Klangor

Klangor to odgłos wydawany przez żurawie, będący zapowiedzią wiosny. To także tytuł serialu kryminalnego Canal+, którego scenariusz powstał podczas organizowanych przez stację warsztatów scenariuszowych. Napisał go debiutant Kacper Wysocki, a realizacją zajął się znany w latach 90. autor zdjęć oraz nabierający coraz większego doświadczenia reżyser Łukasz Kośmicki. I kolejny raz się okazuje, że opowieści z kryminalnym tłem wychodzą nam na małym ekranie zadziwiająco dobrze.

klangor1

Akcja tym razem osadzona jest w Świnoujściu, zaś głównym bohaterem nie jest policjant ani prywatny detektyw, tylko… psycholog więzienny Rafał Wejmar. Mieszka w domu razem z dwoma nastoletnimi córkami (Hania i Gabrysia) oraz psami, żona pracuje w Reichu, gdzie co jakiś czas ją odwiedza. Najczęściej z córkami, jednak w ten weekend ostatecznie dzieje się inaczej. Dziewczyny zostają w domu (a dokładnie Gabi, bo Hania idzie na imprezę) i to uruchamia lawinę wydarzeń. Najpierw ucieka jeden z więźniów (psychicznie chory Emil Knapik), w samym więzieniu prowadzone jest dochodzenie w sprawie handlu dopalaczami, a Gabrysia znika bez śladu. Mało problemów? To jeszcze jej chłopak zostaje wyłowiony z rzeki z poderżniętym gardłem. Rafał nie decyduje się tego ostatniego faktu zgłosić na policję, czego reszta domowników nie rozumie.

klangor2

Jeśli do czegoś można porównać „Klangora”, to do skandynawskich kryminałów, lawirując między śledztwem a wątkiem obyczajowym. Można czasem odnieść wrażenie, że to drugie dominuje przez większość seansu. Czy to jednak jest wada? Dla mnie nie, bo ta historia o rodzinie, gdzie niejako każdy żyje swoim życiem, a relacje są bardzo luźne. W końcu dochodzi do wykolejenia, które albo doprowadzi do ostatecznego rozpadu, albo wzmocni ją. Serial ma dość powolne tempo, ale pomaga ono bliżej postać każdą z kluczowych postaci dla historii. A tych jest sporo (Wejmarowie, bracia Ryszka, Knapik, komisarz Schulz) i nikt nie jest tutaj wciśnięty na siłę. Kośmicki bardziej się skupia na pokazaniu jaki ferment wywołują te wydarzenia na rodzinę, przez co angażuje emocjonalnie w większym stopniu niż bym się spodziewał. Zagadka kryminalna, mimo iż 1-2 rzeczy się domyśliłem, też parę razy zaskakiwała i wprowadziła parę razy w pole. I w przeciwieństwie do wielu seriali kryminalnych z naszego podwórka, trzyma w napięciu do samego końca, bez popadania w śmieszność, przerysowanie i nie wywalające się na ten swój ryj.

klangor3

Wszystko to spotęgowane jest bardzo mrocznym klimatem. I nie chodzi mi o nocne ujęcia, ale absolutnie znakomite zdjęcia Witolda Płóciennika. Niemal wyprane z kolorów (poza żółtą kurtką bohatera) budują aurę tajemnicy, nawet statyczne ujęcia są statyczne tylko z nazwy, zaś masa kadrów jest zrobiona jakby z perspektywy podglądacza. Czy to przez płot, przez okna wywołują poczucie zagrożenia albo mogącego nastąpić wybuchu. W wielu takich ujęciach muzyka wchodzi na pierwszy plan, zagłuszając wszystkie inne dźwięki, a my widzimy tylko reakcje na znane już nam informacje. Co jest bardzo sprytnym zabiegiem i pozwala uniknąć powtórzeń – bardzo odświeżające doświadczenie.

klangor4

W zasadzie jedyną rzeczą, do jakiej można się przyczepić to fakt, że postacie kobiece wydają się dość jednowymiarowe, a ich obecność ogranicza się do odczuwania bólu i cierpienia. Tutaj można było je lepiej rozpisać, ale to wymagałoby innej perspektywy. Można jeszcze zauważyć, że finał troszkę przyspiesza akcję, zaś kilka wątków pozostaje otwartych, ale to już jest czepianie się na siłę. Nie psuje to bardzo pozytywnego wrażenia. Aczkolwiek niektóre dialogi brzmią dość niewyraźnie i parę razy musiałem cofać, by zrozumieć kilka słów.

klangor5

Także pod względem aktorskim. Kolejny raz klasę potwierdza Arkadiusz Jakubik w roli Rafała Wejmara, który ma tutaj kilka oblicz. Potrafi być zarówno empatyczny, jak i wściekłym desperatem zdolnym do wszystkiego, by odnaleźć swoją córkę. Balans między mrokiem a światłem w nim oraz pewnie znieczulenie wynikające z pracy pokazują bardzo złożony portret psychologiczny, bez popadania w fałsz. Równie skomplikowany jest absolutnie rewelacyjny Piotr Witkowski jako Krzysztof Ryszka, którego życie (prywatne i zawodowe) to jeden wielki chaos, który kompletnie wymknął się spod kontroli. To postać bardzo fascynująca, która z każdym odcinkiem jest coraz ciekawsza i najbardziej było mi jej żal. Sporymi niespodziankami byli Wojciech Mecwaldowski (Piotr Ryszka) oraz Konrad Eleryk (Emil Knapik) – pierwszy mocno wychodzi z szufladki aktora komediowego, pokazując kompletnie nieznane oblicze, drugi bez popadnięcia w karykaturę pokazuje psychicznego więźnia, wywołując na przemian współczucie i zgrozę. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o młodej obsadzie, która wypada co najmniej dobrze (szczególnie Katarzyna Gałązka jako wycofana Hania). Nawet Maciej Musiał (Ariel) nie wywoływał irytacji, co samo w sobie jest sporym osiągnięciem.

klangor6

Nie jestem zdziwiony zachwytami nad „Klangorem”, bo to bardzo dobrze napisany i wyreżyserowany 8-odcinkowy serial. Duet Kośmicki/Wysocki trzyma wszystko w ryzach, wciąga do ostatnich scen, a nawet bardziej brutalne, szokujące momenty wydają się być na miejscu. Fantastycznie zagrany oraz wykonany tytuł, który znajome schematy ogrywa w mniej oczywisty sposób. Nie mogę doczekać się kolejny produkcji sygnowanych przez obydwu panów.

8/10

Radosław Ostrowski

Sauna

Zrobienie kina politycznego jest bronią obosieczną. W zależności od konwencji (przez dramat po satyrę) może zadziałać emocjonalnie i dostarczyć przyjemności, ale wszystko zależy zarówno od wiedzy widza na dany temat, jak też podejścia reżysera do kwestii wydarzeń epoki. Najczęściej jest pod górkę, co pokazał mi seans „Sauny” – telewizyjnej komedii politycznej w reżyserii Filipa Bajona z 1992 roku.

Akcja toczy się w tytułowej saunie na terenie jednego z hoteli w Helsinkach podczas sympozjum naukowych. Tutaj trafiają Polak, Węgier, Czech, Niemiec z NRD, Rusek (a właściwie dwoje Ruskich), Fin i Amerykanin. Jesteśmy świadkami trzech takich spotkań – w 1981 roku podczas karnawału Solidarności, w 1982 roku w trakcie stanu wojennego oraz w 1989 roku, gdy dochodzi destabilizacji bloku wschodniego. Reprezentanci bardziej zachodniej strony świata (Amerykanin Stewart oraz Fin Jussi) nie rozumieją całego funkcjonowania systemu komunistycznego, przez co nabierają dystansu podczas rozmów. Rozmów pełnych aluzji, odniesień do wydarzeń, prztyczków w nos i docinków. Ile wyciągnie się z tego zależy od wiedzy z historii współczesnej, czyli po 1945 roku. Gdzie Jurij (rewelacyjny Marian Opania) wydaje się władczy, narzucający ton rozmowom i tylko Janek (Bogusław Linda wchodzący na wyżyny możliwości) staje z nim do konfrontacji otwarcie. Czuje się mocny, pewny siebie, wręcz bezczelny w sadzeniu wobec pozostałych „towarzyszy”. Jak skończą się te pogaduszki? Tego ja wam nie zdradzę, ale Bajon pisze pyszne dialogi, niepozbawione aluzyjnego czy wręcz gorzkiego poczucia humoru lub ponurych obserwacji (głównie od Jurija jak choćby rozmowa o „oswojeniu” Boga).

Pewną zagadka może wydawać się postać Maszy (Gabriela Kownacka) – co kobieta robi w męskiej saunie? Jej rola nie jest w ogóle wspomniana ani wytłumaczona, co może irytować. Ale z czasem ta postać staje się wyrazistsza i dynamika z Jankiem nabiera silniejszych barw. Wydaje mi się, że to zgrabna metafora skomplikowanych relacji polsko-rosyjskich, gdzie miłość, nienawiść i nieufność przeplatają się w nieopisywalnym, niezrozumiałym klinczu. Czy w ogóle jest możliwe wyrwanie się z tego toksycznego kręgu?

Realizacyjnie trudno powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś wyrazistym. To produkcja telewizyjna, niemal ograniczona do jednego miejsca – sauny. Sporadycznie trafiamy też do szatni z prysznicem, co nie zmywa poczucia pewnej teatralności. Muzyka też pojawia się bardzo rzadko, a dźwięk czasami – jak w wielu polskich filmach – nie wychwytuje wszystkich wypowiadanych słów. Ale te problemy nie psują pozytywnego wrażenia.

Bo „Sauna” jest bardzo zgrabnie napisana oraz rewelacyjnie zagrana (poza w/w Lindą, Opanią i Kownacką, jeszcze mamy Piotra Machalicę, Władysława Kowalskiego, Henryka Bistę, Marka Kondrata oraz Zbigniewa Zamachowskiego), co jest sporą zasługą Bajona. Trudno jednak w tym mikroportrecie przemian politycznych lat 80. nie dostrzec wielu trafnych obserwacji oraz soczystych dialogów, trafnie opisujących relacje międzysąsiedzkie. A także zderzenie kapitalizmu z wymuszonym komunizmem, które musi doprowadzić do kolizji.

7/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra – seria 1

Przenoszenie filmów na seriale to zjawisko ostatnimi czasy bardzo popularne. Że może powstać coś interesującego pokazały takie przypadki jak „Hannibal”, „Fargo” czy „Bates Motel”. W 2017 dla Netflixa postanowił zrobić coś takiego sam Spike Lee, realizując w formie serialu współczesny remake debiutanckiego filmu z 1986 roku. Czy „Ona się doigra” jest udaną oraz potrzebną produkcją?

ona sie doigra1-1

Tak jak w oryginale, główną bohaterką jest Nora Darling (DeWanda Wise) – młoda, aspirująca artystka z Fort Greene, czyli osiedla w Brooklynie. Mieszka sama i próbuje się przebić w świecie artystycznym, by się utrzymać. Jednocześnie umawia się z trzema facetami, którzy o sobie nie wiedzą: biznesman Jamie, fotograf/model Greer oraz działający w social mediach Mars. Każdy z nich jest inny, wygląda inaczej, ale dla wszystkich dziewczyna jest obiektem pożądania. Jednak Nola nie zamierza zamknąć się w społecznej szufladce, a żeby jeszcze skomplikować sprawę, na horyzoncie pojawia się była dziewczyna, Opal. Może się jeszcze spikną?

ona sie doigra1-2

Jeśli myślicie, że Lee ograniczył się tylko do skupienia się na tym wielokącie, to ten serial nie potrwałby zbyt długo. Bo Nora jest też malarką, która próbuje się utrzymać ze swojej sztuki oraz kinomanką, są jeszcze jej kumpele (jedna to tancerka w nocnym klubie, druga prowadzi galerię sztuki), terapeutka oraz dyrektorka szkoły (mówiąca o sobie w trzeciej osobie Raqueletta Moss) czy ekscentryczny artysta-bezdomny Papa. To wszystko tworzy koloryt tej dzielnicy Brooklyna, gdzie nie brakuje zarówno spięć między białymi i czarnymi (co kończy się wręcz aresztowaniem Nory). To jednak nie jest najważniejszym wątkiem tego serialu, lecz perturbacje Nory ze światem.

ona sie doigra1-3

Lee potrafi parę razy zaskoczyć w realizacji. Nie brakuje scen w niemal teledyskowym stylu jak podczas piosenki Randy’ego Newmana o Donaldzie Trumpie, chwili gdy Nola odwiedza cmentarz na grobach osób ją inspirujących czy niemal tanecznym finale w Święto Dziękczynienia. Muzyka bardzo się tutaj wybija i nie chodzi tylko o jazzowe nuty, lecz bardziej współczesne kawałki, gdzie pojawia się… okładka płyty. Także nie brakuje szybkich zbitek montażowych jak na początku podczas gadek na podryw, co jednak pokazuje wysoką formę Nowojorczyka.

ona sie doigra1-4

I jak to jest świetnie zagrane, głównie przez mniej znane mi twarze (poza Anthonym Ramosem jako niedojrzałym, niepoważnym Marsem – nie do rozpoznania). DeWanda Wise absolutnie błyszczy jako bardzo wygadana, pewna siebie Nora. Pozornie może wydawać się pokręcona, chociaż jej idea bycia niezależną od wszystkich (w tym od mężczyzn) budzi we mnie respekt, zaś łamanie czwartej ściany tylko dodaje zadziorności. Także trzej partnerzy (wspomniany Ramos, Cleo Anthony i Liryq Bent) fantastycznie się uzupełniają, wyróżniając się innymi cechami charakteru: od poczucia stabilności i opiekuńczości przez pewność siebie po luz. Poza nimi najbardziej mi zapadli w pamięć świetni Elvis Nolasco (uważany za „burmistrza” Papo), De’Adre Aziza (dyrektorka Raqueletta Moss) orz Heather Headley (dr Jameson), choć pozostali aktorzy wypadają bez zarzutów.

ona sie doigra1-5

Pierwszy sezon „Ona się doigra” to zgrabny remake, który nie jest tylko prostym odpicowaniem oryginału. Chociaż po pierwszym odcinku można było odnieść takie wrażenie, im dalej w las Spike Lee idzie w innym kierunku, sięgając po inne środki wyrazu oraz nie tracąc zmysłu obserwatora. Szkoda tylko, że następny sezon będzie ostatnim, ale i tak go obejrzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bardzo długa noc – seria 1

Kolejny hiszpański serial od Netflixa, który chce być tak skomplikowaną układanką jak „La casa de papel”. Intryga jest tak piętrowa, że nie da się jej opowieść w sześciu odcinkach i ewidentnie jest rozpisana na kilka sezonów. Czy będzie drugi? Czas pokaże, bo zbyt dużo się tu dzieje i jest to urwane w tak kluczowym momencie, że brak kontynuacji będzie zwyczajną zbrodnią.

„Bardzo długa noc” zaczyna się od aresztowania niejakiego Simona „Kajmana” Lago (Luis Callejo), który okazuje się być seryjnym mordercą. Zostaje ostrzeżony wcześniej przez telefon, jednak nie decyduje się na ucieczkę. Zamiast policyjnego aresztu trafia do pół więzienia, pół szpitala psychiatrycznego Monte Baruca. Jednocześnie tajemniczy przyjaciel organizuje ekipę, która ma wyciągnąć świeżo upieczonego więźnia. I to zanim rano przyjedzie do sądu, by złożyć zeznania. Problem jednak w tym, że naczelnik więzienia (Alberto Ammann) nie chce go wydać. Nie dlatego, że nie może, ale sam jest w pułapce. Jeśli wypuści Lago, jego córka zostanie zabita.

Myślicie, że to jest problem? Wszystko coraz bardziej zaczyna się komplikować, bo wszystko niejako zawala się jednocześnie na głowę. Bo część więźniów planuje ucieczkę, coraz większe są napięcia między więźniami/pacjentami a strażnikami, jeszcze naczelnik Hugo przyjeżdża z dwójką pozostałych dzieci (bo nie ma z kim zostawić – jest Wigilia) i zostaje od nich rozdzielony. Do tego jeszcze podchody oraz próby samodzielnego rozwiązania sytuacji (czytaj: oddanie Lago grupie), zaczynamy poznawać bliżej kilku istotnych skazańców (Cherokee, Manuela, Javi, Nuria) oraz paru strażników. Intensywność wydarzeń nie pozwala na jakąkolwiek nudę, chociaż logika czasami robi sobie wolne.

Osadzenie historii w więziennej przestrzeni bardzo pomaga w budowaniu klimatu izolacji oraz osaczenia. Równie sprawne są zdjęcia i montaż, pomagając ogarnąć ten cały chaos. Jednak coraz bardziej intensywne sytuacje oraz kolejne przerzutki mogą wywołać zniecierpliwienie. Zwłaszcza, że finał niejako urywa się w dramatycznym momencie, nie wyjaśniając w zasadzie zbyt wiele i zostawiając masę pytań. Bo kim jest ten tajemniczy zleceniodawca? Co go łączy z Lugo oraz dlaczego jest on taki niewygodny? Jak się skończy konfrontacja więźniów ze strażnikami? Oraz co zrobić, gdy za chwile przyjedzie policja?

Rzeczywiście jest to „Bardzo długa noc”, gdzie nie brakuje głupot, naciąganych sytuacji oraz masy zbiegów okoliczności. Nie potrafię się jednak gniewać, bo historia zwyczajnie wciąga, zagrane jest to solidnie, a napięcie odczuwalne. Jak nie będzie ciągu dalszego, to się wkurzę nie na żarty.

7/10

Radosław Ostrowski

Gdzie śpiewają raki

Ile razy zdarzało się, że marketing przedstawiał film jako jedno, a ostatecznie dostaje się zupełnie coś innego. Takie lekko surrealistyczne doświadczenie miałem w przypadku „Gdzie śpiewają raki” w reżyserii Olivii Newman. Sprzedawany jako thriller/dramat sądowy w rzeczywistości był melodramatem z mroczną tajemnicą w tle. Czy to źle?

Akcja toczy się w małym miasteczku w Karolinie Północnej roku 1969. Niejako poza nim mieszka Kya (Daisy Edgar-Jones) w samotni na mokradłach, bez rodziny. Nie dlatego, że nie żyją, ale spięć między ojcem a matką powoli zaczęli odchodzić najpierw matka, rodzeństwo, wreszcie ojciec. Tak została sama. I to właśnie ona staje się podejrzaną w sprawie morderstwa byłego chłopaka, Chase’a Crawforda (Harris Dickinson). Niby wyglądało to na wypadek, bo facet spadł z wieży, gdzie nie jest bezpiecznie, zaś twardych dowodów nie ma. Jej obrony podejmuje się emerytowany prawnik, Tom Milton (David Strathairn), zaś mieszkańcy są wrogo do niej nastawieni. Bo czemu mieliby nie być?

Całość jest przeplatanką retrospekcji ze scenami sądowymi (plus minus kilka wyjątków). To w połączeniu z dziewczyną, traktowaną jako odludek i odrzucaną przez mieszkańców brzmiało jak coś potencjalnie mocnego, poruszającego oraz angażującego. Innymi słowy: piękna okładka tej książki niczym przyrodnicze rysunki dziewczyny. Ale to tylko zmyłka, bo ten gatunkowy miks nie działa tak bardzo jak mógłby. Reżyserka za bardzo skupia się na tym melodramatycznym wątku, gdzie mamy coś jakby trójkąt. A w zasadzie taka sytuacja, gdzie najpierw pojawia się jeden chłopak – Tate, który uczy ją czytać i pisać, ewidentnie jest nią zafascynowany. Ale i on ją zostawia, bo studia się zbliżają, praca itp. Obiecuje jednak, że wróci, jednak na obietnicy się kończy. Lata mijają i pojawia się nowy gość, czyli przyszły nieboszczyk. Finał znamy, a reżyserka rzuca cień podejrzenia na dziewczynę.

Jednak ten wątek rozwadnia całą – potencjalnie interesującą – resztę rzeczy. Bo zarówno niechęć mieszkańców do Dziewczyny z Bagien (jak jest nazywana bohaterka), jak i wsparcie nielicznych (właściciel sklepu Skoczek, prawnik Milton) tak naprawdę jest naszkicowane. Pojawiają się te sceny zbyt rzadko, by zaangażować emocjonalnie, tak samo jak Kya radzi sobie sama w domu na odludziu. Bardzo słabo zarysowane tło, gdzie więcej się o tym mówi niż pokazuje. W książce może to działa, na ekranie absolutnie nie. Przebitki sądowe też tak naprawdę wydają się wrzucone znikąd, co wybijało mnie z rytmu.

Co zatem działa, poza punktem wyjścia i mocnym początkiem? Po pierwsze: absolutnie piękne zdjęcia przyrody. Może nie jest to aż tak imponujące jak w produkcjach National Geographic czy innego Discovery, jednak mokradła mają swój urok, skrywający pewien mrok. Po drugie, finałowy twist dotyczący kwestii kto zabił, który naprawdę mnie zaskoczył. Po trzecie, Daisy Edgar-Jones w roli głównej jest zwyczajnie zachwycająca. Mieszanka pełna sprzecznych emocji (silna-słaba, wycofana-pewna siebie), najlepiej czująca się w otoczeniu przyrody przykuwa wzrok od samego początku do końca (młodszą wersję gra równie przekonująca Jojo Regina) i trzyma ten film na swoich barkach. Reszta obsady prezentuje się najwyżej solidnie (zarówno Harris Dickinson, jak i Tyler John Smith jako partnerzy dziewczyny), choć z tego grona wybija się niezawodny David Strathairn jako prawnik Milton.

To mógł być dużo lepszy film, co boli bardzo. Piękne wizualia i charyzmatyczna protagonistka to jednak za mało, by wybrać się na seans do kina. Kolejny brutalny przykład adaptacji, gdzie po drodze czegoś zabrakło i ostatecznie zabrakło mocniejszego ładunku emocjonalnego.

5/10

Radosław Ostrowski

Prawnik z Lincolna – seria 1

Chyba obecnie żaden autor kryminałów nie jest tak lubiany przez filmowców jak Michael Connelly. Szczególnie przez platformy streamingowe. Najpierw Prime Video wzięło na warsztat serię o detektywie Harry’m Boschu (7 sezonów i jeden spin-off) od Erica Overmeyera, czyli współtwórcy „The Wire”, a teraz Netflix wziął na warsztat cykl o Mickeyu Hallerze – tytułowym prawniku z Lincolna. Tutaj już palce maczał weteran telewizji David E. Kelley, który na serialach prawniczych zjadł zęby („Prawnicy z Miasta Aniołów”, „Kancelaria adwokacka”, „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy powstałe niedawno „Goliath”, „Od nowa” i „Anatomia skandalu”).

Nie jest jednak oparta na pierwszej części, która była przeniesiona na duży ekran w 2011 roku (hallera grał Matthew McConaughey), lecz drugiej powieści „Ołowiany wyrok”. Haller (tutaj grany przez Manuela Garcię-Ruffo) przez półtora roku nie wykonywał procesji prawnika, tylko leczył się z wypadku podczas surfingu. Oraz z uzależnienia od leków przeciwbólowych. Wszystko się jednak zmienia po spotkaniu z sędzią przewodniczącą Holder. Ta informuje go o śmierci dawnego kolegi, Jerry’ego Vincenta oraz fakcie, że… przekazał mu swoją kancelarię. I jego sprawy w tym Trevora Elliotta, geniusza komputerowego oskarżonego o zabójstwa żony i kochanka. Razem z asystentką Lorną oraz pracującym dla niego detektywa Cisco próbuje obronić klienta.

Innymi słowy to thriller z elementami dramatu sądowego, skupiona na głównym wątku i paru pobocznych. Bo Haller musi pokazać swoją dyspozycję w innych, „lżejszych” sprawach, które nie wymagają dużej analizy czy opinii ekspertów. Takie mikroscenki dodają odrobinę lekkości i humoru, ale to nie jedyne momenty niejako dodane do całości. Bo jeszcze jest była żona, prokurator Maggie McPherson (Neve Campbell), z którą ma córkę i próbuje być częścią jej życia. Kobieta jeszcze prowadzi sprawę o handel ludźmi niejakiego Angelo Soto, gdzie nie brakuje napięcia oraz momentów bezsilności skomplikowanego systemu prawniczego. Pojawiają się pewne zaskoczenia i komplikacje, które dopiero po procesie zostają ostatecznie wyjaśnione. Wciąga ta historia, choć technicznie nie wyróżnia się niczym z tłumu (może poza rozmowami Mickeya z nowym kierowcą Izzy o mechanizmach związanych z procesem).

10 odcinków mija szybko, nie ma poczucia znużenia ani rozciągnięcia na siłę. A to nie jest takie łatwe zadanie, zrobić klasyczny w formie serial oparty na rozwiązaniu zagadki. To mógłby być spokojnie serial osadzony w tym samym świecie, co „Bosch”, czyli kryminalny/sądowy thriller w klimacie kina lat 90. Czy to jest wada? Dla mnie niekoniecznie, bo dialogi są cięte, powolne odkrywanie kolejnych tropów i poszlak zwyczajnie wciąga, zagrane jest to co najmniej solidnie, gdzie Garcia-Ruffo jako Haller błyszczy charyzmą oraz pozornym spokojem, rzadko pozwalając sobie na inne emocje. Poza nim wybija się Christopher Gorham jako oskarżony Trevor Elliot, sprawiający wrażenie oderwanego od świata bogacza, który nie zabił swojej żony. Przynajmniej tak twierdzi. Reszta postaci trzyma poziom, zapadając w pamięć na parę minut, a nie starczyłoby czasu na wymienienie wszystkich.

Zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy (który nastąpi w przyszłym roku), co cieszy mnie bardzo. W czasach, gdy niemal każdy serial musi być albo PUNKTEM PRZEŁOMOWYM w historii, albo BARDZO AMBITNĄ porażką, obejrzenie bezpretensjonalnego, kompetentnie zrealizowanej czysto rozrywkowej produkcji jest bardzo odświeżające. Od czasu „Boscha” nie miałem takiej czystej frajdy w oglądaniu prostego, lecz nie prostackiego serialu.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzienna zmiana

Sam pomysł na ten film mnie zaintrygował, że „Dzienna zmiana” trafiła jako film do obejrzenia. Fakt, że jest to produkcja debiutanta wyjątkowo mnie nie odstraszył. Niemniej jednak poczucie lekkiego niedosytu pozostało, bo można było więcej z tego wycisnąć.

Bohaterem „Dziennej zmiany” jest Bud Jablonski (Jamie Foxx), który zajmuje się sprzątaniem basenów. Tak przynajmniej można wywnioskować z napisu na jego pickupie. Pozory jednak mylą, albowiem nasz swojsko brzmiący protagonista jest… łowcą wampirów. O czym nie wie jego była żona i córka, z którymi relacje nie są za dobre. Tak niedobre, że druga połówka planuje przeprowadzkę do Florydy. Z Kalifornii – no tak się nie robi, chyba że zgarnie trochę forsy i może rodzinka zostanie razem. Jest jedno ALE, bo by zarobić duży szmal nasz Bud musiałby wrócić do profesjonalnego związku łowców wampirów, z którego nasz heros wyleciał. Bo miał w dupie paragrafy i zgrywał kowboja, narażając życie innych. Dlatego szef przydziela mu pewnego gryzipiórka Setha (Dave Franco), by go pilnował. Jakby było mało problemów jest jeszcze szefowa wampirów Audrey (Karla Souza), która sobie wzięła Buda na celownik.

dzienna zmiana1

Jeśli koncept wampirobójców budzi skojarzenie z kolesiem o imieniu John i nazwisku Wick, to twórcy celują w tą stronę. Reżyser J.J. Perry to debiutant i przede wszystkim doświadczony kaskader, co na kinie akcji zjadł zęby. Wsparty przez producentów 87Eleven Productions (czyli ekipy pod wodzą Chada Stahelskiego i Davida Leicha) próbuje iść w stronę bezpretensjonalnej rozpierduchy z wampirami. Czyli mieszamy akcję, horror i komedię trochę w stylu buddy movie. Punkt wyjścia może być naiwny (zebrać 10 koła papieru), zaś świat legalnie działających łowców wampirów przypomina świat zabójców z „Johna Wicka”. Szkoda tylko, że nie poznajemy głębszego funkcjonowania tego środowiska poza szefem służbistą z kodeksem w tyłku. Tak samo intryga głównej antagonistki, której charyzmy i plan jest zwyczajnie nudny – brakuje czegoś wyrazistszego poza RZĄDZENIEM ŚWIATEM oraz DOMINACJĄ WAMPIRÓW. Bla, bla, bla, nuda, nuda.

dzienna zmiana2

Sytuację ratują trzy rzeczy: niezły humor, choć nie wszystkie żarty trafiają (te wobec „Zmierzchu” – perełka), zaś zderzenie nieporadnego – aż za bardzo – Setha z bardziej pewnym i twardym Budem mocna było wycisnąć więcej. Bo trochę to ograne żarty są z charakteru, brakuje świeżości. Druga mocna rzecz to sceny akcji, czego po kaskaderze za kamerą należało się spodziewać. Nie brakuje długich ujęć, szybkich cięć oraz czasami wariackiej choreografii. Najbardziej na tym polu błyszczy scena, gdy nasz niepozorny duet razem z poznanymi braćmi Nazarian robią polowanko w domostwie wampirów. Jak się okazuje jest to lęgowisko, czyli przeciwników jest sporo. To jest czyste szaleństwo, gdzie krew się leje gęsto, a niektóre starcia (moment przeładowania broni w locie – totalny szok) to czyste szaleństwo. Zwłaszcza, że jednego z braci gra Scott Adkins, który jest cholernie dobry w dokonywaniu mordowni. To jest wizytówka tego filmu.

dzienna zmiana3

Trzecim punktem jest solidne aktorstwo. Jamie Foxx fizycznie radzi sobie więcej niż dobrze, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż rola Jablonskiego była pisana pod młodszego aktora. W scenach akcji prezentuje się bardzo dobrze, ale jego relacja z rodziną jakoś średnio przekonuje. Dave Franco jako jego partner Seth wypada całkiem nieźle i nie irytuje tak bardzo jak się spodziewałem. Szoł kradnie wspomniany Adkins oraz najbardziej wyluzowany w tym składzie Snoop Dogg. Jego Big John to heros większy niż życie – taki współczesny twardy kowboj z wielkim, chędożonym minigunem. Ten facet daje odrobinę lekkości, czuć chemię między nim a Foxxem, zaś jego udział w finałowej konfrontacji to miód na uszy. Niestety, zawodzi antagonistka grana (to jest trochę za duże słowo) przez Karlę Souzę, która kompletnie mnie nie interesowała i poza wyglądem nie miałem nic do zaoferowania.

dzienna zmiana4

Czy „Dzienna zmiana” to zmarnowany potencjał? Trochę tak, niemniej muszę przyznać, że przy tym debiucie bawiłem się o wiele lepiej niż się spodziewałem. Z drugiej strony trochę chciałoby się lepiej poznać ten pokręcony świat oraz zabawić się konwencją wampirów. Jablonski nie będzie drugim Bladem, jednak zadatki na nowego herosa kina akcji ma spore. Jak powstanie sequel (a jest otwarta furtka), może zostanie nową ikoną.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Winni

Na pytanie o sens remake’ów odpowiedź najczęściej sprowadza się do jednego: kasa, misiu, kasa. Bo Amerykanie chciwi są (najczęściej) i uważają, że wszystkie pieniądze świata powinny spływać do nich. Jeśli nie spływają, to biorą bardzo popularny film zagraniczny, lekko przepisują scenariusz, biorą bardziej znanego aktora i liczą szmal. Albo w przypadku Netflixa liczą słupki oglądalności. Czy „Winni” zmieniają coś w tej kwestii?

W zasadzie nie. Tak jak w oryginale mamy dyspozytora policji (Jake Gyllenhaal), który trafia niejako za karę i odbywa dyżur. Oprócz tego facet ma problemy rodzinne, jeszcze proces w tle oraz… astmę. Jesteśmy w Los Angeles podczas panoszącego się pożaru, a dyżur powoli zbliża się do końca. Wtedy pojawia się TEN telefon i TO połączenie. Dzwoni kobieta i prosi o pomoc. Z wypowiadanych słów wynika, że została porwana. Ale połączenie zostaje przerwane i mężczyzna wręcz desperacko próbuje wyjaśnić tą sprawę. Chociaż może nie powinien.

Tak jak oryginalni „Winni” akcja dzieje się niemal w jednym pomieszczeniu i więcej skupia się na tym, co słyszymy. To pozwala wyobrażać sobie odbierane informacje w formie obrazu, jaki kreujemy w swojej głowie. Miałem jednak jedno poważne ALE: ja widziałem oryginał, więc przebieg fabuły (w zasadzie niezmienionej) był mi znany i nie było tego elementu niespodzianki, co w duńskim pierwowzorze. Do tego jeszcze reżyser Antoine Fuqua rozciąga całą historię na przestrzeni kilku godzin, gdzie akcja oryginału toczyła się w czasie rzeczywistym. To drugie sprawiało, że atmosfera była o wiele gęstsza i napięcie trzymało za gardło do samego końca. Tutaj czułem to napięcie zbyt rzadko, by mnie potrafiło złapać. Kamera skupia się na twarzy Jake’a, niemal jest przyklejona do twarzy, rzadko pokazując inne elementy otoczenia (poza komputerem).

Ciekawiej się prezentuje kwestia głosów dzwoniących, gdzie nie brakuje znanych aktorów jak Paul Dano, Ethan Hawke czy – najistotniejsi dla całej fabuły – Peter Sarsgaard i Riley Keough. To właśnie obecność tej dwójki sprawiło, że oglądałem tą historię z zaangażowaniem. A tego chyba się spodziewałem najmniej i stoją w kontrze do nadekspresyjnego miejscami Gyllenhaala, który niemal non stop jest wybuchowy, porywczy. Amerykański film to i emocje muszą być po amerykańsku, czyli z dużego C.

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną kwestię: to nie jest zły film. „Winni” są kompetentną produkcją, w której czuć rękę doświadczonego filmowca. Problem w tym, że różnic między tym filmem a oryginałem jest zbyt mało, by nazwać tą produkcję czymś więcej niż dopasowaną do nowego środowiska kalką. Jeśli nie widzieliście oryginału, podnieście ocenę w górę.

6/10

Radosław Ostrowski

Irma Vep

Co się stanie, gdy połączymy stację HBO z wytwórnią A24 i weźmiemy się za remake filmu z 1996 roku w formie serialu zrobiony przez autora oryginału? Taka jest „Irma Vep”, pozornie idąca w znajome rewiry opowieść o tworzeniu filmu/serialu, zderzenia sztuki z biznesem, spojrzenia zza kulis oraz wpływu pracy na innych. Ale poukładajmy wszystko do kupy.

Bohaterką jest Mira (Alicia Vikander) – młoda, amerykańska aktorka, która niedawno zrealizowała wysokobudżetową produkcję i promuje ją w Paryżu. Niedawno rozstała się ze swoją partnerką i asystentką, a wcześniej z lubianym aktorem Eamonnem (Tom Sturridge), co media mocno lubią przypominać. Aktorka jednak przybywa do stolicy Francji z jeszcze jednego powodu: pracy nad serialem pod okiem uznanego Rene Vidala (Vincent Macaigne). Ma to być remake serialu z 1916 roku „Wampiry”, zaś Mira ma zagrać Irmę Vep, diaboliczną femme fatale i prawdziwą liderkę gangu wampirów. Jednak realizacja cały czas wisi na włosku, z powodu reżysera oraz dość niekonwencjonalnych metod.

Gatunkowo ciężko jednoznacznie powiedzieć, czym jest „Irma Vep”? Miesza dramat psychologiczny, satyryczne spojrzenie na kino zza kulis, absurdalny humor oraz… pewne elementy nadnaturalne. By jeszcze bardziej namieszać mamy wplecione sceny z prawdziwego serialu, przeplatane z momentami filmowanymi (zmienia się wtedy format obrazu i wszystko ma taki jasnoniebieski filtr) oraz… zwizualizowanymi scenami z pamiętnika Musidory (aktorki grającej Irmy Vep w wersji z 1916). Już was boli głowa i czuje się zdezorientowani? Postaci też tu jest cała masa: od nerdowatej asystentki Reginy (Devon Ross) przez kostiumolog Zoe (Jeanne Balibar) i uzależnionego od cracka świrniętego aktor Gottfired (kradnący szoł Lars Eidinger) po eleganckiego aktora Roberta (Hippolyte Girardot) oraz proponującej bardziej „atrakcyjne” produkcje agentka Zelda (Carrie Brownstein). Dzieje się tu wiele i pojawiają się kolejne postacie, co wprowadza dodatkowe zamieszanie.

Jest barwnie, chaotycznie, ale to wszystko jest kontrolowane. Assayas mocno czerpie z wątków autobiograficznych (postać reżysera i elementy jego biografii), zapewne też z wersji AD 1996 (wynika to raczej z podejrzeń niż znajomości filmu). Wszystko tu się pląta, miesza i miksuje – fikcja z rzeczywistością, przeszłość i teraźniejszość, stary film i jego nowa wersja. Jednak reżyser potrafi zaangażować, czasem rozbawić, a nawet rzucić paroma obserwacjami na temat świata artystycznego. Nie jest to może aż tak gorzkie i ostre jak w „Graczu”, niemniej jest parę mocnych momentów (monolog Gottfrieda na pożegnalnej imprezie czy parę wypowiedzi Miry), a poczucie zagubienia towarzyszy niemal wszystkim.

Najmocniej widać to w przypadku reżysera w rewelacyjnej interpretacji Macaigne’a, dla którego praca jest bardzo poważnym zadaniem. I tu nie chodzi o to, że w przeszłości miał różne przypały oraz bierze antydepresanty, ale z powodu zachowania na planie. Nigdy nie można być pewnym, co zrobi i jego obsesje są w stanie doprowadzić produkcję do zamknięcia, zaś jego sposób komunikowania się z aktorami pokazuje bezradność, zagubienie, frustrację, niepewność. Także Vikander zgrabnie lawiruje między pewnością siebie, magnetyzmem, szczerością i poczuciem rutyny. Kluczowe dla niej są sceny, gdy nocą przechadza się w stroju Irmy Vep jakby za bardzo wchodziła w postać. Ale czy coś tu więcej się dzieje? Wspólne sceny tej dwójki potrafią zadziwić, choć mogłoby ich być więcej.

Trudno się przyczepić do warstwy wizualnej, bo zdjęcia są więcej niż świetne. Zarówno te bardziej współczesne jak i pokazujące ujęcia z kręconego filmu czarują swoim stylem. Kostiumy też wyglądają niebywale (szczególnie przy scenach z pamiętnika Musidory), jednak prawdziwe wariactwo dzieje się w montażu. Wszystkie plany się przeplatają w najmniej oczywisty sposób, doprowadzając czasem do kociokwiku, co na początku dezorientuje. Ja w pierwszych odcinkach czułem też zagubiony i nie do końca wiedząc, dokąd to wszystko zmierza.

Jest w „Irmie Vep” coś tak frapującego i intrygującego, mimo pewnego poczucia chaosu. Assayas bawi się konwencją kina w kinie, przy okazji pokazując pewne ponadczasowe problemy filmowców na planie – ich wątpliwości, kaprysy, charaktery oraz ten tygiel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Taika Waititi – 16.08

WaititiAktor, scenarzysta, reżyser, producent filmowy.

Urodzony 16 sierpnia 1975 w Raukokore jako Taika Cohen. Syn Maorysa (artysta) i Żydówki rosyjskiego pochodzenia (nauczycielka). Gdy rodzice rozstali się jak Taika miał 5 lat, chłopcem zajmowała się matka. Uczęszczał do Onslow College, a następnie ukończył w 1997 roku Victoria University w Wellington z wiedzy o teatrze. Podczas studiów dołączył do pięcioosobowego składu komediowego So You’re Man (oprócz niego skład tworzyli Jermaine Clement, Bret McKenzie, Carey Smith i reżyser David Lawrence). Występowali po Nowej Zelandii oraz Australii, co przyniosło im rozpoznawalność.

Współpraca z Clementem zaowocowała przyjaźnią oraz stworzeniem duetu The Humourbeasts, które zyskiwało coraz większą popularnością i uznanie, otrzymując największe możliwe wyróżnienie dla komika, Billy T. Award w 1999 roku. Powoli też zaczynał swoje reżyserskie próby, najpierw w krótkim metrażu. Już jego drugi film „Two Cars, One Night” z 2003 roku przyniósł mu nominację do Oscara za film krótkometrażowy (podczas ceremonii przy czytaniu nominacji… zdrzemnął się). Ale na pełnometrażowy debiut trzeba było czekać aż 4 lata. Napisany w ówczesną partnerką „Orzeł kontra rekin” świata nie zawojował, jednak Taika ciągle pracował. Zarówno w telewizji przy tworzonym przez kumpli ze studiów serialu „Flight of the Concords”. Przełomem był dopiero drugi film „Boy” z 2010, który nie tylko zebrał entuzjastyczne recenzje krytyków, lecz był kasowym hitem w rodzimej Nowej Zelandii.

To otworzyło Taice wrota do Hollywood, gdzie nie tylko realizował swoje reżyserskie produkcje, ale także pojawiał się jako aktor (m.in. w „Zielonej latarni”, „Free Guy” czy „Szalony świat Louisa Waina’) czy przy serialach („Co robimy w ukryciu”, „Reservation Dogs”, „Nasza bandera znaczy śmierć”) także jako scenarzysta i/lub producent. O rolach głosowych przy takich tytułach jak „Rick i Morty” czy „Mandalorianin” nawet nie wspomnę.

Oprócz tego Taika także reżyseruje teledyski (dla zespołów z Nowej Zelandii) oraz reklamy, z których tą najsłynniejszą była nakręcona w 2020 roku dla Coca-Coli.

Do grona jego współpracowników zaliczają się: scenograf Ra Vincent, producenci Kevin Feige, Brad Winterbaum, Carthew Neal, kostiumolog Amanda Neal, kompozytor Michael Giacchino oraz aktorzy Jemaine Clement, Cohen Holloway, Rachel House, Rhys Darby i Jackie van Beek,

Waititi ma na swoim koncie Oscara (i 2 nominacje), nagrodę BAFTA, dwie nominacje do Emmy, dwie nominacje do Nagrody Amerykańskiej Gildii Reżyserów, dwie nominacje do Nagrody Amerykańskiej Gildii Producentów, dwie nominacje do Satelity, nominację do Nagrody Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych oraz Nagrodę Amerykańskiej Gildii Scenarzystów (i cztery nominacje).

A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Taiki Waititiego w kolejności od najsłabszego do najlepszego. Zapraszam do komentowania pod postem. 3, 2, 1, zaczynamy.

Miejsce 6. – Boy (2010) – 6/10

Tytułowy bohater to 11-letni, który marzy o wyrwaniu się z zamieszkiwanego zadupia. Wtedy pojawia się w domu nieznany chłopcu ojciec, dla którego jest osobą mogącą zrobić wszystko. Mieszanka wyobraźni chłopca zderzona zostaje z brutalną rzeczywistością, czyli przyspieszony kurs dojrzewania. W zasadzie nowe jest otoczenie, a reszta aż zbyt znajoma. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Co robimy w ukryciu (2014) – 7/10

Komediohorror zrealizowany wspólnie z Jemaine Clementem, którego sukces doprowadził do powstania serialu. Obserwujemy cztery mieszkające ze sobą wampiry w jednym domostwie Nowej Zelandii oraz jak sobie radzą z nową codziennością. Trochę przypomina to zbiór skeczy, z bardzo luźno powiązaną fabułą i stylizowane jest to na dokument. I to wszystko działa. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Jojo Rabbit (2019) – 7,5/10

Najbardziej „kontrowersyjny” film w dorobku Nowozelandczyka. Osadzona pod koniec II wojny światowej historia skupia się na 10-letnim Jojo – członku Hitlerjugend, wychowanego przez matkę, którego największym przyjacielem jest… Adolf Hitler. Dokładnie jego wyobrażoną wersję. Jego ślepa wiara w nazizm zostaje skonfrontowana, gdy odkrywa w mieszkaniu… ukrywającą się żydowską dziewczynkę. Całe to zderzenie pokazuje w bardzo krzywym zwierciadle cały proces indoktrynacji i manipulacji, która faszeruje umysły nienawiścią oraz wrogością. Mocne, groteskowe, zabawne i… poruszające. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Orzeł kontra rekin (2008) – 8/10

Pełnometrażowy debiut, który NIE JEST żadnym monster movie czy B-klasową jazdą a’la „Sharknado”. Pozornie to opowieść o spotkaniu i zderzeniu dwojga outsiderów. Ona została wyrzucona z pracy i sprawia wrażenie bardzo wycofanej, on jest bardzo pewny siebie i nie dopuszcza do siebie nikogo. Cała ta interakcja poprowadzona jest z dużym wyczuciem, rozwalający humorem oraz uroczą atmosferą. Poniekąd można to nazwać komedią romantyczną. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Thor: Ragnarok (2017) – 8/10

To chyba jeden z rzadkich przypadków, kiedy to wyrazisty reżyser, realizując film dla dużej wytwórni za kupę kasy, nie stracił swoich charakterystycznych elementów. Trzeci Thor jest czystą komedią w bardziej absurdalnym stylu. Tym razem nasz bóg młotków musi zmierzyć się zarówno z końcem świata (Ragnarokiem) oraz nieznaną siostrą Helą. Pomoże mu Hulk, podstępny Loki oraz nawalona Walkiria. Jest barwnie, wariacko, z jajem, polane muzą w stylu lat 80. Zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji MCU. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Dzikie łowy (2017) – 8/10

Najbardziej wzruszający i szczery film Waititiego. Czyli kolejne zderzenie dwóch światów, czyli 12-letniego Ricky’ego, który trafia do rodziny zastępczej. Kiedy wydaje się, że znaleziono nowy dom, kiedy przyszła matka (Rose) umiera, a przyszły ojciec (Hector) nie chce dzieciaka. Zamiast trafić do opieki społecznej, ucieka i to Hector zostaje uznany za… porywacza. Absurdalna mieszanka komedii, kina inicjacyjnego oraz survivalowego, z kapitalnie zagranym duetem Julien Dennison/Sam Neill. Czysta hybryda, gdzie wszystkie elementy łączą się w świetną całość. Recenzja tutaj.

Jakim fenomenem jest Taika świadczy jak bardzo napięty ma grafik i nadal ma. W przyszłym roku zobaczymy nowy film „Next Goal Wins” o najgorszej piłkarskiej reprezentacji, której będzie próbował pomóc Michael Fassbender, do tego ma nakręcił film w świecie „Gwiezdnych wojen”, serialowych „Bandytów czasu”, live-action wersję „Akiry” oraz adaptację komiksu Alejandro Jodorovsky’ego „Incal”. Pracy mu nie zabraknie, a więcej o fenomenie Nowozelandczyk opowiedział w swoim video-eseju Skazany na film:

A jakie są wasze ulubione filmy Taiki Waititiego? Piszcie w komentarzach.

Radosław Ostrowski