Toy Story 4

Ile to już czasu minęło odkąd Chudy, Buzz i spółka trafili do domu Bonnie? 9 lat i wydawało by się, że już więcej z tej opowieści już nie da się wycisnąć. Że to już jest koniec i nie ma powodu wracać do świata zabawek, co ożywają, gdy nie ma ludzi. Pixar posiada pewną moc robienia sequeli, które rzadko są do bani (może poza „Autami 2”), chociaż obawa przed rozczarowaniem była spora.

Tym razem jednak Chudy, dla którego dobro dziecka jest najważniejszą wartością i sensem jego egzystencji, przez nową właścicielkę został odstawiony na boczny tor. Bonnie woli bawić się innymi zabawkami jak Jessie czy Rexem. Sytuacja zmienia się, kiedy dziewczynka idzie pierwszy raz do „zerówki”. Chudemu udaje się pomóc dziewczynce, wchodząc sposobem do plecaka. Efektem jego działań jest stworzenie przez nią zabawki ze śmieci nazwanej Sztućkiem. Nowa zabawka ma jednak poważny problem z zaadaptowaniem się i desperacko zmierza ku koszowi na śmieci. Nawet podczas tygodniowej wycieczki do lunaparku, co doprowadza do wypadnięcia Sztućka z auta. W ślad za nim rusza Chudy, a podróż będzie dla obydwu ważnym doświadczeniem.

toy story4-1

Debiutujący reżyser Josh Cooley musiał czuć wielką presję w trakcie prac nad tym filmem. Filmem, który w momencie ogłoszenia został uznany za zbędny i niepotrzebny. Każda z poprzednich części zachowywała balans między refleksją a rozpędzoną akcją. Tutaj w sumie też jest podobnie, ale czy dzisiaj dzieciaki w ogóle chciałyby się bawić zabawkami? Kiedy mają w zasięgu komputery czy telefony z Internetem? W tym świecie tych gadżetów nie ma, jednak nie jest to aż tak dużym problemem. Bo i twórcy stawiają tutaj sobie inne pytanie: co to znaczy być zabawką i czy może jest alternatywa od roli sprawiania dziecku radości. To ostatnie pokazuje nie widziana w poprzedniej części pasterka Boo, która jest kompletnie nie do poznania. Żadna tam delikatna dama w opałach, ale twarda, niezależna i waleczna babka. Inną skrajnością jest Sztuciek – nie znający swojego miejsca na ziemi ani swojego zadania. Przypomina świeżo narodzone dziecko, które zaczyna poznawać świat i jest początkowo irytujący, nawet wygląda groteskowo. No i jeszcze jest antagonistka, choć czy aby to jest właściwe określenie? GabiGabi to zabawka po przejściach, niekochana i z uszkodzonym sprzętem wydającym jej głos. Jednak w przeciwieństwem do złola z „trójki” nie jest rozgoryczona ani demonicznie zła. I to jest świetnie napisana oraz zarysowana postać, wnosząca wiele świeżego do serii.

toy story4-3

Niemniej historia wzrusza i potrafi rozbawić, ostatecznie zamykając historię Chudego. Sceny akcji nadal są bardzo pomysłowo zrealizowane oraz świetnie zmontowane (próba odbicia Sztućka czy finał przed karuzelą), bardzo pewnie budując napięcie. Nie brakuje nawet momentów pasujących do horroru (pierwszy spacer GabiGabi), a wszystko bardzo pięknie zrealizowane. W paru momentach (sceny z kotem czy pierwsza scena w deszczu) animacja wydaje się wręcz fotorealistyczna. W sensie wygląd kropel czy sylwetka oraz sierść kota. Nie wiem, co tym razem będą w stanie wymyślić ludzie z Pixara, ale to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

toy story4-2

Jeżeli mam się jednak do czegoś przyczepić, to do niezbyt dużej obecności postaci z poprzednich historii. W szczególności chodzi mi o Buzza, mocno zepchniętego na dalszy plan, przez co w drugim akcie nie ma za wiele do roboty. Reszta starej paczki pełni tutaj także role epizodyczne, w zasadzie robiąc tylko za tło. To jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, zaś finał po prostu wzrusza. Warto też wspomnieć o polskim dubbingu, który brzmi bardzo dobrze, a starzy znajomi z Robertem Czebotarem i Łukaszem Nowockim na czele wykonała fantastyczną robotę. Z nowych postaci najbardziej wybija się Gabi Gabi, której głosu użyczyła Julia Kamińska, pokazując bardzo złożony charakter tej pozornie złej postaci oraz drobny komediowy duet Kwaku/Bunio w wykonaniu 2/3 dawnego kabaretu Limo.

toy story4-4

Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale ostatecznie ten epilog (bo tak należy traktować czwórkę) nadal dostarcza masę emocji, a poruszający finał zostanie w głowie na długo. Czy chciałbym powstania kolejnej części? Raczej nie, choć po Pixarze można spodziewać się wszystkiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 1

Ile już było opowieści o superherosach żyjących we współczesnym świecie? A takich, gdzie osoby z mocami nie ukrywają się, są obecni w mediach społecznościowych, rozpoznawalnych niczym celebryci? Ktoś kiedyś wpadł na szalony pomysł, by przedstawić taką wizję świata w formie komiksu. W świecie „Chłopaków” bohaterowie są znani, zaś siedmioro z nich staje się słynną Siódemką z Vought. I nie chodzi o miasto, ale o korporację Vought International, robiącą wielką kasę z tego interesu oraz niejako decydując o tym, kto będzie tu należał i z kim mają walczyć. Jednak jest pewna grupka ludzi, którzy chcą dorwać korporację oraz superherosów, którzy nie są tacy super. The Boys nie mają żadnego wsparcia ani funduszy, lecz zostaje im spryt oraz bezkompromisowość. Ekipą dowodzi Billy Rzeźnik, a ten się nie cacka i werbuje nowego członka ekipy. Hughie Campbell to niby zwykły chłopak, który pracuje w sklepie RTV. Ale jego spokojnie życie zmienia się, kiedy jego dziewczyna zostaje zmieciona przez rozpędzonego superherosa zwanego Pospiesznym. Innymi słowy, nadszedł czas na zemstę.

the boys1-4

Nowy serial od Amazon Prime Video i kolejna adaptacja komiksu Gartha Ennisa. „The Chłopaki” balansują między dramatem, bardzo czarną komedią oraz satyrą na środowisko korporacyjne. Tylko, że tak korporacja ma superbohaterów. Ci posiadają różne umiejętności i niektórzy przypominają inne komiksowe postacie pokroju Supermana, Wonder Woman czy Flasha. Bardziej zaskakuje fakt, że osób aspirujących do miana herosa jest dużo, dużo więcej niż miejsca w Vought. To jak ta firma funkcjonuje i do czego jest w stanie się posunąć, by osiągnąć swoje cele (m.in. przegłosowanie ustawy o włączeniu gości w lateksach oraz supermocach do armii) potrafi przerazić. A geneza naszych herosów to jedno z bardziej szalonych pomysłów, jakie widziałem. To nie wszystkie karty, jakie mają dla nas twórcy do odkrycia.

the boys1-2

Historię poznajemy z perspektywy dwojga nowych członków skonfliktowanych ekip: nieśmiałego Hugh, napędzanego zemstą za śmierć dziewczyny oraz Annie „Gwiezdną”, nową, idealistyczna członkinię Siódemki. Oboje próbują odnaleźć się w nowym dla siebie otoczeniu i zweryfikować swoje oczekiwania. Hugh zaczyna przekraczać kolejne granice, a z bardzo nieśmiałego chłopaka staje się bardzo bystrym, opanowanym facetem. Choć tylko pozornie wie, czego szuka, zaś Rzeźnika traktuje troszkę jak autorytet. Albo bierze za kogoś, kim sam chciałby być. Z kolei Annie odkrywa prawdziwe oblicze uwielbianych gości w lateksach: zwyrodnialców, podglądaczy, pełnych kompleksów oraz pragnący akceptacji, władzy. I ten wątek stawia jedno z ważniejszych pytań: co to właściwie znaczy być superbohaterem? Czy trzeba nosić fikuśny strój oraz posiadać moce? Być posłusznym wobec swoich mocodawców, zarabiając kupę kasy? Czy może jednak kierować się własnymi zasadami oraz mieć silny kręgosłup moralny bez względu na wszystko? Nie spodziewałem się takich refleksyjnych pytań po – jakby nie patrzeć – bardziej rozrywkowej produkcji.

the boys1-3

Tutaj wszystko do siebie pasuje. Miejscami rubaszny i chamski humor, bardzo krwawo-bluzgane sceny akcji (jedna tylko wydaje się chaotycznie zmontowana), oszczędnie wykorzystywane efekty specjalne, potrafiące zryć głowę oraz niemal mocno namacalne poczucie zagrożenia czy osaczenia. Bo nasi Chłopacy nie posiadają supermocy, wsparcia państwa, rządu ani jakichkolwiek innych tajnych służb. A to czyni walkę bardzo nierówną, lecz potrafi ekscytować oraz trzymać w napięciu. Zakończenie zaś stawia wiele pod znakiem zapytania i każe czekać na nową serię.

the boys1-1

Wszystko to jest także podparte fantastycznym aktorstwem, choć najbardziej interesujące jest kilka postaci. Nie oznacza to, że reszta nie ma tu zbyt wiele do roboty, bo jest zupełnie inaczej. Najważniejsi tutaj są: Rzeźnik, Ojczyznosław, Hughie oraz Annie. Rzeźnik w wykonaniu Karla Urbana to najbardziej szorstki (anty)bohater od lat. Cyniczny, złośliwy, napędzany żądzą zemsty egoista, nie bojący się wykorzystać innych do swojego celu. Pod tym wszystkim jednak skrywa się złamany przez życie człowiek, skrywający swój ból w masce cynicznego twardziela. Kontrastem dla niego jest Hughie w wykonaniu absolutnie czarującego Jacka Quaida (tak, syna TEGO Quaida, choć bardziej podobny jest do… Michaela Shannona). Początkowo nieśmiały, taki klasyczny frajer, z czasem staje postawiony pod poważnymi dylematami (morderstwo, szantaż) i potrafi wyjść z tego dzięki sprytowi. Nie mogę nie wspomnieć o ciekawie prowadzonej jego relacji z Annie, nie znając jej tożsamości jako superbohaterki, pokazującej jego cieplejsze oblicze. A propos Annie, wcielająca się w nią Erin Moriarty absolutnie błyszczy, choć pozornie nie jest zbyt ciekawa. Pełna pasji, poświęcenia oraz naiwności próbuje jednocześnie pozostać sobą i spełniać oczekiwania swoich nowych szefów. A efekty mocno na niej się odbijają i zmuszają do pewnych przemyśleń.

the boys1-5

No i najmocniejszy ze stawki Antony Starr, czyli Ojczyznosław (nie wiem, kto tłumaczył te ksywy, ale był geniuszem!!!), będący wizualną wypadkową Supermana z Kapitanem Ameryką. Może i jest on nośnikiem wielkich idei, lecz to wszystko fasada. Pod nią skrywa się inteligentny, bezwzględny psychopata z ego większym niż jego mocami, co tworzy niebezpieczną mieszankę oraz pragnącego bycia liderem. To mroczniejsze oblicze inspirowanego Supermanem postacią bardziej przeraża niż „Brightburn” oraz inkarnacje Zacka Snydera.

Wow, takiego serialu superbohaterskiego potrzebowałem. „Chłopaki” są brutalni, bezwzględni, szyderczy i bezkompromisowi. Nie boją się obnażyć hipokryzji oraz bardzo gorzkich refleksji na temat możliwej obecności supków w naszej rzeczywistości. Czekam na kolejną dawkę adrenaliny i smolistego humoru.

8/10

Radosław Ostrowski

W labiryncie

Zaczyna się banalnie: nastolatka idzie na skraju drogi, widzi pojazd. Stoi przy nim i zostaje do niego wepchnięta. Potem widzimy ją w szpitalu, z zagipsowaną nogą. Odwiedza ją profiler, dr Green i informuje, że była przetrzymywana przez 15 lat. By dorwać sprawcę, mężczyzna chce wykorzystać to, co pamięta z tego czasu. Jednocześnie nad sprawą porywacza pracuje prywatny detektyw, Bruno Genko. Czy uda im się dopaść sprawcę?

w labiryncie1

Donato Carrisi drugi raz przenosi na ekran swoją powieść. Tak jak „Dziewczyna we mgle” mamy do czynienia z powoli odkrywaną tajemnicą, jednak idziemy w zupełnie innym kierunku. Dwutorowa narracja wywołuje jeszcze większą konsternację, przez co trzeba bardzo się skupić. Bo tropy są nam podrzucane cały czas, a sama koncepcja psychopatycznego geniusza zbrodni, co prowadzi grę z ofiarą może budzić grozę. Jednak różnica od poprzedniego filmu polega na dodaniu lekko psychodelicznego klimatu. Ale czy może być inaczej skoro morderca ma maskę królika na twarzy? I nie, nie kojarzy mi się to z „Ja teraz kłamię”. Poczucie pewnej nierzeczywistości potęguje jeszcze scenografia. Sam wygląd labiryntu, gdzie bardzo oszczędnie wykorzystywane jest oświetlenie, wygląda niesamowicie. Tak jak biuro Otchłani (Wydział Policji ds. Osób Zaginionych) czy mieszkanie prostytutki. Klimat potęgują też wiadomości z radia, gdzie w tle padają wieści o końcu świata, niemal wyczuwalny skwar oraz bardzo powoli odkrywana tajemnica.

w labiryncie3

Muszę jednak przyznać, że im dłużej się ogląda, tym coraz większa dezorientacja towarzyszy w trakcie seansu. Co jest prawdą, co jest urojeniem oraz kiedy toczy się cała akcja. Reżyser mocno inspiruje się tutaj Davidem Fincherem, Dario Argento i Davidem Lynchem. Nie brakuje tutaj symboliki (liczba 23), poplątanych tropów, „nawiedzonych” rozmówców, komiksu z okultystycznym dnem oraz krótkich ataków przemocy. Żadnej zabawy w strzelanie, gonitwy czy naparzającej akcji. Spokojne tempo bardzo przypomina kryminały z lat 70. Wszystko nadrabia tutaj bardzo zaskakujący finał, mogący wywołać mętlik w głowie. Ale na spokojnie podchodząc nie jest to przekombinowana, bezsensowna wolta.

w labiryncie2

Aktorsko jest tutaj solidne, choć z tego grona najbardziej wybija się najmniej znana mi aktorka. Jest to Valentina Belle w roli zaginionej Samanthy. Bardzo przekonująco pokazuje jej zagubienie oraz przerażenie ukryte w oczach, a z tą postacią najłatwiej się identyfikować. Solidnie prezentuje się Toni Servillo jako detektyw Genko. Niby typowy cynik z papierosem w ustach oraz ubrany na biało (jako jedyny z ludzi dochodzących prawdy), ale także bardzo zmęczony twardziel, co używa sprytu zamiast broni czy pięści. Niby takich postaci było wiele, jednak wypada zbyt porządnie, by go zignorować. Jednak dla mnie największym rozczarowaniem jest Dustin Hoffman jako psychiatra Green. Aktor sprawia wrażenie troszkę znudzonego, nie mając tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Ale też i dialogi nie dają mu dużego pola do popisu.

„W labiryncie” jest przykładem intrygującego, choć bardzo wymagającego kryminału z klimatem grozy. Niepokojąca, powoli odkrywająca swoje karty i zmuszająca do działania szarych komórek niemal non stop. W innym wypadku można się tutaj zgubić, a wyjście z tego labiryntu nie będzie proste.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Wiele było już prób opowieści o tym jak legendarny bandyta Jesse James został zabity przez członka swojego gangu. Jednak reżyser Andrew Dominik w 2007 roku podszedł do tematu z zupełnie innej strony. Jeśli spodziewacie się klasycznego westernu, gdzie cała ta historia będzie miała dynamiczno-sensacyjną otoczkę, lepiej sobie odpuśćcie. Ale po kolei.

Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy banda braci Jamesa dokonuje ostatniego napadu na pociąg w 1881 roku. Tam dołącza drugi z braci Fordów, zafascynowany szefem gangu Robert. Po skoku, który nie przyniósł zbyt wielkiego profitu, bracia James rozdzielają się. Od tej pory w ferajnie dochodzi do zniknięć, aresztowań, zaś Jesse coraz bardziej czuje oddech ścigających go władz. Ford razem z bratem zostają przy Jesse’m, ale banda zaczyna się rozpadać. I dochodzi do pewnego niepokojącego wydarzenia, rzucającego cień na relację między Jesse a Robertem.

zabojstwo jesse'ego1

Reżyser opowiada swoją opowieść powoli, baaaaaaaaaaaaaaardzo powoli. Można odnieść czasem wrażenie, że akcja zostaje tutaj zepchnięta na dalszy plan. Wszystko jest tutaj podporządkowane budowaniu lekko melancholijnego klimatu oraz psychologicznego portretu dwójki bohaterów: idola oraz jego fana. Człowieka zmęczonego sławą oraz bardzo tej sławy pragnącego. Inteligentnego, opanowanego twardziela oraz niedojrzałego, skrępowanego, rozgadanego chłopaczka. Każdy dialog, każda scena może wydawać się rozciągnięta. Jakby twórca z niemal kronikarską precyzją chce odtworzyć tą historię. Bez pomijania żadnego detalu, co jeszcze bardziej podkreśla obecność narratora. I o dziwo, ten element – zazwyczaj zbędny i dopowiadający to, co nie zawsze wymaga dopowiedzenia oraz jest pójściem na łatwiznę – pasuje tutaj idealnie. Swoim ciepłym głosem dodaje charakteru temu dziełu, a także sprawia wrażenie, jakbyśmy czytali na głos powieść. I ona na naszych oczach się materializuje.

zabojstwo jesse'ego2

„Zabójstwo Jesse’ego…” może nie imponuje akcją (w ponad 2,5-godzinnym filmie jest jeden napad na pociąg, jedna strzelanina – pozbawiona patosu oraz celowo żenująca), a monotonne tempo powoduje, że lepiej przed seansem należy być wypoczętym. Wtedy można się rozsmakować w spokojnie budowanym świecie, z przepięknymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz bardzo klimatyczną (nie do końca westernową) muzyką duetu Nick Cave/Warren Ellis. To rozsmakowanie poszczególnych scen pozwala wejść w tą grę między Jamesem a Fordem. I każe się zastanowić, czy to zabójstwo było zabójstwem, czy może jednak zaplanowaną zbrodnią w celu utrzymania mitu Jamesa. Człowieka mającego opinię takiego amerykańskiego Janosika, ale tak naprawdę zmęczonego, bardziej wycofanego, ciągle ukrywającego się pod innym nazwiskiem. Ale wraz ze śmiercią Jamesa nie kończy film, tylko dostajemy epilog o tym, co stało się z jego zabójcą. I nie to zbyt radosna opowieść, ale o tym przekonajcie się sami.

zabojstwo jesse'ego4

Całość na swoich plecach noszą dwaj aktorzy, którzy tutaj przeszli samych siebie. Kapitalny jest tutaj Brad Pitt w roli Jamesa. Wydaje się wręcz nieobecny, ale jakby wiedział wszystko i nie daje po sobie tego znać. Jest to bohater będący ofiarą swojego mitu, zmęczony oraz patrzący niemal przed siebie. Bardzo zniuansowana, delikatna, niepozorna i nieoczywista kreacja, której się nie spodziewałem. Na tym samym poziomie grywa tylko Casey Affleck jako Robert Ford, będący totalnym kontrastem. Niepewny, zagubiony, czasem rozgadany oraz pragnący tylko jednego – uznania i szacunku. Również złożona postać, której relacja z Jessem pozostaje najmocniejszym punktem tego filmu. Reszta aktorów może wydaje się robić za tło, chociaż swoje zadanie wykonują bez zarzutu (głównie Sam Rockwell jako brat Roberta oraz Jeremy Renner, będący kuzynem Jamesa).

zabojstwo jesse'ego3

Film z 2007 powstawał w czasach, kiedy westerny swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą. Film Dominika bardziej przypomina rewizjonistyczne dzieła Roberta Altmana czy Sama Peckinpaha, niejako dekonstruując gatunek. Powolny, ale bardzo klimatyczny i pięknie wyglądający tytuł, chociaż wymagający masę cierpliwości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rodzeństwo Willoughby

Rodziny są różne i były w filmach pokazywane na różne sposoby. Od kochający się przez pozbawioną rodziców aż po toksyczne więzi oraz czystą patologię. No i jest też rodzina Willoughby z długimi tradycjami, gdzie każdy członek familii (w tym kobiety) nosili długie wąsy. Aż do obecności ostatniego członka rodziny, będącego skrajnym egoistą, w czym dorównuje mu tylko żona. I nawet pojawienie się dzieci nie jest w stanie zmienić ich nastawienia. Rodzeństwo wydaje się mocno zgrane (próbujący rządzić oraz inteligentny Tim, cudnie śpiewająca Jane oraz niepokojący bliźniacy Barnaba), lecz to nie wystarcza. Całe ich życie zmienia się w momencie, gdy trafia pod ich dom sierota, co podsuwa dzieciakom pewien szalony pomysł.

willoughby1

Kolejna animacja od Netflixa, ale tym razem jest co obejrzeć. Film oparty jest na książce Lois Lowry to bardzo pokręcona historia familijna, gdzie cała konwencja jest wywrócona do góry nogami. Rodzice są wyjątkowo antypatyczni i skupieni na sobie, zaś ich dzieci to kompletne przeciwieństwo. Pełni wyobraźni, marzeń oraz kreatywności, troszkę kojarząc mi się z rodzeństwem Baudelaire z „Serii niefortunnych zdarzeń”. Chociaż może nie aż na taką skalę, ale najbardziej wybija się dwoje najstarszych dzieci. Tim jest bardzo podejrzliwy, nieufny oraz marzący o przywróceniu wielkości rodu. Z kolei Jane jest bardziej otwarta, trafnie rozważa za pomocą swojego gdybania i śpiewa tak pięknie, że słychać ją z daleka. Najmłodsi są dość przerażający i mają zaskakująco dojrzałe głosy. To jednak wprowadzenie do lekko groteskowego świata (domek rodziny w wielkim mieście obok dużych wieżowców), gdzie Opieka Społeczna wygląda jak tajni agenci rządowi, w okolicy żyje generał mający fabrykę słodyczy (sam też jest bardzo słodki – także na zewnątrz), a cała tą historię opowiada… kot. Lekko sarkastyczny, troszkę złośliwy i ironiczny. Ale w końcu mówi głosem Ricky’ego Gervaisa, więc mu wolno być takim.

willoughby2

Sama historia jest pełna niespodzianek i zaskoczeń, więc nie chcę wam zdradzać zbyt wiele. Być może nawet dzieje się za dużo, przez co narracja wydaje się bardzo skokowa. Wiele wątków wydaje się wręcz napakowanych, doprowadzając do przesytu oraz pourywania potencjalnie ciekawych wątków (obecność sieroty w życiu rodzeństwa, wysłanie rodziców na śmiertelne wakacje, przywiązanie do rodzinnej tradycji przez Tima, opieka sieroca czy próba sprzedania domu). Z jednej strony udynamicznia seans, przez co nie można się nudzić, ale z drugiej od tego nadmiaru boli głowa. I nie pomaga fakt, że animacja wygląda świetnie, pasując do groteskowej wizji świata, zaś oryginalny dubbing brzmi świetnie (grają m.in. Martin Short, Will Forte, Maya Rudolph czy wspomniany Gervais).

willoughby3

Jednak mimo tych wad „Rodzeństwo Willoughby” potrafiło mnie oczarować. Swoje na pewno zrobiła groteskowa strona plastyczna, jazzowo-klasyczno-bujająca muzyka oraz bardzo pokręcone poczucie humoru. Nie można nie polubić i nie kibicować temu zwariowanemu rodzeństwu. Jedna z najlepszych produkcji Netflixa tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 3

Hrabia Dracula został pokonany, jego zamek unieruchomiony leży na ruinach domostwa Belmontów, gdzie mieszka jego syn Alucard. Nie oznacza to jednak, że wampiry i zło zostało ostatecznie pokonane. Wampirzyca Carmilla razem ze swoją armią wraca do twierdzy, planując kolejny ruch oraz zbudowanie własnego imperium z siostrami. Do tego jednak musi przekonać trzymanego w niewoli Diabelskiego Kowala, Hektora. Trevor Belmont z mówczynią Syphą trafiają do miasteczka Lindenfeld, gdzie tamtejsi mnisi zachowują się dość podejrzanie. Zarządzający miastem sędzia prosi dwójkę o pomoc w wyjaśnieniu tej tajemnicy, a wokół klasztoru krąży niejaki Saint-Germain. Jakby mało było nieszczęść zdradzony kowal Izaak wyrusza do zamku Carmilli z grupą stworzony przez siebie nocnych stworów. Innymi słowy, dzieje się dużo.

castlevania3-1

„Castlevania” wraca z nową serią, która jest na razie najdłuższa (odcinków 10) oraz zawiera dużo wątków do opowiedzenia. I to jest coś, co może wywołać pewne problemy. W poprzednich dwóch seriach historia była bardzo prosta, zmierzająca do ostatecznej konfrontacji Belmonta oraz jego nowych przyjaciół z Drakulą. Ale w tym sezonie spraw jest dużo i można czasem odnieść wrażenie, że nie na wszystko starczy czasu. Zaś poczucie zagrożenia oraz zderzenia ze złem nie jest aż tak silne i intensywne jak wcześniej. Dlatego pojawia się tutaj parę momentów przestoju oraz wątków zbyt wolno prowadzonych (próba przekonania Hektora do pomocy przez niepozorną wampirzycę Leonię czy przekazywanie wiedzy przez Alucarda dwójce wojowników z Japonii), gdzie czekałem na jakieś mocniejsze uderzenie czy rozkręcenie. Dla mnie najciekawszy wątek dotyczył Izaaka oraz jego wędrówki. Tutaj jest wiele świetnych dialogów i rozmów, zaś sam bohater wydaje się bardzo rozdarty między żądzą zemsty a próbami dostrzeżenia dobrych stron w ludziach. Niby jest opanowany i spokojny, ale pod tym wszystkim można zauważyć wątpliwości oraz refleksje (fantastyczna rozmowa z kapitanem statku). Ciężko przewidzieć dokąd to zmierza, dlatego jest taki intrygujący.

castlevania3-2

Z kolei dość przewidywalny i nudnawy jest wątek Hektora oraz próby zmuszenia go do współpracy z Carmillą. Także nowy plan Carmilii jest bardziej dyskutowany niż realizowany, ale do tego akurat nie mogę się przyczepić, bo siły wampirzego rodzeństwa zostały mocno osłabione. Tutaj twórcy pozwalają troszkę lepiej poznać kulturę wampirów oraz relacje między siostrami (Carmilla, Leonia, Marzanna i Strzyga), co troszkę rekompensuje stojącego w rozwoju Hektora. Nadal łatwo podatnego na manipulację i pozbawionego własnego charakteru, by walczyć.

castlevania3-3

No i jeszcze mamy śledztwo Trevora i Saphy w Lindenfeld też toczy się dość spokojnym rytmem, jednak czuć tutaj atmosferę niepokoju. Dziwne zachowania mnichów, sprawiający wrażenie rządzącego miastem sędziego (tutaj reprezentant władzy nie jest idiotą żądnym krwi) oraz Saint-Germaina. Ten ostatni aż do połowy serii pozostaje tajemniczym przybyszem z ukrytym celem. Nie do końca wiadomo, czy można mu zaufać, ale z czasem nabiera głębi, chociaż nie wszystko zostaje wyjaśnione. Liczę na to, że ten bohater jeszcze wróci.

castlevania3-4

Serial Warrena Ellisa to nadal mroczna, krwawa i brutalna rzeźnia. Może nie aż tak widowiskowa jak poprzednio, ale jest parę momentów gore. Same walki ciągle pozostają czytelne i klarowne, bestie odpowiednio niepokojące, zaś ludzie potrafią być równie okrutni jak wampiry. Bardzo „japońska” kreska tylko podkreśla klimat całości, zaś lekko „sakralna” muzyka bardziej przeraża niż uspokaja. Twórcy zostawili furtkę na nową serię i mam nadzieję, że będzie mniej chaotyczna od tej. Nadal jednak uważam, że „Castlevania” jest godną polecenia produkcją dla fanów gier/horroru. Spragnieni nowej krwi?

8/10

Radosław Ostrowski

Gimme Danger

Jim Jarmusch i film dokumentalny? Samo to połączenie wydaje się czymś abstrakcyjnym i musiał być naprawdę mocny powód do stworzenia czegoś takiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zespole The Stooges. Słyszeliście o nich? Ta kapela działała na przełomie lat 60. i 70. stanowiąc fundament pod punk rockową muzę. Po wydaniu trzech płyt grupa się rozpadła. Dlaczego? O tym opowiedzą żyjący członkowie grupy z frontmanem Iggym Popem na czele.

gimme danger1

Jarmusch nie ukrywa swojego uwielbienia oraz fascynacji grupą, tworzącą wówczas muzykę bezkompromisową. Muzykę w zasadzie trudną do sprzedania, pełną agresji i mającą wpływ na takich twórców jak Sonic Youth, Sex Pistols czy Ramones. Niby nie jest to zaskakująca forma, bo mamy klasyczny dokument. Czyli gadające głowy (z których najbardziej wybija się Iggy Pop), dużo archiwalnych materiałów oraz opowieści. O początkach, fascynacjach muzycznych, pierwszych próbach i rozpadzie. Bo grupa nie przetrwała długo, zaś przyczyn było kilka. Nie tylko narkotyki i zbyt młody wiek członków, lecz także pewne spięcia z wytwórnią, co doprowadziło do gorzkich przemyśleń nad szołbiznesem. Bo jeśli myślicie, że tworzenie talentów oraz skrojonej pod masową publikę jest nowym wynalazkiem, jesteście w wielkim błędzie. Tak samo jak nierówny podział kasy i dominacja producenta, a nawet zakaz koncertowania. Sporym ubarwieniem są animowane wstawki, opisujące pewne wydarzenia jak przygotowania do próby czy kupno przez Iggy’ego marihuany (a dokładnie całego krzewu).

gimme danger2

Najbardziej zadziwiające jest to, że mimo braku subiektywności „Gimme Danger” potrafi przekonująco pokazać koniec ery hipisowskiej i początek lat 70. Ale sami bohaterowie nie boją się opowiedzieć o swoich nałogach i słabościach, przez co film nie jest niestrawną laurką. A troszkę się tego obawiałem. Niemniej Jarmusch wiele z ekipy potrafi wyciągnąć, przez co od filmu nie można oderwać wzroku. Jedna z ciekawszych oraz zaskakujących rzeczy w dorobku tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak ojciec i syn

Państwo Nonomiya to relatywnie młode małżeństwo. On pracuje w dużej korporacji, ona już nie i zajmuje się domem, a także 6-letnim synem Keitą. Wszystko wydaje się być w porządku oraz trudno odmówić szczęścia familii. Ale – jak wszyscy wiemy – czasem może pojawić się niespodzianka. Jeden telefon oraz porażająca wiadomość: Keita nie jest synem państwa Nonomiya. Bo w szpitalu doszło do zamiany dzieci. Dochodzi do spotkania z drugą rodziną, gdzie przebywa biologiczny syn Nonomiyów i pojawia się pytanie: co dalej?

jak ojciec i syn1

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda ostatnimi czasy wywołał bardzo duże zamieszanie. Jednak nie miałem wcześniej okazji oglądać filmów tego twórcy. Ale od czego jest Ninateka oraz ich specjalna letnia akcja. Nakręcony w 2013 roku film „Jak ojciec i syn” to pełnokrwisty dramat z uniwersalnym tematem. Jak sobie poradzić z sytuacją, gdy wychowujesz nieswoje (w sensie nie biologicznym) dziecko. Czy te parę lat z życia będzie ważniejsze od więzów krwi? Czy może dojdzie do zamiany? I czy możliwe jest funkcjonowanie w takim układzie? I to wszystko niby dla zadbania o przyszłości dzieci. Całość widzimy z perspektywy ojca rodziny, Ryoty Nonomiyi. Wydaje się typowym japiszonem, bardziej skupionym na karierze niż rodzinie, zaś dla syna jest bardzo surowy i szorstki. Zupełnie jakby reżyser troszkę go nastawiał przeciwko nam. Prawda jednak jest taka, że cały film to jest droga tej postaci do dojrzewania w spełnianiu swojej roli ojca.

jak ojciec i syn2

Zderzenie dwóch rodzin, które dzieli wszystko –  pozycja społeczna, stan posiadania oraz relacje wewnątrz każdej z nich – nie jest dla reżysera pretekstem do stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału na dobrych i złych. Narracja jest tutaj prowadzona bardzo powoli, wręcz ascetycznie, skupiając się na kluczowych momentach z długimi kadrami. Jeszcze bardziej zaskakuje inna mentalność – nie ma tutaj eksplozji, nadekspresji czy krzyków. Emocje bardziej negatywne są wręcz tutaj wycofane, wyciszone, niedopowiedziane. Dla wielu ten celowy chłód może być barierą nie do przeskoczenia, zaś wolne tempo wręcz wynudzi. Choć jest parę mocnych scen jak zeznanie pielęgniarki w sądzie czy propozycja przyjęcia obu chłopców przez Ryotę.

jak ojciec i syn3

Dla mnie jednak „Jak ojciec i syn” to bardzo delikatne spojrzenie na dojrzewanie do roli ojcostwa w absurdalnej sytuacji. Bez względu na szerokość geograficznego jest to bardzo uniwersalna, choć w specyficznym kraju.

7/10

Radosław Ostrowski

Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki

Wayne Szaliński jest bardzo ekscentrycznym i zakręconym naukowcem, za bardzo skupionym na sobie. Przez co jego relacje z rodziną są dość wyboiste, szczególnie z żoną. Dwójka dzieci troszkę żyje swoim życiem, a Wayne ciągle pracuje nad maszyną pomniejszającą. Bezczelna jednak nie chce działać, a przekonanie kolegów-naukowców bez dowodu jest wręcz niemożliwe. Sytuacja komplikuje się, kiedy syn sąsiadów trafia piłką do domu naukowca, uruchamiając maszynerię. Jak dzieci obojga chcą zabrać piłkę, poznają na własnej skórze efekt działania wynalazku.

kochanie1-1

Joe Johnston dla wielu kinomanów znany jest głównie jako reżyser pierwszego „Jumanji” oraz pierwszego spotkania z Kapitanem Ameryką. Zanim jednak zaczął kręcić filmy, pracował nad efektami specjalnymi w ILM. „Kochanie…” to reżyserski debiut tego twórcy i już tutaj widać, jak bardzo będzie chciał zadziwiać widownię. Może fabuła nie należy do skomplikowanych, bo pomniejszone dzieci chcą wrócić do domu, ale realizacja – to jest już inna para kaloszy. Filmy o pomniejszaniu ludzi dają wielkie pole do popisu dla scenografów oraz twórców efektów specjalnych. Bo chodzi o pokazanie człowieka niejako z perspektywy podłogi, trawy. Gdzie wszystko może być potencjalnym zagrożeniem: od mrówki przez motyle po kosiarkę. Perspektywa zmienia wszystko, zaś przeprawa zmusza naszych bohaterów do zmiany nastawienia. Innymi słowy, klasyka gatunku.

kochanie1-3

Sama fabuła nie powala, a głównie slapstickowy humor nie robi na mnie już takiego wrażenia. Także zderzenie nerdowskiego ojca rodziny z sąsiadem, co kocha łowić ryby i inne męskie rozrywki jest po prostu okej. Najlepiej prezentują się efekty specjalne, co robi wrażenie, scenografia pokazująca wszystko z perspektywy maluczkiego oraz wręcz zakręcona muzyka Jamesa Hornera. Zarówno działania kosiarki, powiększone zwierzęta (mrówka, skorpion) działają bez zarzutu – choć mam wrażenie, że to dobrze przygotowane kukiełki. I jest to naprawdę nieźle zagrane, co nie dziwi jak się ma Ricka Moranisa jako Wayne’a. Ale film kradnie Matt Frewer jako nerwowy, bardzo „męski” sąsiad bohaterów.

kochanie1-2

„Kochanie…” rozpoczęło karierę reżysera, którego następne filmy zrobiły na mnie większe wrażenie. To niezła komedia dla całej rodziny, pozwalająca na chwilę zapomnieć o szarzyźnie dnia.

6/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski