Głęboka woda

Czasami długie przerwy od pracy mogą pomóc wrócić do wielkiej formy albo pokazać jak bardzo twórca „zardzewiał”. Jaki jest przypadek „Głębokiej wody” – pierwszego filmu Adriana Lyne’a od 20 lat? Mając wsparcie w scenariuszu od Zacka Helma („Przypadek Harolda Cricka”) i Sama Levinsona („Euforia”) powinno być dobrze. Prawda? Ale zacznijmy od samego początku.

gleboka woda2

Historia skupia się wokół małżeństwa Van Allen, mieszkającego w małym miasteczku USA. On – Vic (Ben Affleck) skonstruował czip do dronów wojskowych, pomagając w namierzaniu ludzi. Zarobił na tym kupę forsy i prowadzi dostatnie życie emeryta. Ona – Amanda (Ana de Armas) jest o wiele młodsza, ciągle atrakcyjna i nie do końca pasuje jej życie mężatki oraz matki. Lubi (i to nawet bardzo) przyprawiać rogi mężowi, kompletnie się z tym nie kryjąc. Oboje się testują nawzajem, prowadząc pewien rodzaj gry. Jeden z jej „kolegów” niedawno zniknął i już pojawia się kolejny, Joel. Vic informuje go, że poprzedniego kochanka zamordował. Wywołuje to lawinę plotek, a jeden z mieszkańców – pisarz Don – podejrzewa, że Vic naprawdę zabił.

gleboka woda1

„Głęboka woda” toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Lyne bardzo skupia się na kontraście naszej pary, której układ wydaje się początkowo niejasny. Kto tu tak naprawdę rządzi, kto od kogo jest zależny i dlaczego nasz mąż wydaje się nic nie robić z zachowania swojej niezbyt potulnej żony. Coś wisi w powietrzu, ale nie wiadomo kto oberwie i jak to się skończy. Czy Amanda zbyt przyzwyczajona do luksusowego i hulaszczego stylu życia będzie prowokować męża? Czy on w końcu zabije jednego z jej kochanków? A jeśli tak, czy ujdzie mu to płazem? Atmosfera budowana na niedopowiedzeniach działa i sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem. Nawet jeśli niewiele się dzieje.

gleboka woda3

Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do znalezienia ciała w basenie. Tutaj wszystko zaczyna niejako przyspieszać, ale też powoli zaczynają być odkrywane kolejne elementy (prostej) układanki. I to działa jako broń obosieczna, bo zacząłem się domyślać pewnych rzeczy. A następnie te domysły się zmaterializowały, co pozbawiało napięcia i emocji. Aczkolwiek było parę momentów zaskoczeń jak pojawienie się „psychoterapeuty” czy kuriozalny pościg za autem przy pomocy… roweru. To ostatnie trzeba zobaczyć samemu, bo aż się w głowie to nie mieści.

gleboka woda4

Całość próbuje na swoich barkach trzymać duet Ben Affleck/Ana de Armas i efekt jest… połowiczny. Ana jak zawsze wygląda zjawiskowo, ale jej roli jest ograniczona do bycia ciągle mającą „chcicę” kobietę, nie potrafiącej/nie chcącej (niepotrzebne skreślić) dopasować się do bycia matką i żoną. Z czasem zaczyna irytować i drażnić. Z kolei Affleck zaskakuje, choć pozornie wydaje się być bardzo wycofany, z niemal zmęczoną twarzą. Wydaje się opanowany i spokojny, ale w środku się gotuje, co widać w jego oczach. To mnie interesowało, intrygowało, czekałem na jego działania. Reszta postaci w zasadzie jest i nie przeszkadza, chyba że to Tracy Letts nie pasujący do całości.

Miał być wielki powrót, ale coś ugrzęzło w głębokim bagnie. „Głęboka woda” nie jest ani głęboka, ani trzymająca w napięciu. Jest strasznie nierówna, wtórna i niesatysfakcjonująca. Obejrzeć można, lecz nie oczekujcie zbyt wiele.

5/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie stare noże

Szpiedzy, tajni agenci zawsze przyciągali uwagę filmowców, bo działali głównie w ukryciu. Chyba, że mówimy o Jamies Bondzie oraz jego naśladowcach, dokonujących rozpierduchy po całym świecie wożąc się pięknymi samochodami w towarzystwie szybkich kobiet. Czy odwrotnie. Nowemu filmowi Janusa Metza bliżej do tego pierwszego, jednak czegoś tutaj zabrakło. Ale po kolei.

stare noze1

Bohaterem jest agent CIA Harry Pedlam (Chris Pine), który dostaje zadania rozwiązania trudnej sprawy. Osiem lat temu w Wiedniu doszło do ataku terrorystycznego – islamscy fundamentaliści porwali samolot i wzięli pasażerów za zakładników. Żądania? Uwolnienie kilku więźniów z Niemiec i Austrii. Akcja skończyła się śmiercią wszystkich ludzi w maszynie, łącznie z porywaczami (puszczono trujący gaz). Central w Langley znalazła poszlaki wskazujące, że porywacze mieli wtykę w komórce wywiadowczej. Między innymi tam pracował Harry, ale też nie pracująca w wywiadzie Celia Harrison (Thandiwe Newton). Mężczyzna ma ją przesłuchać i zdać raport, jednak to może być trudne przesłuchanie. Oboje mają wspólną przeszłość, którą ciężko zapomnieć.

stare noze2

Innymi słowy, „Wszystkie stare noże” niemal w całości toczą się w jednym miejscu (poza przeplatanymi retrospekcjami), skupiając się na dwójce bohaterów. I zaczyna się gra, gdzie nie do końca wiemy komu można zaufać. Kto mataczy, kto ma ukryty cel i kto tak naprawdę zdradził. Wszystko toczy się spokojnym, może nawet zbyt wolnym tonem, skupiając się przede wszystkim na dialogach. Jest jeszcze cudna scena w jednym ujęciu, gdzie poznajemy najważniejszych ludzi komórki w Wiedniu, ale to dodatek. Historia powoli zaczyna angażować, a kolejne poszlaki wywołują mętlik.

stare noze3

Problemem jest za to coś zupełnie innego. Brakuje tu kompletnie napięcia i ostatnie pół godziny wszystko wykłada kawa na ławę. Zaś kolejne przewrotki oraz zaskoczenia są zaskakujące tylko z nazwy, a zakończenie jest przekombinowane. Tyle zachodu, by załatwić jedną osobę? Nawet jak na wywiadowcze zagrywki wszystko wydawało mi się nieprzekonujące. Tak samo jak relacja między Harrym a Celią, która jest bardziej na słowo. Nie czułem chemii między Pinem a Newton, co mnie zaskoczyło. Aktorsko jest solidnie i mimo znanych twarzy na drugim planie (m.in. Laurence’a Fishburne’a i Jonathana Pryce’a), nikt się nie wyróżnia.

Ciężko mi tutaj cokolwiek zarzucić w kwestii realizacji, niemniej „Wszystkie stare noże” nie wybijają się za bardzo powyżej średniej. Ma wszystko, by być co najmniej dobrym filmem, jednak nie wykorzystuje w pełni swoich atutów. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Bar dobrych ludzi

Filmy oparte na wspomnieniach to jedno z takich zadań nie należących do łatwych. Wszystko zależy od samego materiału, ale też od podejścia reżysera – czy trafi z emocjami, czy może za bardzo złagodzi całą opowieść. Jak ze wspomnieniami J.R. Moehringera poradził sobie znany reżyser George Clooney?

Akcja toczy się na przedmieściach Nowego Jorku lat 70. i 80., kiedy młody J.R. razem z matką trafiają do domu dziadków. Zawsze tam trafiają, gdy jej cokolwiek nie wychodzi – z facetem, pracą itd. Ojciec chłopaka pracuje jako radiowy DJ, lecz rodziną przestał się interesować. W samym domu jest od groma kuzynów, kanalizacja nie działa, zaś chłopak w zasadzie nie ma planu na przyszłość. O braku kogoś, kto mógłby być substytutem ojca nawet nie wspominam. Ale od czego jest wujek Charlie – właściciel miejscowego baru Dickens. Mężczyzna próbuje stać się dla chłopaka mentorem i dokonuje jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie zaraża go miłością do literatury, co mocno naznaczy jego dalszą drogę.

Brzmi jak potencjalnie interesujący coming-of-age o chłopaku szukającym swojego miejsca na ziemi. Niby widzieliśmy takich historii tysiące, więc trudno oczekiwać jakiegoś zaskoczenia. Ale chciałoby się więcej z tej historii wycisnąć. Bo ile tu jest motywów do złapania: nagła choroba matki, budowana relacja J.R. z wujkiem, próby znalezienia ojca, odkrycie swojej tożsamości, pierwsza (nieudana) miłość, próba znalezienia pracy, kumple ze studiów. Jeszcze jest sam bar i jego bywalcy z barwnymi życiorysami, których chciałoby się lepiej poznać. Aż się prosi o soczystą opowieść, gdzie „barowe” mądrości o życiu w USA zostałyby skonfrontowane z rzeczywistością.

Niestety, to wszystko sprawia wrażenie historii z ledwo liźniętymi wątkami i nie angażuje tak jak mógłby. Brakuje tu kompletnie emocji, choć jest parę zabawnych momentów oraz dialogów. W tle jeszcze gra muzyka z lat 70., co pomaga w budowaniu klimatu. Ale to wszystko za mało, by w pełni zaangażować. Wyjątkiem są tak naprawdę wszystkie sceny z grającym wujka Benem Affleckiem. Aktor fantastycznie tworzy postać żyjącego według własnych zasad i trzymający się swoich mądrości. Równie przekonujący jest sam J.R., będący także narratorem (głos z offu to Ron Livingston), grany przez Daniela Ranieriego oraz Tye’a Sheridana. Parę minut ma też Lily Rabe (matka) oraz – zawsze mile widziany przeze mnie – Christopher Lloyd (dziadek).

Coś mam ostatnio pecha do filmów, bo „Bar dobrych ludzi” jest produkcją niedogotowaną. Z jednej strony bardzo sympatyczną, przy której miło się spędza czas. Z drugiej zaś czuć, że najciekawsze rzeczy są głębiej zakopane, bez szansy na coś głębszego, mocniejszego, interesującego. Innymi słowy, zmarnowany potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Reacher – seria 1

Jack Reacher – emerytowany major armii USA, gdzie dowodził specjalnym oddziałem śledczym Żandarmerii Wojskowej. Teraz sam się przemieszcza po całym kraju od miasteczka do miasteczka. Gdzie się pojawia, sytuacja robi się bardzo nerwowa, trup się ścielę gęsto, a na jaw wychodzi korupcja, układ oraz zbrodniczy proceder. W sumie tak można opisać każdą powieść cyklu Lee Childa, który zawiera ponad 20 tytułów. Na ich podstawie zrealizowano dwa filmy z Tomem Cruisem, a teraz do akcji wkroczył Nick Santora, by zrealizować serial o tej postaci. Oglądalność była tak wysoka, że kilka dni po premierze zamówiono kontynuację.

Wszystko zaczęło się od tego, że Jack Reacher przyjechał autobusem do miasteczka Margrave w stanie Georgia. Chciał bliżej poznać pewnego muzyka bluesowego, ale najpierw wpadł do jadłodajni, by zjeść placek. Problem w tym, że nawet nie dadzą człowiekowi zjeść, tylko od razu przybywaj gliniarze,  nasz turysta zostaje aresztowany… za morderstwo. To jednak nie jest jedyna niespodzianka, bo najpierw pewien bankier przyznaje się do winy, potem facet z Reacherem trafiają do pierdla, co kończy się spuszczeniem łomot, zaś denat okazuje się być… bratem Reachera. O co tu do cholery chodzi? Reacher zaczyna prowadzić własne dochodzenie.

Wszystko brzmi jak znajoma historia spod znaku sensacyjno-kryminalnych produkcji z lat 90. czy początku XXI wieku. Intryga u szczytów władzy w miasteczku, skorumpowani policjanci, brutalne morderstwa, małomówny przybysz znikąd, detektyw z wielkiego miasta – ile to już razy widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy? Twórcy serialu są pełni w pełni świadomi i kompletnie się tego nie wstydzą. Jednak na tyle komplikują elementy układanki, by zaangażować oraz trzymać w napięciu, choć podejrzanych na pierwszy rzut oka rozpoznajemy. Pojawia się parę zaskoczeń, wynikających z ograniczonego zaufania, szukania tropów poza miasteczkiem Twórcy nie zapominają o rozładowaniu napięcia humorem (głównie dzięki dynamice relacji Reacher-Finlay), by wskoczyć bardzo krwawymi scenami akcji. Te są zrobione świetnie, w niemal surowym stylu, bez szybkich cięć, z pompującą adrenaliną jak choćby bójka w więzieniu czy finałowa konfrontacja. Troszkę się czułem jakbym oglądał… „Boscha” tylko w konwencji współczesnego westernu.

W zasadzie jedynym poważnym problemem są dla mnie retrospekcje z czasów młodości Jacka. Z jednej strony pokazują jego charakter oraz relację z bratem, ale z drugiej parę razy wydają się zbędne i niepotrzebne. Znaczy nie wszystkie, jednak trochę sprawiają wrażenie zapchajdziury. Sama realizacja może nie robi szału, ale czy każdy serial musi być przełomowy, zmieniający reguły gry w gatunku oraz wielkimi ambicjami? „Reacher” tego nie ma i nie potrzebuje, bo jego celem jest dostarczenie rozrywki, co wykonuje bezbłędnie.

Plus ma świetnie dobranych aktorzy i interakcje między nimi, co jest istotnym kluczem. Odkryciem dla mnie jest Alan Ritchson w roli tytułowej, czyli mieszanka umysłu Sherlocka Holmesa z posturą godną Arniego o bardzo niepoprawnym politycznie nazwisku czasów świetności. Wybuchowa hybryda tworząca gościa, co samym spojrzenie potrafi zmienić nastawienie każdego delikwenta. Jeśli to nie zadziała, pięści idą w ruch, a kości pękają szybciej niż więźniowe polityczni. Poza nim jest jeszcze dwójka partnerów: Malcolm Goodwin (opanowany i szorstki detektyw Finlay) oraz Willa Fitzgerald (idealistyczna policjantka Roscoe). Interakcje między tą trójką jest emocjonalną kartą, jaką mają twórcy do zaoferowania i nie boją się z niej korzystać. Reszta obsady też wypada więcej niż dobrze (z tego grona najbardziej wybija się Bruce McGill jako burmistrz Teale oraz Maria Sten w roli dawnej towarzyszki z armii – sierżant Neagley), więc pod tym względem nie ma się czego przyczepić.

„Reacher” tak jak „Bosch” czy parę lat wcześniej „Justified” to przykład bezpretensjonalnego serialu z lat 90., tylko o wiele lepiej wykonanego. Prosty (nie prostacki), szczery, z fajnymi postaciami oraz pewnie prowadzoną historią. Nie wiem jak wy, ale nie mogę doczekać się kolejnego przystanku na drodze Jacka Reachera.

8/10

Radosław Ostrowski

Annette

Hasło musical dla wielu narzuca jednoznaczne skojarzenia – śpiew oraz taniec, wykonany w taki sposób, by pieściło oczy i uszy. Jeśli jest to zrobione z regułami tego gatunku. Chyba, że przyjdzie Leos Carax i dokona kompletnej destrukcji, demolki, wręcz rozróby. Taka jest „Annette”, która spełnia założenia reżysera lubiącego sztuczność, eksperyment i brak reguł.

Historia stworzona przez duet muzyczny Sparks skupia się na parze ludzi z dwóch światów. Ona (Anna) jest operową diwą, on (Henry) bardzo kontrowersyjnym stand-uperem. Większego przykładu, że miłość jest ślepa nie da się znaleźć. Wydaje się, że to uczucie będzie mocne i podnoszące mocno. W końcu pojawia się w ich życiu córka Annette, która okazuje się mieć niezwykłe umiejętności. Ale dla obojga rodziców życie zawodowe zmienia się ogromnie. Ona odnosi coraz większe sukcesy, wielką widownię, prestiż i kasę, a on wręcz przeciwnie. Dla widowni staje się nieśmieszny, wulgarny, chory i odpychający. Coś wisi w powietrzu, ale czy to miłość?

Już sam początek pokazuje, że to nie będzie konwencjonalny film. Skoro w pierwszej scenie śpiewa zespół Sparks w towarzystwie aktorów oraz ekipy filmowej z kamerą pokazującą ich z przodu. Zaskoczeni? To jak zareagujecie na fakt, że dziecko naszej pary bohaterów jest… kukiełką? Sztuczność oraz rozbuchanie uderzają mocno w głowę, wszystkie (prawie) dialogi są śpiewane, zaś numery Sparks – pozornie proste i mniej rozbuchane – potrafią złapać za ucho. Fabuła wydaje się być prosta, ale czy warta trwania ponad dwie i pół godziny?

Początkowo akcja wydaje się chaotyczna, bez konkretnego kierunku. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Annette, gdzie skupia się na tej parze. Ich ambicjach, frustracjach, poczuciu niespełnienia, toksycznej relacji, zazdrości oraz sławie. Pozornie wydaje się, że wszystko gra, co słychać. Ale obrazek i zachowanie sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Czy to jest satyra na szoł-biznes? Po części – pole do interpretacji jest spore, a realizacyjnie Carax uderza swoim neobarokowym stylem. Czy to podczas tańca na statku podczas burzy (w tle obraz jest pokazany na projektorze), czy jak dyrygent prowadzi orkiestrę i odzywa się bezpośrednio do obracającej się wokół niego kamery. To jest oszałamiające wizualnie doświadczenie, zaś sam śpiew balansuje między melorecytacją a naturalnym fałszowaniem. Więc nie wszystkim się to spodoba.

To wszystko jednak w ryzach trzyma rewelacyjny duet w rolach głównych. Marion Cotillard jako Anna zachwyca swoim głosem oraz kostiumami noszącymi podczas spektakli operowych. Ale prawdziwym szołmenem jest tutaj Adam Driver i to, co on wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie. Nieważne, czy występuje jako stand-uper, czy jest sfrustrowanym, niespełnionym „artystą”. We wszystkich tych twarzach jest bezbłędny, zarówno w bardziej ekspresyjnych, jak i tych oszczędniejszych emocjonalnie momentach. A jeszcze gdzieś nad nim skrywa się pewien nieopisany mrok, co tylko czyni go jeszcze bardziej magnetyzującym.

„Annette” to film polaryzujący wszystkich. Jedni będą zachwyceni i oczarowani, drudzy skonsternowani, zmęczeni oraz wkurzeni, że obejrzeli to dziwadło. Bez wątpienia to bardzo interesujący eksperyment dla ludzi odważnych, nie bojących się ryzyka. Ostrożnie, ale polecam.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez skrupułów Toma Clancy’ego

Fanom thrillerów nazwisko Toma Clancy’ego nie wymaga przedstawienia. Zmarły w 2013 roku pisarz specjalizował się w technothrillerach, gdzie skupiał się na napiętej sytuacji geopolitycznej, technologicznych wynalazkach, intrygach na szczycie władzy oraz próbujących ich powstrzymać agentach CIA lub wojskowych. To Clancy stworzył postać Jacka Ryana, a także wojskowego Johna Clarka, tworząc o nim osobną serię rozpoczynającą się powieścią „Bez skrupułów”.

Plany adaptacji tej książki zaczęły się na początku lat 90., kiedy Clarka miał zagrać Keanu Reeves. Ostatecznie jednak wszystko zaczęło się krystalizować w 2018 roku, gdy obsadzono w tej roli… Michaela B. Jordana, zaś za kamerą stanął włoski reżyser Stefano Sollima. Z kolei historia została uwspółcześniona i zaczyna się od odbicia agenta CIA z rąk Syryjczyków w Aleppo. Dopiero na miejscu John Kelly razem z dowódczynią, komandor Karen Green odkrywają, że miejsce przetrzymywania to tak naprawdę magazyn wojskowy… Rosjan. Trzy miesiące po akcji zaczynają ginąc jej uczestnicy, ale zamiast Kelly’ego zostaje zabita ciężarna żona. Dla mężczyzny pozostaje już tylko jedno – zemsta.

Na papierze brzmi to bardzo interesująco, prawda? Zemsta, grubszy spisek, nieczyste zagrywki osób gotowych podpalić świat dla własnych korzyści, wywiad, wojsko. Niby akcja dzieje się w wielu częściach świata, a wygląda to jakoś strasznie tanio. Sama akcja ogranicza się do bijatyk (świetna walka Kelly’ego w celi więziennej) oraz strzelanin, którym zwyczajnie brakuje kopa czy adrenaliny. Wiem, że u Clancy’ego akcja była tylko dodatkiem do trzymającej w napięciu opowieści. Problem w tym, że historia jest bardzo przewidywalna, napięcie siada w połowie i już nie wraca, a samo wykonanie jest w najlepszym wypadku poprawne. Brakuje w tym wszystkim ognia oraz serca.

Jedyną w pełni działającą rzeczą jest Michael B. Jordan jako Kelly, który później staje się Clarkiem.  Wygląda groźnie, ma tonę charyzmy i bardzo przekonująco wypada jako bezwzględnie dążący do celu mściciel. Taki o wiele lepszy i wyrazistszy Liam Neeson, potrafiący w samotności pokazać swój ból i stratę. Ale tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Reszta obsady nie dorównuje mu poziomem – najbliżej jest Jodie Turner-Smith jako komandor Karen Greer, czyli dowódca Kelly’ego. Jedyna osoba, przed którą czuje respekt i tworzy silną więź. Ale Guy Pierce jako sekretarz stanu stanowi przykład człowieka-spojlera, wokół którego główny twist jest aż nadto widoczny.

Wielka szkoda, że „Bez skrupułów” to takie rozczarowanie. Po takim reżyserze jak Sollima oraz takim scenarzyście jak Taylor Sheridan należało oczekiwać dużo więcej. Niby finał sugeruje ciąg dalszy, ale po chłodnym odbiorze nie liczyłbym na to.

5/10

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Homecoming – seria 2

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery, więc czytasz na własną odpowiedzialność.

Pamiętacie produkcję Amazona zrobioną przez Sama Esmaila? „Homecoming” opowiadało o tajemniczym projekcie korporacji Geist, zajmującym się leczeniem żołnierzy z PTSD. Przynajmniej tak to na początku wyglądało, a z kolejnymi odcinkami odkrywaliśmy kolejne tajemnice przedsięwzięcia. Wydawałoby się, że ta historia jest zakończona. Jednak nie, ale drugi sezon powstał bez udziału Esmaila oraz grającej główną rolę Julii Roberts. I to czuć w realizacji, niemniej kontynuacja jest udana. Ale po kolei.

homecoming2-1

Akcja jest powiązana z wydarzeniami pierwszej serii, zakończeniem się podjęciem dochodzenia wobec Geist. Wszystko jednak zaczyna się bardzo tajemniczo – jesteśmy w środku jakiegoś jeziora na łódce. W środku jest młoda, czarnoskóra kobieta. Budzi ją dźwięk telefonu, ale za nic nie może sobie przypomnieć jakim cudem tu trafiła. Na brzegu widzi jakiegoś mężczyznę, lecz ten ucieka. Kobieta próbuje ustalić kim była i czym się zajmowała, a trop prowadzi do kierującej Geist pani Temple.

homecoming2-2

Przez siedem półgodzinnych odcinków reżyser Kyle Patrick Alvarez też próbuje poprowadzić przez tajemnicę wokół kobiety granej przez Janelle Monae. A wszystko prowadzi do korporacji oraz stosowaniu doku z jagód. Niby nic niezwykłego, ale specyfik powodował utratę pamięci, dzięki czemu żołnierzy można było znowu wysyłać na front. Jednak prowadzone dochodzenie przez Departament Obrony wywołuje popłoch, a szef firmy Leonard Geist (trzymający poziom Chris Cooper) nie tylko zwalnia osoby odpowiedzialne za projekt, lecz także chce pozbyć się owoców. Pojawia się komplikacja w postaci walczącej o władzę w firmie Amandą Temple i mocno zainteresowanej substancją reprezentantką Pentagonu (mocna Joan Cusack). Do tego wraca Walter Cruz (świetny Stephen James), który próbuje sobie przypomnieć leczenie i nawiedzają go niejasne przebitki. Czy naprawdę miał operację mózgu, skoro na głowie nie ma blizn? Próba dojścia do prawdy nie będzie prosta.

homecoming2-3

Twórcy mieszają te wątki ze sobą, ale nie ma to aż takiej mocy jak w pierwszej serii. Tam były nie tylko dwie przeplatające się linie czasowe, lecz także każda z tych ram miała inny format obrazu. Nadal są obecne zabawy pracą kamery (długie ujęcia, kadry z góry, spowolnienia), a nawet podzielony ekran niczym z kina Brian De Palmy. Nie oznacza to jednak, że historia nie wciąga, wręcz przeciwnie. Klimat paranoi godnej thrillerów w rodzaju „Syndykatu zbrodni” udaje się zachować, zaś intryga prowadzona jest pewnie. Zwłaszcza kiedy pojawiają się odcinki pełne retrospekcji i pokazują wszystko, co związane z Jackie/Alex.

homecoming2-4

W tych momentach Monae pokazuje, że ścieżka aktorska nie była kaprysem piosenkarki. Bardzo dobrze odnajduje zarówno jako zagubiona i nie do końca ufna, jak w momentach pokazana swojej siły, wyrachowania oraz sprytu. Więcej do pokazania ma Hong Chau, w poprzedniej serii będąca w zasadzie epizodem. Tutaj szybko zmienia się z bardzo nieśmiałej recepcjonistki w bezwzględną kobietę interesu, co dobitnie pokazuje scena rozmowy z dawnymi kolegami w sprawie zorganizowania imprezy. Tutaj każda postać, nawet epizodyczna ma szansę wykazać się. Wraca też Bobby Cannavalle na kilka scen, co zawsze jest dla mnie przyjemnością.

homecoming2-5

Zakończenie wydaje się zamykać całą historię i w satysfakcjonujący sposób zamknąć wątek Alex oraz korporacji Geist. Może nie dorównuje poziomem poprzedniej serii – wszak wejście w buty Sama Esmaila to zadanie karkołomne – jednak nie jest rozczarowaniem. Podchodzi do wątków poprzednika z innej perspektywy, mieszając wątek korporacyjny i tajemnicy. Czy będzie kontynuacja, trudno powiedzieć, niemniej warto sprawdzić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sound of Metal

Ruben to człowiek z pasją. Jest nią muzyka i razem z dziewczyną tworzą nie tylko parę, ale też duet rockowy. Mieszkają w kamperze, prowadzą taki bardziej wędrowny tryb życia, zaś wielka kariera jeszcze przed nimi. I pewnie prowadziliby bardzo interesujące życie, gdyby nie jeden poważny problem. Podczas jednego z koncertów mężczyzna zauważa problemy ze słuchem. Badania potwierdzają, że jest źle i szanse na odzyskanie słuchu są niewielkie. Chyba, że przejdzie operację. Trzeba jednak na to kasy. Decyduje się na przybycie do ośrodka dla osób niesłyszących.

Debiutant Darius Marder zaprasza nas do świata raczej rzadko obecnego w kinie, choć początek obiecuje coś innego. Zaczyna się mocnym uderzeniem, strzałami perkusji, wręcz natężeniem dźwięków. Ale pojawia się zdarzenie, które wywraca życie do góry nogami. Taka sytuacja (może nie tak ekstremalna), lecz przytrafia się niemal każdemu. Albo się zdarzy, gdzie powrót do dawnego życia jest wręcz niemożliwy. Co wtedy zrobić? Próbować mimo wszystko walczyć o odzyskanie status quo? Poddać się i ze sobą skończyć? A może spróbować się zaadaptować i odnaleźć w nowej sytuacji? Te pytania krążą cały czas, zaś odpowiedzi należy sobie samemu odpowiedzieć.

Przez większość czasu jesteśmy z Rubenem (fenomenalny Riz Ahmed) w ośrodku prowadzonym przez głuchego Joe (wspaniały Paul Raci). Wtedy wchodzimy do miejsca, gdzie ludzie głusi funkcjonują razem. Bez poczucia bycia kimś gorszym, uczącym się migowego języka, niejako odcięci od wewnętrznego świata (bez dostępu do telefonu), tworzący własny świat. Cisza jest tutaj bardzo głośna, pokazując to miejsce z dużą dawką empatii. Początkowo sceny z językiem migowym dezorientują – z powodu braku tłumaczenia – z czasem zaczynamy je poznawać. A także te postacie zaczynamy bliżej poznawać. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie sceny, gdy wchodzimy w „uszy” naszego bohatera. Dźwiękowcy świetnie przedstawiają jak odbierane są dźwięki przez osobę z uszkodzonymi uszami. To jest wręcz namacalne i pomaga zrozumieć bohatera, jego ból, bezsilność oraz czasem ośli upór. Ahmed pokazuje to niesamowicie, ale i bardzo naturalnie. Tak się tworzy role oszczędne o potężnej sile rażenia.

Równie wyrazisty jest tutaj Paul Raci jako osoba, będąca szefem i mentorem dla naszego bohatera. Nawet kiedy odzywa się językiem migowym, mówi istotne rzeczy i kryje w sobie silną charyzmę. Joe to człowiek, który wiele przeżył, zaś jego mowa ciała oraz spojrzenia mówią więcej niż jakiekolwiek słowa. A to już jest wyższa szkoła jazdy. Oprócz tego na ekranie mamy osoby niesłyszące oraz mocne (choć drobne) kreacje Olivii Cooke oraz Mathieu Amalrica, czyli Lou i jej ojca.

Tytuł zapowiadał mocne, agresywne uderzenie, lecz Marder idzie w stronę wyciszonego, spokojnego dramatu. Spokojnego, ale nie nudnego i pozbawionego emocji, o nie. Jakby zdając sobie sprawę, że ciszą można ugrać o wiele więcej niż jakimkolwiek – nawet najlepszym dźwiękiem. Piękna rzecz.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku 2

Sequeloza to choroba trawiąca kinematografie z całego świata. Czasami powstaje kontynuacja, która nie tylko zarabia kasę, lecz jest po prostu udanym filmem. Ale to jest rzadko spotykane cacko. Dlatego nie do końca byłem pewny, co myśleć o planach kontynuacji „Księcia z Nowego Jorku”. Troszkę uspokoiły mnie informacje, że za kamerą będzie odpowiadał Craig Brewer. Twórca „Nazywam się Dolemite” dając szansę na stworzenie fantastycznych ról Eddiemu Murphy’emu oraz Wesleyowi Snipesowi. Obaj panowie ją wykorzystali, ale o tym już mówiłem. Wróćmy do Księcia.

Druga część toczy się 30 lat później, zaś Akeem nadal jest księciem, żyje z tą samą żoną i ma trzy piękne córeczki. Niestety, tron może rządzić tylko mężczyzna – przerąbane. Jakby było mało problemów, to ojciec umiera, zaś ku granicom czai się generał Izzy. To wojskowy watażka, którego siostrę nasz przyszły król porzucił przed ślubem. Więc wojna może wisieć w powietrzu. Ale jest pewne wyjście: okazuje się, że Akeem ma nieślubnego syna w Queens. Ale czy uda się przekonać młodego do bycia następcą tronu Zamundy?

Jeśli opis fabuły brzmi wam znajomo, to fabuła jest zmodyfikowaną wersja oryginału. Różnica jest taka, że tym razem to syn naszego bohatera trafia do Zamundy i tam musi się odnaleźć. Lavelle – tak ma na imię chłopak – jest typowym reprezentantem pokolenia millenialsów. Czyli mieszka z matką, nie może znaleźć pracy i samodzielność jest absolutnie mu obca. On musi dojrzeć i przejść drogę jaką miał bohater pierwszej części. Problem w tym, że Zamunda nie jest aż tak ciekawym miejscem jak Queens w oryginale. Jasne, wygląda ona imponująco (scenografia i kostiumy to najmocniejszy punkt filmu), czuć tutaj piniądz, ale brakuje jakiegoś większego zarysowania. Zderzenie nowojorskiego stylu życia z bogatym życiem w Zamundzie (bardzo konserwatywnej) miał spory potencjał komediowy. Ale nawet to zostaje zaprzepaszczone, idąc ogranymi kliszami. Za dużo powtórek z oryginału i za mało od siebie (może oprócz ZNN).

Także mamy za mało obecności w Nowym Jorku, choć odniesień jest mnóstwo – od salonu fryzjerskiego przez pastora-erotomana – nawet są użyte fragmenty oryginału. Z kolei humor jest tutaj bardzo niezdecydowany: niby chce być niepoprawny politycznie i po bandzie, z drugiej delikatny oraz subtelny. Przez co film stoi w rozkroku, balansując czasem na granicy żenady. A w tym wszystkim jest przesłanie o chodzeniu za głosem serca oraz dostosowywaniu się do nowych czasów. Bajzel totalny, choć jest parę fajnych momentów jak pogrzeb króla.

Obsada robi, co może, by wycisnąć z tej materii życie. Eddie Murphy z Arsenio Hallem nadal grają kilka postaci, zaś w swoich podstawowych karnacjach (Akeem i Semmi) mają swoje momenty przebłysku. W ogóle stara ekipa trzyma fason, lecz z nowych postaci bronią się dwie: dość dosadna Leslie Jones (matka Lavelle’a) oraz kradnący szoł Wesley Snipes. Ten drugi jako generał Izzy niby wydaje się groźny, ale w tym strachu jest groteskowy i przerysowany.

Niestety, ale drugi Książę jest w zasadzie powtórką z rozrywki pozbawioną świeżych pomysłów, ze zbyt znanymi gagami. To nawet nie jest odgrzewany kotlet, jest to lekko ucharakteryzowany trup, co wygląda niepoważnie. Ma parę fajnych scen, lecz jako całość tkwi w oceanie przeciętności.

5/10

Radosław Ostrowski