Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka 2

Jak zapewne pamiętacie, Berg jest małą osadą zamieszkiwaną przez Wikingów, którym udało się ujarzmić smoki. Wszystko to się udało dzięki synowi wodza, Czkawce. Od tej pory ludzie i smoki żyją ze sobą w symbiozie. To jednak może się bardzo szybko zmienić, a to przez Draco – potężnego człowieka, zbierającego i tropiącego wszystkie smoki. Czkawka będzie chciał próbować przekonać wodza, by zmienił zdanie, ale ruszając ku niemu trafi do zaskakującego miejsca, gdzie znajdzie masę smoków oraz… swoją matkę.

smok_21

Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka była lekkim, bezpretensjonalnym filmem przygodowym ubranym w bardzo ładną animację (Szczerbatek był taki słodziutki). Równie ładny (nawet jeszcze bardziej) jest część druga, zrobiona według sprawdzonej i oczywistej formuły sequeli, znanej nawet nordyckim bogom. Jest więcej smoków, gra idzie o znacznie wyższą stawkę, a konfrontacja wydaje się nieunikniona. To także (a może przede wszystkim) o braniu odpowiedzialności. Po drodze mamy masę smoków, łowców kierowanych przez Ereta, a nawet batalistyczne starcie niemal żywcem przeniesione z „Władcy Pierścieni”, gdzie smoki i ludzie naparzają się ze sobą (wygląda to niesamowicie). Nadal podoba mi się ta kreską, którą odrysowane wszelkie postaci oraz różnego rodzaju smoki. Każdy z nich wygląda i porusza się inaczej, wyglądając wręcz oszałamiająco. Do tego dostajemy także odpowiednio bombastyczną (tak jak w poprzedniku) muzykę Johna Powella, pełną patosu, emocji oraz orkiestrowo-chóralnego rozmachu.

smok_24

Jednocześnie, poza dynamiczną akcją i scenami latania, twórcy próbują (i to dobrze) podbudować psychologiczny aspekt związany z Czkawką i Szczerbatkiem. Pierwszy próbuje wejść w buty przywódcy, wspierany przez matkę (jej losy opisano w barwnej retrospekcji), drugi też zaczyna coraz bardziej dojrzewać (nadal wygląda słodziutko), przez co konfrontacja z Draco i jego smokiem Alfa (bydle nie tylko jest wielkie, ale też kontroluje umysły smoków) podnosi emocje oraz adrenalinę. Niby jest to przewidywalne, ale kilka scen naprawdę łapie za serce (pierwszy widok góry pełnej smoków czy pogrzeb jednego z bohaterów) i zapada mocno w pamięć. Troszkę mi szkoda, że kumple Czkawki (zwłaszcza wojownicza i oddana Astrid) zostają zepchnięci na dalszy plan, bo można było troszkę pogłębić tą relację. Humoru też jest troszkę mniej, ale to można przełknąć.

smok_23

Nie mogę też złego słowa powiedzieć o polskim dubbingu. Powrócił Miłogost Reczek (wódz Stoik) oraz drugi plan, ale za to zmieniono głos Czkawki. Mateusza Damięckiego zastąpił Grzegorz Drojewski i w pełni udźwignął zagubienie, strach oraz odwagę. Również Danuta Stenka (Valka) jest po prostu świetna, tak samo jak Szymon Kuśmider w roli nieprzyjemnego Draco. Jedynie Tomasz Błasiak w roli Ereta troszkę odstaje od reszty (troszkę irytuje ta gadanina, ale tak miało być).

smok_24

Rzadko udają się drugie części, jednak „Jak wytresować smoka 2” jest w pełni udane i to nie tylko ze względu na dynamiczną akcję, ale też wiarygodnie pokazanie jak dojrzewa się do ważnych i poważnych zadań. A nad wszystkim unosi się duch wielkiej przygody, jakiej można dostarczyć dziecku (pięknie to wygląda). Bez względu na to ile ma lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Dom

Boovy to kosmiczne istoty, które ciągle uciekają przed paskudnymi Gorgami. A dlaczego uciekają? Tego tak naprawdę nie wiemy, a dowodzący grupą kapitan Smeak decyduje się znaleźć kolejną planetę do ucieczki. I wybór pada na Ziemię, gdzie zostaje wywrócona grawitacja, a ludzie skupieni w jednym skupisku w Australii, bo Boovy potrzebują własnej przestrzeni życiowej. Ale ten spokój może zostać odebrany przez Boova o imieniu Oh. Niby wygląda jak swoi pobratymcy, lecz jest bardziej otwarty (a to jest niedopuszczalne) i próbujący bardziej podchodzić na luzie. Popełnia jednak błąd, gdyż chcąc zaprosić na swoją imprezę w nowej chacie wysyła zaproszenie… do wszystkich. W tym do Gorgów, a to oznacza jedno: Oh jest ścigany. Po drodze trafia na nastoletnią Tip, która próbuje znaleźć swoją mamę. Chcąc nie chcąc, łączą siły.

dom1

DreamWorks – jak każda wytwórnia filmowa – ma swoje spektakularne sukcesy („Shrek”, „Madagaskar”), jak i porażki (sequele w/w). Bo przecież nie można być ciągle w dobrej formie. Sama historia w „Domu” jest prosta, ale i takie proste opowiastki można poprowadzić na tyle sposobów, że zapadają mocno w pamięć. Twórcy „Domu” nie są w stanie podołać temu zadaniu, a wszystko idzie według oczywistego schematu: zderzenie dwóch postaci z różnych światów, zakończony przyjaźnią i wspólnym życiem. intryga jest prosta, ale prowadzona zdecydowanie za szybko i po łebkach. O samych Boovach wiemy, że są strachliwe i jedynym ich sposobem przetrwania jest ucieczka, zaś ludzie zostają zepchnięci na tak daleki drugi plan, że poza Tip tak naprawdę nie ma nikogo. Po drodze musi dojść do tarć i spięć, co nawet bywa zabawne (tutaj humor zdecydowanie sytuacyjny ze spektakularną pogonią w Paryżu), jednak brakuje jakiejś silniejszej iskry. Ja się strasznie wynudziłem w trakcie seansu, bo jest to typowa produkcja skierowana dla młodego odbiorcy.

dom2

Owszem, przesłanie jest niegłupie (tolerancja i przełamywanie nieufności), kreska ładna, a same Boovy wyglądają uroczo, jednak czegoś mi tu zabrakło. Polski dubbing jest całkiem przyzwoity, a najmocniej zapada nietypowa (bo niepoprawna) składnia językowa. I tutaj jest najmocniejsze źródło komizmu, a głosy są całkiem przyzwoity. Zarówno lekko postrzelony Oh (Przemysław Stippa), jak i Tip (Monika Dryl) brzmią całkiem nieźle, ale aż korci mnie sprawdzenie oryginalnych głosów (kolejno: Jim Parsons oraz Rihanna). Ale nie wiem, czy to byłaby dla mnie wystarczająca zachęta.

dom3

Ale już chyba jestem za stary na takie filmy jak „Dom”, które poza odegraniem sprawdzonym schematem nie dodają absolutnie nic nowego. Być może rozpieściły mnie te postmodernistyczne żarty w bajkach, sprawiające przyjemność osobom w każdym wieku, a może wczorajsze seansy były tak mocne. Produkcja DreamWorks sprzed dwóch lat kompletnie przepadła w pamięci kinomanów i mnie to nie dziwi.  Z drugiej strony kreska jest naprawdę ładna, nadal może się podobać, tylko że dla mnie to mocno za mało.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka

Dawno, dawno temu żyli sobie Wikingowie. Byli to ludzie bezwzględni, co mordują, palą, gwałcą i plądrują, a także muszą zabijać smoki, co kradną im jadło, niszcząc przy okazji wszelkie domostwa. Jednak w każdej wiosce Wikingów jest jeden taki, który wydaje się nie pasować do reszty. Kimś takim jest Czkawka – niski, młody i bardzo cherlawy chłopak, co w porównaniu z resztą mieszkańców, wyglądających niczym zawodowi koksiarze, jest kpiną. Ale to ten chłopak przypadkowo rani bardzo niebezpiecznego smoka – Nocną Furię, co nikt nie jest w stanie zauważyć. Sprawdzając miejsce, gdzie bestia może się ukryć, znajduje rannego smoka, którym zaczyna się opiekować i kurować. W tym czasie jego ojciec i wódz plemienia wyrusza, by namierzyć leże smoków, a Czkawka musi przejść szkolenie na prawdziwego zakapiora.

smok2

W 2010 roku DreamWorks tym filmem złapał drugi oddech i mógł znowu rywalizować z resztą stawki, jeśli chodzi o animację. Opowieść o chłopcu, który doprowadza do życia w symbiozie między ludźmi a smokami toczy się dość stopniowo i powoli, skupiając się na relacji między nieporadnym chłopcem a smokiem. Szczerbatek (tak zostaje nazwany) to uroczy (śliczniutki pyszczek) smoczek, który staje się przyjacielem. Chłopak pomaga mu się podnieść po uszkodzeniu ogona i zaczyna tresować zwierzaka, latając razem z nim po przestworzach, ale musi to ukrywać w tajemnicy. Tak samo szkolenie odbywa się, skupiając się na praktycznym aspekcie zabijania skrzydlatych bestii, a i pojawia się obowiązkowo ognista (z charakteru) Astrid oraz ojciec nieakceptujący nowego oblicza syna. Niby to schematyczne i przewidywalne, ale i tak dobrze się ogląda, co jest zasługą ślicznych plenerów, pięknie wyglądającego Szczerbatka oraz epickiej muzyki Johna Powella.

smok1

Także sama animacja mocno w stylu DreamWorks z dość dużymi twarzami bohaterów zasługuje na uznanie. Jest płynna, przykuwa oko, a mimika twarzy jest więcej niż porządna. Ale największe wrażenie robią plenery oraz sylwetki smoków – różnorodne, pomysłowe (dwugłowy smok) i wyjątkowe.

smok4

No i dubbing, który trzyma fason, choć jedna postać mi nie podeszła. Chodzi o naszego Czkawkę, którego w polskiej wersji odgrywa Mateusz Damięcki. Aktor daje radę i robi, co może, ale ten głos wydawał mi się troszkę za stary. Za to wszystko bezczelnie kradnie Julia Kijowska (twarda i charakterna Astrid) oraz Miłogost Reczek (surowy, ale kochający ojciec), którzy są po prostu świetni i mają spore pole do popisu.

smok3

„Jak wytresować smoka” to bajka skierowana do zdecydowanie młodego widza, gdyż dorosły i/lub starszy nie znajdzie tutaj zbyt wiele dla siebie. Nie ma tutaj miejsca na postmodernistyczne żarty czy aluzje dla wyrobionych kinomanów. Lekkie kino przygodowe dla dzieciarni, które może się podobać.

7/10

Radosław Ostrowski

W głowie się nie mieści

Ludzki umysł jest skomplikowaną maszyną, a co dopiero umysł młodego człowieka, który zaczyna odkrywać nowy świat. Tym razem zapuszczamy się do wnętrza umysłu Riley – młodej dziewczynki, która z centrali (czyli mózgu) jest sterowana przez pięć emocji: Radość, Smutek, Odrazę, Strach i Gniew. Najważniejsza jest tutaj Radość, próbująca uszczęśliwić naszą Riley. Okoliczności jednak są mniej przyjemne: rodzina wyprowadza się z Minnesoty do San Francisco, a na miejscu jest syf, kiła i malaria. Do tego Radość i Smutek wypadają z Centrali, co doprowadzić może do kompletnej katastrofy.

w_glowie_sie_nie_miesci1

Nie od dzisiaj wiadomo, że Pixar to prawdziwi filmowi czarodzieje, aczkolwiek ostatnie lata były okresem chudym. Jednak zrealizowane dwa lata temu „W głowie się nie mieści” to wielki comeback do mistrzowskiej formy. Sam pomysł wydawał się prosty i karkołomny, ale pokazanie ludzkiego umysłu, sterowanego przez emocje, mające w pełni ludzki charakter to strzał w dziesiątkę. Bo to emocje pozwalają nam przeżyć wiele niezapomnianych chwil, kształtując naszą osobowość. Z kolei wędrówka Radości i Smutku pokazuje (w bardzo kreatywny sposób) jak funkcjonuje nasz mózg: jak pewne wspomnienia (wyglądające jak kulki do flippera, ale wrażliwe na dotyk) są usuwane i trafiane do nicości; gdzie przechowywane są nasze koszmary i jak powstają nasze sny (wielkie studio filmowe!!!). Mój ulubiony fragment dotyczy fundamentów, które są wysepkami budującymi osobowość naszej bohaterki. To wszystko staje się źródłem bardzo delikatnego humoru, niepozbawionego drobnych aluzji (Miasto Chmur).

w_glowie_sie_nie_miesci2

Jednak tak naprawdę Pixar przypomina, że dojrzewanie jest bardzo trudne, a wtedy potrzebna jest symbioza i zgranie wszystkich emocji ze sobą. Bo dominacja jednej z nich może doprowadzić do katastrofy, włącznie z autodestrukcją. Kapitalnie to pokazują sceny, gdy bierze kontrolę Gniew czy Smutna z Radością próbują znaleźć drogę do domu. I jeszcze ten bardzo dramatyczny finał, który potrafi wzruszyć, dając bardzo wiele do przemyśleń. A jednocześnie miejsce na (być może) sequel.

w_glowie_sie_nie_miesci3

Poza dziką wyobraźnią rysowników oraz prześlicznie pokazanego świata, wszystko robi znakomity dubbing, gdzie jest wszystko idealnie dopasowane do postaci. Radość (czarująca Małgorzata Socha) wygląda i porusza się jak prawdziwa wróżka, emanując dobrocią oraz pozytywną energią. Smutek (świetna Kinga Preis) jest cała w błękicie, nosi bardzo gruby sweter oraz ciężkie okulary, doprowadzając niemal do przygnębienia. Mocny źródłem humoru jest będący na skraju załamania nerwowego Strach (trzymający fason Cezary Pazura) i wyglądający niczym pracownik korporacji Gniew (Szymon Kuśmider), będący prawdziwą tykającą bombą. Ostatnią zaś jest wyglądająca niczym hipsterka Odraza (Maja Ostaszewska), która czuje wstręt do wielu rzeczy. I tylko jako zgrany skład, są w stanie wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, co pokazuje ciepłe zakończenie.

w_glowie_sie_nie_miesci4

„W głowie się nie mieści” to tak potężny cios emocjonalny, gdzie wszystkie klocki odnajdują się na swoim miejscu. Nie brakuje wzruszeń, radości, przygnębienia oraz refleksji. Także pokazuje najmłodszym jak funkcjonuje nasz skomplikowany aparat jakim jest mózg, ale robi to w bardzo przyswajalny (przeprowadzono wcześniej konsultacje z naukowcami), bez łopatologii oraz nachalności. Zrobione z sercem, mądrością oraz ciepłem chwyta każdego, bez względu na wiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród

Czym jest Zwierzogród? To takie miasto, gdzie zwierzęta (wszelkiej maści) żyją ze sobą w zgodzie, a każdy może być kimkolwiek się to żywnie podoba. Właśnie tam trafia młoda króliczka, czyli Judy Hobs. Króliczek, bardzo chce zostać policjantką i marzy, by prowadzić bardzo poważne i ważne sprawy. Ale na miejscu wszystko zostaje bardzo mocno zderzone z rzeczywistością. Zamiast wielkiej sprawy: mandaty. I tak przypadkowo poznaje pewnego cwanego lisa, Nicka Bajera – gościu robi troszkę na lewo i zostaje zaszantażowany. Niejako wskutek okoliczności nasz króliczek prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia kilkunastu zwierząt, ale skupia się na wydrze, w czym pomaga (niejako wbrew sobie) lisiur Bajer.

zwierzogrd1

Disney postanowił przypomnieć sobie, za co kochaliśmy te studio, gdy tacy ludzie jak ja byli bardzo małymi szkrabami, oglądającymi „Króla Lwa” czy „Piękną i Bestię”. Tutaj twórcy w konwencji kryminalnej komedii, próbują opowiedzieć o inności oraz przełamywaniu stereotypowego spojrzenia na innych. A co może pomóc przełamać bariery jak pokazanie bohaterów jako zwierzęta? I jest tutaj bardzo bogata galeria: komendantem jest byk, ochroniarzami gangstera syberyjskie misie, burmistrzem jest lew, a w urzędach pracują wolne jak nigdy leniwce. No i kontrastowy duet królik/lis, który musi też przełamać swoje lęki i nieufność.

zwierzogrd3

Sama intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, serwując w odpowiedniej ilości powagę i humor. Wystarczy wspomnieć brawurowy pościg za bandytą w Chomiczówce (miastu małych zwierzątek) czy ucieczkę przed tygrysem. Do tego twórcy zgrabnie rzucają okiem dla sprawniejszych kinomanów, bo jak inaczej nazwać spotkanie z panem B., który jest… krecim ojcem chrzestnym (i głos ma niski niczym don Corleone). Więc jest wiele dla każdego: i do śmiechu, do płaczu, ale i do refleksji. Wszystko w odpowiednich proporcjach, ale bardziej skierowane jest to dla dzieci. Sama animacja jest po prostu cudowna, kreska przyjemna dla oka, a muzyka odpowiednio buduje napięcie, mieszając stylami.

zwierzogrd2

I jeszcze polski dubbing, który jest wartością dodaną, co w przypadku animacji jest pewnym standardem. Nie inaczej jest w „Zwierzogrodzie”, gdzie nakręca całość świetny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała. Idealnie połączenie wrażliwości, cwaniactwa, słodkości oraz umiejętnego wychodzenia z każdych tarapatów, ale tak naprawdę oboje łączy pewna nieufność, zmieniająca się w zaufanie oraz wzajemne wsparcie w najtrudniejszych momentach. Na drugim planie jest wiele ciekawych postaci, z których najbardziej zapada w pamięć delikatny Pazurian (Sebastian Perdek), groźny pan B. (kompletnie nie do poznania Wojciech Paszkowski), leniwiec Flash (tak wolno Grzegorz Pawlak nigdy nie mówił) czy bardzo surowy komendant Pogo (Krzysztof Stelmaszyk).

zwierzogrd4

„Zwierzogród” to jedna z ciekawszych i sympatyczniejszych animacji jakie powstały w ostatnim czasie. Świetna gatunkowa rozrywka, jak i trafny portret współczesnego świata, gdzie może dojść do różnych konfliktów oraz zwarć. Jednak w tym bogatym i różnym świecie da się znaleźć nic porozumienia, a to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sausage Party

Wyobraźcie sobie film animowany, którego bohaterami byłoby jedzenie. I to jeszcze dla dorosłych. Bohaterem tego dzieła jest Frank – parówka z supermarketu zakochana w apetycznej bułce zwanej Brendą. Otóż nasze jedzonka wierzą, że jesteśmy ich bogami, a wybranie ich przez nas to trafienie do raju. Jednak nasz Frank ma wątpliwości i wskutek zbiegu okoliczności (a dokładniej karambolu na sklepie oraz krakania musztardy) razem z Brendą wypadają z wózka. I tak zaczyna się jego wędrówka ku prawdzie, gdyż raz zasiane wątpliwości trudno rozwiać. Jakby tego było mało, to pewien mściwy irygator, co mocno oberwał podczas karambolu, chce się zemścić.

sausage_party1

Brzmi absurdalnie i wariacko? Ale realizujący dla Columbii Conrad Vernon (współtwórca wielkich hitów DreamWorks jak „Shrek” i „Madagaskar”) tym razem jedzie ostro i pieprznie. Co tu się odwala? Żarty są sprośne i wulgarne (niemal wszystko obraca się wokół wsadzania bułce, ehm, powiedzmy, że chodzi o miłość), a obrywa się wszystkim: religijnym przywódcom (nie należy denerwować bogów swoimi kosmatymi myślami, bo nie zostaniesz przez nich wybrany), Arabom i Żydom, a także nam, ludziom, którzy „zabijają” jedzenie swoim niepohamowanym apetytem. Tak naprawdę pod tym chamskim i hardkorowym dowcipem twórcy opowiadają o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, walce z przeznaczeniem. Do tego jeszcze dużo przemocy (sceny z gotowaniem i używaniem jedzonek skręcają w stronę niemal kina grozy), seksualnych podtekstów i aluzji, a także odniesień do popkultury. Bo czy można zapomnieć scenę tuż po zderzeniu dwóch wózków i wypadnięciu naszych towarków jakby żywcem wziętej z „Szeregowca Ryana”? Czy sparaliżowanego geniusza zwanego Gumą, który jest miksem Stephena Hawkinga z… Terminatorem?

sausage_party2

Oczywiście jest tych aluzji i odniesień dużo więcej, bo i jest miejsce dla „Gwiezdnych wrót”, „Godzilli” czy Meat Loafa. Zabawa jest przednia, tylko trzeba się przebić przez te bluzgi, seks (finałowa orgietka zostanie w pamięci na długo) oraz przemoc. Sama animacja prezentuje się całkiem przyzwoicie, ale to nie jest w żadnym wypadku poziom Pixara czy DreamWorks. Kreska jest bardzo dosadna, a podkręcona, niemal epicka muzyka znakomicie współgra z ekranowymi wydarzeniami. Mi przeszkadzało zbyt częste przypominanie podtekstów opartych na skojarzeniu parówka (penis)-bułka (szparka), co stawało się męczące. Rozbrajał za to spór między lemeshem a bajglem (taki Woody Allen, tylko bez okularów).

sausage_party4

W naszym kraju nie był to film prezentowany z polskim dubbingiem (i bardzo dobrze), a oryginalne głosy są naprawdę zabójcze. Ale czy mogło być inaczej, jeśli na pokładzie mamy młodą, bezczelną gwardię pokroju Setha Rogena, Kirsten Wiig, Danny’ego McBride’a oraz Michaela Cerę? Oczywiście, że nie. Ale największą niespodzianką dla mnie był wcielający się w bajgla… Edward Norton. Sposób mówienia typowy dla neurotycznego, wystraszonego inteligenta a’la Allen w połączeniu z delikatnym głosem stworzyła mieszankę wybuchową. Chociażby dla tej kreacji oraz Jamesa Franco jako… ćpuna absolutnie warto zobaczyć.

sausage_party3

Takiej ciekawej treści w filmie animowanym nie widziałem od czasu „Kubo”, a takiej brutalności zmieszanej z wulgarnością i erotyką nie pamiętam. Każdy znajdzie dla siebie sporo, a finał zapowiada ciąg dalszy. I jedna mała prośba: za żadne skarby, nigdy, przenigdy nie pozwólcie obejrzeć tego filmu swoim nieletnim dzieciom. Po tym ich świat nigdy nie będzie taki sam. 

7/10

Radosław Ostrowski

Kubo i dwie struny

Kim jest tytułowy Kubo? Zwykłym chłopcem, który mieszka na odludziu i opiekuje się matką w Japonii. Oboje tak naprawdę ukrywają się przed dziadkiem chłopca – potężnym Księżycowym Królem, który chce ukraść jedyne oko posiadane przez chłopca. Dlatego Kubo zawsze musi wracać przed zachodem słońca, ale pewnego wieczora łamie ten zakaz. Matka, by go chronić poświęca się, ale przedtem daje mu zadanie: musi zdobyć pancerz (miecz, zbroję i hełm), by ochroniły go przed Królem oraz Siostrzyczkami. Pomaga mu w tym ożywiona małpa, papierowy samuraj i poznany po drodze żuk-wojownik pozbawiony pamięci.

kubo1

Studio Laika przykuło moją uwagę od czasu „ParaNormana”, gdzie łączyło powagę i dramatyzm, ale jednocześnie unikając prostego, czarno-białego podziału bohaterów, a także stosowaniem animacji poklatkowej. Innymi słowy, zamiast komputera i kartki papieru tworzono postacie oraz dekoracje z materiału, ożywiając go w mechaniczny sposób niczym marionetki. O samej fabule nie chcę wam mówić zbyt wiele, bo spojlery zabijają najlepszy seans i odstraszają. W każdym razie jest to niemal kino przygodowe (fabuła mogła być podstawą gry komputerowej), gdzie jest powierzone zadanie i przeszkody do pokonania. Sama animacja jest po prostu prześliczna, co widzimy od samego początku, gdy widzimy burzę oraz płynący statek z matką Kubo i nim samym. Największe wrażenie jednak robią sceny, gdy Kubo czaruje swoimi opowieściami za pomocą shamisena (gitara brzmiąca troszkę jak banjo), ożywiając papier z origami, dzięki czemu kreuje niesamowite światy. Sceny, gdy pojawia się stado latających ptaków czy budowanie z liści okrętu wygląda piorunująco. Podobnie starcie w grobowcu ze szkieletem, podwodne miasto czy wyniszczona twierdza. Japonia czasów feudalnych została wiernie odtworzona (piękne stroje i zwyczaje), jednocześnie odtwarzając ich wierzenia.

kubo2

Oglądałem to z zapartym tchem, kibicując bardzo naszemu chłopcu, który musi zmierzyć się ze śmiercią. Twórcy nie boją się pokazywać krwi i przemocy, jednak nie pokazują bezpośrednio śmierci, zastępując ją oślepiającym blaskiem światła. Nie brakuje jednak krwi (jest już niemal na początku), surowych pojedynków (walka z Siostrami, ukrywającymi swoje twarze przed maskami), powoli odkrywając tajemnicę oraz historie związaną z Kubo. Nawet finałowa konfrontacja z Księżycowej Królem jest elementem tej historii.

kubo3

„Kubo” równie imponuje pod względem dubbingu. Ale polecam zdecydowanie wersję oryginalną, gdzie najbardziej wybija się Charlize Theron z Matthew McConaugheyem. Ta pierwsza wciela się w matkę i ożywioną matkę – nadopiekuńcza, kochająca i starająca się zapewnić bezpieczeństwo. Z kolei Matthew podkłada głos Żukowi – przeklętemu wojownikowi, który na początku sprawia wrażenie pogubionego, nieporadnego bohatera. Wydaje się on comic reliefem, ale z czasem staje się złożonym, barwnym herosem. Muszę też wspomnieć wcielającego się w tytułową postać znakomitego Arta Parkinsona, który wiarygodnie odtwarza wszelkie emocje bohatera: ból, samotność, ale i nierozsądek, figle. Takie nie sposób zapomnieć Sióstr, którym głosu użyczyła Rooney Mara i samym głosem wywołuje strach.

kubo4

„Kubo i dwie struny” to historia o wyobraźni, przebaczeniu, zemście, ale też o miłości. Historia tak piękna i zakorzeniona w Oriencie (byłem pewny, że to Japończycy zrobili). Piękna, mądra baśń skierowana zarówno dla młodego widza, jak i starszego odbiorcy. Porażające dzieło i najlepsza animacja roku 2016. Ale nie widziałem reszty stawki, więc może się to zmienić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anomalisa

Michael Stone to przeciętny facet w wieku średnim, który przyjeżdża do Cincinatti na odczyt. Jego tematem jest kontakt z klientem przez telefon. Napisał na ten temat książkę, która zwiększyła efektywność o 90%. Przyjazd do hotelu Fregoli mocno zmieni jego życie, bo Stone ma jeden poważny problem – wszędzie widzi ludzi, którzy wyglądają i mówią tak samo, tym samym głosem. Wydaje się, że nie ma ucieczki z tego piekła, aż przypadkowo słyszy głos inny niż wszystkie. Jego właścicielką jest Lisa, która przyjechała na odczyt razem z koleżanką.

anomalisa1

Charlie Kaufman to jeden z większych dziwaków, jakich zna kino amerykańskie. Miałem możliwość obejrzenia „Zakochanego bez pamięci” wg jego scenariusza, ale nakręcona wspólnie z Dukiem Johnsonem animacja to zaledwie drugie dzieło wyreżyserowane przez niego. Dawno nie widziałem filmu, który byłby taki smutny, wręcz depresyjny. Wybór animacji jako strony formalnej tego tytułu, było strzałem w dziesiątkę. Jednak wykorzystanie lalek zamiast ludzi było dla mnie dużym zaskoczeniem. Dzięki temu paradoksalnie, łatwiej było mi się zidentyfikować z bohaterami – samotnikami znajdującymi się na zakręcie i z poczuciem przegranego życia, którzy dostają szansę na zmianę. Tak jest ze Stone’m, jednak czy jego przypadłość pozwoli mu w miarę porządnie funkcjonować?

anomalisa2

Kaufman nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, a historia – wydawałoby się prosta jak konstrukcja cepa – angażuje i daje wiele do myślenia. Nie brakuje tutaj surrealistycznego humoru (scena koszmaru sennego Michaela, gdzie wszyscy chcą rozdzielić go od Lisy) czy bardzo naturalistycznej i zrobionej ze smakiem sceny erotycznej (od czasu „Ekipy Ameryka” nie widziałem czegoś takiego w animacji), a ułożenie kamery oraz gra oświetleniem jeszcze bardziej potęguje klimat.

anomalisa3

I w końcu coś, co wspomaga fabułę oraz animację – bardzo oryginalna i rzadko spotykaną – to melancholijna muzyka Cartera Burwella oraz świetny dubbing. Kapitalny jest David Thewlis w roli Stone’a, który czuje się nieszczęśliwy i pusty w środku, co dobitnie pokazuje scena przemowy, gdzie zaczyna się zachowywać dziwacznie. Prawdziwa perełka gry głosem. Równie wyborna i naturalna jest Jennifer Jason Leigh, wcielająca się w niepewną siebie Lisę – równie samotną kobietę, poszukującą ciepła i miłości. Jak każdy człowiek zresztą, a ciepły głos dodaje uroku tej postaci. Z kolei Tom Noonan odgrywający cała resztę (klonów, lalek – nazywajcie to jak chcecie), którzy są tacy sami, chociaż to inne charaktery.

„Anomalisa” to rzadkie kino – idące pod prąd, zarówno formalnie, jak i treściowo. Takich samotników jak Stone jest wielu, ale pytanie czy pod ta przypadłością nie kryje się tylko problem psychiczny, lecz strach i poczucie przegrania, pozostaje dla mnie kwestią otwartą. Bardzo smutne kino, ale i bardzo refleksyjne, nie pozbawione nadziei (postać Lisy). Niecodzienne doświadczenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Miasteczko Halloween

Każde święto ma swojego „władcę”, który nim rządzi. W przypadku Bożego Narodzenia jest to św. Mikołaj, Wielkanocy – Zajączek. A w przypadku Halloween, panem jest Jack Skellington, zwany też Dyniowym Królem. Jest tylko jeden problem – Jack stracił radość swojej profesji i czuje się znudzony swoją rutyną. Opuszcza swoje miasteczko, gdzie zawsze odbywa się Halloween i przypadkiem trafia do… Christmasland (Krainy Świąt Bożego Narodzenia). Zauroczony tą okolicą wpada na szalony pomysł zorganizowania Gwiazdki oraz porwania św. Mikołaja.

halloween1

„Miasteczko…” to pierwsza animacja w całości zrealizowana techniką poklatkową. Choć reżyserem całości jest Henry Selick, to mocno czuć ducha Tima Burtona, sprawującego pieczę nad projektem (pomysłodawca i producent). Znów mamy galerie surrealistycznych i dziwacznie wyglądających postaci, mieszających groteskę z surrealizmem. Jack z nienaturalnie krótkimi i długimi nogami, burmistrz z dwiema zmieniającymi się od nastroju twarzami, duch psa czy pełen robactwa w środku Oogie Boogie, który jest najbardziej niebezpiecznym kolesiem w Halloween. Także sam wygląd miasteczka, pełen mroku i jednocześnie piękna, co nie zdarza się często.

halloween2

Dodatkowo jest to kompletna mieszanka gatunków – od horroru (czołówka) przez komedię (przygotowanie świąt bożonarodzeniowych) po musical, gdzie partie śpiewane są wykonane pierwszorzędnie, a piosenki idealnie uzupełniają treść. Ale przesłanie jest dość przewrotne – jak na tego typu produkcję. Bo trzeba cieszyć się z tego, co się ma, a pragnienia nasze mogą okazać się zgubne.

halloween3

A ten kolaż gatunkowy ogląda się świetnie, ale muszę przyznać, że „Gnijąca panna młoda” bardziej mi się podobała. Chociaż tutaj aktorzy też dali z siebie maksimum (zwłaszcza Chris Sarandon w roli Jacka i Danny Elfman wykonujący partie wokalne), a duch szalonego Burtona jest mocno odczuwalny. Inteligentne i dobre kino, niekoniecznie dla dzieci.

7,5/10

Radosław Ostrowski