Irma Vep

Co się stanie, gdy połączymy stację HBO z wytwórnią A24 i weźmiemy się za remake filmu z 1996 roku w formie serialu zrobiony przez autora oryginału? Taka jest „Irma Vep”, pozornie idąca w znajome rewiry opowieść o tworzeniu filmu/serialu, zderzenia sztuki z biznesem, spojrzenia zza kulis oraz wpływu pracy na innych. Ale poukładajmy wszystko do kupy.

Bohaterką jest Mira (Alicia Vikander) – młoda, amerykańska aktorka, która niedawno zrealizowała wysokobudżetową produkcję i promuje ją w Paryżu. Niedawno rozstała się ze swoją partnerką i asystentką, a wcześniej z lubianym aktorem Eamonnem (Tom Sturridge), co media mocno lubią przypominać. Aktorka jednak przybywa do stolicy Francji z jeszcze jednego powodu: pracy nad serialem pod okiem uznanego Rene Vidala (Vincent Macaigne). Ma to być remake serialu z 1916 roku „Wampiry”, zaś Mira ma zagrać Irmę Vep, diaboliczną femme fatale i prawdziwą liderkę gangu wampirów. Jednak realizacja cały czas wisi na włosku, z powodu reżysera oraz dość niekonwencjonalnych metod.

Gatunkowo ciężko jednoznacznie powiedzieć, czym jest „Irma Vep”? Miesza dramat psychologiczny, satyryczne spojrzenie na kino zza kulis, absurdalny humor oraz… pewne elementy nadnaturalne. By jeszcze bardziej namieszać mamy wplecione sceny z prawdziwego serialu, przeplatane z momentami filmowanymi (zmienia się wtedy format obrazu i wszystko ma taki jasnoniebieski filtr) oraz… zwizualizowanymi scenami z pamiętnika Musidory (aktorki grającej Irmy Vep w wersji z 1916). Już was boli głowa i czuje się zdezorientowani? Postaci też tu jest cała masa: od nerdowatej asystentki Reginy (Devon Ross) przez kostiumolog Zoe (Jeanne Balibar) i uzależnionego od cracka świrniętego aktor Gottfired (kradnący szoł Lars Eidinger) po eleganckiego aktora Roberta (Hippolyte Girardot) oraz proponującej bardziej „atrakcyjne” produkcje agentka Zelda (Carrie Brownstein). Dzieje się tu wiele i pojawiają się kolejne postacie, co wprowadza dodatkowe zamieszanie.

Jest barwnie, chaotycznie, ale to wszystko jest kontrolowane. Assayas mocno czerpie z wątków autobiograficznych (postać reżysera i elementy jego biografii), zapewne też z wersji AD 1996 (wynika to raczej z podejrzeń niż znajomości filmu). Wszystko tu się pląta, miesza i miksuje – fikcja z rzeczywistością, przeszłość i teraźniejszość, stary film i jego nowa wersja. Jednak reżyser potrafi zaangażować, czasem rozbawić, a nawet rzucić paroma obserwacjami na temat świata artystycznego. Nie jest to może aż tak gorzkie i ostre jak w „Graczu”, niemniej jest parę mocnych momentów (monolog Gottfrieda na pożegnalnej imprezie czy parę wypowiedzi Miry), a poczucie zagubienia towarzyszy niemal wszystkim.

Najmocniej widać to w przypadku reżysera w rewelacyjnej interpretacji Macaigne’a, dla którego praca jest bardzo poważnym zadaniem. I tu nie chodzi o to, że w przeszłości miał różne przypały oraz bierze antydepresanty, ale z powodu zachowania na planie. Nigdy nie można być pewnym, co zrobi i jego obsesje są w stanie doprowadzić produkcję do zamknięcia, zaś jego sposób komunikowania się z aktorami pokazuje bezradność, zagubienie, frustrację, niepewność. Także Vikander zgrabnie lawiruje między pewnością siebie, magnetyzmem, szczerością i poczuciem rutyny. Kluczowe dla niej są sceny, gdy nocą przechadza się w stroju Irmy Vep jakby za bardzo wchodziła w postać. Ale czy coś tu więcej się dzieje? Wspólne sceny tej dwójki potrafią zadziwić, choć mogłoby ich być więcej.

Trudno się przyczepić do warstwy wizualnej, bo zdjęcia są więcej niż świetne. Zarówno te bardziej współczesne jak i pokazujące ujęcia z kręconego filmu czarują swoim stylem. Kostiumy też wyglądają niebywale (szczególnie przy scenach z pamiętnika Musidory), jednak prawdziwe wariactwo dzieje się w montażu. Wszystkie plany się przeplatają w najmniej oczywisty sposób, doprowadzając czasem do kociokwiku, co na początku dezorientuje. Ja w pierwszych odcinkach czułem też zagubiony i nie do końca wiedząc, dokąd to wszystko zmierza.

Jest w „Irmie Vep” coś tak frapującego i intrygującego, mimo pewnego poczucia chaosu. Assayas bawi się konwencją kina w kinie, przy okazji pokazując pewne ponadczasowe problemy filmowców na planie – ich wątpliwości, kaprysy, charaktery oraz ten tygiel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zielony Rycerz

Kino fantasy kojarzy się – dzięki „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona – z wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, pełnym magii w postaci efektów specjalnych, epickich scen batalistycznych oraz walki dobra ze złem. Ale nie zawsze takie produkcje, czasem inspirowane mitami i legendami takie były. Do takiej wręcz minimalistycznej koncepcji sięgnął amerykański reżyser David Lowery, inspirując się rycerskim eposem.

„Zielony Rycerz” skupia się na młodym chłopaku o imieniu Gawain. Jest synem wiedźmy oraz siostrzeńcem samego króla Artura. Zamiast dokonywać czynów godnych opowiadania, ugania się za dziewuchą w burdelu, lubi wypić wino oraz bardziej imprezować. Podczas uczty na zamku w Wigilię, zasiada na miejscu obok króla. Wtedy pojawia się tajemniczy Zielony Rycerz, wyglądający niczym ruchowy drzewiec, z toporem w dłoni. I stawia on wyzwanie rycerzom, które jest dość nietypowe: chodzi o zadanie mu ciosu. Nic skomplikowanego, prawda? Jest jeden myk: za rok wojownik ma pojawić się w Zielonej Kaplicy, by otrzymać ten sam cios od rycerza. Trudno liczyć na to, że pojawi się jakiś śmiałek, bo a) musiałby być skończonym idiotą, b) nie znającym konsekwencji dzieciakiem. Gawain staje się tym drugi i ścina Rycerzowi głowę.

Lowery wybiera konwencję kina drogi, by opowiedzieć poniekąd wiele razy słyszaną historię człowieka walczącego ze swoim przeznaczeniem. Ale „Zielony Rycerz” wygląda i operuje zupełnie innym językiem niż obecnie nam znane produkcje fantasy. Akcja jako taka toczy się bardzo powoli, pełna jest elementów magii oraz symboliki, wszystko pozbawione jest wielkiego przepychu. Poniekąd całość to próby jakimi wystawiony jest młodzieniec w konfrontacji do obcego świata. Świata znanego z legend i innych opowieści – łatwo nie będzie. Gdzie wiele może się zdarzyć, a nasz heros ciągle będzie poddawany różnym próbom i wiele wydarzeń nie zawsze będzie miało swój sens. Czasami dwie postacie mają tą samą twarz, czas wydaje się naginać i zmieniać (chwila po związaniu bohatera przez bandytów).

To bardzo wolne, miejscami kontemplacyjne tempo może dla wielu okazać się barierą nie do przebicia. Nawet pomimo zachwycających swoją kompozycją oraz plastycznością zdjęć, a także klimatycznej, mieszającej średniowieczny styl z odrobiną elektroniki muzyką. Jednocześnie przez swoją symbolikę jest otwarty na wiele możliwych ścieżek interpretacji, co dla fanów rozgryzania da spore pole do popisu. Jest wiele niezapomnianych momentów, które zostaną w głowie jak pojawienie się Zielonego Rycerza, przejście przez zamglone góry pełne gigantów, przeprawa przez rzeczkę w zalanym żółcią krajobrazem czy ostateczne spotkanie w kaplicy. Jest jeszcze trafiający do mnie finał, gdzie mamy wizję niczym z „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Ale dla mnie „Zielony rycerz” był zbyt mętny i niejasny, przez co „wyłączałem się” podczas seansu. Lowery miał ambitny koncept dekonstrukcji mitu arturiańskiego, lecz – moim skromnym zdaniem – przestrzelił. Za dużo niejasności, tajemnic oraz symboliki, za czym nie przepadam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny kryształ: Czas buntu – seria 1

Inny czas, inne miejsce – od tego zdania zaczął się nakręcony w 1982 roku „Ciemny kryształ” Jima Hensona oraz Franka Oza. Mroczne fantasy dla młodego widza w dniu premiery w box officie zwrócił koszty produkcji i nawet przyniósł nawet skromne profity. Nie na tyle jednak duże, by zrealizować kolejny film w tym świecie. Były próby realizacji sequela, ale te przez wiele lat spaliły na panewce. Wszystko się zmieniło, gdy do Jim Henson Company zwrócił się Netflix. Choć pierwotny pomysł studia kierowanego przez córkę Hensona zakładał stworzenie serialu animowanego, szefostwo filmy z dużym N zaproponowało zrealizowanie serialu w formie znanej z oryginału. Innymi słowy, kukiełki wracają do gry, na ekranie nie pojawia się żaden człowiek, a jedyną różnicą jest drobne wsparcie efektów komputerowych. Ale ciągle w głowie pojawiało się pytanie, czy w ogóle był sens tworzenia serialu w takiej archaicznej formie? Dodatkowo moje obawy spowodowała osoba reżysera, czyli Louisa Leterriera, którego filmy były najwyżej średnio-niezłe.

 

Akcja serialu toczy się setki lat przed wydarzeniami z filmu. Więc nie musicie go oglądać, by wejść w ten świat krainy Thra. Żyznej oraz bardzo różnorodnej, a także pełnej zróżnicowanych ras. Ale w centrum jest Kryształowy Zamek ze znajdującym się Kryształem Prawdy. Jego strażniczką była matka Aughra, jednak została podstępem zastąpiona przez Skeksów. Ci, choć okrutni i bezwzględnie pragnący długowieczności, udają dobrych panów dla Gelflingów. Ci ostatni nie domyślają się, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Wszystko zaczyna się od zabójstwa jednej ze strażniczek Miry, dla zdobycia esencji jej życia, by osiągnąć długowieczność.

 

Muszę przyznać, że sama historia (mimo znajomości finału w postaci filmu) jest w stanie zaangażować i jednocześnie bardzo rozbudowuje świat przedstawiony. Tylko pozornie intryga wydaje się bardzo prosta i wydaje się klasyczną walką dobra ze złem. Po części to prawda, jednak twórcy dogłębnie pozwalają wejść w ten bogaty świat, który jest świetnie sfotografowany. Wrażenie robi bardzo szczegółowa scenografia oraz różnorodne lokacje: od pustyni, bogatego pałacu, biblioteki czy zamku Skeksów. Gdybym miał do czegoś porównać serial Leterriera, to najbliżej byłoby do „Władcy Pierścieni” zmieszanego z „Diuną” (tworzenie esencji dla wiecznego życia – taki odpowiednik melanżu) oraz „Grą o tron” (wewnętrzne spięcia wśród Skeksów).

ciemny krysztal czas buntu1-4

Także sam świat jest bardzo przebogaty. Oprócz Skeksów, który nadal są brzydki, zdegenerowani oraz budzą grozę, jest parę innych raz. Lekko rozrabiający, a jednocześnie traktowani jak niewolnicy (przez Skeksów) Podlingowie, delikatni Mistycy (choć widzimy tylko dwóch), magiczne Drzewo Azylu, wielkie pająki i wiele, wiele innych. Ale najbardziej interesujący są Gelflingowie: bardzo liczni i podzieleni na klany, a każdy z nich zajmuje się czym innymi. Jeden to wyższe sfery, przekonane o swojej potędze, inni specjalizują się w odczytywaniu symboli, jeszcze inni są wojownikami, są też dbający o zwierzęta przebywające pod ziemią itd. I ten podział jest bardzo sprytnie wykorzystywany przez Skeksów do szerzenia nieufności, podejrzliwości oraz pomaga w manipulacji.

ciemny krysztal czas buntu1-2

Ale to, co najbardziej wyróżnia serial, to kukiełki. Niby wyglądają znajomo i tylko pozornie sprawiają wrażenie, jakby ktoś wyciągnął je sprzed ponad 35 lat. Tylko, że… nie. Nadal pewien problem stanowi mimika twarzy (a konkretnie jej brak), ale wszystkie emocje są pokazywane gestami, a nawet oczami. Zastosowanie tej formy nie zmienia faktu, że opowieść jest brutalna i mroczna. Nie brakuje momentów godnych kina grozy (śmierć Miry czy tortury wobec Badacza) lub filmów wojennych (ostateczna konfrontacja ze Skeksami), ale twórcy nie przekraczają tej granicy, by wywołać koszmary u młodego widza. Same sceny akcji wyglądają po prostu świetnie (odbicie Riana z ręki Szambelana), a parę inscenizacyjnych pomysłów zaskakuje jak opowiedzenie historii Thra za pomocą… przedstawienia kukiełkowego czy Aughra próbująca odnaleźć „pieśń Thra”.

ciemny krysztal czas buntu1-3

Kukiełki brzmią fantastycznie, bo udało się zebrać iście gwiazdorską obsadę. Naszej trójce protagonistów przemawiają głosem Tarona Egertona (walczący Rian), Nathalie Emmanuelle (empatyczna Deet) oraz Anyi Taylor-Joy (Brea), którzy wykonują swoją robotę fantastycznie. Niektóre głosy są dość trudne do rozpoznania, co też staje się dodatkową zabawą. Ale na mnie największe wrażenie zrobił kapitalny Simon Pegg (śliski Szambelan, który jest takim intrygantem, co pragnie władzy), cudowny Jason Isaacs (budzący grozę i majestat Cesarz Skeksów) oraz mocna Donna Kimball (zadziorna Aughra). Ale prawda jest taka, że trudno tutaj się do kogokolwiek przyczepić. Naprawdę, co nie jest częstym zjawiskiem.

ciemny krysztal czas buntu1-6

To jest kolejna serialowa niespodzianka od Netflixa. Absolutnie techniczne cudo, zdominowane przez efekty praktyczne, co tworzy dzieło unikatowe. Czuć mocno ducha oryginału, ale za pomocą nowoczesnej technologii i wciągającą opowieścią, dogłębniej eksploatować ten świat. Wierzę, że powstanie ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tomb Raider

Ile było już prób przeniesienia na ekran gier komputerowych? Filmowcy są jednak na tyle uparci i próbują sięgać po takie znane marki jak „Warcraft” czy „Assassin’s Creed”, bo można w łatwy sposób ściągnąć kasę od fanów. „Tomb Raider”, czyli seria gier przygodowych o Larze Croft już miała dwa podejścia (ale już nic nie pamiętam), więc nie była to marka kompletnie obca. Czy sprawdza się stare porzekadło, że do trzech razy sztuka?

Tutaj Lara jest bardzo młodą dziewczyną, której ojciec zaginął wiele lat temu. Nie może korzystać z jego majątku (niepodpisane pewne dokumenty) i dlatego pracuje jako kurierka, trenuje boks i tego typu sprawy. Przygotowując się do przejęcia majątku znajduje pewną łamigłówkę. Razem z nią klucz, łamigłówkę i (ostatecznie) bardzo dużo materiałów związanych z ostatniej wyprawy (poszukiwanie grobowca japońskiej królowej) oraz film od ojca. Na nim prosi, by zniszczyć wszelkie materiały na ten temat, czego oczywiście nie robi, za to wyrusza na jego poszukiwania.

tomb_raider1

Najnowszy „Tomb Raider” to origin story, czyli widzimy tutaj drogę Lary to tej poszukiwaczki przygód jaką znają gracze choćby z pierwszych części serii. Początek może wywoływać konsternacje, bo toczy się w mieście, gdzie nie brakuje kilku pomysłowych scen akcji („polowanie na lisa” w wersji rowerowej) i ta ekspozycja miejscami działała dość usypiająco – nawet retrospekcje nie pomagały (później pojawiają się za często). Ale kiedy nasza bohaterka trafia na wyspę, coś się zaczyna dziać, a klimatem przypomina troszkę staroszkolne kino przygodowe z elementami survivalu. Czyli to, z czego znana jest obecnie Lara z gier. Problem z tym, że twórcy serwują klisze jakie w kinie przygodowym (grobowiec pełen pułapek, poświecenie się jednej z postaci znamy nie od dziś oraz wiele dialogów, od których bolą zęby. Choć same sceny akcji zaskakują tym, ze nie ma tutaj zbyt wiele efektów komputerowych, co jest pewną zaletą i dodaje jako takiego realizmu. Poza tym przemiana naszej Lary w twardą wojowniczkę, co z łuku kasuje wrogów niczym John Rambo, przebiega zbyt szybko i z czasem historia traci swój impet, kompletnie nie angażuje, a postacie wydają się być pozbawione charakterów.

tomb_raider2

Sama realizacja jest poprawna, sama wyspa potrafi zachwycić, muzyka jakaś tam gra, ale nie odwraca uwagi. Jest parę ciekawych scen akcji oraz popisów kaskaderskich (akcja w rozbitym samolocie czy wspinanie się po ścianach), jednak to wszystko ogląda się bez emocji. Wygląda to nieźle (choć ostateczna konfrontacja jest zbyt efekciarska i wali komputer po oczach) i ogląda się to bez wielkiego bólu, ale do zachwytów jest bardzo daleko.

tomb_raider3

Nawet sytuacji nie są w stanie uratować aktorzy – bardzo uzdolnieni i nawet mający momenty przebłysku. Jak sobie radzi Alicia Vikander? To jest rola bardziej fizyczna, wymagających więcej wysiłku niż umiejętności w budowaniu postaci, ale jest w niej coś zadziornego, co ma w sobie pewien urok. Zgrabnie bawi się swoją rolą Walton Goggins jako główny villain, nie do końca traktując się poważnie. To troszkę dodaje luzu. Za to kompletnie nie rozumiem zmarnowania talentu Kristin Scott Thomas i Dereka Jacobi do drobnych epizodów – chociaż finał sugeruje, że Thomas może odegrać istotniejszą rolę w następnych częściach (o ile powstaną).

Ci, co liczyli na to, że „Tomb Raider” odmieni sytuację ekranizacji gier komputerowych, muszą jeszcze wiele poczekać. Fakt, że jest wiele odniesień do nowej serii jest bardzo dużym plusem, jednak sama historia jest schematyczna, przewidywalna oraz strasznie nudna. Chciałbym jednak, by powstał sequel.

5/10

Radosław Ostrowski

Ugotowany

Adam Jones to był gość w kulinarnym świecie. Perfekcjonista, wymagający od siebie i od innych wiele. Był blisko osiągnięcia trzeciej gwiazdki Michelin, ale zaliczył gigantyczny upadek – gorzała, dragi, dziewczyny. I zniknął, trafiając do wygwizdowa w Luizjanie, by powrócić do Londynu po trzech latach. Świat jednak o nim nie pamięta, a znajomi traktują go z nienawiścią. Udaje się jednak zebrać ekipę i w restauracji starego kumpla Tony’ego – kierownika restauracji swojego ojca.

ugotowany1

John Wells – znany i ceniony producent filmowy – coraz sprawniej działa sobie jako reżyser. „Ugotowany” to jego trzecie podejście. Moim zdaniem najlepszy z tego zestawu. I już po tytule można stwierdzić, że to film o gotowaniu, ale nie do końca. Po kolei. Najważniejsze jest tutaj całkowite poświęcenie się swojej pasji. Tą filozofię realizował Adam, bo gotowanie dla gości to nie jest takie byle co, skoro płaci się takie pieniądze. A to oznacza jedno – kilkunastogodzinną harówkę, ciągły stres, bluzgi oraz całkowite poświęcenie. Taka jest cena bycia doskonałym, ale co po tym? Poczucie wypalenia, zmęczenie, dystans wobec innych. Adam musi zmierzyć się z własnymi demonami, a nazbierało się ich. Nie będę o nich opowiadał, bo historia ta wciąga, mimo iż było na ekranie wiele. Sytuację częściowo ratuje ironiczny humor (głównie drwienie z kuchni molekularnej), trzymająca w napięciu muzyka oraz pięknie fotografowane jedzenie.

ugotowany2

Twórcy realistycznie pokazują pracę w kuchni, gdzie najważniejsze jest zadowolenie klienta oraz dążenie do perfekcji, nawet za cenę rezygnacji z osobistych planów. Ma to swój rytm, smakuje pysznie i czuć silną chemie między bohaterami. Za to plus. A co mi się nie podobało? Pewne wątki i postaci pojawiają się dosłownie na kilka minut – dług zaciągnięty u francuskich dilerów, była dziewczyna czy krytyk kulinarny przychodzący specjalnie na kolację. Można to było bardziej rozwinąć, by czuć stawkę tej gry, na szczęście to nie jest poważna wada.

ugotowany3

Wszystko tutaj trzyma za pysk Bradley Cooper. Adam w jego wykonaniu to bezczelny, ale utalentowany skurczybyk z niewyparzoną gębą, trochę jak główny bohater „Whiplash”. Jak sam mówi, tylko w kuchni czuje się dobrze. Wsiąka tym miejscem niczym gąbka, ciągle zdystansowany, zawsze perfekcyjny i trudny do polubienia. Ale ma za to dobrych przyjaciół, chociaż na nich nie zasługuje. Drugi plan za to jest tak bogaty, że niektórzy bohaterowie pokazują się za krótko (dotyczy to Umy Thurman oraz Alicii Vikander), ale najbardziej wyróżniają się dwie postacie. Pierwszą jest opanowany i sztywny niczym kij od szczotki Tony z aparycją Daniela Bruhla. Widać, że temu facetowi zależy na Adamie i szanuje go za umiejętności. Druga postacią jest młoda, samotna matka Helena (Sienna Miller bez makijażu wygląda znacznie ciekawiej), która jest równie ambitna jak Adam, ale sprawia wrażenie takiej cichej myszki. Potem jednak zaczyna dogadywać się z Adamem, nadawać na tych samych falach i czuć miętę.

ugotowany4

Jeśli ktoś szukał realistycznego portretu światka kulinarnego, to „Ugotowany” jest filmem dla was. Niby nic oryginalnego w samej historii, ale jak to jest zrobione i jak to się ogląda. Tylko jedna rada: zobaczcie ten film po spożytym posiłku, a nie przed. Poczujecie się głodni.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z portretu

Kopenhaga, rok 1922. Tam właśnie mieszka małżeństwo Wegener – Gerda i Einar, którzy zajmują się malarstwem. On jest pejzażystą, ona portrecistką. Kiedy jej modelka, baletnica Ulla spóźnia się do pozowania w celu zrobienia portretu, Gerda prosi Einara o zastępstwo z nałożeniem rajstop i sukienki włącznie. Kobieta – dla zabawy – chce, by Einar przyszedł na bal dla artystów przebrany za kobietę jako Lily. Wywoła to poważna lawinę wydarzeń i odkrycia, że Einar zacznie się zachowywać i czuć się jako kobieta.

dziewczyna_z_portretu3

Tom Hooper znany jest jako specjalista od filmów z dużym budżetem i opowiadającym o ważnych sprawach wielkich ludzi. Tym razem zmierzył się z kwestiami tajemniczego Gendera, którym straszy się cała Polskę, odkąd jest ona członkiem Unii Europejskiej. Jest to kwestia niełatwa, wymagająca wyczucia, wrażliwości oraz empatii. Reżyser opowiada tą historię w sposób bardzo delikatny i wyważony, skupiając się na małżonkach oraz próbie oswojenia się z tą nową sytuacją, po części wygrywając to pogubienie, strach, bezradność, wreszcie akceptację. Wątek żony odkrywającej prawdę o orientacji Einara i powolne odkrywanie siebie przez mężczyznę były najciekawszymi elementami tego filmu. Widziałem już tyle tytułów o inności, że „Dziewczyna…” nie robi aż tak wielkiego wrażenia i przeszkadzała mi przewidywalność w jaką stronę idzie cała opowieść. Doceniam rzetelność i elegancki styl wykonania z wiernym przedstawieniem mentalności początku XX wieku, gdzie wiedza o odmiennych orientacjach seksualnych była tajemnicą dopiero odkrywaną przez naukę. Jednak zabrakło jakiejś iskry, która wprawiłaby mnie już nawet nie w zachwyt, ale poczucie dobrze spędzonego czasu.

dziewczyna_z_portretu1

Sytuację tylko po części ratują aktorzy. Zaledwie dobry jest Eddie Redmayne jako Einar/Lily z tym lekko neurotycznym uśmiechem (troszkę zbyt częsty ten uśmiech), a scena przed lustrem czy podglądania dziwki w czymś a’la peep show to małe perełki, które zostaną w pamięci na długo. I muszę przyznać, że Eddie jako kobieta wygląda tak kobieco, iż zastanawia mnie czemu aktor nie dostał nominacji za główną rolę żeńską. Dla mnie jednak w tym filmie błyszczy Alicia Vikander, zgarniając Oscara (czemu to uznano za drugi plan, tego kurde nie wiem) i pokazując, że jeszcze o niej usłyszymy. Aktorce w pełni udaje się stworzyć portret twardo stąpającej, świadomej swojej wartości kobiety, której miłość i oddanie jest po prostu nieopisana oraz bardzo głęboka. A wszystko za pomocą spojrzeń i niedopowiedzeń. Poza tym duetem trudno nie wspomnieć o ciekawym drugim planie z Benem Whishawem na czele.

dziewczyna_z_portretu2

Hooper tym razem zrealizował zaledwie przyzwoite kino, chociaż nie wiadomo co tak naprawdę nie zagrało. Coś ostatnio mam serię niezłych filmów i czekam na coś, co mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dziś prawdziwych szpiegów już nie ma – narzekał Ritchie Valentine z filmu „Kingsman” Matthew Vaughna. Chyba wynika to z faktu, że nie oglądał najnowszego filmu Guya Ritchie. Anglik znany z komedii gangsterskich oraz pokazania nowego oblicza Sherlocka Holmesa znów zaskoczył.

kryptonim_uncle1

Jest rok 1962, zimna wojna w pełnym stanie, Mur Berliński już zbudowano, a obydwa mocarstwa zmierzają do ostatecznej konfrontacji. Czy jest coś, co mogłoby połączyć CIA i KGB? Ukrywający się nazistowscy zbrodniarze, którzy porwali profesora i zmusili go do pracy nad bombą atomową. Dlatego wyznaczeni przez swoich przełożonych Napoleon Solo i Ilja Kuriakin muszą podjąć współpracę, by nie dopuścić do planów zbrodniarzy. Ale czy będą w stanie sobie zaufać? No właśnie.

kryptonim_uncle2

Ritchie wziął na warsztat bardzo popularny serial z lat 60., gdzie główne role grali Robert Vaughn i David McCullum. Jednak zamiast uwspółcześnić całą intrygę, jak to się zdarza w przypadku remake’ów seriali telewizyjnych (m.in.: seria „Mission: Impossible” czy „Drużyna A”), stawia na estetykę retro. „U.N.C.L.E.” to bardzo eleganckie kino, z którego aż czuć ducha lat 60. – zarówno jeśli chodzi o kostiumy (panie noszą piękne stroje, panowie w eleganckich garniturach), jak i scenografię, która robi imponujące wrażenie. I nieważne, czy jesteśmy w mrocznym Berlinie czy słonecznym Rzymie – atrakcji jest co nie miara. Owszem, intryga jest nie do końca realistyczna (te finezyjne gadżety!) i jedzie po sprawdzonych kliszach, jednak pewna ręka Ritchiego, wsparta przez scenariusz pełen wolt, dowcipnych dialogów oraz wodzenia za nos (sposób montowania scen, gdy bohaterowie odkrywają swoje karty przypomina… „Sherlocka Holmesa” i jest to kapitalnie rozegrane). Jeśli dodamy do tego jeszcze równie oldskulową muzykę Daniela Pembertona, mamy przednie kino rozrywkowe, dorównujące „Kingsman”.

kryptonim_uncle3

No i jeszcze dobrana świetna ekipa aktorów. Henry „Superman” Cavill może nie sprawdził się jako Człowiek ze Stali, jednak jako Napoleon Solo jest kapitalny. Elegancko ubrany, czarujący złodziejaszek, z gracją i klasą podchodzący do swoich zadań. I jest obowiązkowym podrywaczem – czysty Amerykanin 🙂 Partneruje mu Arnie Hammer i Kuriakin jest odpowiednim kontrastem dla agenta CIA – surowy profesjonalista, który tylko pozornie sprawia wrażenie osiłka. Czuć zgranie między obydwoma panami, a początkowa niechęć musi ufność i jest to pokazane wiarygodnie. Panowie są też wspierani przez czarujące panie – Alicię Vikander (Gaby Teller) oraz Elizabeth Debicki (Victoria Vinciguerra – główna antagonistka), a także obsadzony wbrew swojemu emploi Hugh Grant.

kryptonim_uncle4

Nie jest to może idealna rozrywka (konfrontacja na wyspie troszkę przypomina strzelaniny z gier komputerowych jak „Call of Duty”), ale Ritchie zaskakuje i wraca do formy, co cieszy. Smuci fakt, że tak mało widzów obejrzało „Kryptonim U.N.C.L.E.”, przez co szansa na sequel jest bardzo mała, bo chętnie obejrzałbym ciąg dalszy. Może jak podbije rynek DVD i Blu-Ray, nadzieja ożyje?

8/10

Radosław Ostrowski

Ex Machina

Gdzieś w czasach podobnych do obecnych mieszka młody informatyk – Caleb Smith. Pracuje on w firmie Blue Book, czyli najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej (zapomnijcie o Google’u). Chłopak wygrywa konkurs, gdzie w nagrodę otrzymał tydzień spędzony w domu swojego szefa, Nathana. Wydaje się, że będzie to zwyczajna, męska impreza – gadanie, chlanie i seks. Nie do końca, bo Nathan prosi go o zrobienie testu Turinga na zbudowanej przez niego sztucznej inteligencji – Ava.

ex_machina1

Alex Garland jest bardzo znanym i interesującym scenarzystą, jeśli chodzi o kino SF. Potwierdzały to takie filmy jak „Dredd”, „Nie opuszczaj mnie” czy „W stronę słońca” Garland tym razem doszedł do wniosku, że tylko on jest w stanie wiernie przenieść historię, której realizacji nie powstydziłby się sam Roman Polański – kameralna realizacja, niewielka liczba aktorów i psychologiczna gra. Gra, w której każdy bardziej lub mniej udaje, manipuluje i oszukuje. A że jedną z tych osób jest robot, w dodatku płci żeńskiej – jest dodatkowym podtekstem. Więcej jednak wam nie powiem, bo musiałbym spoilerować. Atmosfera jest tutaj mroczna i gęsta, każde wypowiadane słowo ma tutaj wagę i ciągle pojawiają się różne niespodzianki.

ex_machina2

Garland oszczędnie buduje napięcie, w czym pomaga mu ascetyczna i niemal sterylna strona wizualna – szklane pomieszczenia, oszczędne meble i design budują atmosferę osaczenia i tajemnicy. I jest to też znakomicie zagrane przez cała trójkę aktorów: Domhnalla Gleasona (informatyk Caleb), Oscara Isaaca (miliarder Nathan) oraz zjawiskową Alicię Vikander (Ava).

ex_machina3

„Ex Machina” to kolejne ostrzeżenie przed zabawą w Pana Boga oraz tym, jak sztuczna inteligencja może być niebezpieczna. Miłośnicy bardziej filozoficznej strony SF będą wniebowzięci, a rozgrywka wciąga i fascynuje, zostając w pamięci na długo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Son of a Gun

Młody JR właśnie trafia do więzienia, gdzie bez wsparcia innych możesz sobie nie poradzić. Tam właśnie poznaje doświadczonego wygę Brendana Lyncha, który odsiaduje za kradzież. Weteran postanawia pomóc młodemu w pierdlu, ale jak to się mówi – nic za darmo. Po wyjściu chłopak ma pomóc Brendanowi w ucieczce oraz wziąć udział w dużym skoku.

son_of_a_gun1
Australijski reżyser Julius Avery miał ambicje pozostania nowym Michaelem Mannem. Przynajmniej czuć inspirację tym reżyserem mocno, ze wskazaniem na „Złodzieja”. Intryga jak zawsze ulega komplikacjom, prosty plan się sypie, a krew leje się tu czasami mocno. Problem w tym, że jest to tak wtórne i mało angażujące – łatwo przewidzieć następny ruch, finałowa konfrontacja sprawia wrażenie jakby była, bo musiała być. Kobiet tu praktycznie nie ma – poza jedną cwaniarą o imieniu Tasha. Owszem, pościgi i strzelaniny są zrobione bez zarzutu i na poziomie, jednak ani klimatu, ani napięcia to nie nakręca, choć wydaje się być wszystko na miejscu. Troszkę szkoda, bo porządnej sensacji nigdy dość.

son_of_a_gun2
Sytuacje próbuje ratować przyzwoite aktorstwo. Do Ewana McGregora nie można się przyczepić, gdyż ma w sobie tyle charyzmy, iż jest w stanie przekonać jako gangster. Nieźle sobie poradził za to Brendon Twaites w roli młodego wilczka z temperamentem oraz szybkim wchłanianiem wiedzy. Problem w tym, że między nimi nie ma żadnego zwarcia ani chemii, co jest niewybaczalnym błędem. Reszta obsady tak naprawdę jest tylko elementem dekoracyjnym.

Trudno odmówić reżyserowi ambicji oraz dynamicznych scen akcji, problem w tym, że „Son of a Gun” niczym nie zaskakuje i po pewnym czasie łatwo przewidzieć kolejność wydarzeń. Przed Averym jest jeszcze daleka droga do zostania mistrzem gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski