Córka

Wszystko zaczyna się dość zagadkowo – widzimy kobietę gdzieś krążącą na plaży nocą. Dopiero potem widać, że w okolicy żołądka jest plama krwi, co doprowadza do przewrócenia się oraz utraty przytomności. Kto, co, jak, dlaczego? Brzmi jak zapowiedź dreszczowca, choć – jak się później okaże – ten trop jest dość zwodniczy. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń, bo te mogą zaskoczyć.

Bohaterką „Córki” jest Leda (znakomita Olivia Colman) – kobieta zbliżająca się do 50-tki, profesor uniwersytecka, specjalizująca się w literaturze. Przyjechała do Grecji na wakacje, by doładować baterie przed pracą. Wszystko wydaje się zmierzać ku jej myśli, gdy nie pojawia się spora grupa turystów z USA. Właściwie można powiedzieć, że jest to jedna, wielka rodzina pod wodzą Callie. I jak to Amerykanie, przynoszą chaos, hałas, zakłócając spokój Ledy. Ale jedno wydarzenie (zaginięcie córki jednej z turystek, Niny) stanie się zapalnikiem, gdzie bohaterka skonfrontuje się ze swoją przeszłością.

corka1

Sam film to psychologiczny dramat, w którym cały czas coś wisi w powietrzu, jakieś podskórne napięcie oraz pewien dyskomfort. Fakt, że kamera bardzo blisko trzyma się twarzy głównej bohaterki, nie pomaga. A sama narracja toczy się dwutorowo: współcześnie oraz w retrospekcjach, kiedy poznajemy Ledę jako młodą kobietę i matkę dzieci w wieku kilku lat. Powoli zaczniemy odkrywać kolejne wydarzenia, a wszystko to stawia bardzo ważkie pytania na temat macierzyństwa. Czy każda kobieta ma w sobie instynkt macierzyński? Czy chęć pozostawienia dziecka powinna zasługiwać na potępienie? Czy da się pogodzić pracę zawodową z wychowywaniem dzieci? Czy dzieci przynoszą tylko radość oraz szczęście? Czy matką jest się 24 godziny na dobę? Samo zadawanie takich pytań sugeruje, że odpowiedź nie będzie taka łatwa.

corka2

Reżyserka – debiutująca Maggie Gyllenhaal – dotyka tego tematu tabu, ale nie bawi się w publicystykę i nie opowiada się po żadnej stronie. Ale daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że narodziny dziecka to czerwona linia – punkt, od którego nic już nigdy nie będzie takie jak dawniej. Nawet jeśli decyzją będzie pójście własną drogą, konsekwencje tego będą odczuwalne do końca życia. Pojawiające się tutaj symbole (zgniłe owoce, martwa cykada, zabrana lalka, z której ust wychodzi jakaś maź, rzucane szyszki) nie wywołują zgrzytu, tylko zapowiadają wiszącą w powietrzu tragedię. Ale obecność reszty wielkiej rodziny zza Wielkiej Wody (Nina, Callie) pozwala pokazać różne odcienie macierzyństwa.

corka3

Wszystko to by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. W roli Ledy mamy dwie aktorki: Olivię Colman oraz Jessie Buckley, które cudownie się uzupełniają, tworząc bardzo spójny portret. Oglądając obie panie czułem, że to jest ta sama postać, co pokazuje mowa ciała oraz sposób mówienia. Niby twarda, niezależna, będąca ponad innymi, ale pod tym wszystkim skrywa się zmęczona, styrana, niepogodzona z pewnymi decyzjami z przeszłości. Bardzo skomplikowany oraz przekonujący portret kobiecy, jakiego dawno nie widziałem. Równie świetna jest Dakota Johnson jako Nina, będąca troszkę lustrzanym odbiciem młodszej inkarnacji Ledy. I dynamika między nimi to jedna z drobnych rzeczy, dodających odrobinę światła. Tak samo wiele pokazują drobne role Eda Harrisa (Lyle, dbający o domy), Petera Saarsgaarda (profesor Hardy) oraz Dagmary Domińczyk (Callie), dodając swoją cegiełkę.

corka4

„Córka” to kolejny przykład świetnego debiutu reżyserskiego, o którym będzie się mówić długie lata. Czy będzie to też nowy początek kariery Maggie Gyllenhaal jako reżyserki? Tego nie wie nikt, ale tutaj widać bardzo pewną, choć bardzo delikatną, rękę w prowadzeniu aktorów oraz opowieści. Na pewno nie jest to film przyjemny w odbiorze, ale prowokujący i stawiający trudne pytania dotyczące macierzyństwa.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorszy człowiek na świecie

Norweski reżyser Joachim Trier nie jest spokrewniony z duńskim twórcą, Larsem von Trierem. Norweg przygląda się młodym ludziom i próbuje zrozumieć ich świat. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu „Najgorszy człowiek na świecie”, który skupia się na kobiecie wchodzącej w dorosłość.

Imię jej Julia i już sam początek (prolog) pokazuje, że jest osobą ciągle szukającą swojego miejsca na ziemi. Chce być lekarką, psychologiem, fotografem, a może nawet pisarką. Wszystko to jest skomentowane przez narratora w lekko ironiczny sposób. Jakby nie do końca była pewna czego tak naprawdę chce, mając tyle możliwości. Wtedy poznaje starszego od siebie Aksela – rysownika kontrowersyjnego komiksu „Ryś”. I coś zaczyna między nimi iskrzyć, choć dzieli ich wiele. Wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu, ale pojawia się ten trzeci: Elvard, zwykły barista. Oboje poznają się, gdy Julia wślizguje się na czyjeś wesele. Więc decyduje się zostawić Aksela dla Elvarda, chociaż czy aby to jest dobra decyzja?

„Najgorszy człowiek…” podzielony jest na 12 rozdziałów, prolog oraz epilog. A jak już wspominałem, skupia się na Julii (fantastyczna Renate Reinsve), która tak naprawdę sama nie wie, czego chce. I płynie w tym świecie, gdzie nie ma żadnych ograniczeń. Problem w tym, że te ograniczenia wywołuje dezorientacje, co nie pomaga w znalezieniu drogi. Wszystko to doprowadza do ciągłego zastanawiania się, gdybania, spekulowania i szukania ideału. Idealnej pracy, partnera, życia. Tylko co to właściwie oznacza? Niby dawniej było inaczej (scena, gdzie narrator wspomina czego dokonały w wieku 30 lat przodkinie Julii), ale czy teraz jest łatwiej? Niby wydaje się, że tak, ALE… no właśnie, wydaje się.

Reżyser jednak nie bawi się w osądzanie czy moralizowanie, lecz obserwuje całą sytuację. W czym pomaga struktura, przeskakując z poważnych tonów (spotkanie Julii ze znajomymi Aksela) przez bardziej romantyczne (bieg przez zatrzymane miasto – dosłownie jak na stopklatce) po surrealistyczne jazdy (kapitalna scena po zażyciu grzybków) oraz dramatyczne uderzenia pod sam koniec. Wiele jest tutaj zderzeń obecnego z dawnym, co najdobitniej pokazują sceny z Akselem (świetny Anders Danielsen Lie) – mężczyzną poukładanym, dojrzałym inteligentem, pamiętającym czasy kupowania książek, płyt itp. Jednak zostaje on skonfrontowany z poważną sytuacją, co chwyta pod sam koniec. Po drugiej stronie jest absolutny kontrast, czyli Elvard (mocny Herbert Nordrum) – równie zagubiony i niedojrzały, co Julia. W pewnych miejscach nadający na tych samych falach, ale już żyjący z kimś innym (jego żona odkrywa, że ma w swojej krwi odrobinę indiańskich korzeni i ma fiksację na punkcie ochrony środowiska).

I to właśnie te relacje oraz inne poznane osoby zaczynają naszą bohaterkę kształtować, budować. Niby są to sytuacje proste, banalne, ale jednocześnie jest w tym coś, co pozwala wymazać filmu z pamięci. Ale nie dajcie się zwieść reklamom, że to niby komedia romantyczna. „Najgorszy człowiek na świecie” jest komediodramatem tak specyficznym jak tylko może być skandynawska produkcja. Jest bardziej refleksyjna, ale potrafi być lekka. Zabawna, lecz dramatyczna i poważna. Żadne z tych sprzeczności nie wywołuje poczucia zgrzytu. Aż mam ochotę głębiej wejść w dorobek norweskiego Triera.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To była ręka Boga

Paolo Sorrentino obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych włoskich reżyserów ostatnich lat. Od czasu „Wielkiego piękna” przykuwa uwagę krytyków i widzów z całego świata, zaś każdy jego film to wydarzenie. Nie inaczej jest w przypadku swojego najnowszego dzieła, które powstało dla Netflixa.

„To była ręka Boga” to powrót Sorrentino do czasów swojej młodości, czyli do Neapolu początku lat 80. i najbardziej autobiograficzny film w jego karierze. Bohaterem jest nastoletni Fabietto Schiza, mieszkający razem z rodzicami, starszym bratem oraz siostrą, którą więcej czasu spędza w… toalecie. Zupełnie jakby tam zapuściła korzenie. 😉 Cała historia w zasadzie zaczyna się od puszczonych plotek, że do lokalnego klubu dołączyć ma sam Diego Maradona. To jednak jest początek wydarzeń, które ukształtują naszego chłopaka oraz jego przyszłość.

Kino inicjacyjne, które z jednej strony konstrukcją przypomina takie filmy jak „Boyhood”, czyli luźno powiązany ciąg scenek z życia codziennego rodziny. Ale ten klimat Neapolu lat 80. czaruje nie tylko pięknymi krajobrazami (co może budzić skojarzenia z „Tamte dni, tamte noce”), lecz tym barokowym stylem reżysera. Imponująca scenografia, piękne krajobrazy w kilku mastershotach czy spora ilość rekwizytów – jest na czym zawiesić oko. Wszystko w bardzo słodko-gorzkim tonie, gdzie nastrój zmienia się niczym w kalejdoskopie: od radości (szaleństwo na całym po słynnym golu ręką Maradony) do smutku (śmierć rodziców w nowym domu). Nie brakuje wyrazistych, czasem ekscentrycznych postaci jak narzeczony ciotki ze specyficznym aparatem mowy, lekko psychiczną ciotkę Patricię (to od niej zaczyna się cała historia oraz dziwnego spotkania ze… św. Januarym i Małym Mnichem) czy lekko zdziwaczałą sąsiadkę-baronową. To tylko niektóre osoby jakie poznamy w tej wędrówce.

Problem w tym, że Sorrentino ma mocny początek i pierwsze kilkanaście minut, ale potem zaczyna gubić tempo. Pojawiają się chwile przestoju przeplatane z momentami albo mocnego uderzenia (reakcja Fabia w szpitalu – fantastycznie zrobiona), odrobiną humoru czy potrafiących oczarować wizualnie. Raz wchodziłem w ten świat, raz się „wyłączałem” i ta huśtawka trwała do finału. Trochę jakby reżyser nie do końca wiedział na czym się skupić, więc zaczął rzucać wszystkim po troszku.

Owszem, nadal wygląda imponująco i trudno technicznie do czegoś się przyczepić, jednak „To była ręka Boga” to tylko (albo aż) porządny film. Choć nie wszystkie rzeczy były dla mnie zrozumiałe (rzucane cytaty przez ojca w dialogach), to tematyka jest na tyle uniwersalna, iż pozwala przymknąć oko na pewne mankamenty.

7/10

Radosław Ostrowski

Oczy Tammy Faye

W Polsce nie jest znana profesja teleewangelików, bo w USA jest masa wszelkich sekt oraz kultów, dając wiele pola dla wszelkiego rodzaju pastorów czy kaznodziei. Czym są ci goście? Osobami głoszącymi Słowo Boże za pomocą telewizji, utrzymując się z datków od swoich widzów. I zaczniecie mi tu mówić o pewnym duchownym z Torunia, on nie ma tu startu do tych pastorów z TV. Jednymi z największych głosicieli Dobrej Nowiny byli Tammy Faye oraz jej mąż Jim Bakker.

Film skupia się na Tammy Faye – prostej dziewczynie z małego miasteczka, wielbiącej Boga. Jednak nie mogła się pojawiać w lokalnym kościele, gdzie jej matka gra na pianinie (z powodu jej przeszłości). Jako studentka w szkole studiującej Biblię poznaje Jima Bakkera – młodego, charyzmatycznego studenta z kontrowersyjnymi poglądami. W końcu oboje biorą ślub i jadą po małych miastach ze swoim show dla dzieci, gdzie Tammy używa swoich pacynek. Zostają dostrzeżeni przez Pata Robertsona, który zaprasza ich do prowadzenia programu w jego telewizji CBN.

Dalej historia potoczy się znajomą drogą, czyli od wzlotu i założeniu własnej telewizji po spektakularny upadek. Wszystko to pokazane z perspektywy Tammy, co jest bronią obosieczną w tym przypadku. Z jednej strony widzimy kobietę, którą można nazwać naiwną, prostolinijną, która ma tylko jeden cel: chwalenie Pana swoim śpiewem oraz programami. Z drugiej strony coraz bardziej zaczyna przyzwyczajać się do luksusowego stylu życia, co symbolizuje charakterystyczny, przesadzony makijaż. Sława zaczyna się odbijać na małżeństwie. Dodatkowo jeszcze przebijające się, choć nadal będące w tle, problemy stacji oraz oskarżenia wobec Bakkera o defraudacje i skandal seksualny.

Dlaczego jest to broń obosieczna? Bo wątki obyczajowe działają i potrafią pokazać oddalenie się małżonków. Ale sprawy wokół stacji są zepchnięte na dalszy plan, przez co kompletnie mnie nie zaangażowały. Być może dlatego, że bohaterka wydawała się być odcięta od tych spraw. Albo nie chciała widzieć tego syfu. Dla mnie najciekawszy jednak był portret tego środowiska, które wykorzystuje media do szerzenia przekazu Ewangelii. Reprezentujący to środowisko Jerry Falwell (mocny Vincent D’Onofrio) wydaje się silną osobowością, z dużymi wpływami, lecz to wszystko tak naprawdę jest tylko biznesem. Bo wszystko dzisiaj można sprzedać (także wiarę), tylko trzeba wiedzieć jak, co pokazuje teledyskowa zbitka pokazująca zmianę programu.

To wszystko jednak trzyma się troszkę w ryzach, co jest zasługą świetnego duetu aktorskiego, czyli Jessiki Chastain oraz Andrew Garfielda. On bardzo pewnie żongluje emocjami swojej postaci: od opanowania, łagodności i charyzmy po oschłość, megalomanię oraz rozgoryczenie. Ale to Chastain jest prawdziwą gwiazdą filmu – pełna przebojowości, charyzmy oraz odwagi w dotykaniu trudnych tematów (rozmowa z pastorem-gejem). Chociaż bywa przy tym dość bujająca w obłokach i działa impulsywnie, co jest chłodno odbierane przez matkę.

Jak odebrać „Oczy Tammy Faye”? To kolejny przykład filmu, który ma świetny temat, ale brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia i spłyca ciężar emocjonalny. Można było mocniej oraz głębiej pokazać środowisko teleewangelistów i jej wpływów na ludzi, a tak sprawia wrażenie ledwo liźniętego.

6/10

Radosław Ostrowski

Cyrano

Kto nie słyszał o Cyrano de Bergeracu – XVII-wiecznym francuskim żołnierzu i poecie, utrwalonym przez XIX-wiecznego dramaturga Edmunda Rostanda. Adaptacji oraz dzieł inspirowanych tą sztuką jest wiele. Ostatnim takim przedsięwzięciem był stworzony w 2018 roku musical autorstwa Eriki Schmidt z piosenkami autorstwa braci Dessner, Matta Berningera oraz Carin Besser, gdzie tytułową rolę zagrał Peter Dinklage. Przedstawienie było sukcesem na off-Broadwayu przez dwa lata, więc adaptacja filmowa była tylko kwestią czasu. Za kamerą stanął Joe Wright, który na kinie kostiumowym się zna.

Historia jest w zasadzie niezmienna (w ogólnym zarysie), a jej bohaterem pozostaje Cyrano – mistrz słowa oraz szpady. Jednak zamiast dużego, oszpecającego nosa, jest karłem, czyniąc z niego obiekt kpin. Jest jednak para przyjaciół, którzy go wspierają: kapitan Le Bret (dowódca) oraz Roxanne – dawna znajoma, obecnie z wyższych sfer. Kobieta nie wie, że Cyrano się w niej podkochuje, lecz z obawy na swój fizyczny defekt nie wyjawia swoich uczuć. Sprawa jeszcze się komplikuje, gdy smali do niej cholewki arystokrata de Guille (drugi po królu), co pozwoliłoby kobiecie podreperować finanse. Ale jest jeszcze trzeci adorator – młody rekrut Christian – i to jest ten słynny „grom z jasnego nieba”. Problem w tym, że – jakby to ująć – ma bardzo małe… słownictwo. Więc nasz mały rycerz staje się pośrednikiem między kochankami, pisząc listy za Christiana i pomagając im się spotkać.

Brzmi jak klasyka gatunku, ale Wright ubierając całość w musicalową konwencję dodaje wiele świeżości. Umowność świata przedstawionego z imponującą scenografią oraz kostiumami pozwala łatwiej wejść w ten świat, a kilka drobnych zmian (inny wygląd Cyrano, zmiana koloru skóry Christiana) dodaje szerszego kontekstu do opowieści o samotności, niespełnionej miłości i braku samoakceptacji. Do tego Wright sięga po kilka świetnych mastershotów (choćby sam początek filmu czy potyczka Cyrano w ciemnym zaułku), świetny montaż (kapitalna sekwencja przekazywania listów oraz reakcji Roxanny) oraz odrobinkę humoru.

A skoro jest to musical, to jak wypadają piosenki? Sama choreografia jest więcej niż delikatna i pokazywana jest na dalszym planie. Towarzyszy ona głównym prostym, codziennym rzeczom jak zgniatanie chleba czy trening szermierczy. I dzięki tej prostocie zarówno potrafi zachwycić detalami, jak i nie odwraca uwagi od piosenek. Te zaś są… po prostu porządne. Nie będą one podśpiewywane, gdyż nie chodzi o chwytliwość czy przebojowość, lecz oddanie stanu emocjonalnego bohaterów: samotności, rozdarcia, obawy przed śmiercią. Być może dla wielu te teksty mogą się wydawać zbyt współczesne, jednak dla mnie miały one charakter uniwersalny i pasowały do całości.

A jak się odnaleźli aktorzy? Tutaj wszystko skupia się na czwórce postaci i każda z nich jest bardzo wyrazista, choć pozornie są łatwe do opisania. W tytułowego Cyrano wciela się Peter Dinklage i tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Z jednej strony to charyzmatyczny wojownik, mistrz słowa oraz szpady, sprawiający wrażenie nieustraszonego. Z drugiej to romantyk pełną gębą i osoba nie do końca akceptująca samego siebie, przez co tłumi swoje uczucie do kobiety. Absolutnie zjawiskowa jest Haley Bennett jako Roxanne, też łącząca skrajne sprzeczności: silny charakter z bujaniem w obłokach i romantyzmem. Najsłabiej wypada Kelvin Harrison Jr., czyli Christian – przystojny facet z bardzo skromnym słownictwem i odstaje od reszty. Kompletnie nie czuć chemii między nim a Bennett i Dinklagem, przez co w jego miłość do Roxanne trzeba wierzyć na słowo. Za to główny antagonista, czyli hrabia de Guille w wykonaniu Bena Mendelsohna jest odpowiednio śliski, złowieszczy i podły.

„Cyrano” to powrót Wrighta do formy oraz potwierdzenie, że z ogranej, znajomej historii da się stworzyć angażujący, świetny film. Fantastycznie zrealizowany, ze wspaniałym aktorstwem, cudnymi piosenkami.

8/10

Radosław Ostrowski

Moje wspaniałe życie

Jesteśmy w Nysie – małym miasteczku gdzieś na Śląsku. Tutaj mieszka Joanna – nauczycielka języka angielskiego razem ze swoją rodziną. Czyli: mężem-dyrektorem, dwoma synami, synową, wnukiem i babcią. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest w porządku. Ale jest jeszcze kochanek, o którym rodzina nie wie. Imię ma Andrzej i jest kolegą Joanny ze szkoły, a oboje spotykają się w mieszkaniu jej rodziców. Sytuacja staje się coraz bardziej nerwowa, gdy okazuje się, iż ktoś zna jej tajemnice. Mało tego, zaczyna ją szantażować.

moje wspaniale zycie1

Łukasz Grzegorzek to ciekawy filmowiec, który mocno inspiruje się kinem spod znaku Sundance. Jest skromne, kameralne, lecz uważnie przyglądające się swoim bohaterom. Co najważniejsze, nie osądza ich i nie moralizuje, a to nie jest wcale łatwe zadanie. W kontekście sytuacji ten tytuł nabiera bardzo ironicznego wydźwięku. Bo które życie jest wspaniałe? To z innym facetem w mieszkaniu, gdzie spełnia się erotycznie, jara zioło i prowadzi takie tam pogaduchy? Czy z rodzinką stłoczoną w jednym domu, gdzie dla każdego jest kimś w rodzaju „przynieś, kup, ugotuj, pozamiataj”? Bo mąż jest za bardzo skupiony na pracy, bo matka ma Alzhaimera i trzeba jej pilnować, bo jeden syn się hajtnął i kompletnie jako mąż oraz ojciec sobie nie radzi, bo drugi syn („królewicz”) ma na wszystko wyjebane – poza tańczeniem przed kompem w rytm napierdalającej elektroniki? Odpowiedź niby wydaje się prosta, ale… no właśnie, wydaje się.

moje wspaniale zycie2

Cata ta sytuacja oraz szantaż, który coraz bardziej się nasila jest tylko pretekstem do pokazania bardzo skomplikowanego portretu głównej bohaterki. Joanna (rewelacyjna Agata Buzek) to niby jedna postać, a tak naprawdę to dwie. Jedna to żona, matka i babcia przeżywająca kolejne frustracje i spięcia z rodziną tak dysfunkcyjną, że nie powstydziłby się jej Wes Anderson. Druga to jej dokładne przeciwieństwo i wydaje się, że obydwa chodzą swoimi drogami, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Te paradoksy są wygrywane bezbłędnie i nie antagonizują naszej bohaterki, ani nie czynią z niej męczennicy w imię wyższej sprawy. Czynią ją po prostu człowiekiem, który musi skonfrontować się ze swoimi (świadomie popełnianymi) błędami oraz swoją rodziną. I z jakim hukiem to robi – tej tyrady nie da się zapomnieć.

moje wspaniale zycie4

Historia nie skupia się na samym szantażu (choć są pewne próby ustalenia tożsamości sprawcy), ale na życiu Joanny i jej rodziny. Oraz jej facecie, brawurowo zagranym przez Adama Woronowicza. Niby wydaje się największym źródłem humoru, to nie jest tylko klaunem. Równie wyrazisty jest Jacek Braciak (Witek, mąż), z którym czuć bardzo silną chemię. Także w momentach utarczek oraz drobnych konfrontacji iskrzy mocno. Jedynym problem w zasadzie jest wpleciona postać polonistki (Karolina Bruchnicka), gdzie czuć potencjalną relację z Witkiem, który ostatecznie nie prowadzi donikąd. Aczkolwiek zawsze miło jest zobaczyć Jaromira Nohavicę (barman).

moje wspaniale zycie3

Tak naprawdę chodzi o to, żeby żyć w zgodzie z samym sobą, a nie wobec cudzych oczekiwań – zdaje się mówić Grzegorzek. To my – bez względu na płeć – mamy być szczęśliwi, a nie inni mają nam mówić, co dla nas jest najlepsze. Może brzmi to banalnie, ale czasami o takich banałach zapominamy. Całość jest pięknie sfotografowana, bez jakiegoś poczucia fałszu i pokazuje jak uważnym obserwatorem jest Grzegorzek, którego warto obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bar dobrych ludzi

Filmy oparte na wspomnieniach to jedno z takich zadań nie należących do łatwych. Wszystko zależy od samego materiału, ale też od podejścia reżysera – czy trafi z emocjami, czy może za bardzo złagodzi całą opowieść. Jak ze wspomnieniami J.R. Moehringera poradził sobie znany reżyser George Clooney?

Akcja toczy się na przedmieściach Nowego Jorku lat 70. i 80., kiedy młody J.R. razem z matką trafiają do domu dziadków. Zawsze tam trafiają, gdy jej cokolwiek nie wychodzi – z facetem, pracą itd. Ojciec chłopaka pracuje jako radiowy DJ, lecz rodziną przestał się interesować. W samym domu jest od groma kuzynów, kanalizacja nie działa, zaś chłopak w zasadzie nie ma planu na przyszłość. O braku kogoś, kto mógłby być substytutem ojca nawet nie wspominam. Ale od czego jest wujek Charlie – właściciel miejscowego baru Dickens. Mężczyzna próbuje stać się dla chłopaka mentorem i dokonuje jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie zaraża go miłością do literatury, co mocno naznaczy jego dalszą drogę.

Brzmi jak potencjalnie interesujący coming-of-age o chłopaku szukającym swojego miejsca na ziemi. Niby widzieliśmy takich historii tysiące, więc trudno oczekiwać jakiegoś zaskoczenia. Ale chciałoby się więcej z tej historii wycisnąć. Bo ile tu jest motywów do złapania: nagła choroba matki, budowana relacja J.R. z wujkiem, próby znalezienia ojca, odkrycie swojej tożsamości, pierwsza (nieudana) miłość, próba znalezienia pracy, kumple ze studiów. Jeszcze jest sam bar i jego bywalcy z barwnymi życiorysami, których chciałoby się lepiej poznać. Aż się prosi o soczystą opowieść, gdzie „barowe” mądrości o życiu w USA zostałyby skonfrontowane z rzeczywistością.

Niestety, to wszystko sprawia wrażenie historii z ledwo liźniętymi wątkami i nie angażuje tak jak mógłby. Brakuje tu kompletnie emocji, choć jest parę zabawnych momentów oraz dialogów. W tle jeszcze gra muzyka z lat 70., co pomaga w budowaniu klimatu. Ale to wszystko za mało, by w pełni zaangażować. Wyjątkiem są tak naprawdę wszystkie sceny z grającym wujka Benem Affleckiem. Aktor fantastycznie tworzy postać żyjącego według własnych zasad i trzymający się swoich mądrości. Równie przekonujący jest sam J.R., będący także narratorem (głos z offu to Ron Livingston), grany przez Daniela Ranieriego oraz Tye’a Sheridana. Parę minut ma też Lily Rabe (matka) oraz – zawsze mile widziany przeze mnie – Christopher Lloyd (dziadek).

Coś mam ostatnio pecha do filmów, bo „Bar dobrych ludzi” jest produkcją niedogotowaną. Z jednej strony bardzo sympatyczną, przy której miło się spędza czas. Z drugiej zaś czuć, że najciekawsze rzeczy są głębiej zakopane, bez szansy na coś głębszego, mocniejszego, interesującego. Innymi słowy, zmarnowany potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Tragedia Makbeta

Ile już było przenoszonych na ekran dzieł Will.I.Ama Szekspira, tego nawet nie są w stanie wiedzieć najwięksi fani brytyjskiego dramaturga. Co jakiś czas wraca się do jego największych hitów („Hamlet”, „Romeo i Julia”, „Makbet”), ale też troszkę mniej znanych szlagierów. Tym razem za pewnego szkockiego władcę na M postanowił się wziąć sam Joel Coen. Sam, albowiem jego brat Ethan bardziej skupił się na pracy w teatrze. Jednorazowa przerwa czy coś poważniejszego? Czas pokaże.

Historię znamy bardzo dobrze – Makbet to jeden z możnych oraz kuzyn króla. Wraca z wojny ze zdrajcą króla, po drodze trafia na wiedźmy i przepowiadają, że otrzyma tereny zdrajcy oraz… zostanie królem. Reszty domyślacie się: władza, trupy, krew, szaleństwo, metaforyczne oraz poetyckie teksty. Czy coś można dodać nowego do tej powszechnie znanej opowieści? O dziwo – tak.

I nie chodzi tylko o czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3 czy bardzo oszczędną, wręcz surową scenografię. Bo wizualnie czuć tutaj inspirację kinem z lat 20. i 30., gdzie sporą przestrzeń zajmują aktorzy, zaś wiele miejsc jest spowitych mgłą. Najistotniejsze jest jednak to, że do ról państwa Makbeth zostali obsadzeni aktorzy w bardziej dojrzałym (60+) wieku, czyli Denzel Washington oraz Frances McDormand. To już nie są ludzie w sile wieku, mogący jeszcze coś ugrać, zawalczyć i zdobyć. Czemu decydują się na kroki i zawierzają podszeptom tajemniczej wiedźmy? Może to jest ostatnia szansa na osiągnięcie czegokolwiek? Daje to nowe pole do interpretacji i wygląda to zachwycająco. ALE

Bo zawsze musi być jakieś ale. Dla mnie problemem była kompletna obojętność wobec tego, co się dzieje na ekranie. Zdarzały się przebłyski interesujących momentów (finałowe szaleństwo lady Makbet, gdzie w nocy idzie do fontanny, zabójstwo Banka czy każda obecność wiedźm), jednak przez większość czasu czułem się jakbym patrzył przez szybę. Nie dlatego, że jest to źle zagrane, bo tak nie jest. Duet Washington/McDormand potrafi bardzo przekonująco pokazać skrywany strach, dumę oraz szaleństwo. Dla mnie absolutnie magnetyzująca jest Kathryn Hunter jako wiedźma. Niby jest jedna, a tak naprawdę są trzy i to, co robi głosem oraz ciałem jest nieprawdopodobne. Płynnie przechodzi z jednego tonu w drugi, początkowo sprawiając wrażenie obcowania z wariatką. To wszystko jednak okazuje się tylko pozorami.

Dziwny to film, który wydaje się być prawdziwym samograjem. Coen zaryzykował i próbował usprawnić znajomą historię. Ale nawet to nie jest w stanie wyrwać mnie z pewnego znużenia. Czy to z powodu sporej obecności „Makbeta”, czy przerostu formy nad treścią, trudno powiedzieć.

6/10

Radosław Ostrowski

Reacher – seria 1

Jack Reacher – emerytowany major armii USA, gdzie dowodził specjalnym oddziałem śledczym Żandarmerii Wojskowej. Teraz sam się przemieszcza po całym kraju od miasteczka do miasteczka. Gdzie się pojawia, sytuacja robi się bardzo nerwowa, trup się ścielę gęsto, a na jaw wychodzi korupcja, układ oraz zbrodniczy proceder. W sumie tak można opisać każdą powieść cyklu Lee Childa, który zawiera ponad 20 tytułów. Na ich podstawie zrealizowano dwa filmy z Tomem Cruisem, a teraz do akcji wkroczył Nick Santora, by zrealizować serial o tej postaci. Oglądalność była tak wysoka, że kilka dni po premierze zamówiono kontynuację.

Wszystko zaczęło się od tego, że Jack Reacher przyjechał autobusem do miasteczka Margrave w stanie Georgia. Chciał bliżej poznać pewnego muzyka bluesowego, ale najpierw wpadł do jadłodajni, by zjeść placek. Problem w tym, że nawet nie dadzą człowiekowi zjeść, tylko od razu przybywaj gliniarze,  nasz turysta zostaje aresztowany… za morderstwo. To jednak nie jest jedyna niespodzianka, bo najpierw pewien bankier przyznaje się do winy, potem facet z Reacherem trafiają do pierdla, co kończy się spuszczeniem łomot, zaś denat okazuje się być… bratem Reachera. O co tu do cholery chodzi? Reacher zaczyna prowadzić własne dochodzenie.

Wszystko brzmi jak znajoma historia spod znaku sensacyjno-kryminalnych produkcji z lat 90. czy początku XXI wieku. Intryga u szczytów władzy w miasteczku, skorumpowani policjanci, brutalne morderstwa, małomówny przybysz znikąd, detektyw z wielkiego miasta – ile to już razy widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy? Twórcy serialu są pełni w pełni świadomi i kompletnie się tego nie wstydzą. Jednak na tyle komplikują elementy układanki, by zaangażować oraz trzymać w napięciu, choć podejrzanych na pierwszy rzut oka rozpoznajemy. Pojawia się parę zaskoczeń, wynikających z ograniczonego zaufania, szukania tropów poza miasteczkiem Twórcy nie zapominają o rozładowaniu napięcia humorem (głównie dzięki dynamice relacji Reacher-Finlay), by wskoczyć bardzo krwawymi scenami akcji. Te są zrobione świetnie, w niemal surowym stylu, bez szybkich cięć, z pompującą adrenaliną jak choćby bójka w więzieniu czy finałowa konfrontacja. Troszkę się czułem jakbym oglądał… „Boscha” tylko w konwencji współczesnego westernu.

W zasadzie jedynym poważnym problemem są dla mnie retrospekcje z czasów młodości Jacka. Z jednej strony pokazują jego charakter oraz relację z bratem, ale z drugiej parę razy wydają się zbędne i niepotrzebne. Znaczy nie wszystkie, jednak trochę sprawiają wrażenie zapchajdziury. Sama realizacja może nie robi szału, ale czy każdy serial musi być przełomowy, zmieniający reguły gry w gatunku oraz wielkimi ambicjami? „Reacher” tego nie ma i nie potrzebuje, bo jego celem jest dostarczenie rozrywki, co wykonuje bezbłędnie.

Plus ma świetnie dobranych aktorzy i interakcje między nimi, co jest istotnym kluczem. Odkryciem dla mnie jest Alan Ritchson w roli tytułowej, czyli mieszanka umysłu Sherlocka Holmesa z posturą godną Arniego o bardzo niepoprawnym politycznie nazwisku czasów świetności. Wybuchowa hybryda tworząca gościa, co samym spojrzenie potrafi zmienić nastawienie każdego delikwenta. Jeśli to nie zadziała, pięści idą w ruch, a kości pękają szybciej niż więźniowe polityczni. Poza nim jest jeszcze dwójka partnerów: Malcolm Goodwin (opanowany i szorstki detektyw Finlay) oraz Willa Fitzgerald (idealistyczna policjantka Roscoe). Interakcje między tą trójką jest emocjonalną kartą, jaką mają twórcy do zaoferowania i nie boją się z niej korzystać. Reszta obsady też wypada więcej niż dobrze (z tego grona najbardziej wybija się Bruce McGill jako burmistrz Teale oraz Maria Sten w roli dawnej towarzyszki z armii – sierżant Neagley), więc pod tym względem nie ma się czego przyczepić.

„Reacher” tak jak „Bosch” czy parę lat wcześniej „Justified” to przykład bezpretensjonalnego serialu z lat 90., tylko o wiele lepiej wykonanego. Prosty (nie prostacki), szczery, z fajnymi postaciami oraz pewnie prowadzoną historią. Nie wiem jak wy, ale nie mogę doczekać się kolejnego przystanku na drodze Jacka Reachera.

8/10

Radosław Ostrowski

Spragnieni miłości

Są takie filmy, które potrafią zaskoczyć. Gdy wydaje się, że zna się reguły niemal każdego gatunku, trudno wymyślić cokolwiek nieoczywistego, zaskakującego, idącego pod prąd. Taki jest przypadek „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia. Film z 2000 znowu trafił do kin po cyfrowej rekonstrukcji. Dlaczego to nietypowy film? Już mówię.

Jest rok 1962 i jesteśmy w Hongkongu, gdzie wprowadzają się – do dwóch różnych pokoi – dwie pary z Singapuru, gdzie sytuacja jest bardzo napięta. Jak wielu uchodźców ucieka w poszukiwaniu lepszego jutra oraz kąta do zamieszkania. Nieważne jak dużego i za ile. Jak wspomniałem, pojawiają się dwie pary, mieszkając obok siebie: redaktor gazety (pan Chow) razem z żoną oraz sekretarka (pani Chan) z mężem. Małżonkowie naszych bohaterów ciągle gdzieś – służbowo lub nie – wyjeżdżają za granicę i oboje czują się samotni. To właśnie powoduje, że zaczynają (jak zawsze przypadkiem) spędzać ze sobą czas wieczorami. Sytuacja zaczyna się rozwijać, gdy oboje odkrywają, że ich małżonkowie mają romans ze sobą.

Dlaczego jest to historia nietypowa? Na pierwszy rzut oka nie brzmi jak coś, czego nie słyszeliśmy lub nie znaliśmy. Ale Wong Kar-Wai idzie zupełnie inną drogą, albowiem sama narracja skupia się na budowaniu atmosfery, nastroju. Dlatego czasem sceny nagle się urywają, następuje cięcie, przeskok – jakby wszystko było poza czasem. Przestrzeń (pokazywana przez kamerę) wydaje się ciasna, niemal duszna. I to paradoksalnie pozwala zbudować więź naszym bohaterom. Łączy ich ból, poczucie niespełnienia oraz te bardzo rzadkie spojrzenia. Towarzyszy im wtedy slow-motion oraz bardzo melancholijna muzyka w tle. Płynie to wszystko, a słowa – pozornie banalne i proste – skrywają coś jeszcze. Co jest niewypowiedziane, czego żadna ze stron nie chce (nie może?) ubrać w słowa. Czy chodzi o przekroczenie granicy, od której nie ma już odwrotu? A może chodzi o to, że oni nie chcą być tacy wiarołomni jak ich partnerzy?

Wszystko to jest absolutnie zachwycające wizualnie. Zarówno zdjęcia, jak i scenografia oraz kostiumy z jednej strony odtwarzają realia epoki. Z drugiej zaś ta wizualna otoczka działa na zmysły swoimi kolorami, zwłaszcza mocno obecną na początku żółcią (co wywołuje we mnie skojarzenia ze starymi zdjęciami). Ta repetycja niektórych scen (pani Chan chodząca po kluski czy wspólna jazda taksówką) pokazuje rutynę naszej pary-nie pary (elektryzujący duet Tony Leung/Maggie Chung) oraz powolne docieranie się. Ale jeśli spodziewacie się deklaracji zawierających dwa często nadużywane słowa, będziecie rozczarowani.

„Spragnieni miłości” niby są melodramatem, jednak bez wchodzenia w znajome klisze gatunku. Wszystko zawieszone w powietrzu, niby tu i teraz, ale jednocześnie poza czasem i przestrzenią. Wiele obrazów zostanie w głowie na długo, zwłaszcza nieoczywisty finał. Jeśli macie okazję zobaczyć w kinie, idźcie bez wahania. Albo poczekajcie aż ta odrestaurowana wersja trafi na nośniki lub VOD.

8/10

Radosław Ostrowski