Franz Kafka

Kolejny film biograficzny o młodym twórcy, który umarł bardzo młodo na gruźlicę? Po „Chopin, Chopin!” wielu mogłoby nie być tym kompletnie zainteresowani. Niemniej jednak byłem zainteresowany nowym filmem Agnieszki Holland o Franzu Kafce. Nie tylko z powodu ogłoszenia filmu jako polskiego kandydata do Oscara za najlepszy film międzynarodowy.

Trudno nazwać „Franza” (taki jest tytuł na rynku międzynarodowym) konwencjonalną biografią niemieckiego pisarza z Pragi. I że będzie inaczej pokazuje już początek, gdy Franz jako dziecko jest strzyżony przez ojca oraz w szybkim cięciu widzimy już dorosłego Kafkę, który przykłada sobie do uszu… łyżki. Nie jest to historia krążąca z punktu A do punktu B prostą ścieżką, tylko wchodzimy do jego głowy oraz stanów świadomości. Dzieciństwo przeplata się z młodością, literacka fikcja materializuje się w najmniej oczywisty sposób, a do tego jeszcze mamy łamanie czwartej ściany przez… rodzinę oraz przyjaciół pisarza. Jakbyśmy oglądali mockument, co wywołuje poczucie mętliku w głowie. Do tego jeszcze część scen jest czarno-biała, a nawet pojawiają się przebitki do czasów nam współczesnych. Całość jest bardzo chaotyczna i – ku przerażeniu wielu – wymaga przynajmniej pobieżnej znajomości dorobku Kafki. Bez tego wiele scen oraz momentów pozostanie niejasnych, nieczytelnych.

Ale w tym chaotycznym szaleństwie jest tu metoda, choć film wymaga ogromnego skupienia. Holland wchodzi w umysł Kafki, którego znakomicie gra Idan Weiss (bardzo podobny fizycznie do samego pisarza). Człowieka bardzo wycofanego, niepewnego siebie oraz krytycznego wobec swojej twórczości. Potrafił on wypatrzeć absurdy (nagły atak śmiechu w siedzibie dyrektora, gdzie przecieka ściany) i niedorzeczności świata (interakcja z żebrakiem), ale także jest bardzo znerwicowany, zagubiony oraz niezbyt łatwy w komunikacji z innymi – szczególnie z kobietami. Tym istotniejsze są tutaj rozmowy innych postaci, pokazujące pewne własne spojrzenia i opinie na pisarza (tutaj szczególnie wybija się siostra Otlla oraz przyjaciel Max Brod). Nie brakuje tu bardzo mocnych emocjonalnie scen jak zerwanie zaręczyn podczas obiadu czy Brod jadący z całym dorobkiem Kafki w opanowanej przez Niemców Pradze.

Wszystko tutaj jest bardzo energetyczne oraz atmosferyczne, dzięki bardzo oszczędnej muzyce (mieszanka orkiestrowych brzmień Antoniego Łazarkiewicza z gitarowymi dźwiękami zespołu Trupa Trupa), świetnego montażu oraz zdjęć. Granica między rzeczywistością a surrealizmem (Kafka zamknięty w klatce czy wynajmujący pokoik, by nagle poczuć się obserwowanym) zaciera się, czasy dzieciństwa z młodością, a także widzimy chwile już po śmierci Kafki. Jedynym dla mnie zgrzytem, były sceny dziejące się we współczesnej Pradze. Tutaj mamy turystów przechodzący przez Muzeum Kafki, odwiedzający miejsca z nim związane, a nawet… jedzący sygnowane nazwiskiem pisarza burgery i kanapki. Nie do końca jestem pewny intencji tych scen (być może chodzi o pewne żerowanie na samym nazwisku oraz zbijaniu na tym pieniędzy), jednak na szczęście nie ma ich zbyt dużo.

Ku swojemu zdumieniu przyznaję, że to najbardziej kreatywny film w dorobku 76-letniej Agnieszki Holland. I choć już w 1991 roku Steven Soderbergh zrobił pewną wariację na temat Prażanina („Kafka” z Jeremym Ironsem), ale „Franz Kafka” jest o wiele bardziej konsekwentny w swoim planie. Nie jest to film dla wszystkich, niemniej dajcie mu szansę i może z wami kliknie.

8/10

Radosław Ostrowski

Tajemniczy ogród

Jakby ktoś kiedykolwiek mi powiedział, że specjalizująca się w ciężkim, poważnym kinie Agnieszka Holland zrobi adaptację klasyki literatury dziecięcej, uznałbym to za szaleństwo. Ale w roku 1993 doszło do niemożliwego, bo reżyserka stworzyła adaptację „Tajemniczego ogrodu” Frances Hodgson Burnett. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania.

Historia skupia się wokół Mary Lennox (Kate Maberly) – dziewczynki mieszkającej z rodzicami w Indiach, gdzie jest traktowana przez ich obojętnie. Wszystko zmienia się, kiedy jej rodzina ginie w trzęsieniu ziemi. Trafia do majątku jej wuja Archibalda (John Lynch), lecz ten więcej czasu spędza poza domem. Wówczas domem zarządza pani Medlock (Maggie Smith), zaś ta jest bardzo oschła i nie budzi sympatii. A co gorsza, Mary ma nie opuszczać swojego pokoju. Posiadłość jest jednak zbyt ogromna, by chcieć siedzieć w czterech ścianach. Miejsce zaczyna skrywać wiele tajemnic: w domostwie słychać jakieś wrzaski i płacz, część ogrodu jest zamknięta oraz porośnięta chwastami, a o pewnych rzeczach się nie mówi. Jedną z tajemnic jest fakt, że Mary ma… kuzyna, Colina (Heydon Prowse). Chłopak cały czas spędza w łóżku i nigdy nie wychodził z domu, zaś dziewczynka trafia na niego przypadkiem.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że Holland nie próbuje na siłę uczynić historii infantylnej czy przesłodzonej. I czuć tutaj wiszącą w powietrzu aurę odkrywania nieznanego, obietnicę przygody. Ale czy może być inaczej z tak pięknymi krajobrazami (w końcu zdjęcia robił Roger Deakins z dodatkową pomocą Jerzego Zielińskiego oraz Dicka Pope’a) oraz ogromnym domostwem niczym z gotyckiego horroru. Oczywiście, największe wrażenie robi tutaj sam wygląd ogrodu, jaki z czasem zaczyna nabierać nowego blasku, kolory stają się mocniejsze, zaś niemal mistyczny nastrój buduje genialna muzyka Zbigniewa Preisnera. Jednak pod tym wszystkim kryje się historia rodziny mierzącej się z bólem, dziecka szukającego akceptacji oraz rodzącej się sile przyjaźni, zmieniającej (dosłownie i w przenośni) całe otoczenie. Od dawna nie oglądałem filmu, który rzuciłby tak silny urok na mnie.

To wszystko jest zasługą zarówno świetnego scenariusza oraz bardzo delikatnej reżyserii. Ale równie imponująca jest tutaj gra aktorska. Szczególnie dzieciaki są fantastyczne: Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott oraz Laura Crossley. Pierwsza w roli Mary początkowo może wydawać się lekko krnąbrna i nie odnajdująca się w nowym otoczeniu, jednak jej ciekawość oraz uruchamiana empatia zaczyna działać cuda. Kompletnie mnie złapał za serducho Prowse, którego Colin jest (dla własnego dobra) izolowany i chroniony przed potencjalnymi chorobami, co czyni z niego słabeusza. W scenach z Mary, kiedy zaczyna konfrontować się z „zarazkami” i odzyskuje siły błyszczy najmocniej, prezentując najszersze spektrum możliwości. Troszkę w cieniu wypada wcielające się w rodzeństwo Knott (znający się na faunie i florze Dickon)/Crossley (Martha, najżyczliwsza służąca jaką widziałem), jednak potrafią parę razy skraść ekran. Z dorosłych ról absolutnie trzeba wspomnieć niezawodną Maggie Smith w dość oschłej (pozornie) pani Medlock oraz Johna Lyncha (pełen bólu lord Craven), tworzących o wiele bardziej subtelne, złożone postacie niż się wydaje.

Takiego filmu po Agnieszce Holland nie spodziewałem. Jedna z najbardziej poruszających, ciepłych i olśniewających wizualnie produkcji (nie tylko) dla młodego widza, skrywającego o wiele więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Rewelacyjna perła w dorobku polskiej reżyserki.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

Szarlatan

Czy słyszeliście o Janie Mikolasku? Ja też nie, a jest to zaskakująco barwna postać. Syn ogrodnika, znający się na ziołach, wyczuł dość specyficzny talent. Po spojrzeniu na człowieka wiedział, kiedy on umrze. Dlatego po służbie w armii c.k. decydował się leczyć uczyć oraz podjąć naukę u znachorki, pani Muhlbacherowej. Ale kiedy go poznajemy, jest rok 1957 i umiera jeden z pacjentów uzdrowiciela – prezydenta Zapotockiego. Mikolaskiem zaczyna interesować się bezpieka, co kończy się aresztowaniem i oskarżeniem o zabójstwo.

O historii tego człowieka postanowili opowiedzieć scenarzysta Marek Epstein oraz reżyserka Agnieszka Holland. Przygotowania do procesu są dla twórców do przedstawienia postaci, która jest – w przeciwieństwie do choćby „Obywatela Jonesa” – bardziej złożona niż się wydaje. Dwutorowa narracja wciąga, pokazując przeszłość bohatera (epizod wojenny, praca w ogrodzie, nauka u zielarki, w końcu kupno rezydencji oraz praktyka) i komunistyczną teraźniejszość. Ta nie znosi niekonwencjonalnej medycyny, dużego majątku oskarżonego oraz jego współpracy z nazistami. A tak, bo nasz bohater może i chciał leczyć ludzi, lecz nie był kryształowym bohaterem i ofiarą systemu. Uzdolniony, empatyczny znachor nie zawsze był w stanie każdemu pomóc (wtedy odsyłał do lekarza) bywał też narcyzem z manią wielkości, uparcie dąży do celu, konformistą oraz ukrytym homoseksualistą, za co wtedy były represje. I to właśnie ta relacja z asystentem dodaje kolorytu tej dość konwencjonalnie poprowadzonej historii.

To, co wyróżnia „Szarlatana” to także świetna warstwa realizacyjna. Każdy okres jest inaczej pokazany wizualnie. Szaro-bure więzienie skontrastowane są z zarówno barwnym czasem młodości. Wtedy kolory są bardzo nasycone, zdjęcia Martina Strby zachwycają oczy. Jednocześnie jest to bardzo przyziemne, z kilkoma bardzo mocnymi scenami (wtargnięcie bezpieki, „test” w Gestapo czy wykonanie wyroku śmierci podczas wojny). Troszkę zakończenie może rozczarować, tak jak brak informacji o dalszych losach Mikolaska. Nawet nie poznajemy wyroku procesu, co mnie zdziwiło.

Ale to wszystko nic w porównaniu z absolutnie rewelacyjną rolą Ivana Trojana. Dzięki niemu Mikolasek jest bardzo fascynująca postacią, pełną niejednoznaczności, jednocześnie jest to bardzo wyciszona, zniuansowane, subtelnie poprowadzona kreacja. Jego młodsze wcielenie gra Piotr Trojan, czyli syn Ivana, a przejście między tymi aktorami nie wywołuje zgrzytu. Jednak zaskoczeniem jest Juraj Loj jako Frantisek Palko, czyli asystent Mikolaska. Równie interesująca kreacja, pokazująca trudną relację między panami: od fascynacji po toksyczne uzależnienie oraz podporządkowanie. Tą dynamikę aktor potrafi sprzedać choćby w ostatniej scenie, tworząc równie ciekawą postać.

Jestem kompletnie porażony tym, ile udało się Agnieszce Holland wycisnąć z tego filmu. „Szarlatan” to mocny, udany oraz miejscami poruszający film z magnetyzującą główną rolą. Reżyserka wraca tutaj do formy i tworzy swój najlepszy film w XXI wieku. Nie spodziewałem się, że to kiedyś powiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Obywatel Jones

Rok 1935, Europa nadal jest pogrążona w kryzysie gospodarczo-politycznym, w Niemczech władzę sprawuje Adolf Hitler, zaś jedynym krajem rozwijającym się jest Związek Radziecki. Przynajmniej takie informacje płyną od korespondentów. Sprawę tą postanawia wybadać Gareth Jones – brytyjski dziennikarz oraz jeden z doradców premiera Davida Lloyda George’a. Wyrusza do Moskwy i liczy na możliwość przeprowadzenia wywiadu z Józefem Stalinem. Na miejscu dowiaduje się, że jego przyjaciel Paul Kleb został zamordowany.

obywatel jones1

Agnieszka Holland wraca do tematyki politycznej, pokazując zachłyśnięcie się świata nad Związkiem Radzieckim. Krajem bardzo szybko modernizującym się oraz kuszących zagranicznych kontrahentów wielkim rozwojem. Historia ta służy do postawienia pytań na temat etyki pracy dziennikarskiej. Czy powinien dochodzić do prawdy za wszelką cenę? Czy powinien stawiać niewygodne pytania oraz samemu szukać odpowiedzi? Czy może bardziej ufać oficjalnym komunikatom i tylko przepisywać je? Zwłaszcza w kraju, gdzie media służą jako narzędzie propagandy i dezinformacji? Pytania jak zwykle ważne, ale odpowiedzi wydają się być podane łopatologicznie. Bo jak inaczej wyjaśnić wplecenie w narrację procesu pisania „Folwarku zwierzęcego” przez George’a Orwella? Chyba tylko chęcią wyjaśnienia dla widzów spoza Europy Wschodniej.

obywatel jones2

Drugim problemem były dla mnie postacie, które bardziej stają się reprezentantami pewnych idei i postaw niż ludźmi z krwi i kości. Tytułowy Jones to niezłomny idealista, będący typem dziennikarza idealnego. Czyli opisującego fakty bez ubarwień, odporny na naciski oraz presję. Przez co kompletnie mnie nie interesował. Tak samo przedstawiciele ZSRR, który są bardzo sprytnymi manipulatorami, udającymi bardzo otwartych i szczerych. Korespondentów reprezentują dwie osoby: Niemka Ada Brooks (solidna Vanessa Kirby) oraz doświadczony Amerykanin Walter Donnelly (najlepszy z obsady Peter Sarsgaard). Tutaj dopiero pojawia się odrobina szarości, bo są to ludzie wierzący w ideologię rewolucji komunistycznej, ale jednocześnie są wplątani w sidła władzy. Sprzedali się, stając zakładnikami i brakuje mi tutaj głębszego wejścia w tą dwójkę. Dzięki temu łatwiej można byłoby zrozumieć funkcjonowanie korespondentów w Moskwie.

obywatel jones3

Reżyserka bardzo uważnie przygląda się systemu opartemu na kłamstwie oraz propagandzie, chociaż większość akcji jest bardzo statyczna. I nawet nie miałbym z tym problemu, gdyby nie może podejrzenia wobec przebiegu fabuły. Zbyt wiele rzeczy wiedziałem i słyszałem na temat historii tego kraju, by mnie zaskoczyć. Najmocniejszymi fragmentami są ze środka filmu, kiedy Jones obserwuje Ukrainę. Ale robi to bez swojego anioła stróża, przez co ten obraz nie jest zafałszowany. I tam dzieją się wręcz przerażające sceny rodem z horroru – ciągła zima, nieustanna walka o żywność czy nawet akty kanibalizmu. Wszystko w otoczeniu bieli śniegu oraz niemal opustoszałych wsi. Wszystko podparte bardzo niepokojącą pieśnią w wykonaniu dzieci, tworząc klimat grozy.

