Broad Peak

Broad Peak to góra znajdująca się w łańcuchu górskim zwanym Karakorum. Jest obok jednego z najwyższych szczytów świata – K2. To właśnie na ten szczyt w 2013 roku wyruszyła grupa himalaistów pod wodzą Krzysztofa Wielickiego i udało się go zdobyć w marcu tego roku. Ale podczas schodzenia ze szczytu zginęło dwóch alpinistów – Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Leszek Dawid.

Czekałem na ten film bardzo, a premierę miał mieć już w zeszłym roku na dużym ekranie. Ostatecznie produkcja trafiła na Netflixa, co wywołało we mnie pewne przygnębienie. Wyobraźcie sobie jak by wyglądały te górskie krajobrazy w kinie. Robiłyby większe wrażenie niż przed telewizorem czy (jak w moim przypadku) na laptopie. Po seansie jednak myślę, że to była dobra decyzja.

broad peak1

„Broad Peak” skupia się na Macieju Berbece (Ireneusz Czop) i z jego perspektywy obserwujemy historię. Wszystko zaczyna się w roku 1988, gdy alpinista uczestniczy w wyprawie, której celem jest zdobycie K2. Grupą dowodzi Andrzej Zawada (Tomasz Sapryk), jednak pogoda mocno psuje szyki ekspedycji. Wobec powolnych postępów, Berbeka razem z Olkiem Lwowem (Piotr Głowacki) decydują się na zdobycie sąsiadującego szczytu Broad Peak. Udaje się uzyskać zgodę Zawady i duet rusza na parę dni. Jednak przed samym wejściem Lwow się wycofuje z powodu złej pogody. Jednak determinacja Berbeki jest tak silna, że w końcu udaje się wejść na szczyt. Przynajmniej tak to wyglądało, bo dopiero po paru miesiącach okazało się, iż alpinista dotarł do przedwierzchołka Rocky Summit. Do szczytu zabrakło kilkunastu metrów.

broad peak2

Reżyser dzieli się ten film na dwie części. Pierwsza to ekspedycja z 1988 roku, zaś druga to życie po niej w cieniu kłamstwa oraz drugie podejście do Broad Peak. To, co absolutnie się udało to niesamowite zdjęcia górskie. I nie chodzi mi tylko o krajobrazy, bo te zapierają dech w piersi. Ale jest tu parę ujęć pokazujących pewną bezradność oraz – często zapominany fakt – jak człowiek wobec natury jest bardzo mały. Wręcz jest tylko małą kropką w ocenie śniegu, mrozu i białego puchu. Takie sceny na pewno zapamiętam z tego seansu, włącznie z dwudniowym pobytem w jamie na wysokości powyżej 8 tysięcy metrów.

broad peak4

Ale niestety, w momencie powrotu do domu coś poszło nie tak. Odkrycie kłamstwa, sceny domowe (niewiele, lecz jednak są), czyli takie spowolnienie mnie wybiło z rytmu. A potem jest już rok 2012 i pojawia się Wielicki z planem wyprawy na zdobycie Broad Peak. I miałem takie wrażenie, że to za szybko się dzieje, a samego bohatera nie poznałem za dobrze. Poza jego uporem i determinacją w dążeniu do celu. Także same sceny tej drugiej ekspedycji były dużo krótsze, zostawiając z dużym poczuciem niedosytu oraz… brakiem emocji. Może z wyjątkiem wywiadu radiowego Berbeki oraz wykorzystanego na końcu archiwalnego nagrania dźwiękowego.

broad peak3

Aktorsko tutaj najbardziej wybija się Czop, który – przynajmniej tak mi się wydaje – pierwszy raz gra główną rolę. I wypada świetnie w scenach górskich, wymagających wysiłku fizycznego, pokazania bólu. Wszystko prezentuje wiarygodnie, w obydwu pokazywanych inkarnacjach. Reszta aktorów tak naprawdę robi za tło, choć kilka osób się wyróżnia jak Łukasz Simlat (Krzysztof Wielicki), Piotr Głowacki (Aleksander Lwow) czy Tomasz Sapryk (Andrzej Zawada). Za to kompletnie niewykorzystani są Maja Ostaszewska i Dawid Ogrodnik. Ona w roli żony Berbeki, Ewy, będącej tak naprawdę strasznie jednowymiarową postacią. Czyli wspierającą żoną, pogodzoną z „pracą” męża. Z kolei Ogrodnik w zasadzie tylko wypowiada kilka zdań, w zasadzie będąc tylko cameo.

Kolejny film w ostatnim czasie, który wywołuje we mnie mieszane uczucia. Technicznie jest imponujący z niesamowitymi zdjęciami Łukasza Gutta, dobrym dźwiękiem (!!!) oraz solidnym aktorstwem. Jednak w połowie wszystko siada i dopiero pod koniec zaczyna odzyskiwać swoją siłę. Ale jest już wtedy za późno. Można było wycisnąć z tego duuuuuuuuuuużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Byłem chyba jednym z niewielu widzów, który czekał na nową wersję kultowej powieści Stephena King „Podpalaczka”. Historia dziewczyny, co posiada moce pirokinetyczne, bo rodzice jako studenci wzięli udział w eksperymencie naukowym jest wciągająca, angażująca emocjonalnie, z paroma mocnymi scenami. Przynajmniej w wersji książkowej, bo adaptacja z 1984 roku od Marka Lestera mocno kroiła wiele wątków, miała średnie efekty specjalne, niezłe aktorstwo i fantastyczną muzykę Tangerine Dream. Teraz nową inkarnację „Podpalaczki” postanowiło zrealizować studio Blumhouse i.. uwspółcześnili ją.

podpalaczka1

Punkt wyjścia jest identyczny: studenci biorą udział w eksperymencie naukowym, gdzie niektórym podawany jest specyfik wyzwalający paranormalne zdolności. Dwoje z nich ucieka, bierze ślub i rodzi im się córka, Charlie. Cała trójka ukrywa się przed ścigającym ich… Wydziałem Naukowym – komórką tajnych służb, które mają jeden cel i jeden cel tylko mają: schwytać dziewczynę i wykorzystać jej moce. Wysłanie zostaje za nią posiadający podobne moce Indianin Rainburn. Cała rodzina znowu znalazła się na radarze, gdy Charlie nie opanowała swojej mocy i doprowadziła do eksplozji w szkole.

podpalaczka3

Film Keitha Thomasa to poradnik w stylu: jak z grubej powieści zrobić półtoragodzinny film. Co mogło pójść nie tak? Oj dużo, bo w zasadzie jesteśmy wrzuceni w sam środek historii. Nasza trójka ukrywa się od dawna, a ostatni moment „wybuchu” był trzy lata temu. Wszystko to bardziej przypomina akcyjniaka SF trochę w stylu „Midnight Special”, gdzie był spory potencjał. Bo mogła być to historia ojca, który coraz bardziej jest przerażony umiejętnościami córki i początkowo próbuje ją „stłamsić”, wchodzącej w dojrzewanie nastolatki z mocami, próbującą radzić sobie z tym wszystkim. Logika tutaj miejscami robi sobie wolne i twórcy wiele razy sobie zaprzeczają (niby poszukujący agenci mają „ochronne soczewki kontaktowe”, przez co na nich moce nie działają, ale to nie przeszkadza Charlie „złamać” jednego z agentów czy nauczycielka nie zwracająca uwagi kiedy Charlie dostaje piłką w łeb – celowo), co wywołuje największy problem: obojętność.

podpalaczka2

Jeśli dodamy do tego kreskówkową antagonistkę, o której zapomnicie, nijakie efekty specjalne i bardzo słabe dialogi, mamy wykolejenie w skali biblijnej. Jedynie finałowa konfrontacja w siedzibie złoli wygląda ciekawie (jest parę momentów mocnych kolorów w tle), lecz dla filmu jest już za późno. Ostatnia scena zaś to kpina, będąca pluciem w twarz. Klimat buduje tylko muzyka Johna Carpentera i jego współpracowników, mocno syntezatorowa w stylu lat 80.

podpalaczka4

Aktorzy próbują udźwignąć ten materiał, jednak dialogi i reżyseria są przeciwko nim. Ale nawet wtedy niektóre decyzje castingowe wydają się… zadziwiające jak choćby Zac Efron w roli ojca bohaterki czy absolutnie płaska Gloria Reuben, czyli kapitan Hollister. W zasadzie broni się w drobnych rólkach John Beasley (Irv) oraz Kurtwood Smith (dr Wanless), jednak to tylko kropla w morzu nijakości. Bo całość to wielkie rozczarowanie, gdzie prawie nic nie działa. Brakuje napięcia, reżyserii, scenariusza, logiki i horroru. Kompletnie wysrane dzieło, które kompletnie nie rozumie materiału źródłowego i dodaje od siebie kompletny chaos.

3/10

Radosław Ostrowski

Człowiek kontra pszczoła

Co stanie się jak połączymy Netflixa z Rowanem Atkinsonem? Jeden z brytyjskich mistrzów komedii wraca w serialu – a jakże! – komediowym. Już tytuł mówi wszystko i pokazuje, że będziemy mieli do czynienia ze starciem jakiego na ekranie nie było od dawna. Kto tym razem wygra?

Bohaterem serialu „Człowiek kontra pszczoła” jest Trevor (Rowan Atkinson) – pracownik firmy zajmującej się opieką nad domem, kiedy właściciele spędzają wakacje lub są w dłuższym czasie poza swoimi czterema ścianami. Mężczyzna dopiero stawia swoje pierwsze kroki w tej profesji, zaś dom ma spory i z wieloma nowoczesnymi bajerami. Właścicielami są małżonkowie z wysokiej klasy społecznej, posiadający m.in. parę cennych dzieł sztuki oraz psa z alergią na orzechy. Powinien sobie poradzić w ten tydzień, prawda? Pojawia się jednak pewien mały problem w postaci małej pszczółki, która wlazła do domu. To oznacza WOJNĘ.

Jak się kończy cała konfrontacja dowiadujemy się na samym początku, gdy Trevor znajduje się… w sądzie gdzie zostaje uznany winnym niszczenia mienia, podpalenia i niebezpiecznej jazdy. To nie jest żaden spojler, już to pokazywały zwiastuny. Całość mocno opiera się na wizualnym humorze czy prostych, slapstickowych gagach. Pozornie proste sytuacje coraz bardziej eskalowały do niemal spektakularnego rozmiaru (jak choćby pies ganiający za owadem zamknięty w miejscu, gdzie po zamknięciu można je otworzyć tylko kodem). Wszystko to przypomina kreskówki w stylu Looney Tunes i jest parę rozbrajających perełek komediowych jak choćby próba włamania.

Co równie pomaga podczas oglądania to… czas trwania. Bo mamy tutaj 9 odcinków po 10-15 minut, co jest wielką rzadkością w przypadku komedii aktorskich. W czasach, kiedy seriale komediowe mają odcinki po pół godziny albo i więcej taka mała dawka jest bardzo odświeżającym doświadczeniem. Nie jest za długi, by się wynudzić, ale na tyle krótki, by szybko przejść do następnego. To daje całości bardzo dobry rytm, mimo przewidywalności czy miejscami absurdalnej logiki. Innym (ale drobnym) problemem mogą być bardziej poważne rzeczy związane z przeszłością Trevora. Otóż jest to rozwiedziony facet, który został wyrzucony z domu i chce naprawić swoje relacje z rodziną (szczególnie z córką). Rozumiem, że to jest potrzebne, byśmy nie mieli do czynienia z klonem Jasia Fasoli, jednak (poza finałem) wydaje się on zbędny.

Natomiast serial potwierdza jak świetnym aktorem jest Rowan Atkinson. To jest jeden z nielicznych komików, który żadnej sytuacji nie gra w sposób przejaskrawiony czy przerysowany. Po raz kolejny pokazuje, że można być zabawnym w bardziej subtelny sposób. I kolejny raz to działa, co pokazują zarówno interakcje z policjantem (m.in. gdy Trevor ma na sobie futro, będąc totalnie brudnym czy kiedy pszczoła weszła do nogawki spodni.) czy wszelkie próby pozbycia się owada. Owada zrobionego komputerowo, ale nie wywołującego zgrzytu ani dezorientacji.

„Człowiek kontra pszczoła” był dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką. Niby krótki, ale potrafi śmieszyć bardziej niż wiele współczesnych komedii, co trwają za długo. Bardzo treściwie, konkretnie i bez nudy. Ciekawe, czy ktoś jeszcze odważy się pójść w tym kierunku.

7/10

Radosław Ostrowski

IO

A cóż to nasze gremium postanowiło wystawić jako kandydata do nominacji oscarowej za najlepszy film międzynarodowy? Tym razem wybrano nowe dzieło Jerzego Skolimowskiego o bardzo enigmatycznym tytule „IO”. Nie jest to skrót od Igrzysk Olimpijskich, ale imię… osła. I nie, nie chodzi o żadnego polityka.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo w zasadzie jest to odyseja osiołka przez różne miejsca. Kiedy poznajemy IO, jest zwierzęciem cyrkowym. Jedyną osobą widzącą w nim coś więcej niż tylko zwierzę jest występująca z nim tancerka Kasandra (Sandra Drzymalska). Kiedy na początku jej oczami patrzymy na osiołka, kamera pokazuje go z bardzo bliska i z taką czułością, że nie byłem w stanie przejść obojętnie. Ale to nie przetrwało, wszystko przez działaczy, co nie chcą zwierząt w cyrku. Io zostaje rozdzielony i trafia najpierw do stajni. To jednak początek wędrówki naszego czworonoga, które zostaje zderzone z najgroźniejszym zwierzęciem na Ziemi – człowiekiem. Jaki będzie finał?

IOPL-3

Skolimowski spycha ludzi do roli tła, niemal cały czas pokazując perspektywę naszego zwierzęcego bohatera. I to wiele razy dosłownie widzimy jego oczami, co wygląda wręcz hipnotyzująco. Szczególnie gdy w kadrze pojawia się mocna czerwień, skręcając w mocno surrealistyczną otoczkę (scena z wiatrakami). „IO” to przede wszystkim audio-wizualna uczta, zdominowana przez kapitalne zdjęcia Michała Dymka (wspartego dodatkowymi materiałami od Pawła Edelmana i Michała Englerta), które są nie tylko przemyślane, ale też pełne eksperymentów. Czy to ucieczka osiołka przez las, oglądany „od dołu” mecz piłki nożnej, widok na pędzące konie – to wszystko pulsuje, oddycha, zaciekawia. Im dalej w las, tym trudniej jest przewidzieć co zobaczymy za chwilę. Przenosimy się od Warmii i Mazur przez Pomorze i Śląsk aż do włoskiego pałacu. Od ośrodka dla niewidomych dzieci przez mecz piłkarski oraz imprezę w gospodzie z kibolami czy przez granicę z końmi przeznaczonymi na rzeź.

IOPL-2

Z obrazami współgra miejscami klasyczna, miejscami awangardowa muzyka Pawła Mykietyna, tworząc silną mieszankę wybuchową. „IO” jest bardziej doświadczeniem, sensualnym doznaniem niż stricte filmem, co czyni film nieprzystępnym dla każdego. Dialogów jest tu bardzo niewiele, ludzie w zasadzie są epizodami (choć zdarzają się wyraziste kreacje jak w przypadku Sandry Drzymalskiej czy Isabelle Huppert), zaś Skolimowski bardziej wydaje się kontemplować rzeczywistość. Jest parę ujęć, które wydają się nie pasować (robot o kształcie zwierza czy cofająca się woda z wodospadu) albo mają symboliczne znaczenie, którego nie rozgryzłem.

IOPL-1

Niemniej ciężko mi z głowy wymazać te kadry, tego osiołka (grane przez szóstkę parzystokopytnych), który zostaje wyrwany ze swojego środowiska. Ale też pokazuje ludzi w nie zawsze najlepszym świetle, piętnując ich głupotę, okrucieństwo i obojętność. Nie wszystkim się spodoba, ale warto dać szansę jemu oraz sobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Johnny

Można postawić dość pewną oraz podpartą dowodami tezę, że w Polsce jednym z „żywszych” gatunków, które cieszą się uznaniem krytyki i widowni są filmy biograficzne. Teraz pojawiła się kolejna, której bohaterem był ksiądz Jan Kaczkowski – założyciel hospicjum w Pucku, zmarły na raka w 2016 roku. Zadania pokazania tej historii podjął się debiutant Daniel Jaroszyk i co z tego wyszło?

„Johnny” jednak nie jest typową biografią pokazującą życie księdza od narodzin aż do śmierci. Naszego bohatera poznajemy z perspektywy Patryka Grzelaka (Piotr Trojan), którego poznajemy w dość nieciekawych okolicznościach. Otóż razem z kumplami włamuje się do domu i jako jedyny zostaje złapany. Problem w tym, że jako recydywista dostaje wyrok surowszy (trzy lata w zawieszeniu). Do tego jeszcze jest winien kasę niejakiemu Pablo. Kim jest Pablo? Kimś, komu nie chcesz być winny kasy. Patryk też otrzymał ponad 300 godzin prac społecznych i tak trafia do hospicjum prowadzonym przez księdza Jana. U niego już zdiagnozowano raka, ale jeszcze w miarę samodzielnie funkcjonuje.

I całość skupia się na relacji tej dwójki, gdzie obaj zostają wystawieni na próbę. Dla Patryka w zasadzie jest to szansa na nowy start i nowe życie. Tylko czy ją wykorzysta? „Johnny” ma wiele mocnych i poważnych momentów, które związane są głównie z pracą Patryka w hospicjum. Taki szybki kurs empatii i zderzenie ze śmiercią (prośba o nagranie wiadomości na telefon, gdzie kamera pokazuje tylko twarz Patryka czy relacja z aktorką Hanną). To są zdecydowanie najmocniejsze momenty tego filmu. Ale nie wszystko jest poważne, ciężkie i dramatyczne. Twórcy dodają wiele humoru, by zbalansować ciężar (choćby przygotowanie jajka dla księdza, który komentuje w stylu Gordona Ramseya), jednak nie zawsze się to udaje.

Co mnie zaskoczyło to bardzo dynamiczny początek, gdzie przeplatają się scena mszy świętej z włamaniem do domu w wykonaniu Patryka i jego kumpli. Nawet w warstwie muzycznej mamy zderzenie sakralnej muzyki (organy i chór) z „brudnym” rapem. Ale dalej takie przebitki należą do rzadkości. Ale problemem dla mnie jest bardzo „teledyskowa” forma, bo niemal co parę(naście) minut wjeżdża jakiś kawałek pod obrazek. Tego jest miejscami aż za dużo, głównie popowych numerów, wywoływały ból głowy. A nawet robiło się miejscami kiczowato. Do tego wiele razy narracja jest prowadzona bardzo skokowo, przez co wypadałem z rytmu.

Aktorsko tak naprawdę film na swoich barkach trzymają Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik. Muszę przyznać, że obaj są rewelacyjni. Pierwszy pełni także rolę narratora, opowiadającego całość, a jego Patryk to bardzo skonfliktowany człowiek z tzw. marginesu. Wiele swoich pokazuje jedynie za pomocą spojrzeń czy mimiki twarzy, co czyni wiele scen zapadających w pamięć. Z kolei Ogrodnik bardzo fizycznie przypomina księdza Jana, jednak aktor jest o wiele bardziej powściągliwy, wycofany, co jest sporą niespodzianką. Ten duet działa dzięki silnej chemii oraz paru niezłym dialogom. Na drugim planie mamy parę znajomych twarzy (m.in. Magdalenę Czerwińską, Witolda Dębickiego czy Annę Dymną), choć z tego grona najbardziej wybija się Maria Pakulnis jako przebywającą w hospicjum aktorkę Hannę.

Nie dziwi mnie to, że „Johnny” podoba się widowni. Bo to w zasadzie porządny feel-good movie o empatii, pełen sympatii i skromności. Jednak reżyser parę razy się potyka, zaś sama postać księdza jest w zasadzie postacią drugoplanową, skupiając się bardziej na jego podopiecznym. Czasem bywa efekciarski oraz wiele rzeczy zbyt łatwo się dzieje, niemniej próbuje być mniej oczywistym filmem biograficznym. Czuć jednak rękę debiutanta, niemniej widać potencjał w tym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Infinite Storm

Małgorzata Szumowska już raz próbowała zrealizować film na rynek zachodni, jednak „Córka Boga” była wielkim rozczarowaniem. Być może wynikało to z miałkiego scenariusza oraz braku zaangażowania reżyserki. Nie zniechęciło to jednak Polki (wspartej reżysersko przez autora zdjęć Michała Englerta) do kolejnej próby, tym razem bardziej w swoim stylu. Czy oznacza to jednak, że „Nieskończona śnieżyca” jest filmem udanym?

infinite storm2

Bohaterką filmu jest Pam Bales (Naomi Watts) – ratowniczka górska, mieszkająca w okolicy Góry Waszyngtona. Kobieta mieszka sama w domu, z daleka od świata i cywilizacji. Znowu decyduje się wyruszyć w górę, jak robi to od dłuższego czasu. Tym razem jednak zbliża się śnieżyca, która może mocno popsuć wszelkie plany turystom. Pam trafia w połowie drogi na nią, co zaczyna poważną walkę o przetrwanie. Jakby tego było mało, dostrzega ona ślady butów (adidasy) na śniegu. Oznacza to, że ktoś jeszcze jest w górach. Nie ma możliwości ściągnięcia wsparcia, a znaleziony mężczyzna nie kontaktuje.

infinite storm4

Ktoś powie tutaj, że Szumowska opowiada bardzo prostą opowieść o przetrwaniu i walce z bezwzględną naturą. Do tego jeszcze mamy drugiego człowieka (Billy Howle), mogącego być przysłowiową kulą u nogi. Ale zanim do niego dojdziemy, dostajemy bardzo oszczędny, wręcz minimalistyczne kino. Kamera niemal cały czas jest skupiona na samej bohaterce, choć nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Dialogów jest w zasadzie tyle, co kot napłakał (pod koniec jest trochę więcej, ale tylko trochę), muzyki w sumie też. Jest tylko pięknie sfilmowana przyroda oraz niemal cały czas „przyklejona” kamera do bohaterki, bardzo naturalnie zagranej przez Naomi Watts. Aktorka gra bardzo fizycznie, nie nosi makijażu i twórcy nie próbują jej upiększać, trzymając całość na swoich barkach. Reszta postaci w zasadzie robi tutaj za anonimowe tło. Nawet „John” (bo jakoś trzeba się do tego człowieka zwracać) początkowo jest ledwo zarysowany i dużo, duuuuuuuuuuuuuużo później dowiadujemy się o nim troszeczkę więcej.

infinite storm3

Reżyserka mocno wierzy w inteligencję widza, bo niewiele zdradza na temat Pam jak i turysty. Właściwie pojawiają się tylko dwie retrospekcje, z czego ta ostatnia wali w łeb niczym łopatą. Niestety, im bliżej końca, tym więcej jest takich scen i dialogów mówiących wprost. Być może Amerykanie to mniej inteligentni goście i wiele rzeczy trzeba im powiedzieć wprost. Nie zmienia to jednak faktu, że „Infinite Storm” to zaskakująco solidne kino. Może bez zaskoczeń fabularnych, ale ogląda się to bardzo dobrze. Kolejna niespodzianka Szumowskiej i (oby tym razem) otworzyło to furtkę do ciekawych przedsięwzięć zagranicznych.

7/10

Radosław Ostrowski

Jańcio Wodnik

Jesteśmy gdzieś na wsi poza czasem i poza miejscem. Gdzieś w drodze wędruje dziad (Olgierd Łukaszewicz) z przywiązanym tobołkiem, który łatwiej byłoby wieźć konno. Właśnie przed oczami pojawia się kobyłka, jednak szybko pada. Wściekły dziad rzuca klątwę na wieś. Jednym z jej mieszkańców jest Jańcio (Franciszek Pieczka) – naiwny, bardzo prosty człowiek, co żyje razem ze swoją młodą żoną Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Oboje starają się o dziecko, lecz bezskutecznie. Pewnego dnia Jańcio dokonuje niezwykłej rzeczy: sprawia, że brudna woda rzucona na ziemię trafia… do gniazda. Decyduje się ruszyć w drogę, zostawiając swoją lubą i obiecuje, że wróci przez rozwiązaniem. Co może go powstrzymać?

jancio wodnik1

„Jańcio Wodnik” jest filmem prostym, nawet bardzo prostym. Ale jeśli reżyserem jest Jan Jakub Kolski, nie może być inaczej. Powolne, bardzo niespieszne tempo, skupienie na „filozoficznych” dialogach oraz wiejskich krajobrazach. Gdzieś tutaj unosi się duch Witolda Leszczyńskiego czy klimat realizmu magicznego, choć w następnych filmach Kolskiego będzie on bardziej namacalny. Tutaj widzimy konfrontację prostego człowieka ze światem, który wiele obiecuje, kusi, wodzi, ale tak naprawdę tylko mąci, miesza, manipuluje. Niejako tą ciemną stronę świata symbolizuje poznany w drodze sztukmistrz Stygma (bardzo zaskakujący Bogusław Linda) – typ szołmena, który pokazuje stygmaty jak u Jezusa. Tylko, że to wszystko jest tylko oszustwem, mistyfikacją, popisem cyrkowym. Jańcio oraz jego cuda czynią go bardzo rozpoznawalnym, a ludzie lgną do niego jak do nadczłowieka.

jancio wodnik2

W sumie pewnie by tak działało, jednak Jańcio popełnia niewyobrażalny błąd: bo zaczyna brać zapłatę. To się nie ma prawa skończyć dobrze, co widać w samym zachowaniu Jańcia. Z poczciwego, trochę naiwniego człowieka zmienia się w pysznego, dumnego, gardzącego. Najdobitniej pokazuje to scena jak mocno postarzały i brodaty mężczyzna z „orszakiem” przechodzi pod swój dom. A jak wiadomo za takie rzeczy musi przyjść rozliczenie. Magia z religią mieszają się ze sobą, zaś proste wartości okazują się najcenniejsze. Tak samo jak przyjmowanie wszystko, co daje nam los. I taką postawę symbolizuje zarówno żona Weronka, jak też dziad idący przed siebie.

jancio wodnik3

Wszystko to wydaje się niezbyt skomplikowane, bez jakiejś nadmiernej symboliki oraz wizualnych fajerwerków. Za to najbardziej zachwyca muzyka Zygmunta Koniecznego, z kilkoma piosenkami. Niestety, nadal problemem jest udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest niewyraźnych. To była wielka plaga kina lat 90. i początku XXI wieku. Także Błęcka-Kolska odstaje (jak prawie zawsze) aktorsko od reszty. Tutaj prym wodzi absolutnie rewelacyjny Franciszek Pieczka, którego Jańcio trochę przypomina Hioba – prostego człowieka poddanego próbie. Jednak w przeciwieństwie do swojego biblijnego odpowiednika ulega, a tą ciemną naturę pokazuje wręcz bezbłędnie. Szoł dla mnie skradł jednak Linda jako prosty oszust, który jest świadomy swoich tricków oraz efektu jaki robi wśród ludzi. Jest kimś jakby kusicielem, pokazującym „lepszy”, bardziej materialny świat.

jancio wodnik4

„Jańcio Wodnik” uważany jest przez wielu za najlepszy film w dorobku Kolskiego i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Klimat realizmu magicznego, gdzie rzeczywistości mieszają się, zaś prości ludzie robią proste rzeczy, żyjąc sobie z Panem Bogiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Patrz jak kręcą

Jak pokazuje historia, pewne konwencje w kinie są nieśmiertelne. Takie jak kryminały w stylu zwanym przez Anglosasów whodonit, czyli kryminałów w stylu Agathy Christie. Mamy znajome elementy w rodzaju morderstwo najbardziej antypatycznej osoby, by mieć wokół siebie krąg podejrzanych, zamkniętą przestrzeń oraz detektywa wyjaśniającego całą misterną układankę. Z taką konwencją grają zarówno adaptacje królowej kryminału od Kennetha Branagha, jak i biorąca całą konwencję w nawias „Na noże”. I wydaje się, że w podobną stronę pójdzie film „Patrz jak kręcą”. Ale kto kręci, co i dlaczego? Wyjaśnijmy po kolei.

Na początku wydaje się, że przewodnikiem po Londynie roku 1953 będzie Leo Kopernick (Adrien Brody) – hollywoodzki reżyser. Co robi Jankes w stolicy Brytanii? Otóż ma on dokonać ekranizacji teatralnego przeboju West Endu, czyli „Pułapki na myszy”. Nieznajomość sztuki kompletnie mu w tym nie przeszkadza, mimo już setnego wystawienia. Impreza kończy się awanturą, zaś Leo musi się przebrać. Wtedy zostaje zamordowany przez tajemniczego nieznajomego w płaszczu i kapeluszu, a ciało trafia na scenę. Dochodzenie prowadzi zmęczony życiem inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i początkująca, pełna entuzjazmu posterunkowa Stalker (Saorise Ronan). Czy uda im się ustalić tożsamość oraz motyw mordercy?

Debiutujący w kinie fabularnym reżyser Tom George do tej pory pracował dla telewizji, tam samo jak scenarzysta Mark Chappell. Nie przeszkadza im to jednak troszkę pobawić się znajomą konwencją oraz tropami klasycznych, eleganckich kryminałów z wyższych sfer. Fikcja miesza się z prawdziwymi postaciami (pojawia się choćby aktor Richard Attenborough, który w „Pułapce na myszy” grał inspektora policji czy producent Jack Wolfe, zaś sama sztuka inspirowana jest prawdziwą historią), zaś duch Agathy Christie unosi się nad całością. Nie brakuje znajomych klisz (skontrastowany duet śledczych, masa podejrzanych, antypatyczna ofiara, retrospekcje czy finał w rezydencji na odludziu), jednak twórcy z delikatnością bawią się tymi kliszami. Pomaga w tym zarówno dystans oraz ironiczne poczucie humoru, co dostajemy już na otwarcie. W końcu jak widziało się jedną taką historię, to się widziało tysiące, prawda?

Być może z tego powodu „Patrz jak kręcą” porównywano do „Na noże”, gdzie też prowadzono grę z konwencją kryminału a’la Christie. Bo twórcy nie boją się po sięgnąć i są pewni, że to zadziała. Pomagają przy tym niepozbawione błyskotliwości dialogi, ale przede wszystkim stylowa realizacja. Jest tutaj wiele ujęć jakby żywcem wziętych od Wesa Andersona (włącznie z jazdą kamerą w bok podczas jednej ze scen w komisariacie czy pościgu z dystansu), choć bez pastelowych kolorów. Nie można też nie wspomnieć o montażu, gdzie reżyser wiele razy dzieli ekran – głównie przy scenach przesłuchania czy mieszającej stylistyki muzyce Daniela Pembertona. Trudno odmówić klasy oraz lekkości.

W czym absolutnie pomaga świetnie dobrana obsada. Sam Rockwell jako zmęczony, trochę zblazowany inspektor Stoppard pasuje wręcz idealnie. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że ta postać trochę ma gdzieś całą sytuację i bywa (delikatnie mówiąc) niezdarny. To wszystko jednak tylko pozory, pod którymi skrywa się inteligentny facet, próbujący przetrawić paskudną przeszłość. Ale wielką niespodziankę zrobiła mi Saorise Ronan, której fanem jakimś wielkim nie byłem. Posterunkowa (albo jak mówią Anglicy konstabl) Stalker jest kontrastem dla inspektora – niedoświadczona, ambitna, za dużo gadająca i nie pewna siebie. Aktorka wszystko to gra z takim wdziękiem, że strasznie polubiłem tą postać, która też próbuje sobie radzić z przeszłością. Tu się jakaś magia odbyła, bo i chemia między tą dwójką działa wręcz bezbłędnie. W zasadzie każdy z aktorów ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut, by móc zabłyszczeć. I nieważne, czy jest to Adrien Brody (Leo Kopernick), David Oleyowo (scenarzysta Cocker-Norris), Ruth Wilson (Petula Spencer, właścicielka teatru) czy Harris Dickinson (aktor Richard Attenborough) – nikt nie odstaje tutaj od reszty.

Niby kryminał bardzo retro, ale zaskakująco wciągający, zabawny i lekko post-modernistyczny. Ktoś powie, że już to widzieliśmy tysiąc razy, więc żadnych niespodzianek nie będzie. Ale czy aby na pewno? Duet George/Chappell mają inne zdanie na ten temat i warto je poznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Na srebrnym globie

Od bardzo dawna nie miałem takiej sytuacji filmu, który wywoływał we mnie bardzo sprzeczne emocje. Gdzie po obejrzeniu trzeba się bardzo zastanowić, by w pełni wyłuskać, zrozumieć, ugryźć całość. Ale czy aby na pewno się wszystko wychwyciło? Taki paradoks mnie uderzył po obejrzeniu otoczonego kultem (z różnych powodów) filmu Andrzeja Żuławskiego „Na srebrnym globie”. A właściwie jego okaleczonej wersji, która nigdy nie będzie skończona. Film zamordowanego przez polityczne władze, które kazały film przerwać, zaś wszelkie dekoracje i kostiumy zniszczono. Czego się komuniści wystraszyli?

na srebrnym globie1

Akcja toczy się w przyszłości, baaaaaaaaaaaaaaardzo odległej przyszłości. Na nieznaną planetę trafia tajemniczy pojemnik, przywieziony przez jeźdźca na koniu. Dwaj przybywający tutaj astronauci rozpoznają przedmiot jako przekaźnik, do którego odczytania potrzebny jest stary sprzęt. Znajdują tam videopamiętnik, który opisuje losy kosmicznej ekspedycji na ciemną stronę Księżyca. Podobno da się tam przeżyć. Ale lot kończy się katastrofą i ostatecznie udaje się przeżyć czwórce astronautów: ciężko rannemu Tadeuszowi (Leszek Długosz), Piotrowi (Jerzy Grałek), Jerzemu (Jerzy Trela) oraz Marcie (Iwona Bielska). Celem ekspedycji było osiedlenie się na nowy miejscu, by poczuć się… wolnym. Czyli kim? Osobą pozbawioną wszystkiego, co w człowieku najgorsze, wypaczeń, błędów, fałszu. Udaje się zbudować osadę nad morzem, rodzą się dzieci całej czwórki i zaczyna powstawać nowa cywilizacja. Wszystkie wydarzenia przez kolejne pokolenia zaczynają być traktowane jako mit, legenda. Tak powstaje nowa religia, a ostatni członek załogi, Jerzy zwany Starym Człowiekiem coraz bardziej oddala się od nowej cywilizacji.

na srebrnym globie2

To jednak tylko pierwsza część, zakończona w dość brutalny sposób. Albowiem ludzie decydują się ruszyć za morze. I to doprowadza do zguby, gdyż ludzkość poznaje Szermów – ptakoidalne istoty, których można spokojnie nazwać rodowitymi mieszkańcami Księżyca. Pierwszy kontakt kończy się niemal wybiciem wszystkich ludzi, zaś niedobitki stają się niewolnikami. Właśnie wtedy na Srebrny Glob trafia statek kosmiczny, którym ląduje Marek (Andrzej Seweryn). Mieszkańcy (oraz tworzący najwyższą kastę społeczną kapłani) traktują go jak traktowanego przez proroctwa Zwycięzcę, który wyzwoli ich spod jarzma Szermów. Niby ma lepszą technologię, jednak przeciwnik potrafi telepatycznie wejść do głowy.

na srebrnym globie3

Nadążacie? Żuławskiemu nie można odmówić ambicji, jednak reżyser robi wszystko, by pozbawić nas jakiejkolwiek wygody i przyjemności z seansu. Dużo jest tutaj wewnętrznych (i nie tylko) monologów oraz dialogów dotykających tematów filozoficznych (wolność, miłość, dobro, zło, racjonalizm, religia, fanatyzm, człowieczeństwo), które są podane – nawet nie mówione – w bardzo ekstremalny sposób. Czyli bardzo nadekspresyjny, przejaskrawiony, wręcz wykrzyczany, jakby aktorzy (poza bardzo stonowanym Trelą) byli w jakimś nieopisanym transie, amoku. Czasami wręcz się wyginają, co wprawia w osłupienie, zakłopotanie. Natomiast w scenach, które miały pojawić się w filmie słyszymy narrację z offu od samego reżysera podczas scen z dnia dzisiejszego. W tych nielicznych wejściach kamera wręcz pędzi na złamanie karku przed siebie, by pokazać w finale… a to sami zobaczycie.

na srebrnym globie4

Wizualnie „Na srebrnym globie” jest oszałamiające, a każdy z tych segmentów wyróżnia się. W scenach z videopamiętnika autor zdjęć Andrzej Jaroszewicz bardzo często korzysta z POV. Kadry mają imitować obraz z kamery w kombinezonie, nie brakuje różnych dziwnych kątów, długich ujęć czy momentów z biegu (ucieczka przed sporymi wybuchami). A wszystko jest takie bardzo monochromatyczne, wręcz wyprane z kolorów, co potęguje poczucie wyalienowania, tajemnicy, obcości. Ale druga połowa jest kręcona szerokimi obiektywami, wnosząc wszystko na wyższy poziom. Wrażenia robią kostiumy: od groteskowo wyglądających Szernów przez „ziemskich” mieszkańców Księżyca aż po astronautów niemal mocno przypominających… Fremenów z „Diuny”. Scenografia też jest monumentalna, tak samo jak niemal szalona muzyka Andrzeja Korzyńskiego i rwany (przynajmniej w pierwszej połowie) montaż.

na srebrnym globie5

Technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić, ale treściowo jest to standard Żuławskiego. Czyli jest hermetycznie, dialogi są tak przeładowane przemyśleniami i czasami (to akurat nadużycie) brzmią absurdalnie, bezsensownie, wywołując efekt „co ja k***a oglądam?”. Koncepty reżysera, którego celem – przynajmniej z tego, co wychwyciłem – przypomina mi trochę „Solaris”. Że nawet będąc poza Ziemią nie jesteśmy w stanie pozbyć się swoich najgorszych cech: ignorancji, przemocy, szaleństwa, poczucia wyższości. Tak samo grają aktorzy i to nie byli jacy. Poza w/w Trelą, Grałkiem, Bielską i – najlepszym z całej obsady – Sewerynem można rozpoznać m.in. będących na początku swojej drogi (przynajmniej w momencie kręcenia) Krystynę Jandę, Jana Frycza, Henryka Talara czy Wiesława Komasę. Każdy z nich zostaje w pamięci dłużej niż słowa są w stanie to wyrazić.

na srebrnym globie6

No i co ja mam zrobić z „Na srebrnym globie”? To film pełen paradoksów i sprzeczności, który skazany jest na bycie okaleczonym. Hermetyczny i fascynujący, bełkotliwy i głęboki, psychodeliczny i oszałamiający. Takie dzieło mógł zrealizować szaleniec albo geniusz. Albo pokochasz i dasz się oczarować, albo odbijesz się i określić to jednym, wielkim pier****niem. Ja wam nie pomogę rozwiązać tego dylematu, bo jeden seans to za mało.

/10

Radosław Ostrowski

Zachowaj spokój

Jak wszyscy wiemy, Netflix podpisał umowę na współpracę z pisarzem Harlanem Cobenem na adaptacje jego książek. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że schemat jest dziwnie znajomy. Zwykłe zwykłej, szarej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami, gdzie każdy ma swoje tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku drugiego polskiego serialu według powieści Amerykanina „Zachowaj spokój”. Oczywiście, że fabuła została przeszczepiona na nasze podwórko. I oczywiście powieści nie czytałem.

zachowaj spokoj1

Akcja toczy się w jednym z zamkniętych (w sensie odgrodzonych) osiedli w znanym mieście, co leży między Pruszkowem a Wołominem. Wśród mieszkańców tego osiedla są m.in. rodzina Barczyków. Oboje wychowują dwójkę dzieci: nastoletniego Adama i chodzącą do podstawówki Olę. Matka, mająca obsesję na punkcie kontroli, instaluje w swoim telefonie oprogramowanie szpiegowskie, będąc zaniepokojona dziwnym zachowaniem. Być może wynik to z faktu, że niedawno w wyniku przedawkowania zmarł jego przyjaciel. Na telefon chłopaka trafia wiadomość, że ma zachować spokój i trzymać gębę na kłódkę. Wieczorem Adam znika bez śladu, a przerażona matka próbuje szukać dziecka. Jak się okazuje zaginięcie Adama i śmierć Igora są mocno powiązane ze sobą.

zachowaj spokoj2

Twórcy serialu (reżyserze Marcin Gazda i Bartosz Konopka oraz duet scenariuszowy Agata Malesińska/Wojciech Miłoszewski) nie zaskakują konwencją, nie wywracają niczego do góry nogami. Budują aurę tajemnicy, mylą tropy, podrzucają kolejne wątki, gmatwając całą układankę (ośrodek dla młodzieży Guru, tajemniczy duet morderców, skrywający tajemnice nastolatkowie). Początkowo może wydawać się bardzo chaotyczne, wywołując kompletną dezorientację, ale też angażując i wciągając. Wszystko po to, by ustalić dokąd to wszystko zmierza, czy te sprawy są ze sobą powiązane oraz o co tu tak naprawdę chodzi. Wszystko to jest zgrabnie poprowadzone, choć czasami ilość twistów może przyprawić o ból głowy. W drugiej połowie wszystko przyspiesza, pewnych rzeczy można się domyślić, zaś finał… hmm, na pewno wielu podzieli i spolaryzuje.

zachowaj spokoj3

Przy okazji „Zachowaj spokój” robi jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, jest (pośrednio) kontynuacją losów pary bohaterów z „W głębi lasu”, czyli Pawła Kopińskiego oraz Laury Goldstein (oboje znowu są grani przez Grzegorza Damięckiego i Agnieszkę Grochowską). Jeśli jednak liczycie na wyjaśnienie ostatniej sceny tamtego serialu, to… będziecie rozczarowani. Do tamtej historii w ogóle się nie wraca. Nie są oni jednak tylko odwołaniem do poprzednika, ale odgrywają istotną rolę w rozwiązaniu układanki. Druga sprawa to skupienie na relacji rodzic-dziecko, gdzie trudno jest ustalić granicę między zaufaniem a kontrolą. A także najważniejsze: co może zrobić rodzic, by chronić swoje dziecko. Przed wszystkim, cokolwiek by to było. I co zrobić w takiej sytuacji?

zachowaj spokoj4

To jest kompetentnie zrobiony serial na raz, bo nie ma powodu wracać do niego. Trudno się też (może poza dźwiękiem w paru miejscach) przyczepić do warstwy technicznej. Aktorsko też jest bardzo solidnie i nawet bardzo młodzi aktorzy udźwignęli całość (mi najbardziej przypadli Agata Łabno oraz Mikołaj Śliwa). Magdalena Boczarska i Leszek Lichota wypadają przekonująco jako główni bohaterowie, choć to ona wydaje się bardziej energiczna, zdeterminowaną bohaterką z paroma tajemnicami. Nawet w drobnych rolach pojawiają się twarze m.in. Mirosława Zbrojewicza, Anny Krotoskiej, Bartłomieja Topy czy Wiktorii Gorodeckajej. Nie wszyscy wydają się istotni, co może budzić pewien przesyt. Za to szoł kradnie dla mnie Jacek Poniedziałek jako demoniczny łysol Natan z lolitkowatą Justyną Wasilewską, czyli Wierą. Pojawiają się rzadko, ale za każdym razem są świetni.

zachowaj spokoj5

Kolejna solidna produkcja Netflixa na książkowym patencie Cobena. Czyli z wieloma zakrętami, porządnym aktorstwem oraz sprawną realizacją. Jest parę drobnych potknięć i dziur logicznych, niemniej nie ma miejsca tutaj na nudę. Na jesienny wieczór będzie pasować idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski