Bohater ostatniej akcji

John McTiernan – na przełomie lat 80. i 90. był jednym z najbardziej interesujących reżyserów kina akcji, realizując trzy fantastyczne filmy jeden po drugim: „Predatora”, „Szklaną pułapkę” i „Polowanie na Czerwony Październik”. Później już żaden film nie wywołał takiego fermentu jak w/w święta trójca, jednak rzadko schodził poniżej pewnego poziomu. Jeśli jednak miałbym wskazać najbardziej niedoceniony film w dorobku Amerykanina, byłby to „Bohater ostatniej akcji”.

bohater ostatniej akcji1

Punkt wyjścia jest aż zadziwiający i genialny w swojej prostocie. Bohaterem jest młody chłopak o imieniu Danny (debiutant Austin O’Brien), co kino kocha nad życie, bo życie jest szare, nudne i do dupy. Dlatego zamiast chodzić do szkoły, urywa się do kina na ulubione filmy akcji o najtrwardszym twardzielu policji LA – Jacku Slaterze (Arnold Schwarzenegger). Chłopiec dzięki przyjaźni ze starszym bileterze (Robert Prosky) dostaje podobno magiczny bilet od samego Houdiniego. Dzięki niemu nasz bohater wpada w sam środek… nowej części przygód Jacka Slatera.

bohater ostatniej akcji2

W założeniu ten film miał być parodią kina akcji w stylu scenariuszy pisanych przez Shane’a Blacka. Innymi słowy akcja jest bombastyczna, przerysowana i kompletnie przegięta, zaś barwny, wręcz komiksowy świat filmu kieruje się własnymi regułami oraz zasadami. Klisze oraz nielogiczności są (może zbyt topornie) komentowane przez Danny’ego, który może je wykorzystać. Fakt, że nikt poza nim nie jest świadomy tych schematów, powinien działać na jego korzyść. A jakie to szablony? Slater jako superglina, który przeżywa najbardziej wariackie eskapady, rzuca sucharami troszkę lepszymi od „Familiady”, uzbrojony po zęby. Przeciwnicy z umiejętnościami strzeleckimi godnymi szturmowców Imperium, każdy pościg kończy się eksplozją samochodów stojących sobie w tle, w mieście są same kobiety o urodzie top-modelek, niedopasowani partnerzy na komendzie (niejako z automatu) czy kompletnie uwalone ubranie w kolejnej scenie staje się czyste niczym prosto z pralki.

bohater ostatniej akcji3

Absolutna kpina i jazda bez trzymanki, bawiąca się konwencją kina. Dopóki jesteśmy w świecie Slatera zabawa jest na całego, a Schwarzenegger tworzy swoją najlepszą rolę komediową w karierze. Drugi plan tutaj też błyszczy ze wskazaniem na absolutnie rewelacyjnego Charlesa Dance’a jako pana Benedicta – świetnego strzelca wyborowego, z potężnym pistoletem (trochę mi się kojarzył ze spluwą Jokera z „Batmana” Tima Burtona) i przewyższającego inteligencją swojego pryncypała, mafiozo Tony’ego Vivaldiego. ALE jest też parę skaz. Nie mam problemu z tym, że film nie traktuje się zbyt poważnie i puszcza oko, rzucając czasem niespodziewane cameo (nie wszystkie są trafione jak Tina Turner w roli burmistrza czy animowany glina-kot Whisker). Sceny dziejące się w „naszym” świecie, czyli Nowym Jorku są – celowo – w kontraście do świata filmowego. Jest szaro, buro, brudno, deszczowo i pewne poważniejsze momenty (włamanie do domu Danny’ego) sprawiają wrażenie wyrwanych z innego filmu. Nawet próby dodania większego ciężaru bardziej działają pod koniec, gdy Slater trafia do naszego świata i tu doznaje szoku. Jednak nawet wtedy czuć napięcie, a finał łapie za gardło.

bohater ostatniej akcji4

Jako komedia się sprawdza świetnie, jednak czułem pewien niedosyt w kwestii scen akcji, które – choć wyglądają imponująco i jednocześnie absurdalnie – to jest ich za mało. Z takim tytułem chciałoby się więcej strzelanin, pościgów oraz więcej czasu w świecie filmu. McTiernan mógłby bardziej docisnąć gazu, zaś balans między akcją, komedią i dramatem bardziej zachować. Efekty specjalne (komputerowe) też nie powalają, w przeciwieństwie do pracy kaskaderów i pirotechników. Film wyprzedził swoje lata, a widzowie nie byli gotowi na taką zgrywę oraz autoironiczne oblicze Arniego.

8/10

Radosław Ostrowski

All of Us are Dead – seria 1

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie – ten fragment z piosenki „Zombi” zespołu Lao Che wydaje się idealnie pasować do nowego koreańskiego serialu Netflixa. Nie, nie widziałem jeszcze „Squid Game”, lecz na początku pojawiła się zombie apokalipsa w 12-odcinkowym „All of Us are Dead”. Czyli po naszemu: „Wszyscy jesteśmy martwi”.

Akcja osadzona jest w fikcyjnym mieście Hyosan, zaś głównymi bohaterami są uczniowie liceum. Pochodzą z różnych środowisk i grup społecznych, lecz większość z nich stara się o dobre oceny. W naszym kontynencie takie podejście ciężko sobie wyobrazić. Tak samo jak fakt, że przed zajęciami uczniowie oddają swoje telefony. Reszta w zasadzie znajoma: sportowcy, maturzyści, geeki, wywyższający się, wykluczeni, gnębiciele oraz szaraczki. Dzień jak co dzień, zajęcia odbywają się bez komplikacji. Ale pewnego dnia wszystko się wykoleja, choć nic nie zapowiada katastrofy. Jedna z uczennic zostaje pogryziona przez chomika, przechowywanego przez nauczyciela biologii w laboratorium. Pan Lee Byeong-chan, jak przystało na belfra… przywiązuje dziewczynę do kaloryfera i knebluje jej usta,  a następnie coś wstrzykuje. Jednak uczennica ucieka oraz atakuje jedną z koleżanek podczas zajęć. Reszty możecie się domyślić, zwłaszcza jak zarażona trafia do szpitala.

„All of Us are Dead” czerpie ze znajomych elementów produkcji z żywymi trupami. Zmieniający się ludzie w bezmyślne, żądne krwi monstra, szalony naukowiec (tutaj: nauczyciel biologii) i przeprowadzane przez niego eksperymenty, rząd i politycy, próbujący opanować sytuację wojsko z policją. A w oku cyklonu nastolatkowie, którzy nie mają kompletnie pojęcia jak wyjść z tej sytuacji cało. To nie są wyszkoleni żołnierze ani weterani szkół przetrawia im. Beara Gryllsa. Strach dla wielu będzie działał paraliżująco, a dla innych motywująco. Nie zabraknie też poświęceń, aktów odwagi, podstępów, tchórzostwa oraz podłości. Czyli standard w gatunku. Co nie jest standardem to nie jest fakt, że mamy do czynienia z zombiakami w stylu „Zombie express” (szybcy, wściekli, głodni), lecz kompletny brak przewidywalności w kwestii potencjalnych przyszłych truposzach. Nikt nie ma tutaj żadnego „parasola” chroniącego przed ugryzieniem/śmiercią w przypadku postaci pozytywnych, jak i nie ma obietnicy bycia ofiarą w przypadku złych.

Mamy parę różnych grupek, działających niezależnie od siebie, a czasem od nadmiaru postaci można dostać oczopląsu. Fakt, że (prawie) wszyscy noszą jednolite mundurki nie pomaga. Przynajmniej na początku, ale po 3-4 zaczyna się krystalizować główna ekipa. Plus jeszcze mała grupka (maturzystka plus dwoje członków drużyny łuczniczej, który wrócili z turnieju), a także do układanki trafiają policjant, kapitan straży pożarnej (ojciec jednej z uczennic), członkini zgromadzenia oraz dowódca armii. Jeszcze się przypałętał YouTuber, co przyjechał zobaczyć tą epidemię na żywo. Na własnej skórze przekona się, że to nie była dobra decyzja. Przeskoki między postaciami nie wywoływały takiego poczucia dezorientacji jakiego się spodziewałem. Wszystko jest czytelnie, dynamicznie zmontowane i parę razy zaskakuje formalnie. Jak choćby w sytuacji, gdy jedną z postaci nagle tracimy z oczu, by kilka odcinków później zobaczyć ją znowu, poznając co się działo w międzyczasie.

„All of Us are Dead” ma też parę nieoczywistych (jak na ten gatunek) niespodzianek. Jak choćby to, że nie wszyscy ugryzieni przez zombie przemieniają się w krwiożercze bestie, nadal zachowując świadomość umysłu. Przy okazji mając też wyostrzone zmysły, zwiększoną siłę, jednak nadal czują głód. Jak to możliwe? Nie wiadomo. Innym przykładem jest postawa dowódcy wojskowego, planującego operację zakończenia epidemii. Tutaj armia jest nie tylko kompetentna, lecz potrafi zastosować sensowne taktyczne akcje (skierowanie umarlaków w jednym miejscu za pomocą… dźwięków z drona, a następnie załatwienie problemu pociskiem rakietowym) i zachowują wszelkie środki bezpieczeństwa. Nawet jeśli trzeba dokonać trudnej decyzji zniszczenia miasta – bo inaczej jak jedna osoba się wyrwie, to cały kraj zostanie zarażony w ciągu tygodnia – co może doprowadzić do śmierci nie-zombiaków. Już to pokazuje, że to nie jest lukrowane, schematyczne kino made in Hollywood style.

Pozornie niby nic nowego, ale w środku „All of Us are Dead” to bardzo przyjemna niespodzianka z absolutnie fantastycznym aktorstwem (tutaj trudno kogokolwiek wyróżnić, bo wszyscy dają z siebie wszystko i są bardzo wyraziści), mieszanką mroku z nadzieją, intensywnymi chwilami napięcia oraz krwawą jatką. Takie szaleństwo tylko w Korei.

8/10

PS. Niedawno ogłoszono, że będzie drugi sezon. Czekam z niecierpliwością.

Radosław Ostrowski

Czarny telefon

Ten film mógł mieć innego reżysera przez pewien czas. Albowiem współautor scenariusza Scott Derrickson miał po raz drugi pokazać przygody Doktora Dziwago, znanego bardziej jako Dr Strange. Doszło jednak do „różnic artystycznych” między nim a Marvelem i tak reżyser wrócił do horrorowych korzeni. Po paru miesiącach opóźnień (film miał mieć premierę już w styczniu) w końcu trafił do kin „Czarny telefon”.

Akcja toczy się w 1978 roku w mały miasteczku w stanie Denver. Bohaterem jest 13-letni Finney (Mason Thames), który mieszka razem z ojcem lubiącym mocno wypić (Jeremy Davies) oraz siostrą (Madeleine McGraw). Chłopak ma pod górkę, co widzimy od początku: nie radzi sobie w sportem, nie ma dziewczyny, gnębią go łobuzy. Myślicie, że już nic gorszego nie może się mu zdarzyć? To jesteście w dużym błędzie, bo od dłuższego czasu dzieci są porywane i znikają bez śladu. Kto i dlaczego to robi? Nie wiadomo. Pewnego wieczoru staje się najgorsze – Finney zostaje uprowadzony. Niestety, jego ojcem nie jest Liam Neeson, więc nie ruszy mu z odsieczą. Żeby było jeszcze trudniej, chłopak trafia do zagłuszonej piwnicy i kompletnie jest zdany tylko na siebie, prawda? Nie do końca.

czarny telefon1

Film oparty jest na opowiadaniu Joe Hilla, czyli syna Stephena Kinga i czuć tu znajome elementy. Małe miasteczko, wchodzenie w dojrzewanie, dziecko z nadnaturalnymi mocami (siostra oraz jej sny), znęcający się ojciec-alkoholik, tajemnica oraz niebezpieczny morderca. Osadzenie historii w latach 70., kiedy panowała paranoja i psychoza z powodu ataków seryjnych morderców, zaś młodzi kłócą się o to, czy lepszym filmem jest „Wejście smoka” czy „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Zamiast krwawej rzeźni i makabrycznych scen przemocy, reżyser stawia na bardzo niepokojącą atmosferę. A nic jej nie buduje jak zamknięta piwnica, gdzie nikt nie słyszy twojego krzyku i jesteś zdany tylko na siebie. Jest jeszcze porywacz, o którym nie wiemy kompletnie nic, zaś jego maska wygląda niesamowicie groźnie. Kim on jest, czego chce, dlaczego robi to, co robi – nie pytajcie, bo to nie o nim jest film.

czarny telefon3

To film o chłopaku i jego próbie ucieczki z pułapki, ale – co najbardziej zadziwiające – bohater myśli. Jeśli coś nie działa, szuka innego rozwiązania. Zaś wszelkie poszlaki oraz wskazówki dostaje przez znajdujący się w pomieszczeniu telefon. Zepsuty. Z którego dzwonią… poprzednie ofiary porywacza. Ale czy to one naprawdę dzwonią, czy te całe rozmowy są wytworem jego wyobraźni? Atmosfera robi się coraz gęstsza, w czym pomaga warstwa wizualna, niemal imitująca epokę. Ten mrok piwnicy oraz mocna kolorystyka (głównie żółty nocą), a także sceny wyglądające jakby z mocno zużytej taśmy. I jest to świetnie zmontowane, co jeszcze bardziej podkręca napięcie. Zaś finałowa konfrontacja jest bardzo satysfakcjonująca.

czarny telefon2

Sporą niespodzianką jest – znowu – fantastycznie zagrane role dziecięce. Jak ci Amerykanie to robią, że mają tak uzdolnionych młodych ludzi i wypadają przed ekranem tak naturalnie? Mason Thames (Finney) oraz Madelein McGraw (Gwen) są świetni jako rodzeństwo, wierzy się w ich więź, zaś emocje odgrywają bez cienia fałszu. Równie interesujący jest Jeremy Davies jako ojciec, który na pierwszy rzut oka wydaje się szablonowy – alkoholik, bijący pasem. ALE pod tą warstwą kryje się złamany człowiek, którego zwyczajnie było mi żal. Jest też Wyłapywacz, grany przez Ethana Hawke’a, co jest bardzo zaskakującą decyzją castingową. Bo ten aktor bardzo rzadko gra postacie negatywne, ale takiej przerażającej jeszcze nigdy. Mając tylko głos oraz mowę ciała wykorzystuje to bez wahania, budząc postrach, nieprzewidywalność (zmiany tonu) i bardzo namacalny niepokój.

czarny telefon4

Bardzo przyjemna niespodzianka oraz udany powrót Scotta Derricksona do świata grozy. To nie jest oryginalny horror, ale zdecydowanie efektywny, trzymający w napięciu i ogrywający pewne znane schematy w zupełnie innym kierunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atramentowe serce

Pomysły na jakiś tytuł brzmią tak interesująco, że potrafią oczarować. Brzmi jak magiczne zaklęcie, potrafiące czasem pobudzić wyobraźnię do tego stopnia, iż otwierają się nieograniczone możliwości narracyjnych ścieżek. Dobrze, jeśli powstaje z tego interesujący film, źle jak rozczarowuje. Jaki jest przypadek „Atramentowego serca”?

atramentowe serce1

Punkt wyjścia jest bardzo obiecujący: bohaterem jest introligator Mortimer Folchart (Brendan Fraser), który posiada dość nietypowy dar. Mianowicie, podczas czytania książki potrafi „ożywić” postacie oraz świat danego utworu. Dosłownie, ale w zamian ktoś trafia do wnętrza książki. Tak się stało dziesięć lat wcześniej podczas lektury „Atramentowego serca”, co doprowadziło do wsiąknięcia żony Folcharta. W zamian pojawił się paskudny Koziorożec (łysy Andy Serkis) oraz jego ekipa oprychów, a także mistrz ognia Smolipaluch (Paul Bettany), chcący wrócić do siebie. Od tego czasu Mo razem z córką Maggie ukrywają się, zaś ojciec próbuje odnaleźć książkę i odzyskać żonę. Sytuacja się komplikuje, gdy Smolipaluch odnajduje ich w Alpach, a w ślad za nimi rusza Koziorożec.

atramentowe serce2

Koncepcja osoby czytającej, potrafiącej zmaterializować świat za pomocą samego czytania jest intrygujący i wprowadza element fantastyki do opowieści o walce dobra ze złem. W zasadzie standard, a potem zaczynają pojawiać się kolejne dramatis personae – wielbiąca unikatowe książki ciotka (Helen Mirren), autor książki (Jim Broadbent), który jest mocno oderwany od rzeczywistości, wreszcie wplątany zostaje jeden z 40 rozbójników. Wariactwo? Czujecie wiatr przygody? To dostaniecie jej całkiem niezły kawałek. Główny złol osadził się w pięknie zrobionym zamku i nie zamierza wracać do siebie. Potrzebuje naszego bohatera i jego talentu, bo… to już przekonacie się sami. Finału możecie się domyślić, ale ważniejsza jest tutaj droga do niego.

atramentowe serce3

Ta jest prowadzona solidnie, z przyzwoitymi efektami specjalnymi oraz sprawną realizacją. Problem jednak jest troszkę nierówne tempo akcji, gdzie poza ucieczkami i ukrywaniem się, zdarzają się momenty skradane. Niestety, poczucie zagrożenia nie jest odczuwalne, choć powinno być niemal od początku, przez co napięcie pojawia się sporadycznie. Szczególnie w scenach na zamku, włącznie z finałem, który działa. Przestojem są tutaj przebitki ze wspomnień Smolipalucha, tęskniącego za poprzednim życiem, co spowalnia tempo całości. Momenty ekspozycji też sprawiają wrażenie mechanicznie wrzuconych, a nie spójną częścią historii. To trochę wybija z całości. Także postaci jest zwyczajnie za dużo i nie mają zbyt wiele czasu.

atramentowe serce4

Najbardziej z całej obsady tutaj wybija się świetny Andy Serkis jako Koziorożec. Opanowany, mówiący spokojnym głosem budzi strach i respekt. Osobnik ciągle coś ma asa w rękawie, szykując kolejne niespodzianki. Równie wyrazisty jest Paul Bettany – zdesperowany i przerażony mistrz ognia, niemal za wszelką cenę chcący wrócić do domu. To ostatnie bywa wykorzystywane przeciwko niemu, co czyni go podatnym na manipulacje. Nie można złego słowa powiedzieć o Jimie Broadbencie jako pisarzu, bardziej kochającym świat literacki niż rzeczywisty. A jak radzi sobie para protagonistów? Całkiem solidnie, choć bardziej wybija się Eliza Bennett (Maggie) od Brendana Frasera (Mortimer). Czy jest to wada? Dla mnie nie.

„Atramentowe serce” to kawałek przyzwoitego filmu fantastyczno-przygodowego, choć niepozbawionego skaz. Jak jednak czaruje, to potrafi uderzyć z prawdziwą mocą i ma swój głos. Czasem fałszuje, lecz jak trafia w nutę, robi to w punkt.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę

Polskie SF to coś tak rzadkiego jak uczciwość polityków. A udane polskie kino SF to święty Graal. Ostatnim takim dziełem był “Człowiek z magicznym pudełkiem”. Teraz do szufladki SF chce wejść Michał Krzywicki, który wyreżyserował, współtworzył scenariusz I zagrał główną rolę w “Dniu, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę”. Powiedzmy sobie to wprost, tytuł nie jest zbyt zachęcający. Ale to jest najmniejszy problem.

Akcja toczy się w przyszłości roku 2028, gdzie skazani na ciężkie przestępstwa więźniowie są poddawani automacji. Goli im się głowy, a następnie wszczepia się im w szyję obrożę z substancją zwaną vaxiną. Otępia im zmysły oraz pozbawia wspomnień, przez co nie stanowią zagrożenia I mogą wykonywać proste prace. Innymi słowy, wprowadzono niewolnictwo, popierane przez niemal całe społeczeństwo. Jednym z tych, co są przeciw jest Szymon Hertz (Krzywicki) – pracownik zajmujący się tworzeniem bazy danych. W social mediach ogłosił, że w ramach protestu w Sylwestra popełni samobójstwo. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować. Dlaczego? Tytuł podsuwa odpowiedź – wyrzucając śmieci trafia na dziewczynę-automatona.

Cała to SF jest tylko tłem do historii znajomości dwójki ludzi z różnych światów. Historii obyczajowej, pozbawionej bajeranckich efektów specjalnych, skupionej na próbie ucieczki z kraju. Ona, Blue (Dagmara Brodziak, także współscenarzystka) – pozbawiona przeszłości, zagubiona, zaczyna się “budzić” bez obroży. On – strasznie wycofany, naznaczony tragedią. Z czasem, dzięki retrospekcjom poznajemy jego przeszłość. Ale to wszystko w żaden sposób nie angażuje. Koncepcja futurystycznego niewolnictwa brzmi ciekawie i jest parę scen z automatonami jak choćby taniec przed kinem. Ten wątek jest tak naprawdę tylko tłem, który w połowie praktycznie nie istnieje.

Większe skupienie jest na relacji między Szymonem a Blue, co mogłoby zadziałać. Problem w tym, że scenariusz nie pozwala wejść głębiej w tą wieź, pozbawioną jakichkolwiek emocji. To zauroczenie i fascynacja na początku nawet interesują, jednak im dalej od Warszawy, tym robi się coraz nudniej, snująco się oraz czuć, że jest to rozciągnięte do granic możliwości. Troszkę więcej daje wizyta u ojca Szymona (solidny jak zawsze Marek Kalita), co jest małym plusikiem. Jednak reszta aktorsko jest co najwyżej poprawna, z urwanym finałem.

“Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” nie jest interesującym dniem. Ani filmem, choć trudno przyczepić się do warstwy technicznej (poza czasem skopanym dźwiękiem), jednak scenariuszowo to niemal klasyczny snuj. Bez emocji, bez zaangażowania, bez wyrazistości. Encyklopedyczna definicja zmarnowanego potencjału.

5/10

Radosław Ostrowski

Devs

Chyba żadne inne nazwisko tak nie przyciąga uwagi fanów SF w ostatnim czasie jak Alex Garland. Reżyser “Ex Machiny” i „Anihilacji”, a także scenarzysta “W stronę słońca” czuje się w tym gatunku jak ryba w wodzie. Jednak bardziej skupia się na aspekcie science, dialogach oraz dyskusjach niż na efekciarskiej akcji. Nie inaczej jest w zrealizowanym dla stacji Hulu mini-serialu “Devs”.

Cała historia toczy się w San Francisco, a dokładnie wokół korporacji Amaya. Jej szefem jest mocno brodaty Forest (zaskakujący Nick Offerman), gdzie w tajemnicy jest tworzony projekt o nazwie Devs. Nikt poza pracownikami znajdującymi się w osobnym bunkrze nie wie, na czym ma polegać ta praca. Do tego bardzo elitarnego zajęcia trafia – dzięki demonstracji – informatyk Sergiej, którego dziewczyna Lily (Sonoya Mizuno) także pracuje w korporacji (dokładnie w dziale szyfrowania). Tego samego dnia mężczyzna nie wraca, co wzbudza niepokój u dziewczyny. Niedługo później zostaje znalezione spalone ciało, a sprawa wydaje się zamknięta. Lily jednak wyczuwa, że coś jest nie tak i prosi o pomoc swojego byłego chłopaka. Ten początkowo odmawia, lecz sprawy się komplikują.

Z tego zarysu fabuły można zacząć wyciągać pewne wnioski na temat “Devs”. Że zawiera wiele znajomych elementów: wszechpotężną korporację, nawiedzonego lidera czczonego niczym Mesjasz, spisek, przełomowe odkrycie/wynalazek oraz mroczna tajemnica, odkrywana bardzo powoli. Tylko, że… nie do końca. Garland wykorzystuje konwencję SF i fabułę z wątkiem lekko kryminalnym do snucia refleksji naukowo-filozoficznych. W celu odpowiedzenia na jedno z fundamentalnych pytań: co decyduje o naszym życiu? Determinizm czy wolna wola? Czy w ogóle mamy jakikolwiek wpływ na swoje decyzje, czy może jednak wszystko z gory zostało rozpisane, a my jesteśmy tylko pionkami? Takich pytań spodziewać się można w powieściach hard SF jak u Stanisława Lema czy Philipa K. Dicka.

Garland (odpowiedzialny także za scenariusz) miesza tutaj enigmatyczność “Annihilacji” z naukowymi dyskursami “Ex Machiny”. Nie zapomina jednak, że jest to serial gatunkowy. Więc poza sporą ilością dialogów, monologów oraz cytatów nie brakuje suspensu. Bardzo oszczędnie odkrywane karty przyciąga uwagę i zmusza do oglądania w skupieniu, przyglądając się każdemu szczegółowi. Jest parę twistów po drodze, wplecionych retrospekcji oraz scen brutalnych. Wszystko wygląda niesamowicie: niesamowita scenografia z jednej strony zachwyca wizualnie, z drugiej buduje poczucie wyalienowania. A jak już wskoczyła muzyka duetu Salisbury/Barrow, klimat tylko się spotęgował.

I jeszcze jak to jest fantastycznie zagrane. Co jest o tyle interesujące, że reżyser sięgnął po mniej rozpoznawalne twarze. Nawet jeśli pojawia się znajoma twarz jak w przypadku Nicka Offermanna czy Alison Pill, są obsadzeni mocno wbrew emploi. On jest pozornie łagodnym, spokojnie mówiącym guru, zmotywowanym do działania przez prywatną tragedię; z kolei ona wydaje się zimną, wykalkulowaną I twardo stąpającą po ziemi prawą ręką. Ogromną niespodziankę zrobiła Mizuno, której eteryczna uroda frapuje, zaś jej determinacja oraz pomysłowość budzą podziw (scena ataku paniki to mistrzostwo świata!!!), tak samo postać informatyka Lyndona, którą zagrała… Cailee Spaeny.

Mimo skomplikowanej tematyki oraz różnych teorii, “Devs” był dla mnie przystępny. Muszę jednak ostrzeć, że mimo zamkniętej struktury (jednosezonowa), nie spodziewajcie się odnalezienia odpowiedzi na wszystkie pytania oraz tajemnice. Takiego mindfucka nie zapomnicie na długo. To jedna z ambitniejszych produkcji SF ostatnich lat, naznaczona autorskim piętnem Garlanda.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To nie wypanda

Pixar od 1995 roku to marka sama w sobie. Mistrzowie animacji z Emeryville mieli swoje wzloty i upadki, jednak ich animacje zawsze potrafiły oczarować. Jeśli nie fabułą, to przynajmniej jakością techniczną na najwyższym poziomie. W 90% potrafi opowiadać o ważnych i poważnych sprawach, jednocześnie dostarczając rozrywki widzom w każdym wieku. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli “To nie wypanda”. Niby kolejna opowieść osadzona w innej kulturze (w sensie – nie-białych), ale jednocześnie jest bardzo uniwersalna.

Akcja jest osadzona w Kanadzie roku 2002, a jej bohaterką jest pochodząca z Chin Meimei. Dziewczyna ma 13 lat, chodzi do szkoły i razem z rodziną zajmuje się świątynią (najstarszą w mieście), gdzie z matką modlą się do swoich przodków. Mei ma pewne problem, bo chce zadowolić wszystkich: matkę, swoje kumpele (nabuzowana Miriam, wycofana Priya i sarkastyczna Abby), co są fankami k-popowej kapeli 4-EVER i zasuwa na wszystkich zajęciach. Ale pewnego dnia Mei się budzi i… w niczym nie przypomina siebie. Tylko dużą, włochatą, czerwoną pandę, co wywołuje w niej wściekłość bestii. Jeszcze większy gniew wynika, gdy Mei odkrywa, iż w jej rodzinie jest to dziedziczne i każda kobieta otrzymuje “w spadku po przodkini” pandę, która uruchamia się pod wpływem silnych emocji. Można się jej pozbyć tylko po odbyciu pewnego rytuału. A jeszcze planowany jest koncert ich kochanego boysbandu.

“To nie wypanda” jest debiutem Domee Shi i czuć wpływy azjatyckich animacji. Chodzi mi głównie o ekspresję twarzy (szczególnie oczęta), zabawę montażem I ogólną estetykę. W połączeniu z dużym budżetem i amerykańską wrażliwością tworzy to mieszankę wybuchową. Tematyka jest jasna: zderzenie nastolatki, która zachowuje się jak nastolatka oraz jej nadopiekuńczej (do tego stopnia, że aż upokarzająca) matki, mającej z góry zaplanowaną jej przyszłość. Jak pogodzić oczekiwania oraz swoją tradycję z byciem sobą? – oto jest zagwozdka oraz clue całego filmu. Czy żyć razem ze swoją wewnętrzną bestią, czy może ją wypędzić? No I jak zebrać kasę na bilet do koncertu swojego ukochanego bandu? Z perspektywy dorosłego ten ostatni problem może wydawać się co najmniej niedorzeczny, ale dla nastoletniej osoby jest to kwestia niemal życia i śmierci. Czy ona będzie w stanie iść własną drogą?

Sam proces dojrzewania z jednej strony jest ogrywany bardzo komediowo, z masa slapstickowego (I nie tylko) humoru jak podczas pierwszego “wejścia” pandy. Z drugiej jednak jest pare rzeczy pokazanych w bardzo szczery sposób. Mei zaczyna zwracać uwagę na chłopaków (jeden nawet się śni w dość wykręcony sposób), nie do końca panuje nad swoimi emocjami, wyczuwa swoje niezbyt przyjemne zapachy. I zaczyna się buntować, a relacje z matką pogarszają się. Dziewczyna przestaje poznawać samą siebie, co budzi w niej strach. I tutaj twórcy pokazują to bez cienia fałszu oraz używania klisz, choć fabuła jest przewidywalna, zaś niektóre elementy (sposób zebrania kasy) budzą wątpliwości. Ale realizacja to inny temat: animacja jest wręcz zachwycająca jak choćby podczas gotowania obiadu (warzywa oraz poszczególne składniki wyglądają wręcz fotorealistycznie), stylizowana na japońskie anime. Finał mocno idzie w stronę czegoś a’la “Godzilla”, polane jeszcze sosem z dawnych wierzeń. Mnie to kupiło, zaś Mei nie irytowała o co było łatwo przy tym stylu wizualnym.

Z ostatnich produkcji Pixara “To nie wypanda” jest najbardziej przyziemnym tytułem, gdzie element nadprzyrodzony jest tylko tłem. Bardzo zabawna, miejscami poruszająca oraz dostarczająca sporej zabawy produkcja. Dorośli mogą odnaleźć w niej siebie i spojrzeć na siebie z czasów młodości, by przemyśleć parę spraw. Magicy z Emeryville znowu dowieźli.

8/10

Radosław Ostrowski

SpongeBob Film: Na ratunek

Żółta gąbka mieszkająca w oceanie i pracująca w restauracji zarządzanej przez pana Kraba. SpongeBob jest jedną z najpopularniejszych postaci stacji Nickelodeon, co jest zasługą Stephena Hillenburga I ciągnie się ta seria od 1999 roku. Nie była w stanie tego przerwać nawet śmierć twórcy w 2018 roku. SpongeBob doczekał się także trzech filmów pełnometrażowych, z czego ostatni miał premierę dwa lata temu. Ja byłem już trochę za duży, gdy pojawił się kanał Nichelodeon, więc cała ta mania mnie ominęła. Dlaczego sięgnąłem po “Na ratunek”? powiem o tym później.

Czy trzeba znać poprzednie filmy i serial, by tu wejść? Absolutnie nie, choć na pewno pozwala lepiej poznać postacie tego świata. Podążamy razem z naszym gąbczastym, lecz niezbyt inteligentnym SpongeBobem i jego równie inteligentnym Patrykiem Rozgwiazdą. Bob mieszka razem ze swoim przyjacielem, ślimakiem Garym. Interes kwitnie, a postacie robią to, co zwykle: Skalmar próbuje grać na klarnecie i ma wszystko gdzieś, pan Krab prowadzi interes, wiewiórka Sandy tworzy wynalazki, zaś niski oraz podstępny Plankton chce przejąć interes Kraba. Jak? Kradnąc przepis na jego burger. Zaczyna się jednak orientować, że to nie Krab jest problemem, tylko SpongeBob. Więc nas złol decyduje się porwać jego ślimaka, by wyeliminować problem. A tak się składa, że król Posejdon potrzebuje ślimaka do zachowania swojej urody.

“Na ratunek” jest pozornie prostą historią drogi po odzyskanie swojego kumpla. Problem w tym, że nasi dwaj bohaterowie mają IQ poniżej przeciętnej, co nie ułatwia całej eskapady. Głupawe zachowanie Patryka I Boba jest paliwem komediowym, doprowadzając niemal do granicy absurdu. Slapstick jest tutaj podstawowym źródłem śmiechu, tak jak bardzo przejaskrawione postacie jak robot Otto, co to wszystkich chce zwolnić i kompletnie zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Najbardziej łapiący moment to scena snu, gdy nasi bohaterowie trafiają do… miasteczka z Dzikiego Zachodu. Nie animowanego, z żywymi aktorami oraz jednym… zaokrąglonym biegaczem. Z głową Keanu Reevesa w środku. COOOOOOOOOOOOOOO??? To jest dopiero początek szaleństwa, bo jeszcze dwa nieoczywiste cameo. Sama scena wygląda bardzo porządnie i nie wywołuje to zgrzytu.

Jednocześnie twórcy pokazują młode czasy SpongeBoba oraz jaki miał wpływ na swoich przyjaciół. I jest to urocze, nawet ograne odrobinę komediowo (wypowiedź Kraba) oraz okraszone musicalową piosenką. Ładną. Wiem, że dzieci – fani Sponge’a oraz kilkulatkowie – będą oczarowane, lecz dorośli mogą poczuć się lekko wynudzeni. Mnie się w sumie nawet podobało, choć poziom głupoty nie wywoływał takich spazmów jak udział znanych twarzy czy głosów (m.in. Clancy’ego Browna czy… Tiffany Haddish).

Pozostaje nadal porządnie zrobionym filmem, z nietypowym stylem wizualnym oraz kilkoma przyjemnymi niespodziankami w zanadrzu.

7/10

Radosław Ostrowski