„Obywatel Jones” to kolejny przykład solidnego kina zaangażowanego, gdzie za pomocą przeszłości mówi o czasach obecnych. Fake newsy, manipulacja faktami i użycie ich do celów propagandowych. Czasami się wlecze, jednak wizyta na Ukrainie potrafi wstrząsnąć oraz przerazić. Bo czasem pewne rzeczy trzeba powiedzieć wprost, by nie zagubić się w odcieniach szarości.

6/10

Radosław Ostrowski

The First. Misja na Marsa

Wyobraźcie sobie przyszłość za nieco ponad 20 lat. Technologia jest na tyle spora, używając sztucznej inteligencji czy automatycznych samochodów. Więc czemu by nie wyruszyć na podbój Marsa? Zostaje podjęta misja Providence, z 5-osobową załogą na czele. Dowódcą miał być Tom Hagerty, lecz został zastąpiony. Po wystrzeleniu statku dochodzi do eksplozji, co zaskoczyło i zszokowało niemal wszystkich. Szefowa korporacji Vista, która finansowała oraz współpracowała z NASA, chce ruszyć kolejną ekspedycję za dwa lata. Tylko czy tym razem uda się uniknąć katastrofy oraz zyskać fundusze?

thefirst2

Beau Willimon stał się rozpoznawalny w świecie telewizji dzięki serialowi „House of Cards” (tylko do 4 serii). Po opuszczeniu pracy dla Netflixa zrealizował dla Hulu dramat SF. Wizja przyszłości jest zaskakująco przyziemna, a technologia jest tak naprawdę tylko dodatkiem. Nie jest najważniejsza, więc nie spodziewajcie się jakichś widowiskowych scen czy dynamicznej akcji. „The Frst” jest zaskakująco kameralnym dramatem, bardziej skupiającym się na astronautach. Na ich dylematach, rozterkach wynikających z misji oraz poświęceniu jaki trzeba dokonać. Zwłaszcza, że niemal każdy z przyszłych członków załogi ma lekko pomieszane życie. Nieudane relacje z córką, naznaczone traumą, ciągłe skupianie się na karierze, samotność, pogarszające się zdrowie – niemal każdy odcinek próbuje skupić na jednej z postaci. Są pewne momenty, gdzie potrafi to poruszyć oraz zaangażować (relacja Hagerty’ego z dorosłą córką-ćpunką czy wątek Sadie i jej małżeństwa).

thefirst3

Ale to, co może być – i przez pewien czas było – problemem jest forma. Nie mogę nic złego powiedzieć o zdjęciach, bo te potrafią zachwycić. Zarówno kiedy jest skupiony na detalach, jak i pokazuje krajobrazy jakby z filmów Terrence’a Malicka. A propos Mallicka – podczas tych rozbuchanych krajobrazów, w tle pojawiają się dialogi niemal patetyczne, przez co miałem nieprzyjemne skojarzenia z „Drzewem życia” (do tej pory nie obejrzałem do końca i nie obejrzę). Jakby mało było problemów, chronologia jest zaburzona, przez co czasem fabułę bardzo ciężko się śledzi. A w tle jeszcze mamy mieszankę americany (podniosła trąbka) z przemielonymi dźwiękami elektronicznymi. Schizofrenia wręcz namacalna. Rozumiem, że przez to wiele osób odbiło się, a serial został skasowany po pierwszej serii. Tym bardziej mnie to boli, iż miała być kontynuacja. Ale się nie dowiemy jak przebiegła ta misja.

thefirst1

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie. Swoją robotę wykonuje Sean Penn jako kapitan Hagerty, który zostaje nowym dowódcą misji kosmicznej. Próbuje ułożyć sobie relacje z córką (świetna Anna Jacoby-Heron), choć nad tym wszystkim przewija się cień matki/żony. Najlepiej wypadają w scenach kłótni, gdy postaci granej przez Penna puszczają nerwy. Równie kluczową postacią jest szefowa Visty prowadzona przez Natashę McElhone. Wydaje się być chłodna, bardzo opanowana i nie pozwalająca sobie na jakiekolwiek emocje, ale widać zaangażowanie w swoje przedsięwzięcia. Sami astronauci też wypadają dobrze, chociaż nie zawsze poznajemy ich bliżej, a największe wrażenie robi LisaGay Hamilton (Kayla Price, niedoszła dowódczyni misji) oraz Hannah Wire (Sadie).

thefirst4

Czy warto poświęcić czas „The First”? Jest to bardzo wymagający serial, który wiele razy testuje cierpliwość widza i miejscami skręca w pretensjonalne rewiry. Czuć jednak w tym wiele serca, a i realizacyjnie wygląda to bardzo porządnie. Jeśli szukacie w SF skupieniu się na ludziach, znajdziecie wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Przesłuchanie

Rok 1950, czyli czas już powojenny. Okres, gdy można w miarę spokojnie żyć, gdzie socjalizm zaczyna się coraz lepiej wdrążać, zaś ludzie żyją szczęśliwi. Jedną z takich osób jest artystka Antonina Dziwisz – występuje w różnych miejscach, zarówno w kolektywie na wsiach i wioskach, jak i na ważnych uroczystościach. Któregoś wieczoru, mocno podchmielona zostaje odwieziona przez dwóch dżentelmenów. Gdy już odzyskuje przytomność okazuje się, że trafiła do więzienia podejrzana o współpracę z wrogiem narodu, majorem Olszą. Zaczyna się ciąg przesłuchań i tortur.

przesluchanie1

Film Ryszarda Bugajskiego otoczony jest statusem legendy, jaki za nim krąży. Dzieło, które zostało skazane na półki (gdyby nie upadek systemu w 1989 roku, pewnie dalej by tam siedział), podczas kolaudacji – odbyła się ona w środku stanu wojennego – żądano wręcz zniszczenia taśmy, realizujący dzieło Zespół Filmowy X został rozwiązany, zaś reżyserowi wręczono bilet w jedną stronę. Już same te fakty mogą rozpalać wyobraźnię, że to może być kino bardzo ostre, mocne, antysystemowe. Wielu twórców (w tym sam Bugajski) później też opowiadało o tym okresie oraz tych, którzy mieli wątpliwą przyjemność zostać osadzonymi w więzieniach. Tylko, że to byli ludzie, jakich dzisiaj zwykło się nazywać bohaterami (rotmistrz Pilecki, Kazimierz Moczarski, Danuta „Inka” Siedzikówna).

Tutaj mamy zupełnie inny przykład, bo ofiarą jest osoba politycznie neutralna: nie należy do organizacji antypaństwowych (AK, NSZ), nie jest członkiem partii, nie jest wierząca. Tonia jest zwykłym szarakiem, wrzuconym do trybów maszyny, z której wyjście jest prawdopodobnie jedno: śmierć. No chyba że zrobisz to, co ci każą: podpiszesz każde zeznanie (nawet jeśli jest w nim coś, czego nie powiedziałeś), obciążysz swoich przyjaciół i wtedy będziesz miał spokój. Ale na to, nie ma żadnych gwarancji – twoje życie jest już poza twoją kontrolą.

przesluchanie2

Bugajski zrobił bardzo surowy film pod względem formalnym: areszt jest ciasny, cele po kilka osób oraz pokój przesłuchań z biurkiem i krzesłem. Im dalej w las, tym bardziej widzimy kolejne sceny pokazujące okrucieństwo tego systemu. Nawet osoby mocno w niego wierzące są tutaj ofiarami własnych przekonań, co widać na przykładzie Witkowskiej oskarżonej o szpiegostwo („Nie byłam szpiegiem subiektywnie. Byłam szpiegiem obiektywnie, udowodnili mi to.”). Mimo złamania oraz zderzenia z aparatem, nadal pozostaje wierna systemowi, co może budzić paranoję. Dalej będą kolejne metody: zastraszanie, wyzwiska, „kąpiele”, pobicia, psychiczne znęcanie się. Im dalej w las, tym bardziej wydaje się to przerażające, ciągle zastanawiając się nad jednym: jakie jeszcze metody są wykorzystane i czy Tonia w końcu się załamie? Nie brakuje mocnych, wręcz naturalistycznych scen (pierwsza kąpiel czy próba samobójcza), sen z rzeczywistością się mieszają (świetny montaż), a poczucie izolacji potęguje nieobecna muzyka oraz zdjęcia, niemal skupione na twarzach i zbliżeniach.

przesluchanie3

A całość ożywia fantastyczne aktorstwo. Tutaj błyszczy najbardziej Krystyna Janda, chociaż można odnieść wrażenie, że jej nadekspresyjność początkowo może wydawać się dużym ciężarem. Od słowotoku, nerwowości można oszaleć, ale z każdą sceną coraz bardziej zaczynamy dostrzegać wyciszenie, obojętność, balansowanie na granicy obłąkania. I jednocześnie zastanawiałem się, co daje jej aż tyle siły, wręcz uporu. Jeszcze bardziej wybijają się przesłuchujący bohaterkę Janusz Gajos oraz Adam Ferency. Ten pierwszy wydaje się opanowanym, elegancko ubranym dżentelmenem, ale w każdej chwili potrafi zmienić się w bezwzględnego brutala, jednak to Ferency w roli Morawskiego tworzy bardziej nieoczywistą kreację: idealisty wierzącego w system, który… zaczyna w ten system wątpić. Więcej wam nie zdradzę, bo ewolucja bohatera zostaje poprowadzona w sposób bardzo przekonujący. Poza tym triem warto wspomnieć Annę Romantowską (wycofana Mira), Bożenę Dykiel (energiczna Honorata) czy… Agnieszkę Holland (Witkowska), która daje sobie radę jako aktorka.

Mimo lat, film Bugajskiego nadal potrafi chwycić za gardło z kilkoma mocnymi scenami. Brudny, szorstki, miejscami brutalny dramat szarego człowieka zderzona z nieomylnym systemem władzy ludowej – nieomylnej, słusznie sprawiedliwej, działającej zgodnie ze swoimi szczerymi ideami. No i zakończenie, które pozostaje otwarte, stawiając pytanie: co dalej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pokot

Kotlina Kłodzka to miejsce, gdzie cisza, spokój i harmonia są czymś absolutnie normalnym. Pięknie zachodzi słońce, przyroda budzi się jak ze snu, a telefony komórkowe mają słaby zasięg. Tam przyszło żyć Janinie Duszejko – emerytowanej inżynierce, która w miejscowej szkole uczy angielskiego. Poza tym uwielbia wiersze Blake’a, jest astrologiem (amatorem) i bardzo ruszą ją los zwierząt. A cała historia zaczyna się w momencie, gdy zostaje znaleziony martwy pewien kłusownik, co w gardle miał… kość. Ale to nie jest ostatnia ofiara, bo wkrótce zaczynają ginąć kolejni ludzie, którzy – co nie jest przypadkiem – polowali na zwierzęta.

pokot1

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich reżyserek, Agnieszka Holland, tym razem postanowiła pójść w stronę kina gatunkowego. „Pokot” to dziwaczny koktajl thrillera, satyry i baśni, gdzie wszystko jest polane groteskowym sosem. Sama intryga kryminalna (czyli coś, na co się bardzo nastawiłem) zostało zepchnięte na dalszy plan i toczy się przy okazji, a wszystko skupia się bardziej na interakcjach Duszejko z pozostałymi bohaterami: księdzem, komendantem, dziećmi ze szkoły, sąsiadem Matogą, właścicielką second handu. Jest też jeszcze grupa ludzi związanych wokół prezesa Wolskiego, polująca na zwierzęta. Całość ma oprzeć się na konflikcie między naszą ekscentryczną bohaterką i myśliwymi, którzy polują dla przyjemności, traktują to niemal jak sport, pewien rytuał dnia codziennego. Symbolem tego staje się plansza, gdzie mamy miesiąc i informacje na co się wtedy poluje. Nawet ksiądz jest w to zaangażowany (nie chodzi tylko o nawoływanie przez ambonę, że myśliwi to posłannicy Boga, ale uczestnictwo w polowaniach) i jedynie nasza bohaterka stoi w opozycji do tego całego morderczego zapędu. Sam wniosek, że przyroda bierze odwet na człowieku był dla mnie bardzo intrygujący i brzmiał na tyle groteskowo, iż mogło to wypalić. Ale niestety, trzeba to wszystko wytłumaczyć, a Holland bierze ulubione narzędzie reżysera: łopatę.

pokot2

Reżyserka z subtelnością godną bandyty próbuje przekonać mnie, że życie w zgodzie z przyrodą (czytaj: nie zabijaj zwierząt) jest jedynym słusznym sposobem. Racje pani Duszejko są tutaj wręcz krzyczane, nie mówione, co ma podkreślić powagę sytuacji. Zamiast jednak przekonywać, odstręczają i pokazują naszą bohaterkę jako „psychiczną”, z której zdaniem się nikt nie liczy. Z kolei myśliwi są strasznie przerysowani i kawał skurczybyków: biją kobiety, donoszą, są strasznie bogaci i kręgosłup moralny jest wykrzywiony jak słup po zderzeniu z samochodem. Tylko, że ani bohaterowie nie są zbyt pogłębieni, dodatkowo zero-jedynkowi i jednakowo odpychający. Tempo jeszcze psują zbędne wstawki z przeszłości paru postaci (poprzedzone horoskopem), które są zupełnie zbędne. I jeszcze to cudowne zakończenie, czyli ucieczka zrobiona niemal z SF. To trzeba samemu zobaczyć, bo słowa tego nie opiszą. Ale pochwalić trzeba zdjęcia, bo natura tutaj wygląda przepięknie. Aż chciałoby się tam zamieszkać.

pokot3

Aktorsko jest bardzo nierówno, a postacie nie zawsze są mocno zarysowane. Najlepiej wypadł Wiktor Zborowski jako sąsiad Matoga, skrywający pewną tajemnicę, ale wspierający naszą bohaterkę w działaniach, a scena wspólnego palenia skręta jest rewelacyjna. Agnieszka Mandat jako Duszejko jest dość trudna w ocenie: sprawia wrażenie mającej obsesję na punkcie zwierząt oraz ich praw, z drugiej zaś ta astrologia oraz sfera (nazwijmy ją duchowa) ma uczynić ją bardziej poukładaną, sympatyczną. To jednak nie zadziałało, ale jest to postać intrygująca i potrafiąca skupić uwagę. Czego nie można powiedzieć o reszcie, która jest albo przerysowana jako ci źli (Andrzej Grabowski, Borys Szyc, Marcin Bosak) lub irytują swoim zachowaniem (Jakub Gierszał jako superinformatyk drażnił swoim głosem i nie tylko).

pokot4

„Pokot” to takie dziwne kino, które chce ostro zaatakować środowisko myśliwych oraz ich polowania, żeby pokazać, jaką krzywdę człowiek robi naturze. Problem w tym, że forma obrana przez Agnieszkę Holland do mnie nie przemawia. Jak thriller też się nie sprawdza, bo zaprzecza regułom, nie dając nic w zamian, czekając na kolejne tropy i trupy. Jest zaledwie nieźle, a można z tego było wycisnąć więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski