Ambulans

Mam poważne pytanie: kiedy ostatni raz oglądaliście dobry film Michaela Baya? Że nie ma czegoś takiego? Że skończył się na „Twierdzy”? Na „Kill ‘Em All”? Na „Transformersach”? To chyba sobie dawno oglądaliście Mistrza Eksplozji w akcji. Bo po słabiźnie dla Netflixa w postaci „6 Undergrounds” (tak słaby, że nie chce mi się o nim gadać) teraz zrobił remake skandynawskiego thrillera. Oczywiście w swoim stylu.

ambulans1

Punkt wyjścia jest prosty jak konstrukcja cepa. Bohaterem jest Will (Yahya Abdul-Mateen II) – były wojskowy, który służył krajowi, a teraz jak potrzebuje pomocy, kraj ma go w dupie. Sprawa jest poważna, bo żona ma raka i pomóc może eksperymentalna operacja. Jak eksperymentalna? A co cię to obchodzi? Na tyle eksperymentalna, że ubezpieczenie tego nie pokryje. Więc postanawia poprosić o pomoc swojego adoptowanego brata Danny’ego (Jake Gyllenhaal), by pożyczył hajs. Gdy przybywa na miejsce, brachu szykuje skok na bank i akurat potrzebuje kierowcy. „Wchodzisz czy nie? Ponad 30 baniek do zgarnięcia”. Chcąc nie chcąc, zgadza się na udział. Akcja nie idzie kompletnie po planie (jakim w ogóle planie?), więc bracia porywają… karetkę pogotowia. Z postrzelonym policjantem. Ktoś tu ma wielkiego pecha.

ambulans2

Sama ekspozycja i zbudowanie portretu postaci zajmuje pierwsze 10 minut, a potem Michael Bay robi film w swoim szalonym stylu. Nie spodziewajcie się głębi psychologicznej, inteligentnych dialogów czy jakiejkolwiek sensownej narracji. Logika robi sobie wolne, kamera wariuje jakby ją w ręku trzymał Spider-Man (i jednocześnie wisiał), chaotyczny montaż jeszcze bardziej wywołuje dezorientację (przynajmniej na początku). Ktoś zaraz pewnie powie: to jest przecież Majkel Bej, czego oczekiwałeś? Niby tak, jednak „Ambulans” o wiele bardziej do mnie przemawiał niż większość filmów Baya. Dlaczego? Nie jest to aż tak efekciarskie i przegięte niczym „Bad Boys 2” czy większość „Transformersów”. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, względnie trzyma się ziemi.

ambulans3

Nie znaczy to, że Bay przestał być Bayem. Nie ma to co prawda chodzących seks-lalek (zwanych też modelkami), mających być wabikiem dla oka czy wojska Ju Es Ej, ale reszta jest na miejscu: pościgi samochodowe, strzelaniny z kulami odbijającymi się od wszystkiego jakby były małymi fajerwerkami, demolka, fetysz na punkcie spluw i coraz bardziej absurdalne sceny. Plus odrobina sentymentalizmu i nadużywania słowa „brother”. Tempo jest zaskakująco równe, akcja jest czytelna, napięcie odczuwalne (nawet mimo niedorzeczności w stylu przeprowadzamy operację wyciągnięcia kuli przez telefon podczas pościgu) i coraz bardziej podbijamy stawkę. Jak? Policyjne centrum dowodzenia, próbujący odbić swojego partnera zdesperowany glina, agent FBI będący (oczywiście) starym kumplem naszego bohatera i jeszcze dorzućmy meksykański kartel. Bo czemu nie. Jakby jeszcze były czołgi, to można pomyśleć, że mamy do czynienia z adaptacją „Grand Theft Auto”, gdy gracz ma pięć gwiazdek. Co oznacza, że jest non stop ścigany przez pojawiające się znikąd radiowozy, antyterrorystów, wojsko i Facetów w Czerni. Nawet humor nie jest tutaj taki prostacki, czego kompletnie się nie spodziewałem.

ambulans4

Jeszcze dziwniejszy jest tutaj casting. Braci grają Jake Gyllenhaal i Yahya Abdul-Mateen II, co już samo w sobie brzmi abstrakcyjnie. Panowie jadą na kontraście, czyli ten pierwszy (biały) to przerysowany, nadekspresyjny wariat, bardziej improwizujący niż działający według jakiegokolwiek planu, zaś ten drugi to bardziej rozważny, stateczny i odpowiedzialny facet w nienormalnej sytuacji. Jak są razem, są iskry i jest chemia między nimi. Trzecim pionkiem jest ratowniczka pogotowania, grana przez Eizę Gonzalez. I to ona wydaje się być najciekawsza, najbardziej przyziemna w tym chaosie, z mroczną przeszłością.

Czyżbym stwierdził, że „Ambulans” to jeden z lepszych filmów Baya? Na pewno jest to film z rodzaju guilty pleasure, gdzie można się dobrze bawić, mimo bzdur i nielogiczności. Solidnie zrobione, z masą absurdu, bez nadmiernego wizualnego oczopląsu oraz mentalności nastolatka. Naprawdę to ja piszę?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mindhunter – seria 1

Popularność produkcji typu true crime jednoznacznie potwierdza, że jesteśmy zafascynowani zbrodnią, mordercami. Na ile to wynika z dreszczu i ekscytacji, a ile próby rozgryzienia sprawców tych zbrodni, których nie potrafimy zrozumieć, gdzie motyw wydaje się nie istnieć. Od czego jednak są profilerzy – tworzący portrety psychologiczne agenci Jednostki Analizy Behawioralnej FBI. Ale od czego się to wszystko zaczęło? O tym w 2017 roku postanowił opowiedzieć Joe Penhall w serialu Netflixa „Mindhunter”, który oparty jest na książce Johna Douglasa (emerytowanego agenta FBI i szefa JAB FBI).

Wszystko zaczęło się w roku 1977, gdy w FBI pracował Holden Ford (Jonathan Groff) – młody agent specjalny, głodny wiedzy i szukający nowych metod pracy dla FBI. Gdy go poznajemy, zostaje wezwany do sytuacji, gdzie szaleniec wziął ludzi za zakładników. Akcja kończy się samobójstwem porywacza i to skłania agenta do szukania sposobów na „rozgryzienie” ludzi. Wreszcie trafia do niszowej, jednoosobowej komórki zajmującej się analizą behawioralną. Kierujący nią Bill Tench (Holt McCallany) jeździ od komisariatu do komisariatu, przekazując gliniarzom wiedzę oraz metody stosowane przez FBI. Problem w tym, że jest to czas seryjnych morderców i psychopatów, gdzie rozumiane do tej pory motywy oraz okrucieństwo było nie do rozgryzienia. Ford – niejako za plecami swojego szefa – wpada na pomysł przeprowadzania rozmów ze skazanymi wielokrotnymi mordercami. Po co? By znać ich sposób działania i móc skuteczniej wyłapywać kolejnych morderców. Wkrótce do grupy dołącza doktor psychologii Wendy Carr (Anna Torv), pomagająca skatalogować i uporządkować zdobytą wiedzę.

Jeśli mamy do czynienia z produkcją o seryjnych mordercach, a dodatkowo palce przy niej macza David Fincher, wiemy czego się mniej więcej spodziewać. „Mindhunterowi” bliżej jest tutaj do „Zodiaka” (również o seryjnym mordercy osadzony w latach 70.) niż „Siedem”, co widać już choćby w warstwie wizualnej. Stonowana kolorystyka, nocne ujęcia zdominowane przez żółć czy zieleń, dynamiczna praca kamery i montaż. Stylizowane oraz jednocześnie bardzo dokumentalne – pozornie brzmi to sprzecznie, ale to się łączy w spójną całość.

Nie ma tutaj dynamicznej akcji, pościgów czy zawodów strzeleckich. Twórcy skupiają się tutaj na aspekcie psychologicznym, dominują tutaj bardzo spokojne ujęcia, zaś akcja ogranicza się do pomieszczenia i dialogu. Niemal jak w teatrze, co nie jest żadną wadą. Serial z jednej strony skupia się na psychologicznych portretach sprawców (rozmowy m.in. z Edem Kemperem, Richardem Speckiem czy Jerrym Brudosem), próbując znaleźć jakieś wspólne oraz różniące elementy. Toczące się w odpowiednich celach budziły poczucie klaustrofobii, zaś niektóre opisy zbrodni potrafiły zszokować szczegółami albo postawą sprawców (obojętnością, wypieraniem się czy wręcz knajackim językiem jak u Specka). Z drugiej strony serial w konstrukcji przypomina procedural. Bo niemal w każdym mieście któryś z policjantów zaczepia naszych agentów i prosi o pomoc w świeżej sprawie (pobicie starszej pani i zarżnięcie psa, makabryczne zabójstwo nastolatki). Zdobywana wiedza i analiza miejsc zbrodni wielokrotnie pomaga znaleźć sprawcę. Te momenty potrafią trzymać w napięciu, a skupienie na detalach jest wręcz nieprawdopodobne. I jak zawsze oglądałem jak zaczarowany, czekając na rozwiązanie kolejnej sprawy.

By jednak nie było tak słodko, „Mindhunter” ma pewne drobne (na szczęście) wady. Chodzi mi głównie o tempo oraz momenty przestoju, gdy przyglądamy się życiu prywatnemu naszych śledczych. Nie chodzi mi o to, że są one niepotrzebne, bo potrafią pokazać jak praca ma wpływ na ich życie domowe. Miałem jednak wrażenie, że za dużo czasu poświęca się agentowi Fordowi oraz jego relacji z poznaną przypadkowo dziewczyną (Hannah Gross), zaś reszta zespołu zostaje zepchnięta na dalszy plan. Tu mi zabrakło balansu i tej ekscytacji jak podczas scen w terenie czy rozmów z mordercami, chociaż rzadkie momenty życia rodzinnego Tencha potrafiły mnie poruszyć. Drugi problem to pojawiające się (od drugiego odcinka) na początku serialu chwile z facetem, pracującym jako serwisant firmy ATD. Rzucone są jakieś poszlaki, że ten facet może namieszać wkrótce, jednak to wywoływało niedosyt.

To, co najmocniej działa (poza realizacją i dialogami) to aktorstwo. Odkryciem był dla mnie Jonathan Groff jako lekko zafiksowany na punkcie sprawy agent Ford (luźno oparty na postaci Johna Douglasa). Trudno odmówić mu ambicji i pewności siebie, jednak czasami skrywa się arogancja, obsesja oraz zbyt duże przekonanie o swoich możliwościach. Bardzo analityczny, skłonny do improwizacji śledczy, co potrafi być bronią obosieczną. Kontrastem dla niego jest kapitalny Holt McCallany jako agent Tench (postać wzorowana na Robercie Resslerze), który jest o wiele bardziej doświadczony w sprawach. Bardziej opanowany, szorstki i małomówny – jego twarz oraz mowa ciała wyraża więcej – niczym klasyczny twardziel, początkowo sceptycznie nastawiony do pomysłu rozmów z mordercami. Z czasem jednak okazuje się silną podporą zespołu, co widać w scenach przesłuchań czy jak z Fordem analizują miejsce zbrodni. Jeszcze jest Anna Torv jako równie analityczna i skupiona na pracy dr Carr (jej pierwowzorem była prof. Ann Burgess), próbująca stworzyć zarówno coś w rodzaju kwestionariusza oraz narzędzi do budowania portretów psychologicznych, katalogowania, opracowania metod. Także aktorzy grający skazanych rozmówców (ze szczególnym wyróżnieniem Camerona Brittona, Happy’ego Andersona i Jacka Erdie) zapadają bardzo mocno w pamięć.

„Mindhunter” ma bardzo wyrazisty styl Davida Finchera (poza nim sezon reżyserowali także doświadczony dokumentalista Asif Kapadia, współscenarzysta filmów Thomasa Vinterberga Tobias Lindholm oraz specjalizujący się w teledyskach Andrew Douglas) ze względu na tematykę oraz techniczną jakość. Mroczny, niemal horrorowa opowieść o tej ciemnej stronie człowieka, która może obudzić się w najmniej oczekiwanych momentach. I która pokazuje tych najbardziej niebezpiecznych bez przerysowania, karykatury czy robienia z nich super inteligentnych nadludzi. Jeśli lubicie takie produkcje jak „Siedem”, „Zodiak”, serialowego „Hannibala” czy „Zabójcze umysły”, to jest to propozycja nie do odrzucenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Elvis

Podobno mówi się, że w muzyce rozrywkowej król był tylko jeden, a imię jego Elvis. Mieszał country z rhythm’n’bluesem i gospel, budując na tym nowy gatunek muzyczny: rock’n’rolla. Był bohaterem wielu filmów (także dokumentalnych), ale kolejny mu nie zaszkodzi. Zwłaszcza jeśli reżyserem jest tak wyrazisty stylista jak Baz Luhrmann, który wizualny styl jest łatwo rozpoznawalny.

Narratorem nie jest jednak sam Król, lecz jego menadżer, tajemniczy „pułkownik” Tom Parker (Tom Hanks). Gdy go poznajemy jest rok 1997 i trafia do szpitala. Czy kasyna. Wszystko się tutaj miesza – czas, przestrzeń i miejsca. Zaczyna snuć swoją historię jak to odkrył Elvisa i zrobił z niego gwiazdę. Niektórzy nawet powiedzieliby, że także go zniszczył oraz zamordował. Tak cofamy się do lat 50., gdy nasz biznesmen prowadził szoł muzyka country, Hanka Snowa (David Wenham). Cała jednak sytuacja się zmienia, gdy trafia do jego uszu nagranie młodego chłopaka z Memphis. Parker wyrusza na jego występ, który ma się odbyć za kilka godzin. Widząc zza kulis, chłopak (Austin Butler) wydaje się niepewny, nieśmiały, spięty. Wchodzi na scenę i… zaczyna się szaleństwo, a panie osiągają ekstazę. Przez to jak rusza biodrami. Parker proponuje umowę w zamian stając się jego menadżerem oraz zarządcą pieniędzy.

„Elvis” jest dziwnym filmem, który wywołuje dość mieszane uczucia. Luhrmann miesza chronologię, muzykę (mieszanka bluesa, country, gospel i… rapu) oraz estetykę. Postmodernistyczna jazda bez trzymanki, doprowadzająca do wizualnego oczopląsu, w bardzo teledyskowym montażu. Niemal w pigułce mamy karierę filmową („był świetnym aktorem, ale nie chcieliście iść na jego filmy, jeśli w nich nie śpiewał”), pierwsze występy, kupienie Graceland czy występ, przez który Elvis musiał iść do wojska (alternatywą było więzienie). Jednak reżyser za bardzo się skupia na relacji z Parkerem, która jest bardziej toksyczna niż chce się przyznać sam zainteresowany. Młody, cholernie uzdolniony, lecz naiwny i zbyt ufny kontra król ściemy, hazardzista, manipulator, chcący błyszczeć tym samym światłem co jego gwiazda. Wiedziałem jak to się skończy, przez co ten wątek najmniej mnie interesował.

Z tego powodu Elvis staje się tak naprawdę postacią drugoplanową, bardzo rzadko wchodzimy do jego głowy. Innym problemem tej decyzji narracyjnej jest zepchnięcie do roli tła zarówno rodziców przyszłego Króla (przede wszystkim matki, która była dla niego kompasem moralnym), jak i poznanej w Niemczech żony. Późniejsze uzależnienie od leków i narkotyków też pojawia się nagle, w zasadzie ciemna strony sławy jest ledwo zaznaczona.

Jeszcze wracając do Parkera, grający go Tom Hanks wypada… dziwnie. Aktor ten nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale tutaj nie da się go traktować poważne. Nienaturalny akcent, groteskowy makeup, przeszarżowany sposób mówienia. Jeśli celem aktora było zdobycie Złotej Maliny (to chyba jedyna nagroda, jakiej jeszcze nie zdobył), Hanks może meldować wykonanie zadania. A co działa? Wszystkie muzyczne wstawki i zapisy koncertów Elvisa, których energia niemal mi się udzielała, sceny interakcji Elvisa z „czarną” muzyką (wizyta w namiocie jako dziecko czy odwiedzanie knajpy, gdzie grał m.in. B.B. King) oraz absolutnie magnetyzujący Austin Butler. Może i nie jest wizualnie jeden do jeden jako Elvis, ale mówi jak Elvis, śpiewa jak Elvis (tak, to jego głos, a nie lip-sync) oraz rusza się jak Elvis. W rzadkich scenach poza sceną bardzo przekonująco zarówno pewność siebie, zagubienie czy (już zbliżający się do 40-tki) pogodzenie się z życiem w złotej klatce.

„Elvis” ma tutaj dwa oblicza: płytkiej, powierzchownej biografii pokazującej bardziej jego wpływ na kulturę oraz barwnego, imponującego audio-wizualnie spektaklu z charyzmatycznym Butlerem. Każdy z was musi sam zdecydować się czy chce iść na ten film spodziewając się biografii albo bogatego szoł w stylu Luhrmanna.

7/10

Radosław Ostrowski

Biały Lotus – seria 1

Czy może być coś lepszego niż pobyt na wakacjach w motelu dla najbogatszych? Oczywiście, że nie. Dlatego przebywasz w znajdującym się na Hawajach hotelu o nazwie Biały Lotus. Komu będziemy towarzyszyć? Świeżej parze nowożeńców (państwo Patton), rodzinie z dziećmi i przyjaciółką córki (państwo Mossebnach) oraz kobiecie w średniej wieku (Tania McQuoid), która… ma troszkę inne powody. Co się może wydarzyć podczas tygodniowego pobytu?

Nowy mini-serial Mike’a White’a w zasadzie jest kolejnym satyrycznym spojrzeniem na ludzi z high-life’u, co żyją we własnej bańce. Ludzie tak naprawdę są puści, nieszczęśliwi i samotni, choć uśmiechają się niemal w każdej okazji. Każde ma swoje problemy, które mogą wydawać się mniej poważne (nietrafiony apartament, brak poważnych atrakcji, potrzeba masażu), jednak chodzi tu o coś więcej. U Mossenbachów to kobiety dominują tutaj – zapracowana matka (Connie Britton) oraz bardzo ironiczna córka (Sydney Sweeney) razem z uzależnioną od leków kumpelą (Brittany O’Grady). Wydają się silniejsze od zakompleksionego męża (Steve Zahn), podejrzewającego u siebie raka jąder oraz uzależnionego od pornografii syna (Fred Hechinger), który nie potrafi postawić na swoim i zawsze ulega. Małżonkowie (Jack Lacy i Alexandra Daddario) pochodzą z różnych światów, jakby ślub wzięli niejako tylko przez zauroczenie, pożądanie. On zawsze musi postać na swoim, bo jako rozpieszczony bachor z dobrego domu dostaje wszystko, unosząc się dumą. Ona zupełnie z innego świata, pracująca jako dziennikarka i obawiająca się bycia trofeum. Ile ze sobą wytrzymają? Tania (Jennifer Coolidge) nie radzi sobie ze śmiercią matki, zaś celem jej pobytu jest… wysypanie jej prochów. Jest jeszcze prowadzący ten hotel Armond (Murray Bartlett) oraz pracująca w spa Belinda (Natasha Rothwell), którzy niejako służą pomocą gościom hotelowym.

Innymi słowy, każdy z bohaterów jest wyrazisty, wielowymiarowy i złożony. Co zdecydowanie jest sporą zaletą. Tak jak przepiękne krajobrazy oraz bardzo egzotyczna muzyka. Ton się zmienia jak w kalejdoskopie: od ironicznego i komediowego po bardziej dramatyczne momenty (kradzież biżuterii). Nawet mieszając je w tej samej scenie. Zaś perspektywy obu grup naszych bohaterów są niemal ciągle skonfrontowane. White przybiera twarz satyryka, by zmienić w szydercę. Chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nie opowiada niczego nowego, a humor szedł w (zbyt) znajome rewiry („Parasite”, „Sukcesja”). Bo trudno w zasadzie się z każdym w pełni identyfikować, jednak nie można oderwać oczu od tych postaci.

Wściekłych i gniewnych jak Armond w kapitalnej interpretacji Bartletta, który ze spokojnego, opanowanego konsjerża potrafi zmienić się w buca, aroganta grającego gościom (szczególnie panu Pattonowi) na nerwach, mając ich wszystkich gdzieś. W końcu puszczają mu nerwy i jedzie po bandzie, co kończy się w niespodziewany sposób. Odrobinę współczucia może wywołać pani Patton, która chyba nie do końca wie, z kim zawarła związek małżeński. Jednak jej próby postawienia się wzbudzają politowanie, a kiedy poznajemy ją w interakcjach z innymi jest równie pusta jak reszta gości. W punkt za to trafia wycofana Tanya (rewelacyjna Coolidge), próbująca radzić sobie ze skrytymi traumami oraz trudną relacją z matką. Na niej chyba najbardziej mi zależało, choć jej emocjonalna huśtawka potrafi działać na nerwy. Tak samo swoje pięć minut ma pan Mossenbach, czujący się mniej męsko i niedowartościowany przez żonę.

Ale wiecie co jest najciekawsze w „Białym Lotosie”? Że każdy z bohaterów zostaje skonfrontowany i ma szansę na zmianę samego siebie. Nie staje się to jednak za pomocą magicznej różdżki czy głębokiego samodoskonalenia mentalnego. Wszystko to wynika z… interakcji oraz pewnych wydarzeń, pozwalających zdobyć szacunek, poznać kogoś, kto może zapewnić poczucie bezpieczeństwa czy w końcu pójść własną drogą. Innymi słowy, słodko-gorzki, lecz satysfakcjonujący finał. Już zapowiedziano drugi sezon, a serial będzie miał formę antologii. Nie mogę się doczekać.

Czy warto dać szansę zaskakującemu hitowi HBO z 2021 roku? Jak najbardziej, nie tylko ze względu na porę roku. to pełne świetnego aktorstwa studium mentalności najbogatszych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, zjedli wszystkie rozumy i znają ten świat. Szyderczo, prześmiewczo, lecz także poważnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ennio

To już dwa lata odkąd wśród nas nie ma Ennio Morricone. Dla kinomanów oraz fanów muzyki filmowej był to synonim tego, co w niej najlepsze, najoryginalniejsze oraz angażujące emocjonalnie. Autor muzyki do ponad 500 (!!!) filmów, znany z nieprawdopodobnej energii, pracowitości oraz skromności. Czy można wybrać lepszego bohatera do filmu dokumentalnego? Tak uznał reżyser Giuseppe Tornatore, który współpracował z kompozytorem przy swoich wszystkich filmach. Spodziewacie się laurki oraz wazeliny na cześć mistrza? Ja też się tego obawiałem, ale reżyser jest chyba zbyt inteligentny, by karmić tylko banalnymi tekstami, że „Morricone wielkim kompozytorem jest i basta”.

ennio2

Jeśli chodzi o samą formułę, „Ennio” jest zrobionym po bożemu dokumentem ze sprawdzonymi chwytami: masą archiwaliów, gadającymi głowami oraz przede wszystkim samego Morricone. Jak to możliwe? Udało się reżyserowi przeprowadzić rozmowę z mistrzem i… jest tu czego słuchać. To sam Ennio jest w centrum wydarzeń oraz jego opowieść stanowi kręgosłup dokumentu. Od razu jednak mówię, że twórcy nie skupiają się na prywatnym życiu kompozytora (chyba że sam o tym wspomni), lecz działalności artystycznej. Od czasu, gdy ojciec niejako zdecydował o jego przyszłości (zamiast lekarzem, został trębaczem) przez naukę w konserwatorium i tworzenie najpierw aranżacji do piosenek dla wytwórni RCA po pisanie do filmów.

ennio1

Poza samym zainteresowanym wypowiadają się zarówno współpracujący z Morricone muzycy (m.in. Alessandro Alessandroni), ale też inni kompozytorzy (Hans Zimmer, Mychael Danna), reżyserzy (Quentin Tarantino, Bernardo Bertolucci, Dario Argento czy sam Tornatore), muzycy popularni (Bruce Springsteen, Pat Metheny) czy koledzy z branży. Początkowo może się wydawać, że zbyt wielu jest tutaj twórców z Włoch, jednak dla mnie nie był to żaden problem. Film płynnie przechodzi do kolejnych etapów kariery maestro, nie tylko skupiając się na muzyce filmowej, lecz na aranżacjach do piosenek w latach 60. (jak wspomina jeden z wokalistów: „Wcześniej piosenki nie miały aranżacji, tylko akompaniament”), działalności w awangardowej grupie improwizacyjnej Nouva Constnza aż po muzykę symfoniczną. W każdym z tych aspektów Morricone zawsze starał się dodawać coś nowego, sięgając po nieoczywiste dźwięki i szukając inspiracji w najmniej oczekiwanych miejscach (uderzenia bębnów podczas manifestacji przed domem kompozytora czy dźwięk towarzyszący przenoszeniu drabiny).

ennio3

Wszystko to miało jednak miejsce w czasach (lata 60.), gdy klasycznie wykształceni muzycy – jak mentor Morricone, Giuseppe Petrassi – uważali pisanie muzyki filmowej czy aranżowanie piosenek za pewien rodzaj prostytuowania się. Że jest to poniżej godności, a sam zainteresowany dopiero z czasem zaczął doceniać ten aspekt swojej twórczości. Nie brakuje też momentów, gdzie Ennio opowiada o stosowanych technikach (tworzenie kontrapunktów i mieszanie ze sobą dwóch tematów) oraz momentach spięć z reżyserami. Morricone niejako narzuca swój sposób myślenia i niejako to on jest jedyną osobą decydującą nad brzmieniem muzyki. Bez kopiowania samego siebie czy aranżowaniu już napisanych utworów z innych filmów. Jednak samo znalezienie muzyki i stylu, który będzie pasował idealnie do sceny jest karkołomnym zadaniem, wymagającym przede wszystkim intuicji.

ennio4

Ale najbardziej w „Ennio” zapadają w pamięć nie tylko sama opowieść Ennio, lecz fantastycznie zmontowane chwile symbiozy muzyki z kadrami filmów zmieszane z fragmentami koncertów Morricone. To pokazuje jej wielką siłę oddziaływania, chwytliwość oraz jak potrafi sięgnąć głębiej emocjonalnie. Dzięki temu też ten seans (film trwa dwie i pół godziny) mija jak z bicza strzelił.

Sam „Ennio” jest jednocześnie spotkaniem z przyjacielem oraz koncertem z niezapomnianymi melodiami, której popularność dawno przekroczyła salę kinową. Dla kino- i melomanów jest to propozycja nie do odrzucenia, która jest hołdem dla twórczości Morricone, bez tworzenia marmurowego pomnika.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

To nie jest OK – seria 1

Czasami jest tak, że już sam początek potrafi zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować. Tutaj na początku widzimy rudowłosą dziewczynę, chodzącą nocą przez ulicę. Nic niezwykłego, prawda? Tylko jest jeden szczegół: jest cała we krwi. Co się stało? Dziewczyna ucieka przez jakimś zwyrodnialcem/mordercą? Przyszła na bal halloweenowy przebrana za Carrie White? O co tu chodzi? Rzucone z offu zdanie: Drogi pamiętniczku, chuj ci w dupę potwierdza tylko jedno: coś jest nie tak. Tak się robi mocne wejście, panno Sydney Novak (Sophie Lillis).

Potem cofamy się, by w finale wrócić i odkryć, co się odjaniepawliło. A kim jest Sydney? Licealistką, która często się przeprowadzała z rodziną od miasta do miasta. Jej rodzina to matka, ostro pracująca jako kelnerka w jadłodajni oraz jej młodszy brat. Ojciec odebrał sobie życie, co na wszystkich mocno się odbiło. I dlatego córka kompletnie nie dogaduje się z matką, dlatego szkolny pedagog poleca dziewczynie pisać pamiętnik. Sydney ma jeszcze jeden problem: przypadkowo odkrywa, że ma… supermoce. A dokładniej, że używa siły umysłu.

Nowy serial twórców „The End of the F***ing World” (reżyser Jonathan Entwistle), oparty na kolejnym komiksie Charlesa Forsmana. Innymi słowy, jak we w/w tytule spodziewałem się kolejnej historii z niedopasowanymi, wręcz ekscentrycznymi nastolatkami. Ubrane w narrację pamiętniczka jeszcze bardziej wpasowuje się w ten świat. Audio-wizualnie też czuć ten styl: wiele statycznych, niemal symetrycznych kadrów, muzyka w klimacie „Twin Peaks”. Wszystko jest tu bardzo znajome: zagubieni nastolatkowi, dorośli nieobecni/mający ich gdzieś, dziwaczne sytuacje. Tutaj jeszcze dochodzi tajemnica wokół śmierci ojca oraz mocy bohaterki. Dla niej są raczej źródłem problemów, a jakiegokolwiek mentora czy mistrza mogącego jej w tym pomóc, brak. Poza nią Sydney ma przyjaciółkę Dinę oraz dość ekscentrycznego sąsiada, Stanleya z „wypasionym” autem. I to ta odkrywana relacja tej trójki staje się emocjonalnym kośćcem tego krótkiego (siedem odcinków po 20 minut) serialu. Przyjaźń, zauroczenie i miłość kontra poczucie dziwności, którego nie da się całkowicie wytępić.

Choć nie brakuje paru ciekawych momentów (włamanie do gabinetu dyrektora pokazane w formie przygotowanego planu), to jednak nie ma takiego uderzenia jak „The End of the F***ing World”. To jest inny kaliber, o wiele bardziej przyziemny i czerpiący z wielu znajomych klisz kina młodzieżowego: szkolny gwiazdor sportu zmieniający się w łobuza, ekscentryczny nerd, uzależniona od dragów heroina, pierwszy pocałunek. Cholera, jest nawet posadzenie bohaterów w szkolnej kozie jak w „Klubie winowajców”. Brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia (poza krwawym finałem oraz cliffhangerem), które by bardziej zaangażowało. Odrobinkę humoru serwuje kontrast między tym, co słyszymy z offu, a co zostaje powiedziane oraz „testowanie” mocy. Brakowało mi tego szaleństwa z adaptacji poprzedniego komiksu Forsmana i czułem sporą wtórność.

Sytuację w sporej części ratują aktorzy i oni sprawiają, że ogląda się ten serial do samego końca. Absolutnie rewelacyjna jest Sophie Lillis jako próbująca się odnaleźć w nowej sytuacji Sydney. Z jednej strony jest bardzo wycofana i zamknięta w sobie, z drugiej bywa ironicznie złośliwa (głównie wobec matki), zaś z trzeciej jak wybucha, to gwałtownie eksploduje. Nie chcecie widzieć jej wściekłej, bo to może skończyć się źle i to poczucie obcości ciągle ją przygniata. I każda z tych warstw tworzy spójny portret „dziwnej” nastolatki. Świetnie się z nią uzupełnia Wyatt Oleff w roli Stanleya. Typowy nerd, z barwną stylówką, dla którego poczucie dziwnym jest zaletą. Można odnieść, że ma totalnie wywalone na to, co oni powiedzą, ale to też może wynikać z palonej marihuany. Reszta postaci też jest świetna: zarówno przyjaciółka Dina (Sofia Bryant), zapracowana matka pomagająca w poznaniu ojca (Kathleen Rose Perkins), zgrywający wrażliwca łobuz Brad (Richard Ellis) czy o wiele dojrzalszy braciszek (Aidan Wojtak-Hissong).

„To nie jest OK”, a w zasadzie pierwszy sezon jest w zasadzie wprowadzeniem do poważniejszej historii, co sugeruje cliffhanger. Jest tylko jedno ale: drugi sezon został skasowany z powodu pandemii koronawirusa. Co jest wielkim błędem i chciałbym wierzyć, że Netflix jeszcze wróci do tego tytułu, stwierdzając: może powinniśmy do tego wrócić?

7/10

Radosław Ostrowski

Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Misja: Podstawówka – seria 1

Spośród seriali komediowych najpopularniejszą formą jest mockument, czyli fałszywy dokument. Przyjeżdża ekipa filmowców i kręci zwykłe dni z pracy lub życia rodziny. W przypadku serialu zrealizowanego dla Disney+ (dokładnie Star, gdzie są dostępne produkcje dla dorosłych) trafiamy do fikcyjnej szkoły podstawowej im. Abbotta w Filadelfii. Szkole dla uczniów czarnoskórych, gdzie zarządzająca dyrektorka Ava jest najbardziej niekompetentną osobą jaką możecie sobie wyobrazić.

abbott elementary1-1

Całą tę historię poznajemy z perspektywy młodej nauczycielki, Janine (Quinta Brunson – także twórczyni i scenarzystka serialu) – pracującej w szkole drugi rok idealistki, chcącej wszystkim pomóc, co czasem daje odwrotne efekty niż planowała (samodzielna próba naprawy świateł). Mamy poza nią bardzo ekscentrycznego odludka Jacoba (Chris Perfetti), pojawiający się na zastępstwo Gregory (Tyler James Williams), głęboko wierząca Barbara (Sheryl Lee Ralph) oraz mająca różne koneksje i dojścia Melissa (Lisa Ann Walter). Cała ta paczka, mimo niedofinansowania i braku wsparcia od dyrektorki, stara się wykonać swoją pracę jak najlepiej.

abbott elementary1-2

Pozornie wydaje się to lekką i autentycznie zabawną komedią charakterów, to przy okazji podchodzi do bardzo poważnych kwestii, z jakimi mierzą się pedagodzy: adaptowanie się do nowego środowiska, zdobycie szacunku uczniów, mierzenia się z wykorzystaniem nowoczesnej technologii, radzenie sobie z trudnymi dziećmi czy tym, że nie radzą sobie z nauką oraz rozmowy na rodzicami. Czy jeszcze kwestia, która może dręczyć najstarsze nauczycielki (głównie Barbarę), że może pora się wycofać i przejść na emeryturę. Wszystko to brzmi szczerze i naturalnie, lecz nie zmienia serialu w poważny, depresyjny dramat jak film „Z dystansu” ani optymistyczne kino pokroju „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Udaje się zachować równowagę i każda z postaci ma swój moment, gdzie pokazuje się z nieznanej strony (Ava próbująca opiekować się babcią, Jacob okazuje się zdolnym pokerzystą, nawet woźny okazuje się być postacią z barwną przeszłością).

abbott elementary1-3

Ostatni raz taki ciepły i – mimo wszystko – pogodny serial jaki widziałem to „Ted Lasso”. Krótkie odcinki (około 20 minut) nie pozwalają sobie na nudę, nieznani aktorzy są absolutnie rewelacyjni, zaś każdy odcinek wciąga oraz angażuje do samego końca. Wszystko bardzo inteligentnie napisane oraz zrealizowane. Aż chce się wrócić do tego miejsca, co będzie wkrótce możliwe. Albowiem za dwa miesiące zacznie się drugi sezon.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski