasz Włosok (Rudy) – ta pierwsza może wydawać się troszkę całkiem sympatyczna, ale to wszystko fasada. Bo okazuje się kimś o wiele bardziej złożoną osobą, której nie warto lekceważyć. Włosok z kolei coraz bardziej zaczyna działać jak młody leszcz, co chce zostać wielką rybą. A to oznacza przekroczenie kolejnych granic, łącznie z morderstwem i to pokazuje wręcz bezbłędnie. Z nowych postaci solidnie prezentuje się Zbigniew Stryj (komendant Bogdanowicz), Leszek Lichota (komisarz Kołecki) i Barbara Jonak (policjantka Marzena), jednak nie mogę nie wspomnieć Marii Sobocińskiej. Jej Klaudia jest bardzo wycofana, dziwna i wywołuje pewien podskórny niepokój (być może przez te duże oczy), skrywając bardzo mroczną, niewyleczoną traumę. Pod tym względem jest podobna do Kruka, lecz finał jej historii nie kończy się zbyt dobrze.

kruk2-6

„Czorny Woron nie śpi” i czeka na finał tej mrocznej opowieści. Mniej jest tego psychologicznego wejścia w skórę Kruka oraz tego specyficznego klimatu, a więcej akcji i skomplikowanej intrygi. Gdzieś tu zabrakło równowagi, ale być może zostanie to naprostowane. To jednak jest temat na osobną opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Babilon

Zawsze pojawiają się filmy, które polaryzują widzów. W zeszłym roku były dwa takie tytuły. Obydwa bardziej lub mniej bezpośrednio odnosiły się do kina, obydwa nakręcili zdolni reżyserzy i obydwa zaczynają się na B. I o ile „Blondynka” była dla wielu przeprawą nie do pokonania (ja sam odpadłem w połowie znużony chaotyczną narracją i depresyjno-cierpiętniczym tonem), „Babilon” miał raczej więcej szczęścia. Nie dość, że poszedłem do kina (byłem na sali sam, co ma pewne plusy), to spodobał mi się bardziej niż oczekiwałem. Niemożliwe? A jednak.

babilon3

Akcja filmu Damiena Chazelle’a zaczyna się na imprezie gdzieś w połowie lat 20. XX wieku. U niejakiego Wallacha – jednego z egzekutywy Kinoscope. Tutaj pojawia się kilka kluczowych postaci. Pierwszą jest Manny Cross (Diego Calva) – meksykański imigrant, pracujący dla Wallacha przy organizowaniu jego imprezy. Chłopak marzy o byciu czymś więcej niż tylko gościem od dowożenia słoni na imprezę cholernie bogatych celebrytów. Być może nawet będzie pracował na planie filmowym, choć raczej ze względu na swoje pochodzenie wydaje się to mało prawdopodobne. Na tej imprezie pojawia się też Jack Conrad (Brad Pitt) – wielka gwiazda kina niemego, którego zostawia żona. Jego kariera wydaje się stabilna oraz pewna, zaś życie osobiste to wariactwo. Jeszcze wprasza się tutaj niejaka Nella LeRoy (Margot Robbie) – wyszczekana, pewna siebie dziewczyna, pragnąca o byciu gwiazdą. Może zostanie dostrzeżona przez jakiegoś producenta? Istotne role jeszcze odegrają tu trębacz Sidney Palmer (Jovan Adepo) oraz artystka kabaretowa/autorka napisów do filmów niemych Lady Fay Shu (Li Jun Li).

babilon2

To, co napisałem jest tak naprawdę wstępem i dzieje się jeszcze zanim pojawia się tytuł. Ten trzygodzinny film jest wręcz freskiem, pozornie opowiadającym znajomą historię. Historię o Hollywood, marzeniach, sławie i przemianach. Nagle otwierających się możliwościach oraz przełomie, odmieniającym świat bezpowrotnie. Jeśli kojarzy wam się to z „Pewnego razu w Hollywood” albo „Artystą”, jest to jak najbardziej na miejscu. Chazelle jednak idzie w zupełnie inny ton i to od samego początku. Nie chodzi nawet o bizantyjską imprezę na samym początku, gdzie dzieje się orgia niczym z „Wielkiego Gatsby’ego” czy dowiezienie słonia. Słonia, który… nasrał podczas drogi prosto w kamerę. Ta scena narobiła mi syfu.

babilon6

Kamera dosłownie tańczy, montaż jest szybki, jazzowa muzyka rozbuchana i atakuje ze wszystkich stron. Jak w kalejdoskopie przeskakujemy z postaci na postać, co wywołuje chaos. Ale w tym całym szaleństwie jest metoda. Pokazuje to choćby to, co się dzieje po imprezie. Nella dostaje rolę w filmie, zaś Manny pracuje dla Conrada najpierw jako szofer. Ale potem sytuacja staje się tak dynamiczna, że zaczyna ogarniać rzeczy: od kwestii strajku statystów aż po… znalezienie nowej kamery. Bo wszystkie w trakcie kręcenia sceny batalistycznej uległy zniszczeniu. I to wszystko w jeden dzień!!! Sceny kręcenia tych dwóch różnych są przeplatane w taki sposób, że trzyma to w napięciu dużo lepiej niż ostatnie filmy Christophera Nolana. Takich suspensowych chwil jest dużo więcej jak choćby podczas kręcenia sceny z nagrywanym dźwiękiem (szybki montaż, repetycje) czy rozwiązanie kwestii długu u pewnego gangstera (zaskakujący epizod Tobey’a Maguire’a). Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco, niemal czuć tą epokę, z masą detali, rekwizytów oraz przepychem.

babilon1

„Babilon” bardziej wydaje się pokazaniem przemian w branży filmowej. Gdzie każdy postęp niesie za sobą ofiary, jakkolwiek to brutalnie brzmi. I nie chodzi o zniszczone kamery, muzyków grających na żywo podczas kręcenia (!!!!) czy operatora kamery zamkniętego w budce (kręcenie sceny w studiu z dźwiękiem). Ale dźwięk spowodował też, że aktorzy do tej pory grający tylko twarzą musieli użyć głosu. Głosu, który mógł pomóc wejść na szczyt albo wyłączyć ich z gry. Najdobitniej pokazują to dwa przypadki. Młoda gwiazda, czyli Nelle zaczyna mieć problemy. Głos uważany jest za skrzekliwy, zachowanie za zbyt hedonistyczne (hazard, seks, rozpusta i za mało wyrafinowana), przez co coraz ciężej znaleźć role oraz utrzymać się na powierzchni. Z drugiej jest Conrad – weteran, amant z bardzo bogatym życiem towarzyskim. Jego problem polega na tym, że jego czas przemija, choć wyczuwa nowe kierunki. Ten zmierzch dobitnie pokazuje scena rozmowy z dziennikarką gazety plotkarskiej – mnie ten moment złapał za serce.

babilon4

Aktorsko film błyszczy. Na barkach całość trzyma trio Margot Robbie/Diego Calva/Brad Pitt. Ona jest bardzo pewną siebie, bezczelną, emanującą sex appealem dziewczynę z wielkimi marzeniami oraz jeszcze większym apetytem życiowym. Ale jednocześnie z czasem zaczyna coraz szybciej się wypalać, idąc ku otchłani autodestrukcji w niemal tańczącym stylu. Calva jest najbardziej dynamiczną postacią, który od gościa załatwiającego rzeczy do producenta filmowego. Sprytnego, inteligentnego, zaradnego, idącego ku nowym pomysłom. A jego relacja z Nelle (lekko romantyczna) działa, mimo zaskakująco niewielu wspólnych scen. Może poza rozwiązaniem tego wątku. Dla mnie jednak najjaśniejszym punktem jest Brad Pitt. Aktor trochę przypomina trochę wypadkową postaci granych przez DiCaprio w „Pewnego razu w Hollywood” z Jeanem Dujardinem w „Artyście”. Bardzo czarujący, inteligentny aktor, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ale po śmierci przyjaciela coś zaczyna się w nim zmieniać – kariera traci impet, zaczyna stawać się coraz bardziej refleksyjny i dochodzi do niego najgorsza rzecz dla każdego aktora. Im bliżej końca, tym więcej wyciąga z tej postaci, zaś finał tej postaci mnie uderzył emocjonalnie.

babilon5

Na drugim planie za to jest przebogato. Zarówno świetna jest Jean Smart (dziennikarka Elinor St. John) oraz Johan Adepo (muzyk Sidney Palmer, który nie tylko gra na trąbce i gra też w filmach), swoje pięć minut ma także Katherine Waterston (reżyserka Estelle), Lukas Haas (George Munn – producent i przyjaciel Conrada) czy zaskakujący epizod Spike’a Jonze’a oraz Flei. Chazelle od każdego z nich wyciąga więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Tak samo jak nikt nie spodziewał się niczego dobrego po „Babilonie” – imponującego technicznie, fantastycznie zagranego i wyreżyserowanego kolosa. Szalonego, ambitnego, brawurowego i bardzo mrocznego.

8/10

Radosław Ostrowski

Podejrzana

Chan-wook Park jest obecnie jednym z popularniejszych koreańskich reżyserów. I jak każdy twórca z tego kraju miesza różne gatunki w jeden film. Nie inaczej jest z jego najnowszym dziełem – „Podejrzaną, która jest mariażem romansu z… kryminałem. Ale jak można taką opowieść połączyć?

Wszystko zaczyna się w Puisan, gdzie zostaje znalezione ciało. Ofiarą jest mężczyzna – emerytowany urzędnik imigracyjny, zamiłowany alpinista. Ślady na ciele wskazują, że spadł z góry i nic nie sugeruje innej opcji. Jednak prowadzący sprawę detektyw Hae-joon (Hae-li Park) decyduje się przesłuchać żonę (Wei Tang) – o wiele młodszą od denata, w dodatku Chinkę. Jej koreański jest całkiem niezły, jednak jej zachowanie budzi podejrzenia. Niestety, ale kobieta o imieniu See-rae ma alibi, gdyż w porze morderstwa pracowała jako opiekunka starszych pań. Więc nie mogła być w to zamieszana. Niemniej śledczy ma wątpliwości i dalej prowadzi sprawę. Tylko czy jest jakaś sprawa?

podejrzana2

Reżyser bardzo miesza kryminalną intrygę z elementami kina noir. Bo mamy detektywa (cierpi na bezsenność), mroczną tajemnicę oraz kobietę po przejściach. I możliwe, że ma schowane kilka trupów w szafie. Ale trudno oderwać od niej wzrok i ciężko ją rozgryźć. Początkowo nie wiadomo kto kogo tak naprawdę chce przechytrzyć? A każda poszlaka wydaje się niejednoznaczna, gdzie są przynajmniej dwie możliwości. I reżyser niemal przez połowę filmu podpuszcza, podrzucając parę pobocznych wątków (żona policjanta, śledztwo w sprawie ściganego bandyty), pozornie wydających się zbędnymi zapychaczami. Albo momentami rozluźnienia (jak w „Szale” Hitchcocka). Park cały czas podpuszcza, bawiąc się (jak to on) montażem w tak kreatywny sposób, że nie można wyjść z podziwu. Choćby podczas scen obserwacji podejrzanej, gdzie detektyw nagle znajduje się… w środku mieszkania. Albo powtarzając pewne sceny, ale z innej perspektywy, rzucając nowe światło.

podejrzana1

Jednak pod tym wszystkim skrywa się historia niebezpiecznej relacji, mogącej pogrążyć detektywa i skazanej na przegraną. Dlaczego? Nie chodzi o różnice językowe czy kulturowe, tylko ukryte emocje oraz uczucie skryte pod niemal kamiennymi twarzami. Fascynacja, skrywana tajemnica, być może manipulacja, podstęp i obsesja. To wszystko jest rozgrywane niczym partia szachów i w połowie filmu mamy wyjaśnienie sprawy. ALE po tym zdarzeniu film niejako zaczyna się od nowa. Detektyw trafia do nowego miejsca, gdzie próbuje poradzić sobie z bezsennością. No i zgadnijcie, co się wydarza? Morderstwo, a żoną ofiary jest… jak myślicie? Ktoś tu z naszej dwójki drwi, jednak czy tym razem kobieta może być zamieszana w tą sprawę? Rozwiązanie mnie bardzo zaskoczyło, a Park potrafi trzymać w napięciu do końca. Mocnego końca.

podejrzana3

Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo wszystko jest na poziomie, do którego Koreańczyk nas przyzwyczaił. Jednak ten film by nie wciągnął, gdyby nie nasz duet. Hae-li Park świetnie się sprawdza jako detektyw z bezsennością. Wydaje się bardzo opanowany, skupiony i podchodzący do sprawy wręcz analitycznie. Ale im dalej w las, tym coraz bardziej ta fasada zaczyna się rozpadać. Wszystko zarysowane bardzo delikatnie, jakimiś mikrospojrzeniami, tonem głosu. Ale tak naprawdę film kradnie magnetyzująca Wei Tang (pamiętacie taki film „Ostrożnie, pożądanie”?), czyli będąca poniekąd femme fatale See-rae. Jak oderwać wzrok od tych oczu, tej twarzy? Jest w tej postaci coś tajemniczego, fascynującego i budzącego pewną nieufność. Ale nadal wszystko trzymane jest w ryzach, przez co trzeba przyglądać uważnie.

podejrzana4

„Podejrzana” nie powaliła i nie złapała mnie za haczyk jak „Służąca”, jednak to nadal świetnie wyreżyserowany, wciągający thriller. Bardziej od zagadki reżysera interesuje nastrój i klimat, co może wielu złapać albo odrzucić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Doktor Sen – wersja reżyserska

UWAGA!
Materiał zawiera śladowe ilości spojlerów, lecz autor stara się go zredukować do minimum.

Kontynuacje po latach są więcej niż niebezpieczne, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za arcydzieła. Bo raczej nikt nie oczekiwał sequela do „Lśnienia” Stanleya Kubricka wg powieści Stephena Kinga. Ale sam pisarz zdecydował się napisać kontynuację – „Doktor Sen”. Adaptacja książki wydawała się nieunikniona, choć mogła być problematyczna. Dlaczego? Sam King fanem kinowego „Lśnienia” nie był, więc przenosząc „Doktora Sen” trzeba było pogodzić zarówno fanów książkowego sequela i kinowego poprzednika. Pewną nadzieję dawała osoba reżysera Mike’a Flanagana.

doktor sen1

Akcja skupia się na już dorosłym Dannym (Ewan McGregor) – ciągle naznaczonym traumatycznymi wydarzeniami z hotelu Overlook. Chcąc zapomnieć sporo pije i ćpa, co w żadnym wypadku nie pomaga w rozwiązaniu problemu. Mniej korzysta ze „lśnienia” i w końcu decyduje się wyjechać do stanu New Hampshire. Nowe miejsce, nowy start, nowe możliwości. Poznaje Billy’ego Freemana (Cliff Curtis), który pomaga mu zarówno znaleźć mieszkanie, jak też przyciąga na spotkanie AA. Dzięki temu (pośrednio) dostaje pracę jako pielęgniarz w szpitalu. A dawno uśpione lśnienie nagle się budzi do życia. Wszystko przez posiadającą tą samą moc dziewczynka Abra (debiutantka Kyliegh Curran), tylko u niej jest o wiele silniejsza. Ale jest jeszcze trzecia siła – Prawdziwy Węzeł, czyli grupa nieumarłych żywiących się lśnieniem. Początkowo mężczyzna nie chce się mieszać, ale okoliczności zmuszają go do działania.

doktor sen2

Jeśli ktoś spodziewa się arcydzieła na poziomie dzieła Kubricka, nawet do tego filmu nie podchodźcie. Nie mogę jednak powiedzieć, że Flanagan dał ciała. Wyciągnął ze źródłowego materiału ile się da i bardzo powoli buduje atmosferę. Reżyser daje dużo czasu na poznanie bohaterów, ich motywacji oraz umiejętności, by móc bardziej się z nimi zżyć. Dlatego całość toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem (i dlatego trwa 2,5 godziny – w wersji reżyserskiej aż 3), skupiając się na postaciach oraz atmosferze. Nie wali jump-scare’ami prosto w twarz, jednak potrafi wielokrotnie zmrozić krew w żyłach. Wystarczy spojrzeć na członków Pradawnego Węzła, czyli istot na kształt nieumarłych pasożytów, nie tylko żywiących się lśnieniem (oni je nazywają „parą”), lecz posiadają różne nadnaturalne moce (m. in. wchodzenie do umysłu, manipulacja). Choć ich mordy nie są pokazywane wprost, potrafią przerazić.

doktor sen3

Mimo długiego metrażu Flanagan nie przynudza i pewnie opowiada o mierzeniu się ze swoimi demonami, odzyskiwaniu wiary w siebie oraz klasycznej walce dobra ze złem. Bliżej tutaj jest do kina fantasy z elementami nadnaturalnymi. Ale jednocześnie do paru rzeczy podchodzi w sposób kreatywny. Szczególnie w momentach, gdy Danny oraz Abra używają swoich mocy. Zarówno kiedy on pomaga w spokoju umrzeć jak kiedy Abra mierzy się z Rosą Kapelusznik, gdy ta druga chce wejść do jej głowy (fantastycznie sfilmowana scena oraz imponująca scenografia). Z jednej strony film stoi na swoich własnych nogach, ale z drugiej nie brakuje odniesień do filmowego „Lśnienia”. Najdobitniej to widać w finałowej konfrontacji na terenie zamkniętego hotelu Overlook czy retrospekcjach. W tych ostatnich postacie z dzieła Kubricka wracają, grani przez innych aktorów i nie wywołuje to żadnego zgrzytu. Ktoś powie, że ten finał to nachalny fan service, co mogę zrozumieć, gdyby film nie miał nic więcej do zaoferowania. I do razu mówię – zakończenie jest w pełni satysfakcjonujące.

doktor sen4

Także aktorsko jest więcej niż świetnie. Dorosłego Danny’ego gra sam Ewan McGregor i bardzo dobrze pokazuje udręczonego, zagubionego mężczyznę. Jego przemiana w pewnego siebie mentora (niczym inny bohater grany przez tego aktora w pewnej odległej galaktyce), wykorzystującego kilka sztuczek ze swojego arsenału przekonuje. Tak samo jak krótkie momenty załamania oraz budowanej więzi z Abrą. Tą dziewczynkę gra Curran i jest absolutnie fantastyczna, pokazując zarówno momenty przerażenia jak i silnego charakteru. Mocna, wyrazista postać oraz jedna z lepszych ról dziecięcych ostatnich lat. Ale całość kradnie magnetyzująca Rebecca Ferguson. Jej Rose jest mroczna, demoniczna i bardzo pewna siebie, co podkreśla sam wygląd. Władcza, bardzo charyzmatyczna, silna osobowość, z drobnymi momentami zwątpienia.

doktor sen5

Oczekiwanie, że „Doktor Sen” będzie na poziomie „Lśnienia” samo w sobie jest absurdalne. Flanagan zdaje sobie z tego sprawę, więc nie ściga się z klasykiem i znajduje swoją własną drogę. Jest świetnie zagrany, z powolnie budowaną atmosferą oraz klimatem rzadko spotykanym w kinie grozy. Slow burner, ale wciągający jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niebezpieczni dżentelmeni

Zakopane, Zakopane – miejsce znane z imponujących górskich widoków, uzdrawiającego powietrza, ciągle zakorkowanej drogi do tego miasta, białych misiów lubiących się fotografować z ceprami (turystami). A jeszcze za panowania cesarza Austrii i króla Węgier Franciszka Józefa było miejscem hulanek ówczesnej bohemy artystycznej. O takich czterech apsztyfikantach będzie ten film. Od razu uprzedzę pytanie, choć sam film jest fikcją, to prawie wszystkie postacie istniały naprawdę.

Jest rok 1914, jeszcze I wojna światowa nie zaczęła, a w Zakopanem był ostry melanż. W domu niejakiego Witkiewicza (Marcin Dorociński) – kontrowersyjnego artysty, malarza, skandalisty i narkomana. Przewodnikiem naszym będzie dr Tadeusz Żeleński (Tomasz Kot) – praktykujący lekarz-pediatra z Krakowa, a także hazardzista i moczymorda, z niespełnionymi ambicjami literackimi. Oprócz tej dwójki w domu Witkacego są jeszcze Joseph Conrad (Andrzej Seweryn) – marynarz, pisarz i awanturnik oraz Bronisław Malinowski (Wojciech Mecwaldowski) – antropolog, hipochondryk. Wszyscy po ostrym chlaniu i ćpaniu – a co myśleliście, że taki typ zabawy jest rzeczą współczesną? I dzieją się dziwne rzeczy – Żeleńskiemu zaginął płaszcz, pieniądze na wspólną wyprawę Witkacego z Malinowskim zniknęły, a w pokoju jest trup. Z dwoma śladami po kuli. Kim on jest? Skąd się tu wziął? I czemu prasa piszę o śmierci… Żeleńskiego?

Debiutujący Maciej Kawalski miesza historię ze sobą w taki sposób, że może boleć głowa. Pod tym względem przypomina to… „Bękarty wojny” zmieszane z „Kac Vegas”. Cała fabuła jest pomieszaniem z poplątaniem, gdzie pojawia się coraz więcej znaków zapytania i pojawiające się retrospekcje dają tylko częściową odpowiedź. Jak w klasycznym kryminale prosta sprawa jest prosta tylko z nazwy i nasi bohaterowie pakują się w grubszą aferę. A w sprawę zamieszani mogą być zamieszani bolszewicy z towarzyszem Leninem (Jacek Koman) na czele oraz strzelcy Piłsudskiego (Michał Czernecki). Wszystko przyprawione bardzo ironicznymi dialogami, bardzo wyrazistymi postaciami (nawet na trzecim planie) oraz paroma gorzkimi słowami o nas samych (scena odczytu). Wrażenie robi realizacja – choć nie wiem, ile wynosił budżet – i czuć, że dobrze wykorzystano pieniądze. Świetna scenografia oraz kostiumy imponują szczegółami i wyglądem, w połączeniu z dynamiczną pracą kamery sprawia wrażenia oglądania wysokobudżetowej produkcji. Jak wrzucimy do tego „góralską” muzykę zmieszaną ze stylem Hansa Zimmera (głównie „Sherlocka Holmesa”) i Alexandre’a Desplata daje audiowizualną ucztę.

Nie oznacza to jednak, że „Niebezpieczni…” są niepozbawieni wad. W drugim akcie, gdy nasi bohaterowie rozdzielają się na dwie grupy zdarzają się (rzadkie) momenty przestoju. Nadmiar postaci historycznych doprowadza do osłabienia samej fabuły, zaś samo rozwiązanie może być uznane za niesatysfakcjonujące. Wielu może też przeszkadzać skręt w stronę farsy czy pokazanie artystów jako ludzi BAARDZO oderwanych od rzeczywistości. Choć to ostatnie może doprowadzić do paru spazmów.

Co zdecydowanie błyszczy i ciągnie ten film to znakomita obsada, głównie skupiona na naszych czterech jeźdźcach Apokalipsy. Chemia między nimi jest bardzo silna, a każdy z nich ma swoje momenty na zabłyśnięcie. Kwartet Seweryn-Kot-Mecwaldowski-Dorociński błyszczy, zwłaszcza ten ostatni jako najbardziej ekscentryczny oraz bezczelny z całego składu, kradnąc w zasadzie każdą scenę swoją silną charyzmą. Ale nawet na dalszym planie pojawia się wiele znajomych twarzy (m.in. Łukasz Simlat, Sebastian Stankiewicz czy zaskakujący Michał Czernecki w bardziej ironicznym portrecie Piłsudskiego), nie będę jednak zdradzał wszystkiego. Jest tutaj parę niespodzianek i każdy ma tutaj wykorzystuje niewielki czas ekranowy, co jest rzadkością.

Ostatnimi czasy z polską komedią było jak z polskim boksem – wielkie tradycje i bogata przeszłość, jednak starzy mistrzowie jak Machulski stracili formę, zaś młoda krew zazwyczaj rozczarowuje. Było parę drobnych przebłysków jak „Juliusz” czy „Atak paniki”, jednak Kawalski wchodzi na poziom jakiego mi brakowało. Fantastycznie zabrany, napisany oraz zrealizowany, z wielką szansą na stanie się kultowym klasykiem.

8/10

Radosław Ostrowski