Quiz

Teleturniej “Milionerzy” to jeden z najpopularniejszych show w historii telewizji. Proste zasady (cztery odpowiedzi, trzy koła ratunkowe i milion do wygrania), podnoszące tempo adrenalina, zaś szansa na wygrania miliona jest bardzo rzadka. Jednak ta obietnica zdobycia tego sezamu i skarbów kusi, prawda? Niektórych do tego stopnia, że posuną się do wszystkiego. O tym postanowił opowiedzieć w mini-serialu z 2020 roku reżyser Stephen Frears w “Quiz”.

Serial zrealizowany przez stację ITV, która także odpowiedzialna jest za ten teleturniej. I już możecie podejrzewać, że będzie to bardzo stronnicze przedstawienie sprawy (trochę jak nakręcony przez tego reżysera film “Strategia mistrza”). Jednak całość oparta na sztuce teatralnej oraz książce o całej aferze, zaś Frears przygląda się z paru perspektyw. Wszystko zaczęło się w roku 1997, gdy w stacji pojawił się nowy dyrektor programowy, David Liddlement (Riestard Cooper). Chcąc zawalczyć o widownię, decyduje (po pilocie) zgodzić się na realizację teleturnieju, który znamy jako “Milionerzy” według pomysłu Paula Smitha (Mark Bonnar). Prowadzącym został Chris Tarrant (Michael Sheen), co podkręciło popularność show powyżej wyobrażeń producentów. Śmiałkowie z całego kraju ruszyli do walki, wśród nich był Adrian Pollock (Trystan Gravelle).

Mężczyzna wręcz desperacko starał się o wzięcie udziału, co doprowadziło do sporych długów. Z drugiej strony cała jego rodzina (poza szwagrem) miała kompletną fiksację na punkcie quizów wszelkiej maści. By mieć pewność, że uda mu się wejść poznaje grupkę zapalonych quizowiczów, stosujących różne sztuczki. Nie korzysta z ich usług, jednak używa ich wiedzy do własnego celu, ostatecznie wygrywając 32 tysiące. Tak samo udaje się ugrać siostrze, nauczycielce Diane Ingram (Sian Clifford) i ta – podstępem – zgłasza męża, majora brytyjskiej armii (Matthew Macfadyen). Ten wygrywa (w bardzo nerwowym stylu) główną wygraną, jednak szefowie stacji podejrzewają przekręt.

Frears razem z twórcami pokazują tą opowieść zarówno z perspektywy stacji telewizyjnej, jak I małżeństwa Ingram. Wszystko ubrane jest w formę dramatu sądowego, a wszystkie wydarzenia są retrospekcjami. Najpierw od strony oskarżenia, by przejść do obrony. Wszystko jednak bez jednoznacznej odpowiedzi, z paroma niedopowiedzeniami oraz poszlakami, mogącymi sugerować, że coś było nie tak. Czy naprawdę major sugerował się kaszlnięciami, które wychwycił technik? A może miał zwykłego farta, zaś dziwne zachowanie to nerwy? Czy kłótnia słyszana przez realizatorkę dotyczyła wycofania się? Czy chodziło o brak zasięgu w telefonie? Czy będący w studio Adrien, wychodzący dzwonić na zewnątrz próbował podpowiadać? Dużo jest tu momentów, które mają celowo zmusić do zastanowienia i uważniejszego oglądania. Co jest prawdą, co jest manipulacją? Jak powinna się zachować policja? I czy przygotowana przez studio taśma z podkręconym odgłosem kaszlnięć w ogóle powinna być dowodem w sprawie? Takie pytania stawiane przez obrońcę Ingramów (nieodżałowana Helen McCrory) nie wydają się być tylko I wyłącznie taktyczną zagrywką.

Sam sposób realizacji (powtórzenia ujęć, równoległy montaż) też wydaje się mocno stonowany, co pasuje do powolnie budowanej narracji. Dopiero w trzecim odcinku pojawiają się wręcz surrealistyczne sceny, pokazujące potężny mętlik w głowie majora. To, że “Quiz” działa jest zasługą świetnego duet Clifford-Macfadyen. Pierwsza ma obsesję na punkcie wszelkich quizów oraz manie zbierania odpowiedzi na nie, co budzi w niej kompletnie inną osobę. Macfadyen jest o wiele bardziej stonowany, a jego postać trzyma się ziemi i budzi dużą dawkę sympatii. Jednak jego dziwaczne zachowanie podczas program (nerwowy uśmiech, głośne myślenie) wywołuje poważną dezorientację. Zupełnie jakby wbrew sobie brał udział w czymś, na co nie ma ochoty, lecz chce zaimponować swojej żonie. Czy naprawdę jest tu coś więcej? To zależy od tego, co wyciągnięcie z tej roli – bardzo interesującej i wyrazistej. Reszta postaci wydaje się robić za tło, choć jest kilka mocnych ról drugoplanowych (przed wszystkim Mark Bonnar jako energiczny producent Paul Smith czy Michael Sheen jako charyzmatyczny prowadzący, choć nie ma zbyt wiele czasu).

Choć telewizji ITV nie jest tak popularna w UK jak BBC, to potrafi zrobić parę wartych uwagę produkcji telewizyjnych. Takie jest “Quiz” pokazujące duże wyczucie w drażliwej kwestii jak (prawdopodobnego) oszustwa telewizyjnego. Inteligentnie napisany, wciągający, świetnie zagrany. Czego chcieć więcej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski

Łasuch – seria 1

Było już wiele – na dużym i małym ekranie – produkcji opisujących świat po zagładzie ludzkości. Czy jest jeszcze szansa na stworzenie czegoś co najmniej ciekawego na tym polu? Z tym pytanie zmierzył się Netflix, który rok temu wrzucił swój nowy serial. Oparty na komiksie DC Vertigo autorstwa Jeffa Lamaire’a „Łasuch” bardziej przypomina baśń niż stricte SF.

Akcja toczy się po Wielkiej Zapaści, czyli epidemii wirusa (H5G9) dziesiątkującego ludzkość nieznaną chorobą nazwaną Przypadłością. Skąd się wziął? Nie wiadomo. Jednocześnie na świecie zaczęły pojawiać się (i rodzić) hybrydy – dzieci, będące krzyżówką człowieka i zwierzęcia. Nie wiadomo było, co z nimi zrobić, a niektórzy podejrzewali, że jest związek między tymi wydarzeniami. Dlatego pełniący funkcję władzy wojsko z generałem Abbottem na czele, postanowiło przeprowadzać na hybrydach eksperymenty, by znaleźć lekarstwo na chorobę. Ewentualnie, żeby te mutanty zabić.

łasuch1-2

Bohaterem tej opowieści jest Gus – hybryda człowieka i jelenia, którą wychowuje ojciec z dala od cywilizacji. A dokładnie na terenie parku Yellowstone, by go chronić przed tym okrutnym światem z zewnątrz. Przez niemal 10 lat mu się to udaje, choć świat ciągle szuka sposobu na dotarcie. Ojciec nie mówi chłopcu wszystko na temat zewnętrznego świata, jednak przekazuje część informacji. O Przypadłości, upadku świata oraz matce dziecka zwanej Ptaszyną. Dochodzi do najgorszego i Pubba (tak nazywa go Gus) zostaje zabity, zaś młody ledwo uchodzi z życiem. To ostatnie jest zasługą potężnego czarnoskórego mężczyzny, co zna życie lepiej od Gusa. Chłopiec decyduje się dołączyć do Wielkoluda i razem wyruszyć w poszukiwaniu matki Gusa do Kolorado.

łasuch1-3

Dziwna to mieszanka jest. Niby mamy tu znajome elementy post-apo: wyniszczona ludzkość, władza wojskowa, psychoza strachu, mutanci (bo tak można przecież nazwać hybrydy), wola przetrwania za wszelką cenę, brak Internetu, Ostatni Ludzie (paramilitarna bojówka, co poluje na hybrydy). Zaś ludzie potrafią się różnie zachować – od strachu i nienawiści po wsparcie i współczucie. A w tym całym tyglu znajduje się Gus (naprawdę dobry Christian Conwery) – naiwne, niewinne, pełne optymizmu dziecko. Jak go nie lubić i sympatyzować z tym uroczym (choć czasami irytującym) chłopcem, całe życie trzymanym pod kloszem?

łasuch1-5

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co początkowo może wywoływać dezorientację. Pierwszy to dotyczy Gusa, Wielkoluda oraz ich podróży, drugi dotyczy lekarza Adityi Singha oraz chorującej na wirusa żony, którą chroni za pomocą coraz bardziej ograniczonej ilości leków. Doktor w końcu dostaje zadanie znalezienia szczepionki na wirusa, jednak notatki pozostawione przez jego koleżankę, budzą wstręt. Obydwa te wątki wyróżniają się zarówno względem tonu, jak i wizualnie. Pierwszy w większości toczy się w otwartej przestrzeni, pełnej imponujących krajobrazów, wyjętych miejscami niczym z pocztówki. Nie oznacza to jednak, że jest to świat bezpieczny i niepozbawiony różnych pułapek. Drugi to kompletny kontrast, pełen szarzyzny, mroku oraz ciągłego niepokoju. Tutaj ludzie pokazują się z najgorszej strony, gdzie każdy z objawami Przypadłości zostaje spalony razem z całym domem. Bezwzględność i okrucieństwo dominuje, choć pojawiają się okruszki dobra (Aimee oraz prowadzony przez nią azyl dla hybryd na terenie dawnego zoo).

łasuch1-4

Obie te historie są bardzo dobrze poprowadzone, chociaż bardziej czekałem na kolejne przeprawy Gusa i jego drogi do matki. Nie tylko ze względu na samego bohatera oraz jego towarzysza (absolutnie rewelacyjny Nonzo Anonsie), ale też kolejne zaskakujące wydarzenia i elementy tego świata. Dziecięca armia, która próbuje ratować hybrydy schwytane przez Ostatnich Ludzi, dowodzona przez Niedźwiedzia, przeprawa przez wiszący most nad kwiatami (zakończona mocno psychodelicznym odlotem), wplecione retrospekcje dotyczących jego towarzyszy. W końcu najbardziej szokujący moment, czyli poznanie „narodzin” Gusa – to mnie uderzyło jak grom z jasnego nieba. Przy tych zdarzeniach wątek doktora wydaje się mniej porywający, co nie znaczy, że nie angażuje.

łasuch1-6

Obsada w większości gra poprawnie, choć najbardziej wybija się kilka postaci: Gus z rozbrajającym urokiem i nadzieją tak potrzebną w mrocznych czasach; mocno doświadczony przez życie Jeppard, stający się dla bohatera mentorem; nieufna wobec dorosłych Niedźwiedź (Stefania LaVie Owen) i żona doktora (Aliza Vellani), wspierająca swojego męża w chwilach zwątpienia. Reszta prezentuje się solidnie (włącznie z narratorem Jamesem Brolinem), ale nie są tacy wyraziści jak w/w.

łasuch1-1

Choć finał zapowiada kolejne wydarzenia i czyni pierwszy sezon wstępem do większej opowieści „Łasuch” okazuje się bardzo satysfakcjonującym doświadczeniem oraz odrobiną świeżości do znajomej konwencji post-apo. Niepozbawiona mroku baśń z przesympatycznym bohaterem i jego interakcją z nowym światem po jego końcu. Czekam na dalszy ciąg tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki

Hasło polskie kino familijne raczej budzi skojarzenia z produkcjami okresu PRL-u (głównie w reżyserii Stanisława Jędryki), choć i po transformacji ustrojowej też podejmowano próby opowieści o młodych ludziach. Problem jednak w tym, że nie potrafiło dotrzeć do swojej widowni i rzadko sprawiało wrażenie zrobionych na odwal. Zdarzały się pewne perełeczki („Klub włóczykijów” czy „Magiczne drzewo”), ale to były rzadkie przypadki. Teraz trafiłem na kolejny, choć tytuł mógł sugerować, że nie jestem adresatem.

„Za duży na bajki” opowiada o Waldku Mocarnym Pierwszym i nie jest on władcą żadnego kraju. Tylko młodym chłopcem, którego wielkim marzeniem jest udział w turnieju e-sportowym. Gra razem z kumplem oraz starszym kolegą, co gra jak zawodowiec. Chłopaka wychowuje nadopiekuńcza matka (Karolina Gruszka), trzymająca go pod kloszem i wspierająca jego wysiłki. Że przy okazji Waldek wyrasta na spasionego, rozleniwionego bachora. Ale kończy się lenistwo, gdy matka jedzie do szpitala na badania. W domu pojawia się ciotka (Dorota Kolak) – bardzo energiczna, ekscentryczna kobieta, co zmusza naszego Mocarnego do robienia wszystkiego. Wycisk mu daje innymi słowy, co doprowadza go do szewskiej pasji. To jednak początek problemów, z którymi zmierzy się Waldek.

Reżyser Kristoffer Rus oparł film na podstawie powieści Agnieszki Dąbrowskiej i jest to historia, która zaskakuje dojrzałością oraz wyczuciem. Jeśli myślicie, że pokazuje nastoletnich graczy w najbardziej stereotypowy sposób, jesteście w błędzie. To tylko otoczka, gdzie chodzi o coś zupełnie innego – o usamodzielnienie i dojrzewaniu. A także o braniu odpowiedzialności, przyjaźni, pierwszej miłości i mierzeniu się z problemami.

To bardziej komediodramat niż przesłodzone kino obyczajowe, gdzie nie ma prostego podziału na dobrych i złych. Tutaj każdy mierzy się ze swoimi problemami, poczuciem winy i wyrzutami. Bez poczucia fałszu, sztuczności, z naturalnie grającą młodą obsadą, co jest u nas największym problemem ostatnimi czasy. Humor jest tutaj wygrywany bezbłędnie, czy to w przypadku relacji Waldek-ciotka, która ulega ciągłej dynamice (od wrogości do szorstkiej sympatii), czy przyjaźni między Waldkiem a Staszkiem. Ta ostatnia ulega komplikacji, kiedy chłopaki poznają dziewczynę, która okazuje się być… graczem komputerowym o ksywie Mrówa (i używa jej awatara zamiast swojej twarzy). To komplikuje sytuację i pozwala na odrobinę zabawnych sytuacji. Nie brakuje też momentów na złapanie oddechu, refleksji (wizyta u dziadka, który dla chłopaka jest wręcz mentorem) i wzruszeń. Takie sceny przypominają, że dzieci/nastolatkowie są mądrzejsi i widzą więcej niż nam się wszystkim wydaje. Że nie należy obchodzić się z nimi jak z jajkiem („Jesteś już dużym chłopakiem. Czyli nie jesteś już ślepy i głuchy” – jak mówi dziadek).

Technicznie też się trudno do czegoś przyczepić. Jest kilka efektywnych mastershotów, w tle gra świetna muzyka Karima Martusewicza, zaś montaż też niczego sobie. Aczkolwiek sceny, gdy nasz nowy team rywalizuje o eliminacje do turnieju w ogóle nie ma, tylko widzimy sytuację post factum. To jest tak jakbyśmy obserwowali przygotowania do wielkiego pojedynku, by kompletnie go nie zobaczyć, tylko co się stało po wszystkim. Nie daje to żadnej satysfakcji.

Pochwalić trzeba za to obsadę. Film kradnie absolutnie kapitalna Dorota Kolak jako bardzo żywiołowa ciotka Mariola, co nie daje sobie w kaszę dmuchać i jest twarda niczym stonka, jednak pod tym wszystkim kryje się osoba wrażliwsza oraz naznaczona prywatną tragedią. Swoją robotę robią niezawodni Karolina Gruszka (matka) oraz Andrzej Grabowski (dziadek). Ale nie można zignorować Macieja Karasia, czyli Waldka Mocarnego Pierwszego, będącego także narratorem historii. Świetnie pokazuje przemianę z leniwego, dostającego pod nos wszystko dzieciaka w dojrzewającego chłopaka, radzącego sobie dobrze oderwany od komputera.

Film Rusa (pierwotnie reżyserować miał Mateusz Rakowicz, który akurat wtedy kręcił „Najmro”) traktuje swojego widza – bez względu na wiek – bardzo dojrzale, bez słodzenia, ale też i wywoływania stanów przygnebiających. „Za duży na bajki” świetnie balansuje między powagą a humorem, tworząc niemal realistyczny świat bez popadania w skrajności, z wyrazistymi postaciami i świetnym aktorstwem. Lubię takie przyjemne niespodzianki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wolny dzień Ferrisa Buellera

Kino inicjacyjne czy młodzieżowe zazwyczaj wydaje się płytkie, nudne oraz opowiadające o pierdołach. Nie oznacza to jednak, że wszystkie tego typu filmy muszą być głupie. Takie robił w latach 80. John Hughes zarówno jako scenarzysta, jak i reżyser. Jego bohaterowie – choć wydawali się stereotypowi na początku – z czasem zyskiwali barwy, stając się osobami z krwi i kości. Nie inaczej jest w przypadku „Wolnego dnia Ferrisa Buellera” z 1986 roku.

ferris bueller1

Tytułowy bohater (Matthew Broderick w swojej najlepszej roli) to złotousty cwaniak, którego poznajemy w domu. Leży w łóżku i symuluje chorobę, by nie być w szkole. To już dziewiąty dzień jego wagarowania, ale ma być też ostatnim. Na wyrwanie się do miasta zabiera swoje najlepszego kumpla – Camerona (Alan Ruck, znany obecnie z „Sukcesji”) oraz o rok młodszą dziewczynę, Sloanę (śliczna Mia Sara). Wszystko po to, by koledze pomóc wyrwać kijek nerwowy z tyłka, by nabrał pewności siebie. Może i rodzice dadzą się nabrać na chorobę (jak też cała szkoła), to zarówno starsza siostra (Jennifer Grey), jak także próbujący go dorwać dyrektor szkoły (Jeffrey Jones) nie ufają mu. Ten ostatni postanawia go załatwić i uziemić.

ferris bueller2

Reżyser skupia się na postaci Buellera i jego paczki, by pokazać prawdopodobni ostatnie chwile beztroski przed wejściem w dorosłość. Tutaj dorośli nie rozumieją świata młodych i tu nawet nie chodzi o szkołę. W tych rzadkich momentach nauczyciele mówią niczym roboty pozbawione pasji, zaangażowania i motywacji do przekazania wiedzy. Nic dziwnego, ze uczniowie zachowują się podczas zajęć niczym tępe zombiaki, przyglądające się wszystkiemu z obojętnością. Jak tacy ludzie mają się odnaleźć w dorosłym życiu? Bueller przy nich sprawia wrażenie buntownika, idącego pod prąd („Po co mam się uczyć europejskiego socjalizmu? Nie jestem Europejczykiem, a to nie da mi samochodu”) i działającego w wariacki sposób. Czasem można odnieść wrażenie, że kombinuje, kluczy i bajeruje, łamiąc niemal non stop czwartą ścianę. Humor leci z prędkością karabinu maszynowego mieszając kreatywność w oszukiwaniu rodziców (oraz tego jak bardzo blisko jest zdemaskowania) z odrobiną slapsticku – wszystkie sceny z dyrektorem, a także ciągle zaskakując niektórymi sytuacjami (scena zamawiania stolika w restauracji czy Bueller śpiewający podczas parady).

ferris bueller3

Jednak pod tą komediową otoczką skrywa się o wiele poważniejszy problem, czyli zagubienie młodych ludzi i pytanie co dalej. Bo z jednej strony jest Cameron, którego rodzice się nienawidzą, a dla jego ojca ważniejsze jest zabytkowe Ferrari niż on sam. Troszkę miękki jest i nagle potrafi spanikować, co daje przeciwwagę dla komediowych strzałów. Alan Ruck gra tutaj fantastycznie i pokazuje jego wycofanie, chwile załamania oraz – najistotniejsze – mentalnej przemiany, bez cienia fałszu. Bueller pozornie wydaje się wygadanym cwaniakiem, a Broderick ma w sobie tyle uroku, że nie można oderwać od niego oczu. Wszystko to jednak fasada, skrywająca kogoś o wiele wrażliwszego i równie niepewnego, co pozostali. Jak wszyscy klauni oraz tacy, co wszystko uchodzi płazem. Nie czuć w tym fałszu, a nie jest to łatwa sztuka.

ferris bueller4

Jest parę niezapomnianych momentów jak wspomniana parada czy wizyta w muzeum sztuki. To wszystko składa się na inteligentną, pełną świetnych dialogów komedię, z wyrazistymi postaciami. Wszystko bez nachalnego dydaktyzmu czy moralizatorstwa, ale z energią oraz odrobinką luzu. Czyli pierwszorzędna robota Hughesa. Ale pamiętajcie: życie idzie szybko i możecie tego nie zauważyć, jeśli się nie zatrzymacie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Men

Żaden reżyser tak nie rozpalał mi mózgownicy jak Alex Garland – cholernie uzdolniony scenarzysta, głównie kojarzony z kinem SF. Po absolutnie niesamowitych „Ex Machinie” oraz „Anihilacji”, reżyser postanowił zrobić mały skok w bok na rzeczy bardziej psychologicznego horroru/thrillera. Wiadomo, nie trzeba się ograniczać tylko do jednego gatunku. Czasami jednak nie zawsze się opłaca.

Akcja „Men” rozgrywa się gdzieś na wsi, z dala od zgiełku Londynu. Tutaj przyjeżdża Harper (Jessie Buckley) – młoda kobieta, by zamieszkać parę tygodni. Domostwo wygląda bardzo okazale, choć jego właściciel (Rory Kinnear) sprawia wrażenie niby sympatycznego człowieka, niemniej jest w nim coś dziwnego. Harper wydaje się odnajdować w małej wiosce, skrywając pewną niepokojącą tajemnicę z przeszłości. Jej mąż dość ciężko zniósł decyzję o jej rozwodzie. Tak bardzo, że odebrał sobie życie, spadając z mieszkania wyżej. A wierzcie mi, że nie jest to obraz łatwy do wymazania z pamięci. Czy uda się Harper odnaleźć psychiczną równowagę?

Jakby to było takie proste, nie mielibyśmy tego filmu. Podczas odkrywania piękna krajobrazów w postaci lasów, tunelu pod dawnymi torami czy podniszczonych budynkach gospodarczych (jeśli jest się fanem turpizmu). Wyprawa jednak kończy się w momencie, gdy gania za nią mężczyzna w stroju Adama. Nie goni, tylko idzie niczym Michael Myers czy inne powolne monstrum ze slashera. Niby wezwanie policji rozwiązuje sprawę – ale na jak slasherowego skurwysyna – zostaje wypuszczony i znowu zaczyna uprawiać stalking. Dlaczego? Bo policja uznała, że jest nieszkodliwy (mimo próby włamania do domu) i zabrał parę jabłek z drzewa w ogrodzie.

Garland całą przeszłość bohaterki pokazuje w krótkich retrospekcjach, przeplatając z obecnymi wydarzeniami. Samo to może wywołać lekką sieczkę w mózgu, ale spokojnie, reżyser się dopiero rozkręca. Im dalej w las, tym bardziej porąbane rzeczy się dzieją. A to nagle postać kompletnie znika, a to ksiądz chce wzbudzić w naszej bohaterce poczucie winy za śmierć męża (ona za to wyraża wdzięczność duchownemu za pomocą magicznego słowa: Spierdalaj). Jest jeszcze dzieciak, co chce się z Harper bawić w chowanego. Zaś w kościele jest jakaś dziwna kamienna postura (chyba to jest to miejsce, gdzie ksiądz wygłasza kazanie) i by jeszcze bardziej namącić we łbie, wszyscy mężczyźni (chyba jedyni mieszkańcy wioski) mają twarz tego samego aktora – Rory’ego Kinneara (facet jest absolutnie obłędny).

Rozumiem założenia „Men” – chodzi o pokonanie wewnętrznej traumy, zaś wszystkie męskie osoby to jedna inkarnacja. Szkoda tylko, że nie wiemy co było przyczyną tego rozstania między nią a Jamesem. Skąd ten jej strach wobec niego? Nie wiadomo. Temat nie zostaje ruszony. Jest też parę ujęć, które zachwycają wizualnie, chociaż wydają mi się zbędną popisówką (scena z martwym jeleniem, gdzie kamera wskakuje do… dziury po oku czy nadużywane slow-motion). Ale finał to już wręcz jazda po bandzie i tu nie chodzi o coś w stylu facet pojawia się i znika, zaś światła przed domem dostają kocioćwiku. Jest krwawo, makabrycznie i bardzo niepokojąco (choć w trakcie seansu gdzieś z tyłu słyszałem śmiechy), ale też… niesatysfakcjonująco.

Niestety, ale mam wrażenie, iż Garland albo za dużo oglądał Davida Lyncha i za bardzo odpłynął w surrealizmie, albo chciał być drugim Eggersem (niestety, z czasu „Lighthouse”) i ukrył niedostatki fabuły symbolami, metaforami oraz dziwacznymi obrazami. Jakiekolwiek były intencje, „Men” dla mnie było rozczarowaniem. Tak mętnego treściowo, ale porywającego wizualnie filmu nie widziałem od dawna i mam spory mętlik we łbie.

6/10

Radosław Ostrowski

Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Top Gun

Dziwny to przypadek sequel po kilkunastu latach. Bo zawsze rodzi się pytanie, czy jeszcze żyją fani pierwszej części i będzie ich tylu (w sam raz tylu), by zarobić kupę piniondzorów. Dotyczy to każde filmów uznawanych za kultowe. Takie jak choćby „Top Gun”, nakręcony w 1986 roku przez Tony’ego Scotta i wyprodukowany przez (obecnie) legendarnego Jerry’ego Bruckheimera. Zanim jednak pójdę na sequel, postanowiłem sobie przypomnieć to dzieło.

top gun1-1

Film nie jest specjalnie skomplikowany i skupia się na dwóch kumplach, co razem latają w samolotach US Navy. Pete „Maverick” Mitchell (Tom Cruise) oraz Nick „Goose” Bradshaw (Anthony Edwards) są tak różni jak noc i dzień. Pierwszy jest pilotem i leci miejscami bardzo ryzykancko, drugi radiooperatorem, starającym się zachowywać w sposób rozsądny. Tworzą bardzo zgrany duet i obaj trafiają do tytułowego Top Gun – elitarnej szkoły lotniczej dla najlepszych pilotów Marynarki Wojennej. Ale tam takie ryzykanckie jazdy mogą skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. A wtedy – żegnajcie przestworza, witajcie asfaltowe drogi. Zwłaszcza, że w szkole znajduje się Iceman (Val Kilmer), co jest bardzo opanowany i nigdy nie traci zimnej krwi. Więc walka będzie zacięta, do ostatniego zadania. I nie tylko tam.

top gun1-2

Od pierwszych kadrów oraz dźwięków muzyki wiadomo w jakich czasach jesteśmy i z czym mamy do czynienia. Synth popowa i rockowa muza podbijają adrenalinę, a kolory walą po oczach. Tak wyglądają przygotowania myśliwca do lotu podczas wschodzącego słońca. Scott nie udaje, że swoje dzieło skierował do nastolatków płci męskiej, by pokazać jak bardzo cool jest bycie w armii. Że będąc tam nie tylko możesz robić cuda wianki (choć brawura może zakończyć się niebezpiecznie), zyskać szacun kumpli, mentorów, a nawet wyrwać najpiękniejszą kobietę na dzielnicy. Wszystko dzięki uporowi, determinacji, ryzyku oraz pewności siebie. Sława, prestiż i pieniądze, prawda? O nie, tak łatwo nie jest.

top gun1-3

Historyjka jest banalna, pełna miejscami banalnych dialogów i ociera się o kicz. O aktorstwie w zasadzie nie chcę mówić, bo postacie są płaskie jak podłoga, o którą się potykasz po wypiciu kilku głębszych. Nadmiar klisz jest niemal porażający: nieodpowiedzialny ryzykant o mocnej reputacji oraz mierzący się z tajemniczą śmiercią ojca, wspierający kumpel, opanowany rywal (nie antagonista), twardy mentor, seksowna pani instruktor. Wszystko to bezczelnie sparodiowane parę lat później w „Hot Shots!” (polecam gorąco!).

top gun1-4

A jednak jest w tym coś uroczego i ma swój klimat. To, co godnie zniosło próbę czasu to dwa elementy: muzyka z niezapomnianym gitarowym tematem przewodnim oraz sceny powietrzne. Walki są miejscami chaotyczne, ale czuć tutaj skalę maszyn i umieszczenie kamer w samolotach (także pod różnymi kątami) nadaje rozmachu. W połączeniu z dynamicznym montażem oraz dźwiękiem tworzy to imponujące widowisko.

Szanuję to podejście, choć z perspektywy dorosłego widzę więcej zgrzytów. Nie jestem w stanie się obrazić na ten film, niemniej ocena jest naciągana. Baaaaaaaardzo naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski