Wielka Szóstka

W niedalekiej przyszłości San Francisco zmiesza się z Tokyo, co chyba wynika z nadmiaru azjatyckich imigrantów. A może po prostu z połączenia obydwu miast ze sobą. Tutaj mieszka młody i cwany Hiro, który walczy w nielegalnych walkach robotów. Jednak dzięki swojemu bratu, trafia do politechniki, gdzie poznaje jego piątkę postrzelonych kolegów oraz dzieło Tadashiego, czyli Baymaxa – robota medycznego. Kiedy brat ginie w pożarze, robot opiekuje się nim.

wielka_szostka1

Nowy film Disneya to z jednej strony mieszanka opowieści o superbohaterach, z drugiej mocno skręcają w stronę animacji japońskich. I o dziwo, ten koktajl smakuje całkiem nieźle. Nie brakuje sztandarowych sztuczek Disneya, czyli bohater po ciężkich przejściach musi się odnaleźć i pogodzić ze stratą, jest pochwała wielkiej przyjaźni i pozytywna energia. Tło jest mocno azjatyckie, czyli wielkie budynki, technologiczne wynalazki, roboty oraz masa nerdów. Intryga jest jak z filmu SF – nieudany eksperyment, żądza zemsty i umiejętności naukowe służące do zdobycia megamocy. Znacie to? Było to już przerabiane wielokrotnie, ale ogląda się to całkiem nieźle. Animacja inspirowana jest dziełami ze studia Ghibli, ale zrobiona w disneyowskim stylu i z jego sznytem. Więc w czym problem?

wielka_szostka4

Ano w tym, że jest to kino bardziej przeznaczone dla młodszego odbiorcy. Poza tym same sceny walki i rozwałki wyglądają dość konwencjonalnie, bez ikry oraz energii. Intryga w połowie zmierzała w kierunku, jakim się spodziewałem. Tak naprawdę z postaci bronił się Baymax – uroczy, ciepły robocik (w polskiej wersji mówiący głosem świetnego Zbigniewa Zamachowskiego), który jest do rany przyłóż, a przemiana w maszynkę do rozwałki jest autentycznie zabawna.

wielka_szostka2

Polski dubbing jest zrobiony bez zarzutu, a z aktorów (poza Zamachowskim) najlepszy jest prześmieszny Eryk Lubos podkładający głos pod postać postrzelonego Freda, który jest geekiem do kwadratu, mającym obsesję na punkcie monstrów pokroju Godzilli oraz komiksów.

wielka_szostka3

Tylko nie jest w stanie to zakryć przewidywalności, a sceny walki wywoływały we mnie znużenie. Albo ja już z tego wyrosłem, albo obejrzałem tego tak dużo, że przestało to robić na mnie wrażenie. Jest jeszcze trzecia opcja: to nie był film skierowany dla mnie. Jeśli macie jakieś młodsze rodzeństwo do lat 10-12, seans powinien być świetną zabawą.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Peabody i Sherman

Wbrew pozorom, pan Peabody to pies o nieprzeciętnym umyśle (dwie Nagrody Nobla nie wzięły się z nieba), a Sherman to jego adoptowany syn, który jest… człowiekiem. Tak, wiem jak to brzmi, ale tak jest. Peabody jest takim geniuszem, ze razem z synem podróżowali w czasie, dzięki skonstruowanemu wehikułowi. Wszystko się jednak zmienia, kiedy chłopiec idzie do szkoły. Z powodu swojego mądrzenia się zwraca uwagę krnąbrnej i nieznośnej Penny, co kończy się bójką. By załagodzić spór, Peabody zaprasza do siebie rodziców dziewczynki. Chłopiec niechcący wspomina o podróży w czasie, przez co ona trafia do… starożytnego Egiptu. To oznacza tylko kłopoty.

pan_peabody1

Najnowszy film wytwórni DreamWorks to produkcja oparta na popularnym (przynajmniej w USA) serialu z lat 50., ale nazwisko reżysera (Rob Minkoff, współtwórca „Króla Lwa” oraz „Stuarta Malutkiego”) nie zapowiadało niczego dobrego. Ale efekt przeszedł oczekiwania. Po pierwsze, to dynamiczne, przygodowe kino akcji, gdzie atrakcji jest cała masa. Pojedynki na szpadę (z samym Robespierrem), koń trojański, pościgi, gonitwy. Po drugie, twórcy przy okazji tworzą coś w rodzaju przyswajalnego i dowcipnego podręcznika historii, gdzie odkrywamy wydarzenia od epoki lodowcowej (nauka jazdy na lodzie) aż do braci Wright i Alberta Einsteina, który nie może… ułożyć kostki Rubika. Ale też twórcy (w konwencji familijnego kina) pokazują, że podróże w czasie mogą się źle skończyć, szczególnie wtedy jak cofniemy się do czasów, w których żyjemy. Finał jest dramatyczny i chwyta za gardło – w ogóle sceny akcji to wypadkowa Indiany Jonesa (egipska sekwencja) i… Sherlocka Holmesa (gdy na ekranie pojawiają się różne dane, pomagające wyplątać się z tarapatów) spod znaku Guya Ritchiego.

pan_peabody2

Trudno się przyczepić do animacji, bo tu jest naprawdę dobry poziom, a kilka sekwencji – tych bardziej dynamicznych – jest zrealizowanych z fantazją. Może tylko ludzie wyglądają nienaturalnie, ale nie o realizm tu chodzi. Zabawa jest przednia, a poza rozrywką (i banalnym morałem) dostajemy inteligentne i po prostu fajne kino.

Pochwalić też należy polski dubbing wyreżyserowany przez legendarnego Jarosława Boberka. Nie dość, że tłumaczenie zawiera dodatkowe smaczki (Agamemnon nawijający do swoich wojaków „Jest siła”), to jeszcze aktorzy idealnie odnaleźli się w swoich postaciach. Znakomity jest Artur Żmijewski w tytułowej roli superinteligentnego i samotnego psa, który próbuje radzić sobie w roli rodzica. Nie jest łatwo, bo niemal chce kontrolować swojego syna, tresując go i nie pozwalając mu dorosnąć. Sherman (równie przekonujący Franciszek Dziduch) sprawia wrażenie niby mądrego, ale ciapowatego chłopca – bezradnego wobec rozrabiających dziewczyn (tak, chodzi o Penny) i próbującego buntować się wobec swojego ojca. Ale w decydującym momencie wykorzystuje ukryty intelekt.

pan_peabody3

„Pan Peabody…” bardzo spodobał się w USA, co jest zrozumiałe i wynika ze znajomości pierwowzoru. U nas, mimo małej wiedzy o tym psiaku, powinien się spodobać. Lekkie, sympatyczne, zabawne, ale też mądre i kształcące kino. Taka nietypowa mieszanka, która nie przynudza.

7/10

Radosław Ostrowski

Sekrety morza

Dawno, dawno temu, a właściwie to nie tak dawno, żyła sobie pewna rodzina mieszkająca w latarni na wyspie. Mieli razem syna oraz psa, a w drodze było drugie dziecko. I wtedy doszło do dziwnej sytuacji – matka zniknęła. Ale dziecko zostało – Sierża wyrosła na ładne dziecko, tylko nie odzywa się, brat niańczy ją. Przypadkowo odnajduje muszlę, którą w prezencie otrzymał jej brat. Grając odnajduje swój mały płaszcz i idzie do morza, co jest początkiem poważnej podróży.

sekrety_morza1

W dzisiejszych czasach animacja kojarzy się z dziełem zrobionym komputerowo, w trójwymiarze, pełnym kolorów i barw. Tym razem irlandzki reżyser Tomm Moore idzie kompletnie pod prąd, tworząc film zrobiony kredką i ołówkiem, czyli metodami niemal z początków animacji. Bohaterowie są płascy, kreska prosta, a jednak nie potrafiłem oderwać wzroku od całej opowieści. Oszczędność działa tutaj na plus, a cała historia jest bardzo dojrzała. Bo jest to opowieść o niepogodzeniu się ze stratą najbliższych, gdzie ból i cierpienie paraliżują, przysłaniają przeszłość, nie przynosząc żadnej ulgi. Od momentu ucieczki film zmienia się w opowieść z elementami baśni – pojawiają się wróżki, sowy zamieniające w kamień, a przeszłość Sierży oraz jej matki powoli zostaje odkrywana. Kluczowa jest tutaj muszla i jej muzyka (piękna muzyka) – więcej wam nie powiem, pójdźcie sami do kina, by przeżyć tą niezwykła historię.

sekrety_morza2

Uderzają dwie rzeczy. Po pierwsze, subtelność całej opowieści, która dotyka poważnych spraw, a widz nie jest traktowany jak naiwne dziecko. A los naszych bohaterów zaczął mnie obchodzić aż do trzymającego za gardło finału. Po drugie, brakuje tutaj żartów popkulturowych, do których przyzwyczaiły nas współczesne animacje czy humoru zrozumiało dla maluszków i (osobno) dla ich rodziców. Inspiracja ludowymi podaniami i osadzenie ich we współczesnych realiach jest mocnym strzałem w dziesiątkę, a galeria ciekawych postaci (sowa Masza, trzech śpiewających wróżków – nie wiem jak jest wróżka w rodzaju męskim) ubarwia całą historię. No i jeszcze foki.

sekrety_morza3

Więcej wam nie zdradzę, bo to film, który każdy powinien sam przeżyć. Animacja nie tylko dla dzieci, jak zobaczycie zdjęcia, to może się skusicie. Dla mnie to niezwykła i piękna, dojrzała produkcja, a to rzadkie połączenie.

sekrety_morza4

8/10

Radosław Ostrowski

Księga życia

Kultura Meksyku jest fascynująca, że wielu filmowców próbowało o niej opowiadać. Jeden z tamtejszych mitów stał się inspiracją dla Jorge E. Gutierreza, który zrobił animację o tym. Historia jest dość prosta – dwoje władców zaświatów (Krainy Zapamiętanych i Zapomnianych) – El Muerta i Xsibalba założyli się. O co? O zamianę krainami, którymi mieli rządzić. Było sobie dwóch chłopców – Manolo i Juaquin, którzy kochają jedną dziewczynę, Marię. Jeśli dziewczyna wybierze Manolo  (torreadora, który chciałby być mariachi), to porządek zostanie niezmieniony, ale jeśli wybierze dzielnego oraz mężnego Joaquina, to Xsibalba będzie rządził Krainą Pamiętanych.

ksiega_zycia1

Początkowo film miał trafić do polskich kin, nawet pojawił się zwiastun z dubbingiem, ale dystrybutor okazał się pieprzonym cykorem i trafił od razu na DVD… z lektorem. Może to i lepiej, bo film jest kolorowy, zakręcony i postrzelony film, którego dzika wyobraźnia jest w stanie dorównać tylko Timowi Burtonowi. Zamiast niego pojawia się (w roli producenta) Guillermo del Toro. Film jest pełen kolorów i ciepłych barw, a sama opowieść zwyczajnie chwyta za serce. Jest tutaj naprawdę kilka pięknych scen (śpiewanie ballady dla Marii, przeplatające się ze sobą procesy dojrzewania obu chłopaków – to akurat jest zabawne), a potyczki – nie zabrakło ich – są zrobione z finezją i niemal ułańską fantazją (korrida w zaświatach czy ostateczne starcie ze złowrogim Szakalem, gdzie nie zabrakło miejsca na taniec i śpiew). Do tego kilka zabójczych epizodów (trio mariachi, chór zakonnic), miłość, przyjaźń, zaświaty (wyglądające jak bardziej kolorowa wersja „Gnijącej panny młodej”) oraz przyjaźń. Dawno mój świat nie ograniczył się tylko do tego, co widać na ekranie.

ksiega_zycia2

Bo zakład ten też pokazuje naszą ludzką naturę – zarówno zdolność do poświęcenia, miłości, heroizmu, jak i lęku przed „wielkimi” cieniami, strachem i wierności wobec swoich zasad.

ksiega_zycia3

Do tego jeszcze dostajemy wystrzałowy soundtrack oraz bardzo dobry, angielski dubbing. Zarówno romantyczny Manolo (Diego Luna – ależ on śpiewa) i dzielny Joaquin (Channing Tatum, będący na fali) wydają się stereotypowymi postaciami, jednak mają oni coraz więcej oblicz oraz ciągle zaskakują. Także Maria (Zoe Saldana) nie jest żadną dama w opałach i tak naprawdę mężczyzna nie jest jej aż tak bardzo potrzebny. Ale też i boscy bohaterowie są tylko pozornie dobrzy i źli – Xsibalba (demoniczny Ron Perlman) i El Muerta (Kate del Castillo) to dawni kochankowie, którzy dawno rozstali się. Jest tego znacznie więcej, ale nie będę psuć wam przyjemności.

ksiega_zycia4

Wariackie, zabawne i poruszające – czegoś takiego w animacji nie widziałem od czasu „Krainy Lodu”. A jednocześnie bezpretensjonalne, ciepłe i meksykańskie. Ja się na tym przednio bawiłem i mam nadzieję, że podzielicie mój entuzjazm.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gnijąca panna młoda Tima Burtona

XIX-wieczny Londyn. To w nim ma dojść do ślubu między dwójką młodych ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Tak naprawdę ten związek jest pewnego rodzaju kontraktem dla rodziców państwa młodych, by poprawić swoją sytuację finansową. Victor jest synem handlarzy rybami, Victoria córką zubożałych arystokratów. Jednak próba przed ślubem kończy się kompromitacją, a młodzieniec idzie poćwiczyć powiedzenie przysięgi. Wkłada ślubną obrączkę do drzewa, ożywiając martwą pannę młodą i tak Viktor zostaje jej mężem.

panna_mloda1

Tim Burton w roku 2005 zaatakował kina aż dwoma tytułami. Pierwszym był „Charlie i fabryka czekolady”, a drugim omawiana teraz animacja zrealizowana razem z Mike’em Johnsonem. Efektem jest elegancka, zrealizowana metodą poklatkową, staroświecka animacja w bardzo wyrazistym stylu Burtona. Mocno groteskowe postacie (żywi są strasznie długonodzy i mają duże głowy z wyłupiastymi oczami), duża dawka czarnego humoru oraz wciągająca fabuła składają się na jedną z najbardziej pokręconych nominacji tego wieku. Nie da zapomnieć się zaświatów, gdzie nieboszczycy są – paradoksalnie – pełni życia i energii. Także wyglądają lepiej od żywych, mimo iż są mocno przy kości, a zaświaty wyglądają barwnie, kolorowo i jest to galeria niezwykłych postaci (barman Paul, który jest… głową czy pięknie wyglądający piesek Sparky).

panna_mloda2

Przy okazji jest to film o odpowiedzialności, miłości i poświęceniu, okraszone intertekstualnymi żartami i charakterystycznym poczuciem humoru (przygotowania do ślubu w zaświatach czy piosenka opowiadająca o tragedii panny młodej) – uczta dla oka i ucha ogromna.

panna_mloda3

Reżyser nie tylko z maestrią opowiada tą szaloną historię, ale też dobrał znakomitych aktorów do pokładania głosów pod te nietuzinkowe postacie. mógłbym w zasadzie ograniczyć się do wymienienia nazwisk (Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Emily Watson, Albert Finney, Michael Gough), bo każdy nadał swojej postaci osobowości i charakteru – pogubionego i wrażliwego Victora, tragicznej panny młodej (Emily), uroczej Viktorii czy nie wierzącego w zaświaty księdza.

panna_mloda4

„Gnijąca panna młoda” to Tim Burton w najlepszym wydaniu – piękny plastycznie, z czarnym humorem, a jednocześnie bardzo poruszający i chwytający za emocje. Można na siłę się przyczepić, że cała ta historia jest bardzo krótka (niecałe 80 minut), jednak jest to bardzo intensywne 80 minut pozbawione dłużyzn i nudy. Połączenie idealne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pingwiny z Madagaskaru

Kiedy w 2005 roku pojawił się „Madagaskar”, tak naprawdę z tego filmu zapamiętało się nie głównych bohaterów, ale postacie drugoplanowe, sztuk pięć. Pierwszy to był charyzmatyczni i imprezowy król lemurów, Julian. Pozostali to był czteroosobowy oddział pingwinów-komandosów kierowany przez Skippera. I to ci ostatni zostali głównymi bohaterami animacji studia DreamWorks.

pingwiny1

Na początku filmu poznajemy nasze pingwiny na Antarktydzie, gdzie odłączają się od grupy w pogoni za spadającym jajkiem. Jajeczko udaje się ocalić i tak przychodzi na świat Szeregowy, który staje się nowym członkiem oddziału. Potem następuje przeskok i trafiamy tuż po wydarzeniach z trzeciej części „Madagaskaru”, gdzie Skipper i spółka uciekają z cyrku, włamując się do Fort Knox. Tam jednak zostają schwytani przez ośmiornicę Dave’a, planującego zemstę na pingwinach wszelakich. Wtedy pojawia się nowy sojusznik – organizacja szpiegowska Wiatr Północy.

pingwiny3

Po tym krótkim zawiązaniu fabuły, należy się spodziewać ubranej w szaty animacji kina akcji, gdzie pomysłowość w inscenizacji pościgów i potyczek. Wystarczy wspomnieć sekwencję ucieczki w Wenecji przez gondolę czy maskowanie się w Szanghaju, gdzie zarówno brawura realizacyjna idzie ręka w rękę z humorystycznymi dialogami (ucieczka z samolotu oraz lot w dół, gdzie bohaterowie w dość oryginalny sposób wychodzą z tej sytuacji obronną ręką). Plan zemsty jest odpowiednio demoniczny, główny bohater jest zły i antypatyczny, zaś spięcia między członkami Wiatru Północy (wyposażeni w gadżety i precyzyjnie planujący) a Pingwinami (improwizującymi i wyposażonymi w zawartość żołądku Rico) jest esencją humoru. Wychodzi z tego całkiem sympatyczna produkcja, głównie skierowana dla młodszego odbiorcy, pokazująca i chwaląca przyjaźń. Jest jednak parę żartów dla starszego odbiorcy, jednak jest to na tyle grzeczne, by nie odstraszyć widza. Sama animacja jest tutaj na dobrym poziomie, a pingwiny wyglądają przeuroczo. Aczkolwiek ja liczyłem bardziej na prequel serii oraz większy akcent na genezę całego składu – przede wszystkim ciekawiła mnie odpowiedź na pytanie jak polegli Manfredi i Johnson. Niemniej efekt jest tutaj co najmniej przyzwoity.

pingwiny2

Cegiełkę tutaj dokłada naprawdę dobry dubbing, kierowany przez Jarosława Boberka (reżyser). Tłumaczenie jest tutaj zrobione solidnie (parę odniesień do naszej rzeczywistości, zgrabne wyjaśnienie skrótu NW) i to jest dodatkowym atutem. No i wreszcie aktorzy. W głównych rolach są ci sami aktorzy, co w „Madagaskarze”, czyli Grzegorz Pawlak (nieszablonowo działający Skipper), Jacek Lenartowicz (przemądrzały Kowalski) i Tomasz Steciuk (uroczy, choć niedoceniany przez grupę  Szeregowy). Cała trojka gra fantastycznie głosowo, uzupełniając mimikę twarzy. Poza tym tercetem (Rico tylko coś mamrocze i to niewyraźnie), trzeba wspomnieć obowiązkowo o dwóch postaciach. Pierwszą jest szef Wiatru Północy – Utajniony (przyzwoity Waldemar Barwiński), który jest profesjonalistą w swoim calu, jednak stawia przede wszystkim na swoje gadżety i precyzyjne planowanie, nie pozostawiając miejsca na improwizację. No i jest Dave (piekielnie dobry Krzysztof Dracz) – przebiegły i zgorzkniały arcyłotr z diabolicznym planem, konsekwentnie realizowanym.

Niby jest pewne rozczarowanie, ale miło wspominam czas spędzony przy tej szpiegowskiej produkcji. A że jest to film mający na celu zarobienie pieniędzy na fanach tej czwórki? Realizacja jest tutaj na tyle porządna, że mi to nie przeszkadzało.

7/10

Radosław Ostrowski

Vincent oraz Frankenweenie

Vincent

Bohaterem tej krótkiej animacji jest niejaki Vincent Malloy – młody i samotny chłopak, co chciałby być jak swój imiennik, Vincent Price. Sam opis tej fabuły jest troszkę dłuższy niż sam film, który jest pierwszą ważną produkcją w dorobku Tima Burtona. Amerykanin zanim zaczął realizować swoje wizje, pracował dla Disneya jako animator m.in. przy filmie „Taran i magiczny kocioł”. Za początek jego artystycznej drogi uważany jest animowany „Vincent” sama historia trwa tylko sześć minut. Burtona przy realizacji wspierał jako producent Rick Heinrichs, który później współpracował z pokręconym Amerykaninem jako scenograf.

vincent1

Jednaj już tutaj widać elementy charakterystyczne dla dorobku Burtona – mroczny klimat i potężna siła wyobraźni. Tutaj jednak chyba ona ma siłę bardziej destrukcyjną. Dlaczego? Jak wspomniałem, Vincent chciał być jak Vincent Price, a kim tak naprawdę był Price? Aktorem, który był jedna z ikonicznych twarzy klasycznych filmów grozy, więc wizje młodego chłopca przypominają arsenał z kina grozy. Eksperymenty na psie, kopanie w ogródku (wg chłopca jest to cmentarz), marzenia o obecności nietoperzy, czytanie utworów Edgara Allana Poe – to raczej nie są rzeczy dla kilkuletniego dziecka.

vincent2

Strona wizualna pachnie Burtona – połamane i pokręcone linie, całość okraszona jest czarno-białymi zdjęciami, a atmosferę grozy potęgowana jest jeszcze przez „horrorową” muzykę z kościelnymi organami na pierwszym planie. Smaczkiem i źródłem humoru jest tutaj także narracja samego Vincenta Price’a, który swoim charakterystycznym głosem serwuje wierszowany komentarz całych wydarzeń.

Z jednej strony jest to hołd Vincenta Price’a, z drugiej jest to ironiczna przestroga przed tym, czego sobie życzymy na przyszłość.

7,5/10

Frankenweenie

Jeśli widzicie ten tytuł, to jest spore prawdopodobieństwo, ze już oglądaliście ten film. Był sobie młody chłopak zwany Victorem Frankensteinem, lat 9, który bardzo mocno kochał swojego pieska Sparky’ego. Tak bardzo, że jak piesek zdechł, to postanowił go wskrzesić.

Burton nakręcił taką animacje w 2012 roku, a sam film był dla mnie raczej oznaką (chwilowego) wyrwania się z marazmu. Jednak tak naprawdę ten film już powstał wcześniej, mianowicie w 1984 roku i była to krótkometrażówka z żywymi aktorami, która skupiona jest na jednym wątku – nie pogodzenia się ze stratą swojego najbliższego przyjaciela. Jednocześnie jest to wariacja na temat „Frankensteina”, co nasuwa nie tylko sama scena „wskrzeszenia”, gdzie chłopak buduje własną maszynę. W końcu nazwisko zobowiązuje. Co najciekawsze – w krótszym metrażu, Burton wyciąga więcej niż w swoim animowanym remake’u, co pewnie jest zasługą bardziej zwartej konstrukcji, bez zbędnych pierdów i niepotrzebnych wątków (nie ma tutaj przymurowanego wskrzeszania innych zwierząt, a rodzice – mimo pewnych oporów na początku – akceptują decyzję chłopca).

frankenweenie_1984_1

Znów jest to czarno-biały, który wygląda technicznie bardzo przyzwoicie, a finał (minigolf, gdzie jest duży wiatrak) tworzy niepokojący klimat, ale też pokazuje można pokonać uprzedzenia i strach przed dziwnym, nieznanym i obcym. Reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby nie polał tego sosem humoru, zarówno w dialogach, jak i obrazach (film młodego Frankensteina, gdzie chłopak za pomocą domowych przedmiotów tworzy kino troszkę przypominające dzieła Eda Wooda – może nie do końca dopracowane, ale pełne pasji czy czołówka na cmentarzu dla zwierząt z dość zaskakującymi nagrobkami).

frankenweenie_1984_2

Aktorsko jest to bardzo przyzwoity poziom, choć nie ma tutaj jakiś większych błysków czy wpadek z mało znanymi twarzami (wyjątkiem jest tutaj Shelley Duvall, którą wszyscy kinomani „uwielbiają” za to, co zrobiła w „Lśnieniu”, jednak tutaj radzi sobie naprawdę nieźle).

Sam film można uznać za pierwszy duży sukces, jednak wytwórnia Disneya, która dała kasę uznała „Frankenweenie” za marnotrawstwo i Burtona… zwolnili. Kilka lat później zaczęli tego żałować.

8/10

Radosław Ostrowski

Obydwie krótkometrażówki pokazały błysk talentu Burtona, jednak to była tak naprawdę rozgrzewka przed czymś mocniejszym i ciekawszym, jednak jak mówił Bogusław Wołoszański – nie uprzedzajmy faktów.

Pudłaki

Czym są Pudłaki? To trolle zamieszkujące podziemia miasta Cheesebridge, gdzie nie są mile widziane. Mają złą reputację odkąd oskarżono je o porwanie syna niejakiego Trubshowa – genialnego konstruktora. Podobno porywają dzieci i zjadają je, dlatego zadania wytępienia Pudłaków podejmuje się Archibald Snatcher, w zamian za członkostwo w wyższych sferach prawda jest taka, że syna Trubshowa nie porwały Pudłaki, tylko zajęły się nim. Jednak chłopiec wyrósł i musi podjąć walkę o swoich kumpli.

pudlaki1

Nowe dzieło studia Laika nie jest typową animacją, jakie powstają z ręki takiego Disneya czy DreamWorksa. Zostało ono zrobione w powracającej co kilka lat technice animacji poklatkowej, gdzie postacie jak i tło zostaje stworzone ludzkimi rękoma, a nie komputerem. Wizualnie jest to bardzo groteskowa, odrealniona wizja, gdzie postacie mają bardzo paskudne twarze, nienaturalne rozmiary oraz pewien brud pokryty pokręconą scenografią, mocno pachnącą Timem Burtonem. Oznacza to jedno – nie jest to produkcja dla najmłodszego odbiorcy, chyba że chcecie go wystraszyć. Sama historia może nie jest zbyt zaskakująca (apel o tolerancji i akceptacji inności), jednak zarówno sama wizja świata oraz animacja samych Pudłaków plus kilka brawurowych scen akcji (ucieczka z fabryki Snatchera) robi naprawdę dobre wrażenie. A najzabawniejsze (poza mamrotaniem Pudłaków) są tutaj dyskusje sługusów czarnego charakteru co do słuszności swoich działań. Tylko troszkę to zbyt moralizatorskie dla mnie.

pudlaki2

Swoje za to robi naprawdę udany polski dubbing, co jest zasługą Bartosza Wierzbięty, który nie tylko przetłumaczył całość, ale też wyreżyserował polską wersję językową. Z solidnego dubbingu najbardziej wybija się tu świetny Andrzej Blumenfeld w roli paskudnego i zakompleksionego Snatchera, chcącego wyrwać się z nizin społecznych, choć nie do końca pasuje do wyższych sfer (powiem tylko tyle, że chodzi o ser) oraz prowadzący filozoficzne dialogi duet Janusz Wituch/Paweł Szczęsny (pan Karp i pan Piskorz). Ale też grający główną rolę Wit Apostolakis (Eggs) radzi sobie z postacią młodego chłopca zaprzyjaźnionego z Pudłakami (mamroczą bardzo).

pudlaki3

Jak widać animacja poklatkowa nie umarła i przeżywa swój renesans (m.in. „Fantastyczny pan Lis” czy „ParaNorman”), a „Pudłaki” tylko potwierdzają tą prostą prawdę. Animacja dla bardziej starszego kinomana, który już swoje koszmary senne ma już dawno za sobą.

pudlaki4

7/10

Radosław Ostrowski

Kongres

Robin Wright jest aktorką w średnim wieku, która swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Nikt już nie chce ją zatrudniać ze względu na nerwy oraz charakter panikary. W końcu dostaje bardzo nietypową propozycję, skomputeryzowania swojej twarzy ze wszystkimi swoimi emocjami. Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu przybywa na kongres futurystyczny do animowanego miasteczka Abrahama, gdzie dochodzi do ataku terrorystycznego.

kongres1

Stanisław Lem nigdy nie należał do „filmowych” pisarzy, gdyż jego książki stanowiły dla filmowców materiał tak bogaty, ze trudno byłoby wybrać istotne elementy. Tym razem z „Kongresem futurologicznym” postanowił się zmierzyć izraelski reżyser Ari Folman. I stworzył mieszankę „żywego” filmu z animacją, nie do końca trzymając się literackiego pierwowzoru. Niby futurystyczny, ale bardzo dzisiejszy i opowiadający o świecie tak złudnym, że aż prawdziwym. Zaczyna się od świata, gdzie aktor jest zastąpiony przez awatara, imitującego jego ruchy, emocje, a prawdziwi aktorzy mają zakaz pojawiania się publicznie. Inaczej nie przetrwasz, ale to dopiero początek: wszelka chemizacja, gdzie możesz być każdym po zażyciu pigułki (nawet jedząc jogurt) – wszelki konsumpcjonizm i ekshibicjonizm w zamian za „wolny wybór”.

kongres2

Po 40 minutach żywych aktorów zastępuje animacja i to bardzo surrealistyczna, a wszelkie wizję wyglądają jak po zażyciu używek. A zaczynało się jak satyra na Hollywood, gdzie rządzi kult młodości, kończąc na krytyce konsumpcjonizmu i egoizmu, co bywa mocno powiedziane wprost. Moralizatorstwo zabija trochę ten film, a rzeczywistość wolna od halucynogenów wygląda znacznie gorzej. Jak wszyscy wiemy, prawda jest brzydka i Folman dosłownie to pokazuje. Kolejne dziwne halucynacje po drodze (zamach na korporację, atak halucynogenicznym gazem, odmrożenie) wywołują rozgardiasz, ale końcówka jest tak mocna, że trudno przejść obojętnie.

kongres3

Najmocniejszym punktem jest tutaj znakomita Robin Wright w roli samej siebie, podstarzałą gwiazdę „sprzedającą się” za święty spokój i możliwość spędzenia większego czasu z dziećmi. Jej naturalizm jest wielkim atutem, a wszelkie emocje (zagubienie, smutek, bezradność) wygrywa całkowicie. Wydaje się jedynym głosem sumienia ludzkiego w tym szalonym świecie. Poza nią są jeszcze niezawodny Harvey Keitel (agent Al – scena opowiadania o początkach w fachu – naprawdę mocna), wszechwładny Danny Houston (producent Jack) oraz mocny Kodi Smith-McPhee (syn Aaron).

„Kongres” to dziwna mieszanka, która jest miejscami zbyt moralizatorska, poważna i nie do końca udana. Jednak potrafi zaintrygować, zmusić do refleksji i zastanowić się nad sobą samym. Mimo wszystko – całkiem interesująca propozycja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Przygody Tintina

Dziennikarz Tintin to jeden z najbardziej znanych postaci francuskiego komiksu (obok Asterixa, Lucky Luke’a i Mikołajka). Tym razem niestrudzony detektyw i poszukiwacz przygód stanie przez kolejną tajemnicą. Wszystko zaczyna się od kupna modelu statku „Jednorożec”, który zostanie skradziony.

tintin1

Każdy reżyser – nawet z największym doświadczeniem – jest w stanie zaskoczyć. Steven Spielberg tym razem postanowił nakręcić film animowany, który jest stricte przygodową propozycją. I mamy to, czego zabrakło w ostatniej części Indy’ego: dynamiczną akcję zmieszana z humorem i brawurą, pomysłową oraz precyzyjnie budowaną intrygę, obietnicę wielkiej przygody. I wszystkie te obietnice zostają dotrzymane. Sama animacja, z wykorzystaniem techniki motion capture jest po prostu cudowna i niemal realistyczna. Mówię niemal, bo postacie wyglądają trochę sztucznie, natomiast cała reszta – scenografia, kostiumy, morze, pustynia – są wręcz zachwycające i dopieszczone na maksa. Poezja po prostu. Same sceny akcji po popis nieskrępowanej wyobraźni twórców – pościg za Sacharyną po mieście, gdzie dochodzi do nieprawdopodobnych popisów akrobatycznych, pojedynek na żurawie w finale – to tylko drobne atrakcje serwowane przez Spielberga oraz szalonych scenarzystów: Joe Cornisha (reżyser „Ataku na dzielnicę”, gdzie kosmici walczyli z… blokowiskiem), Edgara Wrighta („Hot Fuzz”) i Stevena Moffatta („Sherlock” i „Doktor Who”). Czuć wielką formę oraz energię, a także techniczny popis (fantastycznie zmontowane sceny wspomnień kapitana Baryłki), co w przypadku Spielberga jest standardem.

tintin2

Swoje też zrobili aktorzy dubbingowi. W przypadku oryginału zatrudniony takich aktorów jak Jamie Bell, Andy Serkis czy Daniela Craiga. Ale polski dubbing też wypada dobrze, co jest zasługą reżyserii Bartka Wierzbięty oraz dobrego tłumaczenia (zwłaszcza wyzwiska Baryłki – małe perełki). Przyzwoicie sobie z rola dziarskiego Tintina poradził sobie Grzegorz Drojewski, jednak tak naprawdę cały film skradł brawurowo poprowadzony Baryłka przez Andrzeja Chudego. Walczący z klątwą oraz swoją słabością do picia Baryłka jest postacią tragikomiczną, która stopniowo odzyskuje swoją godność. Siła komiczna jest niezdarny duet policjantów: Tajniak i Jawniak (Krzysztof Dracz i Sławomir Pacek), a najsłabiej wypada Grzegorz Wons jako Sacharyn, który nie do końca pasuje i nie wywołuje przerażenia.

tintin3

Niemniej muszę stwierdzić jedno: „Przygody Tintina” to wielki powrót Spielberga do kina gatunkowego i to z najwyższej półki. Świetna animacja, perfekcyjna reżyseria oraz wielka zabawa niepozbawiona odrobiny moralizatorstwa (jednak nie robionego na siłę). Znakomita robota i chcemy więcej takich cudownych filmów. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, na który czekam z niecierpliwością.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski