Niepamięć

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie z nieznanych przyczyn nagle tracą pamięć. W różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Bez względu na pochodzenie, płeć, pozycję społeczną i zawód. Taki jest właśnie przypadek bohatera greckiej „Niepamięci”. Mieszka sam w dość niezadbanym mieszkaniu, nie wiemy czym się zajmuje. Dostaje amnezji podczas jazdy autobusem, a przy sobie nie ma żadnych dokumentów (tylko pieniądze). Trafia do szpitala, gdzie przechodzi testy na odzyskanie pamięci i czekając na kogoś z rodziny, kto go odbierze.

Pojawia się jednak szansa na wyjście z tej sytuacji: program „Nowa Tożsamość”. Starego życia może nie odzyskasz, ale może uda ci się stworzyć siebie na nowo. Jak to zrobić? Dostajesz taśmy magnetofonowe, gdzie głos daje ci „zadanie” do wykonaniu, a jego wykonanie utrwalasz wykonując zdjęcie. Brzmi jak coś prostego? Bo i zadania nie wydają się trudne: jazda na rowerze, udział w imprezie kostiumowej, skok do basenu. Im dalej w las, tym jednak kolejne rzeczy do wykonania wydają się brzmieć jak makabryczny żart (upić się w barze, po czym poznać dziewczynę/chłopaka i uprawiać z nimi seks w toalecie).

Grecki reżyser Christos Nikou tworzy kolejny pokręcony świat, gdzie absurdalność świata przedstawionego miesza się z melancholijnym smutkiem postaci. Wszystko jest tu bardzo surowe i oszczędne, a jednocześnie bardzo takie umowne. Nie wiemy jak dochodzi do choroby, dlaczego tutaj nikt nie ma telefonów komórkowych ani komputerów (wszystko tu pełne analogowych przedmiotów jak magnetofon i polaroid). Niby jesteśmy w Atenach, ale jakby w zupełnie innej epoce, wyrwanej z obcego świata. Poczucie obcości potęgują jeszcze zdjęcia Bartosza Świniarskiego w formacie polaroidowego zdjęcia. Czyli taka rameczka ze sporymi czarnymi pasami.

Z kolei sam program – czy aby na pewno pomaga stworzyć nowego siebie? A może tak naprawdę kreuje coś w rodzaju marionetki? Pozbawionej własnej woli, motywacji i celu. Zwłaszcza, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się ten proces zakończy. Jakie jeszcze zadania mogłyby na niego czekać – gdzieś wspominana jest sprawa udziału w demonstracji czy czegoś z samolotem. Zaś sam bohater grany przez Arisa Servatalisa jest bardzo trudny do rozgryzienia. Bardzo rzadko wyraża emocje, jest wycofany, z pokorą przyjmując kolejne dziejące się rzeczy. Jakby wzięty ze skandynawskiego kina, co dziwnie pasuje do klimatu filmu.

„Niepamięć” jest intrygującym filmem psychologicznym, którego klimatem blisko jest do dzieł Charliego Kaufmana zmieszanego z Terrym Gilliamem. Tajemniczy, bardzo wycofany, niemniej potrafi zainteresować i frapuje postacią głównego bohatera. Sama myśl utraty pamięci (mimo chęci zapomnienia kilku rzeczy) potrafi zmrozić krew, a film przypomina dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski

Matka Joanna od Aniołów

Ile już było opowieści o opętaniu ludzi reprezentujących władzę duchową? Inspiracji nie brakuje jak choćby XVII-wiecznie opętanie (rzekome) zakonnic w klasztorze w Ludun. Jednym z takich utworów było opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od aniołów”, którą na ekran przeniósł Jerzy Kawalerowicz.

Akcja toczy się gdzieś na terenie Smoleńszczyzny w miasteczku Lutyń. Od ponad pół roku w tamtejszym klasztorze mniszki są opętane przez diabły. Mimo obecności czterech egzorcystów, nie udaje się wypędzić diabłów, szczególnie u matki Joanny od Aniołów (Lucyna Winnicka) – matki przełożonej. Dlatego do miasteczka przybywa młody ksiądz Suryn (Mieczysław Voit), która ma samodzielnie zajmować się matką przełożoną. Jedyną mniszką, która wydaje się być odporna na wszystkie dziwne rzeczy, jest siostra Małgorzata od Kluczy (Anna Ciepielewska). Ale czy młody duchowny da sobie radę z siłami, które zna tylko z ksiąg?

Pierwsze, co uderza w trakcie oglądania to bardzo ascetyczna forma, gdzie akcja jest ograniczona do kilku ważnych miejsc (cela Suryna, karczma, klasztor, stos). Kamera niemal cały czas przyjmuje perspektywę z oczu postaci, co jeszcze podkreśla atmosferę. A ta nie należy do przyjemnych – cała ta okolica wydaje się niemal pusta, pustynna (Axis Mundi), pozbawiona jakichś charakterystycznych elementów do konkretnej epoki. Monochromatyczna kolorystyka oraz tekstura użyta przez Jerzego Wójcika buduje niemal atmosferę miejsca opuszczonego przez Boga. Niemal martwa, gdzie człowiek staje do konfrontacji z samym sobą. Bez względu na to w kogo i co się wierzy.

A o co tu tak naprawdę chodzi? O kryzys wiary, który doprowadza do silnych wątpliwości? O buncie? Poświęceniu? Zderzeniu racjonalności z duchowością? A może o miłości? Jeśli to ostatnie, to czy chodzi o pożądanie? Czy o sprawy niekoniecznie fizyczne? Odpowiedź nie należy do prostych, bo wszystko jest takie niedopowiedziane, niejednoznaczne, co pozwala na wiele interpretacji. Jednak to wolne tempo potrafi mocno zmęczyć, zaś finał był w stanie dać mi z liścia i wprawił w zakłopotanie. Jest tu parę mocnych momentów (scena egzorcyzmów w kościele, rozmowa księdza z cadykiem), zaś grający główne role Voit i Winnicka magnetyzują. W tym starciu wydaje się, że to matka Joanna jest „silniejsza”, ale czy naprawdę tak jest? Voit tutaj gra zarówno młodego, nieznającego świata księdza, co mierzy się z demonami jak i bardziej doświadczonego cadyka. To jak bardzo różnią się mową ciała, ekspresją twarzy oraz sposobem wypowiedzi jest wręcz niepojęte.

Film Kawalerowicza ma swoje lata i jest to odczuwalne. Niemniej ta skromna forma oraz niejednoznaczna treść frapuje, dając spore pole do interpretacji. Nawet dziś potrafi oczarować kadrami i atmosferą.

7/10

Radosław Ostrowski

Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza

Gdyby ktoś zapytał, kim był Władysław Kozakiewicz, najprawdopodobniej padła by odpowiedź: lekkoatletą, który pokazał wała Związkowi Radzieckiemu podczas olimpiady w Moskwie. Ten moment zapamiętał cały świat, a gest stał się symbolem politycznym. Ale przecież było coś więcej niż tylko ten wycinek – moment chwały. Sylwetkę tego sportowca postanowił pokazać reżyser Ksawery Szczepanik w dokumencie „Po złoto”.

Forma może nie jest powalająca, bo to klasyczne gadające głowy plus archiwalia. ALE jest to zbyt solidnie zrobione, by zignorować. Mimo krótkiego czasu trwania, nie ma tu miejsca na znużenie. Przede wszystkim ze względu na samego Kozakiewicza, którego szczerość jest wręcz brutalna. To nie jest laurka, pokazująca momenty chwały i samych sukcesów. To byłoby za proste, zbyt nudne oraz nieciekawe. Olimpiada w Moskwie oraz ten słynny gest jest kulminacją tego dzieła, stanowiąc punkt graniczny, niejako środek tego filmu. Przed tym wydarzeniem „Kozak” był najpierw młodym chłopakiem z Wilna, który dzięki starszemu bratu został lekkoatletą. Ze względu na pochodzenie ciągle musiał udowodniać, że nie jest od nich gorszy. Nie bez problemów (przez kontuzję stracił szansę na medal w Montrealu), ale osiąga to, o czym każdy sportowiec marzy.

Jednak to, co potem się dzieje – czyli 15 minut sławy. Imprezy, bankiety, sława, prestiż i pieniądze. Oraz bardzo poważna obniżka formy, co doprowadza do konfliktu między „Kozakiem” a Polskim Związkiem Lekkoatletyki. A były to czasy, gdy wszystko było polityczne, zaś każdy sportowiec był niejako „własnością” związku i nie miał nic do gadania. Stąd taka decyzja o wyjeździe do RFN, odebrana przez wielu (oraz przedstawiana w mediach) jako zdrada. Wszystko to ogląda się z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza jeśli nie zna się życiorysu Kozakiewicza.

Poza samymi rozmowami, dużą wartością jest spora ilość archiwaliów. I nie chodzi tylko o fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej czy wycinki z gazet, ale przede wszystkim ze zbiorów Kozakiewicza. Zarówno treningi, sporo prywatnych zdjęć, do tej pory niepokazywane. To pozwala wejść tam, gdzie nie wchodziły media, gdzie wiele rzeczy się działo za kulisami. Nie brakuje tutaj słów rozgoryczenia oraz pewnego żalu za szansami, które ciągle były odbierane, niweczone z powodu absurdalnych zasad jak choćby dyskwalifikacja za… przyjście na zawody w stroju od firmy, z którą tyczkarz miał kontrakt. Takich absurdów było więcej, ale nie będę zdradzał.

Jedyne, co wywołuje pewien niedosyt, to brak pokazania tego „życia po życiu”, czyli okresu po zakończeniu kariery. Jak się potoczyły losy Kozakiewicza, czym się zajął po karierze, czy wrócił do kraju. Te momenty byłyby puentą dla całości. Nie zmienia to faktu, że „Po złoto” jest fascynującym portretem człowieka, dla którego wygrywanie było sensem życia. Niby krótko, ale treściwie.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć Zygielbojma

Trudno oceniać filmy, które mają serce po właściwej stronie i czyste intencje. Żeby poruszyć oraz przypomnieć o czymś, co albo zostało zapomniane, albo zignorowane przez ludzkość. Problem jednak taki, że same intencje nie wystarczą, zwłaszcza jak powstaje we współpracy z prorządową organizacją, która może narzucić swoją wizję pod gotowy materiał. Niestety, do tego grona dopisać trzeba „Śmierć Zygielbojma”, współfinansowany przez Polską Fundację Narodową.

smierc zygielbojma1

Nowe dzieło Ryszarda Brylskiego sięga po postać polskiego działacza społecznego Szmula Zygielbojma (zaskakujący Wojciech Mecwaldowski), który podczas II wojny światowej działał w Londynie. Początek jednak jest bardzo makabryczny – otóż ten człowiek zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Jest maj 1943. Sprawa wydaje się jasna: Zygielbojm popełnił samobójstwo, odpalając i wdychając gaz z kuchenki. Na stole list pożegnalny – czego chcieć więcej? Pracujący dla Timesa dziennikarz Adam (Jack Roth, syn znanego aktora Tima) razem z policyjnym koronerem Thomasem (Will Brown) prowadzą dochodzenie. Cel jest jeden: dlaczego?

smierc zygielbojma2

Co ja mogę powiedzieć? Nie jest to na pewno tak jednowymiarowy portret świata, jaki nasi spece od polityki historycznej sobie wymyślili. Sama konstrukcja w formie dochodzenia na pierwszy rzut oka wydaje się interesującym konceptem. Problem w tym, że sam bohater jest zepchnięty niemal na dalszy plan, pełniąc niejako tło dla poważniejszego problemu. Czyli prób dotarcia do świata z informacjami o ludobójstwie Żydów na terenie Polski (oraz Europy) i wymuszenia na państwach alianckich wsparcia. Tylko, że to wszystko spełza na niczym, a świat nie jest w stanie tego przyjąć do wiadomości. Słucha i słucha, ale nic więcej nie zamierza, zaś ludzie są mordowani. Co jeszcze można zrobić, by powstrzymać to szaleństwo? Poza przemówieniami i listami do najważniejszych polityków?

smierc zygielbojma3

Problem z tym filmem jest jeden, ale bardzo istotny: jest to dzieło… zaledwie poprawne, niewykorzystujące swojego potencjału. Opowieść o polityku, który zderzony z murem obojętności decyduje się na ostateczny krok brzmi obiecująco. Tylko, że samo wykonanie rozczarowuje, zaś rozmówcy pełnią rolę chodzących ekspozycji. Wszystko wygląda tu jak film telewizyjny (głównie retrospekcje z okupowanej Warszawy), z oszczędną scenografią oraz poszatkowaną narracją. Chciałoby się głębiej wejść w Zygielbojma, zwłaszcza że Mecwaldowski prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Nawet brytyjscy aktorzy (szczególnie młody Roth) dają radę.

smierc zygielbojma4

Tylko co z tego, skoro „Śmierć Zygielbojma” wywołuje znużenie i sprawia wrażenie zbioru nie za mocno powiązanych scenek. Większość sytuacji jest tutaj opowiadana niż pokazana, co pozbawia większej mocy tego tytułu. Poza przesłaniem (oraz krótkimi scenami z getta w niebieskim filtrze) nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Przepraszam, czy tu biją?

Na hasło polskie kino sensacyjne raczej myśli się głównie o filmach od Władysława Pasikowskiego, Wojciech Wójcika, Patryka Vegi czy ich (mniej zdolnych) naśladowców. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano zmierzyć się z tym gatunkiem wcześniej. Czyli w czasach PRL-u, choć było to ograniczone pewnymi ideologicznymi wytycznymi. Aczkolwiek czasami filmowcy je w bardziej lub mniej kreatywny sposób je omijali.

przepraszam czy tu bija1

Jedną z takich prób jest „Przepraszam, czy tu biją?” z 1976 roku w reżyserii Marka Piwowskiego. Punkt wyjścia jest znajomy – mamy bandytę Belusa (Zdzisław Rychter), który szykuje skok na dom handlowy Sezam. By jednak mieć pewność wobec swojej ekipy, decyduje się na prowokację. Najpierw każdego z nich informuje o planowanym napadzie na jubilera, podając im innego pasera, któremu mają dać łup. Następnie składa milicji donos na siebie (telefonicznie), by potem czekać na wypuszczenie oraz sprawdzić kto go sypnął. Prowadzący śledztwo Milde i Górny (Jerzy Kulej oraz Jan Szczepański) wydają się bezradni. Decydują się na „zainstalowanie” swojego człowieka w grupie Belusa – młodego studenta (Ryszard Faron), który nieudolnie próbował uciec podczas zatrzymania.

przepraszam czy tu bija2

Nawet jak na sensację film Piwowskiego jest dość nietypowy. Pierwsze, co rzuca się w uszy to chwytliwe dialogi z masą ciętego humoru. Miejscami mocno absurdalnego, jednak bardzo przyjemnego do słuchania. W zasadzie można ten film nazwać komedią. Po drugie, zadziwiająco sporo jest scen niejako pozornie niezwiązanych z intrygą, które pełnią rolę albo humorystycznych wstawek (pokaz mody w Maximie), albo portretują tło tej epoki jak wizyta u fryzjera czy trening judo.

przepraszam czy tu bija3

Ten minimalistyczny styl, gdzie wiele istotnych scen dzieje się albo poza kadrem (włam do mieszkania w wykonaniu Studenta) albo dialogi są w niej zagłuszane przez muzykę lub dźwięk. Zabieg to ryzykowny i zmuszający do większego skupienia oraz zwracania uwagi na spojrzenia, gesty, detale. Najdobitniej pokazuje to sam początek, czyli sekwencja odbierania pieniędzy, pozbawiona dialogów, ze sporadycznie obecną muzyką (mocno funkową) i miejscami rwanym montażem. Przez to można odnieść wrażenie, że coś kluczowego zostało wycięte. W połączeniu z obsadzeniem naturszczyków tworzy to bardzo frapującą mieszankę wybuchową.

przepraszam czy tu bija4

„Przepraszam, czy tu biją” to przykład filmu skromnego (przynajmniej na taki wygląda), ale zrobionego z głową, wręcz eksperymentalnie. Piwowski potwierdza, że ma ucho do dialogów oraz bardzo sprawny warsztat. Spora niespodzianka oraz przyjemna podróż w czasie.

7/10

Radosław Ostrowski

Archiwum 81

Czy warto sobie zawracać głowę serialem, który skasowano po zaledwie pierwszym sezonie? Zwłaszcza, jeżeli pozostaje furtka na ciąg dalszy. Ja się przyznaję, że rzadko mi się zdarza oglądać seriale (szczególnie te od platform streamingowych) w dniu premiery i odczekuję parę tygodni/miesięcy. Po to, by spojrzeć trzeźwym okiem, bez podkręconego baloniku oraz oczekiwania nie wiadomo czego. Ale kasacja tego tytułu (mimo podobno sporej popularności) bardzo mnie zaskoczyła, zaś po seansie pozostaje jeszcze większą tajemnicą.

„Archiwum 81” oparte jest na podcaście Daniela Powella i Marca Sollingera, który doczekał się aż trzech sezonów. Tutaj bohaterem historii jest Dan Turner (Mamoudou Athie) – młody mężczyzna, pracujący w muzeum kina. Zajmuje się odrestaurowaniem oraz czyszczeniem filmowych taśm VHS. Szczególnie tych produkcji, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Sam mężczyzna przyjaźni się z Markiem, autorem podcastu „Tajemnicze sygnały” i raczej się trzyma z daleka od ludzi. Pewnego dnia dostaje dość nietypową propozycję od szefa dużej korporacji. Zadanie wydaje się proste: odzyskanie treści materiałów z taśm, które mogą wyjaśnić tajemnicę pożaru kamienicy z 1994 roku, a zostały przez firmę kupione na aukcji. Problem w tym, że są tak uszkodzone, iż nie można ich przenieść i trzeba to zadanie wykonać na miejscu. Czyli w znajdującym się na kompletnym odludziu dawnym kompleksie. A w zamian sto tysięcy dolców. Nagrania zostały wykonane przez Melody Pendras (Dina Shihabi), niby jako praca studencka. Ale co się wydarzyło naprawdę?

Za serial odpowiada Rebecca Sonnenshine (twórczyni), która pisała wcześniej scenariusze m.in. do „Pamiętników wampirów”, „Outcast – Opętanie” czy „The Boys”. Gdybym miał przepisać ten tytuł do konkretnego gatunku, byłoby to mystery z elementami horroru. Dodatkowo jeszcze poprowadzona dwutorową narracją: Dan oraz jego czyszczenie taśm przeplata się z nagraniami Melody, które filmują… no właśnie, co? Dziewczyna niby wykorzystuje do celów naukowych, jednak ma swój ukryty cel, zaś wiele scen z nią nie jest utrwalonych na taśmie, co dało mi sporą przewagę. Twórcy korzystają ze znajomych tropów oraz mącą w głowie, przez co zastanawiamy się czy obserwowanie przez nas wydarzenia dzieją się naprawdę. A może to tylko wytwór wyobraźni, spowodowany pracoholizmem i izolacją?

Oboje mają jeszcze jedną wspólną rzecz: są naznaczeni poważnymi traumami, a prowadzone przez nich śledztwa mają dla nich poniekąd wymiar terapeutyczny. Staje się szansą na skonfrontowanie się z największymi koszmarami (Dan stracił rodzinę w pożarze, Melody nie zna swojej matki), zaczyna ich „zbliżać” do siebie (jakkolwiek to brzmi) i determinuje do realizacji swoich celów. A że trzeba będzie zmierzyć się z kolejnymi tajemnicami, podejrzeniami oraz nadprzyrodzonymi mocami? No cóż, niektórzy mają bardziej wyboistą drogę do pokonania. A mimo korzystania ze znajomych tropów (duża, tajemnicza korporacja, medium, kultyści, wiedźmy, demon z zaświatów), to historia wciąga oraz angażuje do niemal samego końca. Chociaż dwa ostatnie odcinki idą w inną stronę (w końcu trzeba wyjawić, o co tu naprawdę chodzi), nie czułem się za bardzo zawiedziony – może poza finałem.

Troszkę szkoda, że „Archiwum 81” nie zdobyło większego zaufania dysydentów giganta streamingowego. Bo to bardzo sprawne, klimatyczne dzieło na granicy horroru, thrillera i kryminału, umiejętnie budujący napięcie oraz poczucie paranoi. Nawet jeśli sięga się po ograne chwyty, zrobione jest to w zaskakująco świeży sposób.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Wróg doskonały

Belgijską pisarkę Amelie Northomb poznałem z polecenia znajomej i… zostałem nią zauroczony. Krótkie powieści, pełne absurdalnego humoru, eleganckiej formy oraz przewrotek, zapadając mocno w pamięć. Dlatego na wieść o adaptacji jednego z jej utworów wzbudziła we mnie automatyczne zainteresowanie. Zwłaszcza, że była to produkcja europejska plus w głównej roli gra Tomasz Kot.

Bohaterem „Wroga doskonałego” (opartego na „Kosmetyce wroga”) jest przebywający w Paryżu architekt Jeremiasz August. Celem był wykład, po którym wraca do kraju. W drodze na lotnisko trafia na młodą blondynkę, która zdąża w tym samym kierunku. Niestety, oboje spóźniają się na swoje loty, więc zmuszeni są spędzić czas w oczekiwaniu na kolejny lot. Ku irytacji mężczyzny, kobieta o niezapomnianym imieniu Trext Texler przykleja się do niego niczym rzep do psiego ogona. Zaczyna opowiadać o sobie i wyciąga pewne niepokojące rzeczy, co intryguje Jeremiasza. Zwłaszcza, że jedna z nich dotyczy jego bezpośrednio.

Jak można wywnioskować, jest to psychologiczny thriller, niemal w całości osadzony w jednej przestrzeni. Dodatkowo skupiony na dialogach, nie brzmi jak coś zachęcającego. Ale jak wszyscy wiemy, pozory mylą. Reżyser Kike Meillo zaczyna stopniowo budować atmosferę tajemnicy, zaś kolejne opowieści Texler nie tylko są jednocześnie niepokojące i mroczne. Czy jednak powinniśmy jej wierzyć na słowo? Czy cokolwiek jest prawdą? Jeśli nie, po co ta maskarada? O co jej chodzi? Przez niemal ¾ filmu ta aura niejasności jest utrzymywana przez twórców. Pojawiają się pewne przebitki (sceny z „przeszłości” naszych bohaterów), by jeszcze bardziej namieszać.

Wszystko we względnie realistycznej warstwie wizualnej, bez możliwości rozróżnienia prawdy od fałszu. Chociaż jak ktoś uważnie ogląda, zauważy pewne poszlaki (m.in. sceny, gdzie widzimy model lotniska), naprowadzające na prawdziwą tożsamość Texler oraz tajemnicę Jeremiasza związaną z zaginięciem żony. Intryguje, co jest także zasługą świetnych ról Tomasza Kota (płynna angielszczyzna!) oraz Atheny Strates (Texler), prowadzących także między sobą grę w odkrywanie sekretów i kłamstw.

Być może wnioski wyciągane przez twórców na temat tego kim jest tytułowy „Wróg doskonały”, to jednak dzieło Hiszpania potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Ale też pokazuje jak wielką siłę ma narracja oraz opowiadanie. Dzięki niemu czasami można czasem wejść głębiej, choć może być to broń obosieczna i obudzi demony przeszłości.

7/10

Radosław Ostrowski

Odwilż

Polskie seriale kryminalne mają tradycje równie długą jak nieśmieszne komedie romantyczne. I tak jak te drugie pojawiają się falami, z różną jakością, choć ostatnio potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. Głównie na polu technicznym i czerpiąc ze znajomych elementów seriali zagranicznych, co czasami działa, a czasem nie. Jaki jest przypadek „Odwilży” od reżysera Xaverego Żuławskiego oraz scenarzysty Marty Szymanek?

Akcja toczy się w Szczecinie podczas przedwiośnia, czyli jest szaro, buro i przyroda czeka na moment wybudzenia się. Naszą bohaterką jest starsza aspirant Katarzyna Zawieja – policjantka samotnie wychowująca córkę i wdowa po policjancie. Jego śmierć prokuratura uznała za samobójstwo, co nie akceptuje jej teść. Razem ze swoim partnerem Trepą ruszają w miasto na pozornie rutynową sprawę. Jednak jak wszyscy wiemy, proste sprawy tylko początkowo wydaje się proste i zaczyna się komplikować. Najpierw na śmietniku zostaje znaleziona pępowina, a potem nad rzeką ciało ciężarnej kobiety. Nie wiadomo czy dziecko żyje. Ofiarą jest córka prokuratora okręgowego, Michała Strzeleckiego, zaś jej małżeństwo przechodziło kryzys. Podejrzanych jest wielu, a z każdą minutą szansa na znalezienie żywego noworodka maleją.

Innymi słowy, nic nowego w konwencji, ale czy każdy serial musi być przełomową, nową jakością? „Odwilż” garściami czerpie głównie z nordic noir, zwłaszcza pod względem klimatu. Szczecin jest zalany ciemnością, monochromatycznymi kolorami i ogólną szarzyzną dnia codziennego. Poczucie tego mroku potęgują absolutnie fantastyczne zdjęcia Tomasza Naumiuka, gdzie nawet tak proste rzeczy jak jazda samochodem bywa pokazywana zza szyby czy ujęcia z góry niczym oko Boga. Tutaj noc jest tak czarna, że jest w stanie pochłonąć każdą osobę. Niby reszta jest znajoma, czyli mylenie tropów, powoli odkrywana tajemnica oraz przeszłość, będąca niemal przygniatającym balastem. To dotyczy zarówno samej intrygi, jak i prowadzącej sprawy Zawiei (intrygująca Katarzyna Wajda). Z jednej strony jest uparta oraz zdeterminowana w dotarciu do rozwiązania, to jej życie prywatne jest nieogarniętym bałaganem, który coraz ciężej jest ukryć. Śmierć męża, córka stanowiąca tak naprawdę balastem, z którym nie wiadomo co robić (że potrafi zirytować swoim zachowaniem, to inna kwestia) – przypomina to niedawno widzianego „Kasztanowego ludzika”. Ale mimo czerpania ze znajomych schematów, wszystko to wydaje się bardzo naturalne. A umówmy się, to nie jest łatwe zadanie.

Zadziwiło mnie równe tempo, bez poważniejszych błędów logicznych (może poza pierdołami w rodzaju zabrania córki na miejsce zbrodni) oraz zgrabnie napisanym scenariuszem. W tle jeszcze przygrywa niepokojąca muzyka Łukasza Targosza, a całość parę razy korzysta z równoległego montażu. Nie jest to produkcja efekciarska (choć jest w finale strzelanina oraz pościg samochodowy), ale za to bardzo efektywna, potrafiąca trzymać w napięciu oraz parę razy zaskoczyć.

To też zasługa aktorów, choć nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani (Andrzej Grabowski, Sebastian Fabijański czy Bogusław Linda). Ale ci, co błyszczą, robią to pełnym światłem. Taka jest Katarzyna Wajda jako silna-słaba Zawieja z obsesją na punkcie tej sprawy. Równie świetne jest trio partnerujące jej bohaterce, czyli Bartłomiej Kotchedoff (zachowawczy aspirant Trepa), Cezary Łukaszewicz (impulsywny Radwan) oraz Juliusz Chrząstowski (konkretny naczelnik Pietrzak), tworzący postacie z krwi i kości. Jest jeszcze masa znanych twarzy, które nawet w drobnych epizodach (Anna Krotoska!! Eryk Lubos!!!) potrafią zapaść w pamięć.

Choć „Odwilż” to raczej produkcja jednorazowa, jest wykonana na poziomie najwyższym z możliwych. Żuławski prowadzi wszystko z wyczuciem i w większości przypadku trafia w cel. Pewnie poprowadzona, z interesującą bohaterką oraz wiarygodnie napisaną intrygą. Tylko i aż tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Król

Jakby ktoś mnie zapytał o polski serial gangsterski parę lat temu, nie potrafiłbym nic odpowiedzieć. Bo w zasadzie takiego gatunku nasza telewizja nie podejmowała. Co innego powieści w rodzaju „Ferajny” duetu Janusz Petelski/Robert Miękus czy seria „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Jest też „Król” Szczepana Twardocha, którego stacja Canal+ zdecydowała się przenieść na mały ekran. A dokładniej ekipa pod wodzą reżysera Jana P. Matuszyńskiego, ze wsparciem oraz błogosławieństwem autora.

Więc jesteśmy w Warszawie roku 1937, gdzie coraz bardziej odczuwalne są nastroje antysemickie oraz spięcia między lewą a prawą stroną polityczną. Przewodnikiem po tym niebezpiecznym mieście jest Jakub Szapiro (Michał Żurawski) – żydowski bokser oraz prawa ręka Jana „Kuma” Kaplicy (Arkadiusz Jakubik), weterana walk o niepodległość i szefa miejskiego półświatka. Kum ma znajomości wśród obecnych władz, więc wydaje się nietykalny. Sprawy jednak mocno komplikują się, gdy skrajnie prawicowa Falanga pod wodzą Żwirskiego łączy siły z paroma wojskowymi (m.in. pułkownik Koc oraz marszałek Rydz-Śmigły) chcą doprowadzić do przewrotu. Do tego w ekipie Kuma dochodzi do pęknięć i zakończy się to walką o tron „króla” Warszawy.

„Król” jest wielowątkową historią, gdzie dzieje się wiele, jest sporo postaci na szachownicy i wydaje się ambitnym przedsięwzięciem. Bo mamy tu przedwojenną Warszawę pokazaną od brudnych ulic przez Kercelak po przedmieścia oraz siedzibę władz, czyli bez podkoloryzowania, upiększania czy patrzenia okiem popkultury. Lub tego pieprzenia polityków, że dwudziestolecie międzywojenne to był najlepszy czas państwa polskiego, z którego tradycji powinniśmy czerpać. Czyli brudne zagrywki, walka o władzę, antysemityzm, nacjonalizm oraz walka o władzę, gdzie wszystko ma charakter polityczny. Nawet walka bokserska, zaś prawicowe bojówki nie zawahają się przed nim, by zniszczyć oraz upokorzyć Żydów (scena dania w mordę studentom przed zajęciami).

Pewien zgrzyt początkowo mogą wywołać czarno-białe sceny z przyszłości – nie, nie idziemy w SF, skupioną na starym małżeństwie (Janusz Gajos i Anna Nehrebecka), co mieszka w Izraelu. Odwiedza ich urzędnik Instytutu Vad Yashem (Jacek Braciak), jednak z czasem odkrywamy, że chodzi tu o coś więcej. Dlaczego zgrzyt? Bo wydają się ciałem obcym, jakby wziętym z innej opowieści i nie do końca wiadomo, co tu robią te wstawki. Im dalej jednak, tym dochodzi do zaskakujących informacji, co zmienia wydźwięk wielu ważnych scen.

„Król” imponuje rozmachem w pokazywaniu tamtego świata. Scenografia oraz rekwizyty imponują szczegółami, tak jak barwne kostiumy. Równie spodobały mi się rzadkie sceny zbiorowe, czyli manifestacji PPS i Falangi, zakończone mordobiciem, gdzie obecność tłumu jest namacalna. Tak samo podoba mi się muzyka Atanasa Valkowa, oparta na żydowskiej etnice w stylu podobnym do… „Sherlocka Holmesa” Hansa Zimmera. Trudno mi się też przyczepić do montażu czy… dźwięku, co jest na małym ekranem nadal problemem. Ale zachwycające są tutaj zdjęcia Kacpra Fertacza z kilkoma piorunującymi mastershotami (jak choćby pierwsza scena, gdy z zajęć rabina trafiamy na uliczną manifestację w ciągu pięciu minut), czyniącymi tą produkcję nie gorszą od dzieł zza granicy.

Aczkolwiek muszę przyznać, że troszkę do ideału brakuje. Problemem jest to, że twórcy nie dają wszystkim wątkom tyle samo czasu. Polityczny pucz jest troszkę prowadzony po łebkach i kończy się dość gwałtownie (w książce też nie było na to wiele czasu). Tak samo pobyt Kuma w Berezie Kartuskiej, czyli obozu pracy dla wrogów politycznych, pełnym okrucieństwa i brutalności (powieść o wiele mocniej pokazywała te obrazy) czy ostateczne zamknięcie spraw przez Szapirę.

I jeszcze jak to jest zagrane, o palce lizać. Michał Żurawski w roli Szapiry jest absolutnie rewelacyjny. Pozornie wydaje się małomównym, szorstkim twardzielem, korzystającym ze sprytu, pięści oraz pistoletu, odcinający się od swoich żydowskich korzeni. Gdy trzeba jest brutalny i nie patyczkuje się z nikim, jest do bólu lojalny oraz trzyma się swoich zasad. Ale czuć w nim także momenty bezradności, wewnętrznego skonfliktowania i poczucia bezradności. Chociaż rzadko pozwala sobie na takie emocje. Na drugim planie błyszczą absolutnie rewelacyjni Arkadiusz Jakubik (Kum Kaplica) i balansujący na granicy przerysowania (bez przekraczania jej) Borys Szyc jako psychopatyczny oraz okrutny doktor Radziwiłek. Nie oznacza to, że panie robią tylko za tło tego brutalnego świata. Kluczowe są aż trzy panie: Emilia Szapiro (świetna Aleksandra Pisula) – twardo stąpająca po ziemi konkubina i matka jego synów, właścicielka burdelu Ryfka Kij (niezawodna Magdalena Boczarska), co twarda jest, życie dobrze zna, a niezależność ma wypisaną na twarzy oraz pochodząca z wyższych sfer Anna Ziembińska (intrygująca Lena Góra). Jest jeszcze masa znajomych twarzy, nawet jeśli nie mają okazji do zabłyśnięcia (m.in. Andrzej Seweryn, Adam Ferency, Bartłomiej Topa czy Piotr Żurawski), chociaż jest kilka niezapomnianych epizodzików (co tu wyprawia Konieczna i Cyrwus, to jest mistrzostwo świata). Jeśli ktoś tutaj odstaje, to jest nim (niestety) Kacper Olszewski jako Mosze Bernstein – młody żydowski chłopak, stający się podopiecznym Szapiry. Po części wynika to z faktu, iż w kolejnych odcinkach zostaje on zepchnięty na dalszy plan, wałęsając się bez celu. Mówi też dość sztucznie i nieprzekonująco.

Wielu porównywało „Króla” do brytyjskiego „Peaky Blinders”, ale ponieważ nie widziałem produkcji BBC, nie użyję tego porównania. Mi bardziej przypomina „Dawno temu w Ameryce” ze swoimi przeskokami czasowymi oraz mieszanką brutalnej gangsterki z opowieścią o przemijaniu i ścigających demonach przeszłości. Nie bez zastrzeżeń, ale polecam wejście w ten bezwzględny świat rekieterów, bandytów oraz walki o władzę nad miastem.

7,5/10

Radosław Ostrowski