Light & Magic

Każdy człowiek interesujący się kinem słyszał o skrócie ILM. Pod nim kryje się najstarsza firma zajmująca się efektami specjalnymi, choć kiedy została założona miała jeden cel: pracę nad „Gwiezdnymi wojnami”. Tymi pierwszymi, bo George Lucas nie mógł znaleźć nikogo, kto by sfinansował film (co się potem zmieniło), ale też firmy od efektów specjalnych, którzy byliby w stanie zmaterializować jego wizję.

light & magic2

Między innymi o tym opowiada mini-serial dokumentalny „Light & Magic”. Reżyser Lawrence Kasdan przedstawia losy firmy od początków aż do dnia dzisiejszego. Udało się zebrać nie tylko reżyserów, ale też osoby istotne dla historii tego studia, m.in. Johna Dykstrę, Richarda Endlunda, Dennisa Murrena, Phila Tippetta, Johna Knolla. Ale cała ta opowieść pokazuje kilka różnych aspektów. Zarówno jak doszło do zderzenia osób z różnych światów i środowisk, którzy zafascynowani kinem zaczęli tworzyć absolutnie nowatorskie efekty specjalne. Choć początki nie były łatwe i wydawało się, że ze współpracy z nową ekipą a Lucasem skończy się tragedią. Były zbudowane modele, maszyny do użycia (m.in. kamera motion control), ale po pojawieniu się w hangarze po zakończeniu zdjęć, cóż, nie było żadnych ujęć z użyciem tych rzeczy. Czasu było bardzo niewiele i to wymusiło na Lucasie stworzenie… czegoś na kształt struktury oraz zarządzania tym uzdolnionym zespołem. Niby znamy, ale te fragmenty miejscami oglądało się jak thriller.

light & magic1

Ciągłe szukanie pomysłów i udoskonalanie technologii, by schować pewne drobne wady (linie na dorysówkach, czyli matte pantings), które mogą zepsuć iluzję, zasuwanie niemal 18 godzin na dobę – to wszystko pokazuje jak czasem pod wpływem presji lub sugestii mogą powstać rzeczy zaskakujące, a nawet genialne jak choćby pas asteroid w „Imperium kontratakuje” zrobiony zarówno ze styropianowych modeli oraz… ziemniaków. Albo pod wpływem sugestii, którą kończył zdaniem „Pomyśl o tym”. Czasami to wystarczyło do szukania czegoś innego. Zadziwiające jak czasami nie trzeba zbyt wiele, by wymyślić coś niezwykłego, choć wymaga to wiele wysiłku.

light & magic4

Kasdan mając do dyspozycji masę materiałów archiwalnych, gdzie pokazany jest zarówno sprzęt oraz przygotowania do realizacji konkretnych scen oraz masę rozmówców nie boi się tego użyć. Włącznie ze scenami filmowymi, co jeszcze bardziej pokazuje jak wielką robotę wykonywali kolejny twórcy. Z czasem jednak wszystko się zmieniało, wielu ludzi odeszło, ale pojawili się nowi. Ludzie zafascynowani ich pracą (najczęściej padającym tytułem były „Gwiezdne wojny”), zaczęli budować kolejne cegiełki, co skończyło się m.in. powstaniem Pixara (to był dział grafiki komputerowej, który działał sześć lat i potem został sprzedany, gdyż ekipa chciała robić filmy animowane) czy Photoshopa.

light & magic3

Wreszcie stało się to, co nieuniknione, czyli coraz bardziej rozwijająca się technologia komputerowa, której wpływ był większy niż ktokolwiek (oprócz gościa nazwiskiem George’a Lucasa) przewidział. Najpierw od amorfizacji, czyli metamorfozy z człowieka w cokolwiek innego jak w przypadku „Willowa” oraz kolejnych przesuwanych granic jak wodna istota w „Otchłani”, wreszcie T-1000 z „Terminatora 2” (to nadal wygląda rewelacyjnie), aż do przełomowego „Parku Jurajskiego”. Ten film miał być początkowo zrobiony z efektami przy użyciu animacji poklatkowej, jednak dwóch animatorów komputerowych (Mark Dippe oraz Steve „Spaz” Williams) chcieli spróbować użyć komputerowej animacji. Powoli, opornie, ale się udało, co zmieniło nie tylko koncepcję efektów przy filmie, lecz technologię na zawsze.

light & magic5

Choć o paru rzeczach wiedziałem, to i tak „Light & Magic” było niesamowitym doświadczeniem oraz lekcją historii efektów specjalnych. Jak z małego zespołu powstał tak duży skład, napędzany tylko i wyłącznie siłą wyobraźni. Oraz wizjami reżyserów, pieniędzmi i czas.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Co robimy w ukryciu

Jest ich czterech i od dawna mieszkają w jednym domostwie. Vladislaw (862 lata), Viago (379 lat), Petyr (8000 lat) i Deacon (183 lata) są wampirami, przebywającymi w Nowej Zelandii z dala od oczu ciekawskich tego świata. Różni ich wiek, doświadczenie oraz pozycja społeczna, lecz muszą działać wspólnie. Poza tym, robią typowe wampiryczne rzeczy: poruszają się nocą, ściągają ludzi, by się nimi najeść oraz starają się unikać ludzi. Oraz wilkołaków, bo inaczej będzie niewesoło.

co robimy w ukryciu1

Duet reżyserski Taika Waititi/Jemaine Clement sięga po znajome motywy horroru wampirycznego, jednak ubrane jest to w konwencji mockumentu. Naszym bohaterom towarzyszy ekipa filmowców (chroniona krzyżami), która ich obserwuje przed udziałem w Przeklętym Balu, organizowany przez Stowarzyszenie Wampirów, Czarownic, Wilkołaków i Zombie. Twórcy balansują między powagą a zgrywą, czerpiąc ze znajomych motywów: ściąganie ludzi pod pretekstem kolacji, strach przed światłem, krzyżem, nienawiść wobec wilkołaków. Każdy z panów próbuje się też odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie trudniej jest znaleźć młode dziewice (których krew podobno jest najlepsza). Słyszymy ich przekomarzanki, spory (czemu Deacon od pięciu lat nie myje naczyń) oraz jak znaleźć strój na miasto (nie widząc swojego lustrzanego odbicia jest to cholernie trudne). Każdy z nich ma pewne swoje problemy, trudną przeszłość i koszmary do pokonania.

co robimy w ukryciu2

Sprawy się komplikują, gdy przypadkiem jedna z ofiar (Nick) staje się… wampirem i wprowadza się razem z kumplem Stu. I ten nasz nowy wampir, początkowo wydaje się zafascynowany nowymi umiejętnościami, nieśmiertelnością i tego typu bajerami. On jednak zaczyna wprowadzać zamieszanie, nie mogąc zamknąć się. Cała ta dynamika dodaje wiele świeżości do ogranych klisz i motywów, co w połączeniu z pokręconą muzyką a’la Goran Bregović tworzy mieszankę wybuchową. Jeszcze dorzućmy do tego mocno absurdalny humor, całkiem niezłe efekty specjalne i „prezentowane” archiwalia. Nie do końca realistycznie, ale nie jest to też przesadzone.

co robimy w ukryciu3

Naszemu duetowi udaje się pokazać – jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – ludzką stronę wampira. Ich zagubienie (korzystanie z laptopa), odrobinę fascynacji, ukrytych lęków (tutaj głównie Vladislav i Nick) oraz potrzeby… bycia sobą. Jakkolwiek to niedorzecznie brzmi, co pokazuje świetne trio aktorskie Waitii/Clement/Brugh. Nie można nie zapomnieć o Corym Gonzales-Macuerze, czyli kompletnie zadziwionym Nicku oraz niemal małomówny Stuart Rutherford (Stu), uzupełniającym tło.

co robimy w ukryciu4

Krótki czas trwania nie wywołuje znużenia (na szczęście), zaś niemal skeczowa konstrukcja fabuły może wywoływać dezorientację. „Co robimy w ukryciu” to świeża, zabawna komedia grozy w mockumentarowym stylu. Film się przyjął tak dobrze, że powstał serial telewizyjny, który będę musiał sprawdzić.

7/10

Radosław Ostrowski

Bullet Train

Macie czasami tak, że idzie na film, znacie reżysera i mniej więcej wiecie, czego możecie się spodziewać. Idziecie pozytywnie nastawieni, ale po wyjściu z seansu jesteście zmieszani, skonfundowani, nawet lekko rozczarowani. Takie dziwne doświadczenie miałem podczas seansu nowego filmu Davida Leitcha – „Bullet Train”. Nadal nie jestem pewny, czy my się ten film podobał.

Punkt wyjścia jest prosty, wręcz banalny. Bohaterem jest Biedronka (Brad Pitt) – najemnik, wykonujący robotę jako złodziej i raczej cwaniak. Czemu jest on promowany jako twardy zabijaka, to ja nie wiem. Gościu znany jest z tego, że ma pecha o skali wręcz kosmicznej i nawrócił się, podążając ku drodze zen. Znaczy się bez przemocy, zabijania i używania broni palnej. Teraz wraca do gry w zastępstwie za chorego kolegę, z zadaniem banalnie prostym. Wsiąść do tytułowego pociągu, co pędzi szybciej niż TGV na linii Tokio-Kyoto, zabrać walizkę z kasą i wyjść. Ale wiecie jak to jest z prostymi zadaniami: proste są tylko z nazwy. Po pierwsze, pasażerów jest dziwnie mało, po drugie to są wszelkiej maści cyngle, zabójcy i mordercy, po trzecie (prawie) wszyscy są tej walizki. A po czwarte, jeśli uważacie, że to wszystko to jeden zbieg okoliczności, popełniliście wielki błąd.

bullet train1

Leich kojarzony jest z akcją, w końcu to doświadczony kaskader (był też dublerem Brada Pitta m.in. w „Podziemnym kręgu”, „Ocean’s Eleven” i „Troi”) oraz reżyser takich filmów jak „John Wick”, „Atomic Blonde” czy „Deadpool 2”.  I spodziewałem się bezpretensjonalnego kina akcji, z wariackimi scenami akcji, niesamowitą choreografią. ALE tutaj chodzi o coś jeszcze, bo reżyser opierając film na powieści Kotaro Isaki próbując zrobić coś jeszcze. Zaserwować skomplikowaną fabułę, pełną przewrotek, skupiając się na kilku postaciach oraz ustaleniu o co tu do cholery chodzi i kto za tym wszystkim stoi? To jest jednocześnie siła i słabość tego filmu. Jak to możliwe? Już tłumaczę.

bullet train2

Tu nie chodzi o to, że postacie są nieciekawe, źle zagrane czy dialogi są nudne. Problem mam z retrospekcjami, których jest zaskakująco sporo i (oczywiście) dzieją się poza pociągiem. Pociągiem szybkim, zautomatyzowanym oraz ciasnym, co buduje lekko klaustrofobiczną atmosferę. Same przeskoki w czasie oraz sceny poza pociągiem są tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony dobudowują cała historię, odkrywając kolejne elementy układanki, z drugiej zaś destabilizują rytm oraz niszczą budowaną atmosferę. Szczególnie jak parę scen się powtarza. Reżyser i scenarzysta za bardzo próbują iść w stronę Tarantino oraz Ritchiego w sosie azjatyckim, tylko na sterydach. Wszystkiego jest tu dużo. Dużo akcji (świetnie zrobionej), dużo humoru (niestety, w pewnej chwili zbyt powtarzalnego), dużo postaci (z czego kilka drobnych epizodów zaskakuje – nie, nie będę zdradzał), dużo gadania i zbiegów okoliczności. W środku filmu czułem się zdezorientowany tym chaosem i bałaganem, który w finałowym akcie (czyli ostatecznej konfrontacji oraz wyjaśnieniu całego tego pierdolnika) skrystalizował się. Wręcz nabrał wiatru w żagle, chociaż pod koniec pojawiają się efekty komputerowe.

bullet train3

Aktorsko jest tu bardzo interesująco, choć nierówno. Dobrze radzi sobie Brad Pitt jako pechowy Biedronka, co serwuje mądrości z poradnika pozytywnego myślenia i zderzenie jego nowej filozofii z coraz brutalniejszą jatką potrafią rozbawić do łez. Swoje robi absolutnie szalony duet Aaron Taylor-Johnson/Brian Tyree Henry czy para „bliźniaków” Cytryna/Mandarynka. Mieszanka opanowania, słowotwórstwa oraz obsesji na punkcie „Tomka i przyjaciół” tworzy potężną bombę. Jest jeszcze kradnąca ekran Joey King jako niepozorna psychopatka o ksywie… Książę, która opanowała do perfekcji sztukę manipulacji i ma własny interes, by być w tym pociągu oraz – jak zawsze trzymający fason – Hiroyuki Sanada. O głównym arcyłotrze nie chcę mówić zbyt wiele (tajemniczy gangster o ksywie Biała Śmierć), ale aktor grający tą postać, niemal w całości noszący maskę, był dla mnie dużą niespodzianką.

bullet train4

Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy warto pójść na „Kulisty pociąg” (przekład mój), bo to produkcja pełna sprzeczności. Przerysowana, mocno absurdalna i przegięta aż do granicy wytrzymałości, z barwnymi postaciami, świetnymi scen akcji oraz zbyt skomplikowaną intrygą. Leitch miał o wiele większe ambicje, ale zaczął gubić kroki i parę razy się przewrócił.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Boy

Tytułowy chłopak ma 11 lat i mieszka w totalnym zadupiu roku 1984, razem z rodzeństwem i babcią. Co jeszcze o nim chcecie wiedzieć? Jest wielkim fanem Michaela Jacksona, jest gnębiony przez paru łobuzów, czasem odwiedza matkę na cmentarzu i hoduje… kozę. Poza tym prowadzi nudne, szare życie oraz marzy o wyrwaniu się stąd. Oraz byciu na koncercie Michaela Jacksona. W końcu pojawia się szansa, kiedy babcia wyjeżdża na pogrzeb i Boy zajmuje się domem. Wtedy pojawia się nie poznany przez niego ojciec (Taika Waititi), którego chłopak traktuje jako kogoś niesamowitego i wierzy, że odmieni jego monotonne życie.

„Boy” był drugim pełnometrażowym dziełem nowozelandzkiego wariata, Taiki Waititiego. Właściwie jest tu wszystko, co znamy z poprzedniego oraz kolejnych jego filmów. Czyli bohatera, którego marzenia i oczekiwania zostają zderzone z brutalną rzeczywistością. Że to, czego szukamy i znajdujemy nie pokrywa się ze sobą. Ale czy to oznacza, iż znalezione musi być od razu złe? Wszystko zaczyna się szybką prezentacją chłopaka (świetny James Rolleston), jego rodziny oraz bardzo wąskiej grupy przyjaciół. Pojawienie się ojca wydaje się zbawieniem oraz szansą na nowe życie. Chłopak wydaje się w niego być zapatrzony w obrazek, choć nic o nim nie wie. Tworzy jakieś nieprawdopodobne wizje (m.in. ojciec jako… Michael Jackson) i chce go naśladować, licząc na jego akceptację i uznanie. Z tego powodu zaczyna się coraz bardziej oddalać od swoich rówieśników.

Ja jednak mimo powolnego tempa, humoru oraz więcej niż porządnego aktorstwa miałem pewien problem z „Boy”. Zbyt szybko zacząłem się domyślać, że tatuś nie jest tym, za kogo się podaje/uważa. Iluzja zaczyna coraz bardziej pękać, co uważniejszy widz dostrzeże (dwaj kumple, kopanie na polu, rozmowy telefoniczne z matką) i zacznie łączyć kropki. Przez co cała tajemnica przestaje działać, a ja zacząłem się „wyłączać” w trakcie seansu. Jeszcze jest parę pobocznych wątków (upośledzony odludek, brat Rocky wierzący, że ma supermoce) sprawiały wrażenie trochę wciśniętych na siłę.

Żebyśmy mieli jasność, to nie jest zły film, a Waititi potrafi omijać klisze i znajome szablony. Problem w tym, że chyba za dużo już widziałem filmów o tematyce przyspieszonego dojrzewania i burzenia dziecięcej iluzji, przez co ciężej mnie było złapać. Niemniej ze względu na specyficzne miejsce jest to odświeżające doświadczenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 3

Sztandarowa antologia Netflixa wyprodukowana przez Davida Finchera i Tima Millera to jedna z bardziej nierównych rzeczy. Ale to jest przecież reguła w przypadku antologii, że nierówny poziom jest wpisany, gdzie miesza się horror, SF, dramat, kino akcji. Do wyboru, do koloru. Pierwszy sezon miał za dużo odcinków, drugi z kolei był za mało zróżnicowany wizualnie i wszystkie odcinki zlewały mi się w jedną estetykę. Trzeci sezon wydaje się poprawiać te błędy i jest najbardziej różnorodny wizualnie.

Nadal jest to mieszanka SF, gdzie czasem pojawia się humor, akcja, horror albo parę z tych elementów naraz. Ciągle dominuje technika animacji komputerowej, ale nawet ona potrafi wyglądać inaczej. Bywa realistyczna (mroczna, morska „Niekomfortowa podróż”), umowna („Szczury Masona”), a nawet fotorealistyczna (oszołamiające „Jibaro”). Dominują tutaj bardziej elementy horrorowe, gdzie otoczka fantastyki czerpana albo jest z mitologii, albo Lovecrafta oraz wojna. Wszystko, by pokazać ludzkość o różnych obliczach: chciwych, głupich, egoistycznych, stawiających siebie na pierwszym planie jak i zdolnych do poświecenia, heroizmu, empatycznych. Głównie osadzone albo w przyszłości, albo w teraźniejszości. I ogląda się to znakomicie, także dzięki krótkiemu czasowi trwania. A jakie są ulubione odcinki? To już wam mówię.

Zdecydowanym faworytem jest finałowe „Jibaro”, osadzone w nieokreślonej przeszłości czasów konkwistadorów. Jeden z rycerzy jest niesłyszący i jest jedynym ocalonym masakry. Co ją wywołało? Tajemnicza kobieta z jeziora, niemal ozłocona wszelką biżuterią, klejnotami i ozłoceniami, która niczym syrena swoim głosem doprowadza do obłędu. Wygląda to obłędnie, wręcz jakbym oglądał film live-action, do tego całkowicie pozbawiony dialogów i bardzo otwarty na interpretację. Bardzo sensualny odcinek oraz najbardziej niezwykła rzecz od czasu „Zima Blue” (aczkolwiek nie na tym poziomie).

Drugi ulubiony odcinek to „Niekomfortowa podróż”, którą wyreżyserował sam David Fincher. Tym razem osadzona gdzieś w XVII/XVIII wieku opisując morską wyprawę, która zostaje przerwana przez przedarcie się tajemniczego monstrum. Wyglądającego jak zmutowany krab, który ma jeden cel: dotrzeć do zaludnionej wyspy, której mieszkańcy robiliby za żarcie. Jednak pełniący rolę kapitana Torrin ma inny plan, czyli oszukanie bestii i zostanie na oddalonej od celu przeznaczenia opuszczonej wyspie. Ale czy reszta załogi zgodzi się na ten plan? Zdecydowanie mroczna opowieść (dziejąca się głównie w nocy, przez co czasem trudno coś zobaczyć), z kilkoma twistami, napięciem oraz brutalnym finałem.

Zaskoczeniem była krótka „Noc minitrupów”, czyli… apokalipsa zombie. W formie animacji poklatkowej, z użyciem małych modeli. To najzabawniejszy odcinek, pokazującej jak jeden durny incydent (parka pojechała na cmentarz, by… uprawiać seks i przy okazji zdemolowali miejsce) eskaluje do totalnej katastrofy ogarniającej całą planetę (od Paryża przez Tokio po Watykan). Perspektywa izometryczna zmieszana z coraz większym chaosem i zniekształconymi dialogi tworzy cholernie śmieszny, choć z gorzką refleksją pokazującą jak małe są nasze problemy z perspektywy kosmosu.

Jeśli szukacie akcji i krwawej jatki, zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Kill Team Kill”, gdzie grupka żołnierzy (niemal żywcem wyjęta z kina akcji lat 80.) mierzy się z miśkiem grizzly. Ale ten zwierzak to tajna broń genetyczna stworzona przez CIA i pokonać to bydle nie będzie. Odcinek jest brutalny, krew leci we wszystkich strumieniach, a napięcie jest rozładowywane one-linerami. Poważniej podchodzi do tego aspektu „Pochowani w podziemnych korytarzach”, gdzie oddział wojskowy ma odbić zakładnika z rąk talibów. Wchodząc do jaskini muszą zmierzyć się z o wiele poważniejszym zagrożeniem. Czuć tutaj ducha Lovecrafta, ale także i „Aliens” (pierwsza potyczka z jaskiniowymi mini-piraniami). „Szczury Masona” są nawet jeszcze brutalniejsze, a wszystko z powodu wytępienia myszy ze stodoły. Przy pomocy nowej technologii. Wierzcie mi, zrobi wam się bardzo nieprzyjemnie.

Powiem szczerze, że nie byłem przekonany, by wrócić do tej antologii. Choć nigdy nie byłem w stanie się przyczepić do poziomu wizualnego, to jednak fabularnie było parę chybionych strzałów. Lub mniej angażujących historii. Trzecia seria wydaje się zachowywać balans między formą a treścią i jest to bardziej różnorodne, także pod względem estetyki oraz metod animacji. Tutaj widzę największy sukces tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

Powodzenia, Leo Grande

Zaczyna się od czekania gdzieś w hotelowym pokoju. Tam przebywa Nancy (Emma Thompson), która swoją pierwszą młodość ma już dawno za sobą. I czeka na kogoś, sprawiając wrażenie niepewnej, ciągle się wahającej. Schadzka? Pierwsza randka od dawna? Dzwonek do drzwi i jest on – młody, przystojny, czarnoskóry młodzieniec, tytułowy Leo Grande (Daryl McCormack). Dość szybko się dowiadujemy o co chodzi – to nie randka ani schadzka kochanków. On jest żigolakiem, eeee, facetem do towarzystwa, a ona klientką. Jej cel jest prosty: seks, który od dawna przestał być istotnym elementem życia Nancy.

Seksualność ludzi bardziej dojrzałych wydaje się tematem, stanowiącym tabu. Bo jak to? W tym wieku jeszcze uprawiać seks? I to z dużo młodszym facetem, który mógłby być jej synem? Zamiast prowadzić ustabilizowane, nudne życie i czekać na śmierć? Jak tak można? To bezczelność!!! Film Sophie Hyde nie jest tak naprawdę tylko o tym, a wszyscy oburzeni spodziewający się dzikich ekscesów oraz scen rozbieranych z filmów porno typu „365 dni” nie mają tu czego szukać. Tu więcej miejsca jest na dialog oraz powolne poznawanie nasze parki podczas kolejnych spotkań. Zaczynają się coraz bardziej otwierać i bardziej można odnieść wrażenie, że bardziej jesteśmy u terapeuty. Bo choć Leo ma ciało niczym młody bóg oraz wiedzę o seksie wydaje się mieć w małym paluszku, to tak naprawdę uwaga skupia się na Nancy. Oboje wiedzą po co przyszli (a przynajmniej jedno z nich), bo Nancy jest bardzo, bardzo spięta. On od razu podaje reguły (żadnych prawdziwych nazwisk, chodzi o zapewnienie przyjemności, nic na siłę) i zachowuje się jak na profesjonalistę przystało.

Choć humoru jest tu strasznie dużo (dialogi są pro prostu cudowne!), to temat seksualności w wieku 60+ potraktowany jest z powagą. Bo kto powiedział, że przyjemność cielesna jest zarezerwowana dla osób pięknych i młodych? I czemu korzystanie z usług pracowników seksualnych wywołuje problem? Z każdym spotkanie poznajemy ich oboje, a prosty szablon w jaki wrzuciłem te postacie (pewny siebie przystojniak oraz bardzo zahukana, niepewna kobieta) zaczynał pękać. Poznajemy jego skrywane tajemnice (jego trudne relacje rodzinne), zaś ona też ma parę rzeczy za uszami. Bo tak naprawdę nie chodzi tylko i wyłącznie o fizyczną przyjemność, lecz o… samoakceptację. Także swojego zaoranego przez życie ciała. Wyzwolenie się z osądu, wstydu, strachu, poczucia przymusu (seks nie ma być czym, co MUSISZ zaliczyć niczym egzamin) i otwarcia się na drugą osobę. Tylko, czy jesteśmy w stanie przełamać te narzucone pęta, które siedzą w naszej głowie? Przez otoczenie, rodzinę, wychowanie oraz nasze własne myśli. Warto o tym pomyśleć po seansie.

To wszystko także działa dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu. Daryl McCormack jako pewny siebie Leo może początkowo wydawać się jednowymiarowym „świętym od seksu”, a swoją cierpliwością mógłby śmiało rywalizować z tybetańskimi mnichami. Mimo wieku jest doświadczony i wie jak mówić, by odpowiednio rozładować krępującą sytuację. Ale ciekawie robi się w dalszej części, gdy zaczynają emocję brać górę. Ale prawda jest taka, że film to absolutnie fenomenalna Emma Thompson – bardzo rozgadana, przerażona oraz zakompleksiona. Wszystkie swoje emocje pokazuje w oczach, pokazują swoją drogę do polubienia siebie samej jest pokazana wręcz bezbłędnie. Thompson w takiej formie nie widziałem od czasu „Dowcipu” Mike’a Nicholsa – złożona, choć pozornie pozbawiona fajerwerków kreacja warta wszelkich możliwych nagród.

To kolejny przykład małego filmu, który jest inteligentnie napisany, fantastycznie zagrany oraz wykonany (może bez wodotrysków) z wyczuciem oraz elegancją. Co patrząc na tematykę jest ogromnym osiągnięciem.

8/10

Radosław Ostrowski

DC Liga Super-Pets

Superbohaterszczyzna jeszcze się nam nie znudziła, co pokazują kolejne produkcje zarówno od Marvela jak i DC, a także seriale pokroju „The Boys”. Tym razem jednak Warner zdecydował się na animację w świecie Ligi Sprawiedliwości, lecz z zupełnie innej perspektywy.

Głównym bohaterem „Ligi Super-Pets” jest Krypto – pies, który razem z Kal-Elem przeżyli zagładę planety Krypton. Tak jak pan ma swoje supermoce i pomaga walczyć ze złem. Prawdziwi kumple na śmierć i życie. Problem w tym, że nasz Clark zabujał się w Lois Lane, a plan jest prosty: hajtnąć się. Tylko, że nasz Krypto może znieść to niezbyt dobrze, więc Supcio wyrusza do schroniska, by znaleźć kompana. W tym czasie Lex Luthor knuje, by ściągnąć na ziemię pomarańczowy kryptonit, który (w przeciwieństwie do zielonego) daje supermoce. Nie wie jednak, że działa on tylko na zwierzęta, co postanawia wykorzystać przebywająca w schronisku świnka morska (błędnie nazywana chomikiem z powodu braku sierści) Lulu. Jej cel jest prosty jak w przypadku słynnej myszy laboratoryjnej zwanej Mózgiem: przejąć władzę nad światem. Plus zabić całą Ligę Sprawiedliwości. Udaje się jej zgarnąć fragment meteorytu oraz uciec ze schroniska. Do tego jeszcze porywa (podstępem) Supermena i neutralizuje moce jego pieseła. Lulu jednak nie wie jednak jednego, że jej towarzysze ze schroniska (pies As, wiewiórka Chip, świnka PB i żółwica Merton). Oczywiście, że uda im się uciec, odkryć supermoce i trafią na osłabionego Krypto, a ten prosi ich o pomoc.

super-pets1

„DC Liga Super-Pets” to wiele znajomych tropów kina superbohaterskiego, tylko że to zwierzaki grają pierwsze skrzypce. Potrafią rozmawiać między sobą, ale ludzie nie rozumieją ani słowa. Skąd my to znamy? Ale elementów jest tu więcej: samotnik wyrwany ze znajomego otoczenia, paczka przegrywów z szansą na udowodnienie swojej wartości (plus próba kontrolowania nowych umiejętności), docieranie się „drużyny”, drobne sukcesy oraz finałowa konfrontacja. Jednak mimo znajomych schematów (włącznie z dramatycznym poświęceniem), potrafi wciągnąć. Jak to jest możliwe? Przede wszystkim jest to dobrze napisane, gdzie każdy (zwierzęcy) bohater jest przekonujący. Każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut, choć najważniejsi są tutaj Krypton i As. Ich docieranie się oraz zderzenie wynikające z różnych doświadczeń tworzy mieszankę niczym z buddy movie. Służy to przekazaniu pewnych prostych morałów, nie czuć jednak smrodu dydaktyzmu.

super-pets2

Sceny akcji wyglądają spektakularnie, a jednocześnie jest bardzo czytelna i nie męczy oczu (schwytanie reszty członków Ligi Sprawiedliwości w centrum miasta, atak na więzienie czy finał). A gdy w tle gra świetna symfoniczna muzyka, to już adrenalina potrafi podskoczyć. Sama animacja też robi wrażenie, łącząc umowność świata z dynamicznym ruchem postaci. W końcu to superanimals & superheroes. I jeszcze jest sporo humoru: od slapstickowych gagów (pierwsze próby stosowania nowych mocy) po żarty słowne oraz popkulturowe odniesienia. Nasi superherosi też padają ofiarą żartów (śmiertelnie poważny Batman, Superman bawiący się z psem po walce z Luthorem czy narcystyczny Aquaman), pokazując ich w bardzo karykaturalny sposób.

super-pets3

Tutaj trzeba pochwalić polski dubbing, jak i naprawdę zgrabne tłumaczenie. Aczkolwiek zdziwiło mnie, kiedy trzy razy wypowiedź żółwicy została zapikana (w domyśle padło „mięsiste” słowo) i parę tekstów było bardziej zrozumiałych dla dorosłego odbiorcy (piracenie z pewnej strony, co ma w nazwie pewne zwierzę). Z kolei w przypadku głosów jest dobrze, a miejscami świetnie. Fantastycznie sprawdza się nasz duet Krypto/As, czyli Arkadiusz Jakubik i Robert Więckiewicz, którzy mieli masę frajdy z pracy i słucha się ich z wielką przyjemnością. Pewnym zgrabnym zabiegiem był fakt, że w przypadku kilku superherosówherosów podłożono głosy aktorów już grających te postacie czy to w wersji live-action jak Superman (Grzegorz Kwiecień), Wonder Woman (Olga Bołądź) lub Aquaman (Jan Aleksandrowicz-Krasko) czy w animacjach w przypadku Cyborga (Jacek Król z „Młodych Tytanów”) i Batmana (Krzysztof Banaszyk z serii Lego). Mała rzecz, a cieszy. Nie można nie wspomnieć także o świetnej Lidii Sadowej (świnka Lulu), uroczej Annie Smołowik (świnia PG) czy kradnącej szoł Katarzynie Skolimowskiej (żółwica Merton), dopełniającej całego składu.

super-pets4

Animowane „DC Liga Super-Pets” nie ma większych ambicji niż byciem świetnym filmem rozrywkowym, głównie dla młodego widza. Śmieszy, zachwyca dynamiczną akcją, pięknie wygląda i porusza. Tylko tyle i aż tyle, co na seans w wakacji całkowicie wystarczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Nie wychodźcie od razu z kina, bo są dwie (!!!) sceny po napisach.

Ciemne strony rybołówstwa

Dokumenty Netflixa zawsze były produkcjami, które wywołały we mnie największe emocje ze wszystkich produkcji streamingowego potentata. „Ikar” miał opowiadać o tym, jak reżyser-amator kolarstwa chciał pokazać jak wziąć udział w zawodach na dopingu i nie zostać złapany. Ale przypadkiem twórca na trop wielkiego sportowego oszustwa na niespotykaną skalę. „Jak feniks” skupiał się na paraolimpiadach, jednocześnie pokazując jak niewiele brakowało, by paraolimpiada w Rio mogła się nie odbyć. Teraz do tego grona dołącza zeszłoroczne „Seaspiracy”.

Dokument Aliego Tabriziego skupia się – jak sama nazwa wskazuje – na tej stronie rybołówstwa, o której żadna organizacja ochrony środowiska nie wspomina. Plan jednak był zupełnie inny, bo chodziło o pokazanie piękna oceanu. Niczym w filmach Jacquesa Cousteau czy Davida Attenborough. Wszystko zmieniły wieloryby i delfiny, a konkretnie coraz więcej informacji o „wypluwaniu” tych zwierząt na brzeg. Z czego to wynika? Skąd w ich żołądkach tyle plastiku? Czy ktoś w ogóle się tym zajmuje? Sprawa jeszcze bardziej się zaognia, gdy Japonia oficjalnie wycofała się z Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej i wznowiła połowy tych zwierząt. Ali razem ze swoją dziewczyną Lucy oraz kamerami wyrusza, by zbadać sprawę. Na miejscu (filmowanym z ukrycia) wieloryby oraz delfiny są zwabiane i… zabijane.

Ale dlaczego? Sprawa zaczyna zataczać szersze kręgi, a tropy prowadzą przez różne części świata. Mimo, że niby są prawne regulacje (równoważony połów itp.), tylko że… nikt ich nie egzekwuje. I nikomu na egzekwowaniu ich nie zależy. Niby są organizacje popierające to zrównoważone połowy czy certyfikaty, że podczas połowu nie „wpadły” inne zwierzęta. Tylko kto to sprawdza? Przecież obserwatora można przekupić, a jak nie, to wyrzucić za burtę (zostanie uznany za zaginionego) lub zabić. Organizacje rządowe i pro-rządowe wydają się być bezradne (skoro nawet nie ma jak zweryfikować, czym ma być ten słynny równoważony połów), same rządy jak i zaangażowani w połowy ludzie zrobią wszystko, by zatuszować sprawę. Mało tego, rybołówstwo (komercyjne) destabilizuje wodny ekosystem, burząc hierarchię w łańcuchu pokarmowym z powodu niedoboru ryb. To ostatecznie może doprowadzić do opustoszenia oceanów i – pośrednio – do zagłady naszej planety. Ciekawe, czemu wszystkie organizacje ds. ochrony klimatu nic o tym nie mówią.

Konsekwencje są tak nieprawdopodobne, że – tak samo jak reżyser – niedowierzałem. I nie chodziło o gatunki ryb na skraju wyginięcia, bo ocean jest bardziej przydatny dla naszego środowiska niż mnie się to w ogóle wydawało. O czym wspominają też pojawiający się w filmie ekolodzy, informatorzy czy działacze organizacji Sea Shephards, walczący z nielegalnym łowieniem ryb. O tym przekonajcie się sami, oglądając kolejne mocne dzieło Netflixa. Pełne pasji, szczerości, szoku, gniewu i niedowierzania. Ale nie pozbawione nadziei. Tylko czy wykorzystamy tą szansę, czy damy ciała jak zwykle. Ktoś chce rybkę?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pajęcza Głowa

Chyba od czasu „Czarnego lustra” nastała moda na SF opisujące dystopijną przyszłość czy pokazujące różnego rodzaju wynalazki, eksperymenty. Nie inaczej jest w przypadku nowego filmu Josepha Kosinskiego dla Netflixa. Udało mu się zebrać ekipę ludzi, co zna się na swojej robocie (m.in. stałego autora zdjęć Claudio Mirandę, montażystę Stephena Mirrione czy duet scenarzystów Paul Wernick/Rhett Reese). A jednak ciężko pozbyć się nutki rozczarowania, ale po kolei.

pajecza glowa2

Akcja toczy się w ośrodku badawczym Pajęcza Głowa, gdzie więźniowie dobrowolnie są poddawani eksperymentom naukowym. Czego człowiek nie zrobi, by nie spędzić zbyt wiele czasu w więzieniu. Zwłaszcza, że jest to spora przestrzeń na odludnej wyspie, gdzie przebywające króliki doświadczalne mają wiele swobody: kuchnia, automaty do gier, nie ma cel ani krat. A cóż badają ci rezydenci? Mianowicie substancje wywołujące konkretne emocje: śmiech, płacz, strach itd. Ich twórcą jest Steve Abnesti (Chris Hemsworth), który na tej podstawie chce stworzyć nowe lekarstwa. Do każdego z ochotników wszczepione jest w ciało urządzenie zwane MobiPakiem, gdzie są umieszczone poszczególne substancje. Jeden z „pacjentów” – Jeff (Miles Teller) wydaje się radzić najlepiej w tej sytuacji. Jednak pewnego dnia podczas testu coś idzie bardzo mocno nie tak.

pajecza glowa1

Sama historia ma bardzo obiecujący punkt wyjścia i daje spore pole manewru do stworzenia mocnego thrillera psychologicznego w klimatach „Black Mirror”. Tutaj Steve mógłby być kimś w rodzaju demiurga, który pod maską uśmiechniętego, eleganckiego i wyluzowanego kolesia skrywa bezlitosnego manipulatora. Czuć to choćby w scenach, gdy nasz szef daje wybór której z pań w pokoju testów podać Darkenfloxx, czyli substancję wywołującą strach oraz paranoję. Kosinski w tych momentach potrafi zbudować napięcie i rzucić parę twistów, zaś poczucie izolacji potęguje retro-futurystyczna scenografia.

pajecza glowa3

ALE w pewnym momencie cała misternie budowana układanka zwyczajnie nudzi. Zakręty oraz niespodzianki stają się przewidywalne, retrospekcje z przeszłości Jeffa (oraz tłumaczenie, że nie jest to jego wina) zwyczajnie irytują, zaś wątki poboczne wydają się tylko dodatkami. Jakby tego było mało, pod koniec filmu pojawiają się sceny akcji. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale sprawiają one wrażenie mechanicznych, pozbawionych jakichkolwiek emocji. Tak samo jak dodanie w tle piosenek z lat 70. i 80. oraz niezbyt wysokich lotów żarty. Jest jeszcze relacja Jeffa z pracującą w kuchni Lizzy (Journee Simonett) i jako jedyna działa.

pajecza glowa4

Aktorzy próbują tu coś ugrać, lecz scenariusz podcina skrzydła. Hemsworth jako bardziej negatywna postać była dość nieoczywistą decyzją, ale wypada naprawdę nieźle i skrywa pewną tajemnicę. Lepiej prezentuje się Teller, choć jego bohater nie należy do zbyt rozmownych. Lecz w tym jest jego siła – w niemal kamiennym spojrzeniu, tłumiącym lęki, demony oraz emocje. Czuć chemię między nim a Simonett, która wydaje się najbardziej zdystansowana z tej całej sytuacji. To jednak tylko pozory, które poznajemy niemal w finale.

Niektórzy złośliwcy twierdzą, że Netflix pozbawia twórców talentu, mimo wolnej ręki oraz braku ingerencji w dane tytuły. Patrząc na „Pajęczą Głowę” można odnieść wrażenie, iż jest w tym ziarno prawdy. Kosinski zanurza się w oceanie przeciętności, marnując obiecujący punkt wyjścia oraz nie wykorzystując w pełni talentu swoich współpracowników.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Krime Story. Love Story

Bracia Węgrzyn produkują chyba filmy z taką intensywnością niczym Patryk Vega. Przynajmniej w tym roku. „Gierka” nie dałem rady przetrawić (odpadłem po 30 minutach), więc nie miałem oczekiwań po „Krime Story. Love Story”. Nie jest to jednak film inspirowany kultowym serialem Michaela Manna („Crime Story”), lecz oparty na powieści rapera Marcina „Kaliego” Gutkowskiego. Ten jednak (mimo bycia współautorem scenariusza) kompletnie od filmu się odciął. Nie jest to raczej dobry sygnał.

krime story1

Tytułowy „Krime” (solidny Cezary Łukaszewicz) to drobny złodziejaszek, próbujący jakoś żyć od pierwszego do pierwszego w Olsztynie. Razem z lekko postrzelonym kumplem „Wajchą” (zaskakująco niezły Michał Koterski) dostają szansę na rozwiązanie problemów z kasą. Mianowicie jest nią kradzież walizki zawierającej pięć milionów złotych. Jest przykuta do ręki pewnego dzianego kolesia (Jan Frycz, który po prostu jest). Wszystko niby idzie jak trzeba, ale w trakcie odwrotu uciekają przed policją. Na szczęście udaje się zbiec, lecz „Wajcha” został postrzelony w głowę. To dopiero początek poważnych komplikacji.

krime story2

Sama historia próbuje pójść w uliczno-gangsterskie klimaty, tym razem poza wielką metropolią typu Warszawa, Gdańsk, Kraków, Pruszków czy Wołomin. Jest to pewna niespodzianka, oferująca odrobinę świeżości w znajomej konwencji. Bo suchych żartów jest więcej niż we wszystkich odcinkach „Familiady” razem wziętych (aczkolwiek jest parę trafionych strzałów), parka cwaniaków oraz lokalne gruby ryby, prosty plan, który jest tylko z nazwy prosty, trupy, przemoc i sporo szczęścia. Jest jeszcze młody, ambitny glina (najmocniejszy z obsady Piotr Witkowski) prowadzący sprawę z bardziej doświadczoną partnerką (Gabriela Muskała), próbujący dopaść Krime’a.

krime story3

Nie brakuje pościgów, jest trochę strzelania, jest wiele krwi i brutalności. Ale, niestety, pojawiają się dwa poboczne wątki, które destabilizują całą historię. Po pierwsze, po mieście szalej seryjny morderca kobiet. Cały na biało, w czarnych okularach i masce, sieje śmierć. Kim jest i dlaczego to robi? Do ostatniej sceny się nie dowiesz widzu, a jak poznasz prawdę, nie uwierzysz. Ja byłem w szoku. Druga sprawa dotyczy Kamili (Wiktoria Gąsiewska), czyli córki gościa, którego Krime ma okraść. Co żyje na bogato, ma tępe kumpele i matkę-zołzę-co-chce-być-kumpelą. Nowobogacka pinda z pustką w głowie, która mnie nic nie obchodziła. W końcu pojawia się na drodze bohatera i zaczyna się Love Story, które trwa… ostatnie 20 minut, wygląda jak teledyskowe scenki z popową muzyczką w tle, ładnymi krajobrazami. To jest napisane na kolanie, byleby dorzucić coś po zakończeniu głównego wątku. Kuriozalnym zakończeniu, którego nawet nie chce mi się zdradzać.

krime story4

Jeszcze bardziej popieprzony jest fakt, że parę znajomych twarzy tak naprawdę robi tu za epizody, choć można było spodziewać się czegoś innego. Z tego powodu nie mogę pozbyć się wrażenia marnotrawstwa talentu (Agnieszka Więdłocha, Jan Frycz, Małgorzata Kożuchowska, Cezary Żak, Gabriela Muskała czy – po raz ostatni na ekranie – Krzysztof Kowalewski). Cieszę się z faktu, że Cezary Łukaszewicz w końcu dostał główną rolę i trzyma to wszystko w ryzach. Jeszcze bardziej działa jego relacja z postacią graną przez Michała Koterskiego, który robi tu za śmieszka i wierzy się w ich przyjaźń. Szoł jednak kradnie Witkowski jako twardy, zdeterminowany gliniarz, lecz bez bycia macho.

krime story5

„Krime Story” jest typowym dla braci Węgrzyn bałaganem, choć nie jest tak przeładowany wątkami jak „Proceder”. Niemniej szorstki klimat, całkiem niezłe aktorstwo, solidna realizacja oraz rapowe numery pokazują jaki potencjał tkwił w tej opowieści. Bo w połowie twórcy pogubili się i na chybcika posklejali to wszystko, co zabiło ten tytuł. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski