Kler

Chyba żaden inny film w Polsce nie wywoływał takich emocji, oczekiwań albo kontrowersji jak „Kler”. Czy Wojciech Smarzowski wywołał słusznie ten ferment oraz silne spięcia między ludźmi? Hmm. Zacznijmy od początku. Było ich trzech, niczym w legendarnej „Autobiografii” Perfectu. Parę lat temu przeżyli pożar kościoła i od tej pory co jakiś czas się spotykają, ale ich losy jeszcze nawzajem się przetną. Ksiądz Kukuła poza działalnością w parafii jest katechetą i trenerem szkolnej drużyny piłkarskiej. Ale po mszy jeden z ministrantów traci przytomność, trafia do szpitala i nie wygląda to najlepiej. Ksiądz Trybus zaś pochodzi z małej parafii gdzieś na wsi, a o pieniądze niełatwo. Ten duchowny żyje w dość niebezpiecznym trójkącie: Bóg, gorzała, gosposia o imieniu Hanka. A w drodze jest dziecko. No i ten, który ich ocalił w pożarze – ksiądz Lisowski, pomocnik arcybiskupa Mordowicza, który blokuje mu szansę kariery w Watykanie.

kler1

Jeśli ktoś spodziewał się aktu oskarżenia pokroju „Spotlight”, to… nie do końca jest to film, jakiego szukacie. Reżyser próbuje zrozumieć naszych duchownych, którzy miotają się ze swoimi demonami, mają pewne problemy, które zmuszają ich – przynajmniej niektórych – do pewnych decyzji czy weryfikacji. Ale jednocześnie ich losy oraz opowieści mają pokazać, jak wiele grzechów oraz brudów ma na swoim koncie Kościół jako instytucja: pedofilia (i jej ukrywanie), uciszanie mediów i innych niewygodnych, łapówkarstwo, stosowanie przemocy wobec dzieci, bardzo silne powiązania z polityką oraz próba wyciągnięcia jak największych korzyści i przywilejów. Można dorzucić jeszcze hipokryzję do zestawu, ale to dotyczy każdego człowieka stykającego się z władzą. Nie brakuje tutaj mocnych scen oraz prztyczków w nos („przesłuchanie” ofiary pedofila przez biskupa, reklama z ofiarami przeplatana z „ostatnią wieczerzą” czy opowieść księdza Kukuły), ale… nie mogłem odnieść wrażenia, że to wszystko jest jakieś płytkie, wygląda jak wyważanie otwartych drzwi. Ale z drugiej strony, nie chodziło tutaj o akt oskarżenia (albo nie tylko o to), lecz o pokazanie niedoskonałości, że księża też są ludźmi, a nie tylko moralnymi autorytetami czy osobami mającymi „kontakt” z Najwyższym. W końcu to film Smarzowskiego, a u niego nie ma tak naprawdę jednoznacznie dobrych ani złych postaci.

kler2

Fabuła dla mnie była najciekawsza, gdy skupiała się wokół oskarżeń Kukuły w sprawie domniemanej pedofilii oraz politycznych intryg Lisowskiego. Opowieść księdza Trybusa wydaje się toczyć niejako obok wielkich wydarzeń, co dla wielu może wydawać się nudna – inaczej – bardziej przyziemna, ale też jednocześnie dość łatwo się można z tą postacią identyfikować. Innym problemem był dla mnie montaż. I nie chodzi tylko o krótkie przebitki, pokazujące sceny z przeszłości czy szybkie ścinki, mające pokazać pewną repetycję, ale można było parę minut spokojnie wyciąć. Do tego jeszcze przebijają się jakieś medialne przekazy czy dialogi dotyczące samej instytucji Kościoła. Niby ma to osadzić całość w naszej rzeczywistości, ale wydawały mi się nie potrzebne. I jeszcze to nieszczęsne zakończenie z nachalną symboliką w ostatnich kadrach. Nie ogarniam jak w takiej masowej uroczystości nie było strażaków ani gaśnicy. Więcej wam nie zdradzę, ale to mnie bolało i te zwieńczenie było niepotrzebne.

kler3

Jeśli jest coś, co może przyciągnąć uwagę widzów do samego końca, to jest to świetne aktorstwo, podnoszące poziom filmu. Zaskakuje Robert Więckiewicz jako Trybus, którego dawno nie widziałem tak wyciszonego, wręcz stonowanego, ale widać pewne rozdarcie i konflikt. W końcu też jako jedyny ze wszystkich duchownych robi to, co powinni: bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Świetny i poruszający jest Arkadiusz Jakubik jako Kukuła, który wydaje się zaangażowanym, porządnym księdzem (może poza kwestiami pieniędzy) z dość mrocznym piętnem przeszłości. Ale całość kradnie Jacek Braciak w roli Lisowskiego, który ma z rudym zwierzęciem więcej wspólnego niż się wydaje. Manipulator, pociągający za sznurki niczym gangster, działający kilka kroków do przodu i mówiący bardzo spokojnym głosem. Choć potrafi wykorzystywać swoje talenty do czynienia dobrych rzeczy (organizowanie zakupów konsol dla dzieci ze szpitala czy pomoc w adopcji, liczy się tak naprawdę tylko jedno: kariera w Watykanie. Poza tym wyrazistym tercetem, na drugim planie wybija się cudnie szarżujący Janusz Gajos w roli śliskiego arcybiskupa Mordowicza oraz Joanna Kulig jako Hanka, gosposia księdza Trybusa. Poza tym jeszcze kilka rozpoznawalnych i znanych twarzy, którzy pojawiają się w drobnych epizodach, przez co można ich przeoczyć.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Kler”. Z jednej strony czuć rękę Smarzowskiego oraz jego styl, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia zmęczenia materiału, a także dotknięcia niewygodnych tematów dla Kościoła. Może liczyłem na większe szarpnięcie, silniejsze uderzenie, a dostałem coś zupełnie innego.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Jakubik & Deriglasoff – 40 przebojów

R-10048859-1490719707-4967.jpeg

Kiedy dwie wyraziste osobowości ścierają się ze sobą, należy spodziewać się absolutnie wszystkiego. Ale tym razem są to bardzo niezapomniane charaktery: Olaf Deriglasoff (legenda sceny alternatywnej) oraz Arkadiusz Jakubik (wokal). Panowie razem nagrali album z 40 kawałkami I to dzieło można (legalnie) ściągnąć za darmo na stronie Narodowego Centrum Kultury. Jak udało się to upchnąć?

Cały myk polega na tym, że żaden z utworów nie trwa dwie minuty, gdzie będziemy mieli do czynienia z różnymi stylistykami, bazując na wszelkiej maści dźwiękach elektronicznej. Nie brakuje niemal psychodelicznej, “garażowej” rąbanki (“Zatruty owoc”), kompletnie przemielonej gitary w niemal industrialnej rzeźni (“Morderca”, “Odliczanie”), ambientowe cudadła (“Koło”), strzelającej perkusji (“Andrzej”), niemal dyskotekowego bitu (wykrzyczany “Czas”), nowofalowe dźwięki gitary (“Podmorskie pałace”, “Plastikowe maski”), a nawet cyfrowo przerobiony wokal (“Czas”, “Prawda o drzewach”, “Sorry”) czy orientalne wstawki (“Reszta”). Niby utwory są krótkie, ale nie oznacza to, że są nudne i niewiele się dzieje. Nie brakuje zmiany tempa (“Kartki pocztowe”), niemal bombastycznych ciosów (“Miasto”, “Sobota impuls”), wysamplowanych dźwięków (odgłos pociągu w “Jamesie” czy jakiejś maszynerii w “Jonaszu”). Bywa wręcz miejscami na granicy wariactwa (“Szmata”), bólu uszu (“Szklane wodorosty”) czy wejścia w zupełnie inny wymiar (“Magnetofon” czy jazzowa “Pierwsza zmiana”), zaś krótki czas trwania wywołuje we mnie zdziwienie, że to już. Ale i z czasem utwory zaczynają się zlewać w jedno, mimo eksperymentalnych udziwnień Deriglasoffa oraz kompletnie zmieniającego tembr głosu Jakubika.

Ale czy “40 przebojów” to nie jest troszkę za dużo? Dla mnie to za szybko się kończy, czasami teksty wydają się kompletnie niezrozumiałe, a czasem jest poczucie wręcz przesytu dźwięków. Nie oznacza to jednak, ze jest to dzieło nieudane, bo są przebłyski. I warto spróbować dać szansę temu duetowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o miłości

Mężczyzna. Kobieta. Przypadkowe spotkanie. Trochę kłamstw. Może zdrada. A na koniec parę łez. – taki wydaje się przepis na film o miłości. Problem w tym, że nie zawsze ta koncepcja działa i trzeba dorzucić coś ekstra, by przykuć uwagę, zaintrygować oraz wejść w to. Z tym zadaniem postanowił się zmierzyć Arkadiusz Jakubik w swoim fabularnym debiucie.

„Prosta historia o miłości” tylko z nazwy wydaje się prosta. Punktem wyjścia jest pociąg, ale nie jest to pociąg dwojga ludzi. Siedzi w nim para scenarzystów, kiedyś para nie tylko w pracy. W głowie zaczynają układać fabułę takiej miłosnej historii. I jak w każdej takiej historii musi pojawić się on oraz ona. Oraz pewien pociąg, zaś słowa naszych opowiadaczy zaczyna ożywać przed naszym ekranem. Najpierw w bardzo umownych dekoracjach, niczym z „Dogville”, by już wejść w prawdziwą rzeczywistość. Tylko, że to jest plan filmowy realizowany przez ambitnego reżysera Patryka Bergera, zaś główne role grają Marta i Aleks. Tylko, czy na pewno grają? A może jest coś więcej?

prosta_milosc2

Jakubik bawi się formą, konwencją, przez co może się to wydawać na początku dezorientujące. Innymi słowy jest to „film o filmie w ramach filmu”, bo jeszcze niektórzy bohaterowie (niczym w docu-dramie) wypowiadają się przed nami o pracy nad filmem. Prawie jak „Incepcja”, tylko że nakręcona przez Woody’ego Allena czy Richarda Linklatera. Czemu miłość pojawia się tak nagle, co nas przyciąga do innych ludzi, dlaczego uczucie zaczyna eksplodować i zgasnąć? Pewne dialogi zaczynają się powtarzać, w zupełnie innych scenach oraz kontekście. I nie chodzi o powtarzanie pewnej sceny przy toalecie, bo ciągle coś idzie nie tak, ale pewne dialogi z początku wracają pod koniec, opowiedziane zdarzenia. Życie i fikcja zaczynają iść ze sobą ręka w rękę, zmuszając do ciągłego myślenia, odkrywania kolejnych warstw.

prosta_milosc1

Wizualnie film wygląda jak kino niezależne (stonowana kolorystyka, naturalne światło), ale nie wywołuje to silnego bólu oczu. Również ładnie przygrywa muzyka w takim gitarowym stylu, dodając lekkości. Nie wspominając o łamaniu chronologii, rytmicznemu montażowi oraz dość zaskakującemu finałowi.

Jakubikowi udało się zebrać świetną obsadę, zaś sam reżyser, razem z Agnieszką Matysiak, pełnią rolę scenarzystów. Czuć miedzy nimi silną więź, ale też wiele bólu, pretensji oraz miejscami ciętego humoru. A jak sobie radzi nasza para główna? Bardzo pozytywnie zaskakuje Rafał Maćkowiak (Aleks), zgrabnie lawirując między pewnością siebie, „miękkim” charakterem a pewnym magnetyzmem. Równie znakomita jest Magdalena Popławska, kompletnie skupiając swoją uwagę i balansując między delikatnością, seksapilem, lekkością a strzelaniem fochów, poczuciem „duszności” w związku. Ale film kradnie Bartłomiej Topa jako reżyser – dość trudny w obyciu, z wręcz dyktatorskim stylem pracy. Przeraża, potrafi rozbawić, ale jednocześnie kryje się w nim coś jeszcze.

prosta_milosc3

„Prosta historia o miłości”, podobnie jak „Prosta historia o morderstwie” jest prosta tylko z nazwy, zaś Jakubik bardzo bawi się formą, konwencją, dodając wiele świeżości. Takiej dekonstrukcji relacji damsko-męskich nie widziałem od dawna i już tutaj widać duży talent Jakubika jako reżysera.

7/10 

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Mała wioska gdzieś na Mazurach. To tutaj na Święta Bożego Narodzenia przyjechał Adam – młody chłopak, który pracuje w Holandii. Ma dziewczynę, która spodziewa się dziecka i którą chce zabrać ze sobą za granicę. Nie planuje powrotu do kraju i poza spędzeniem Wigilii, ma jedną sprawę do załatwienia: chce sprzedać dom dziadka, by rozkręcić swój własny interes. Ale to nie będzie takie proste.

cicha_noc1

Debiut Piotra Domalewskiego może budzić pewne skojarzenia z filmami Wojciecha Smarzowskiego. Bo mamy rodzinną uroczystość (jak w „Weselu”), powolne odkrywanie trupów z szafy oraz bardzo skomplikowane relacje rodzinne. Jest obowiązkowa wódka, oglądanie Kevina, śpiewanie i słuchanie kolęd, kradzież choinki oraz wspólne jedzenie. Reżyser owszem, pokazuje bardzo depresyjny Polaków portret własny, ale nie jest ani cyniczny, złośliwy czy bezwzględny. Przygląda się temu niczym dokumentalista i jest w tym bardzo szczery, zupełnie jakbyśmy widzieli swój własny dom. Realizmu dodają nie tylko sceny filmowane kamerą Adama (trafny i ciekawy zabieg), ale też wpadające w ucho dialogi, okraszone odrobiną gorzkiego humoru. I jednocześnie ten dom wygląda tak swojsko, bez żadnych bajeranckich zabawek, troszkę ciasny, niczym z dawnej epoki.

cicha_noc3

Powoli widzimy kolejne komplikacje w planie Adama, skrywane bóle, pretensje oraz kolejne tajemnice: czuć pewne spięcia (zwłaszcza między Adamem a młodszym bratem), poznajemy oblicza naszych postaci – czasami rozbrajające (dziadek-alkoholik, ojciec kiedyś pracujący na saksach i walczący z gorzałą), czasem bolesne (siostra związana z damskim bokserem czy próbująca opanować to wszystko matka). A jednocześnie dotyka kwestii emigracji zarobkowej – tego, jak działa na rodzinę wręcz destrukcyjny (postać ojca), ale dla młodych wydaje się jedyną szansą. Zakończenie, mimo dość dramatycznego wydźwięku, pozostawia pewną nadzieję.

cicha_noc2

To wszystko jest jeszcze fenomenalnie zagrane. Reżyserowi udało się zebrać bardzo imponującą obsadę, która wycisnęła ze swoich postaci maksimum. Trudno oderwać oczy zarówno od Dawida Ogrodnika i Tomasza Ziętka (Adam i Paweł), miedzy którymi jest bardzo silna chemia oraz pełna niedopowiedzeń historia, jak i kradnącego ekran Arkadiusza Jakubika (ojciec), znakomicie radzącego sobie w roli złamanego bohatera z tajemnicą czy pozornie wycofaną Agnieszkę Suchorę (matka). Każdy ma swoje pięć minut oraz swoje niezapomniane teksty, co daje prawdziwego kopa.

cicha_noc4

„Cicha noc” nie jest tylko szorstko-depresyjnym kinem o próbie wyrwania się z piekiełka zwanego Polską, które dusi i spycha cały czas w dół (zakończenie). Ale to wszystko potrafi poruszyć, bez żadnego fałszu, sztuczności i jest brutalnie szczere. Nawet jeśli macie wrażenie, że jest to dziwnie znajome.

8/10 

Radosław Ostrowski

Ach, śpij kochanie

Kraków, rok 1955. W dziwnych okolicznościach zaczynają znikać ludzie, jakby ich w ogóle nie istniało. Milicja jest bezradna, a śledztwo prowadzone przez porucznika Karskiego, tkwi w martwym punkcie. Ale w końcu pojawia się trop – Władysław Mazurkiewicz, bardzo szanowany obywatel, który posiada bardzo dużą ilość pieniędzy, co w ówczesnym czasie jest co najmniej zastanawiające. Tylko, że ten osobnik ma koneksje i znajomości, przez co dorwanie go będzie bardzo trudne.

ach_spij_kochanie1

Polski kryminał ma się całkiem nieźle, co pokazały takie filmy jak „Jestem mordercą”, „Czerwony pająk” czy dość kontrowersyjny „Amok”. Tym razem swoją cegiełkę postanowił dorzucić Krzysztof Lang, reżyser „Prowokatora”. Opierając się na prawdziwej historii, tym razem postanowił odwrócić konwencję. Od samego początku wiemy, kto zabija, a naszym bohaterem staje się prowadzący śledztwo Karski. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co film „Ach, śpij kochanie” sprawia wrażenie nie do końca wykorzystującego swój potencjał. Z jednej strony reżyser dość przekonująco odtwarza realia epoki, gdzie władza wie wszystko o wszystkich, doprowadzając do „zniknięć” czy „ucieczek” osób uznanych za niewygodne. Z drugiej, jeśli chcesz się postawić, to oni znajdą sposób na złamanie czy przestawienie na swoją stronę. Samo śledztwo toczy się dość spokojnie, dialogi są całkiem niezłe, a same zbrodnie są brutalne i krwawe.

ach_spij_kochanie2

Ale gdzieś w połowie, Lang zmienia tory i pokazuje próby złamania Karskiego przez swoich przełożonych, co wywraca całość do góry nogami. Potem dochodzi do dziwnej relacji morderca-śledczy, gdzie mamy fascynację oraz próbę zdobycia zaufania Mazurkiewicza, serwując po drodze wiele retrospekcji. Całość jest mocno stylizowana na czarny kryminał, gdzie mamy z jednej strony panów w kapeluszach, chropowatą kolorystykę oraz dużą ilość czerni. Nawet muzyka Michała Lorenca buduje poczucie niepokoju oraz lęku.

ach_spij_kochanie3

Aktorsko jest całkiem nieźle. Uwagę próbuje skupić Andrzej Chyra, wcielający się w Mazurkiewicza, ale jego postać pozostaje tajemnicą: czy to bon vivant i cwaniak próbujący wygodnie żyć, czy też (jak twierdzą nasi) był współpracownikiem UB, pomagającym „znikać” pewnym niewygodnym osobom? Nie jest on zbyt mocno zarysowany, ani pogłębiony psychologicznie, co jest dla mnie największą bolączką. Po drugiej stronie mamy Tomasz Schuchardta jako idealistycznego śledczego, będącego ostatni sprawiedliwym w tym paskudnym, skurwiałym świecie i radzi sobie całkiem nieźle. Ale dla mnie film kradnie Arkadiusz Jakubik (sierżant Pajek), ze swoim zmęczonym spojrzeniem oraz złamanym charakterem. Boli mnie za to niewykorzystanie kilku aktorów na dalszym planie, nie dając zbyt wiele materiału – Katarzyny Warnke (była żona Mazurkiewicza), Bogusława Lindy (pułkownik Olszowy) czy Karoliny Gruszki (kelnerka Anna). Ogromna szkoda.

ach_spij_kochanie4

W najlepszym wypadku kryminał Langa jest zmarnowanym potencjałem na pełnokrwisty, wyrazisty kryminał, pokazujący bardzo brudne, brutalne czasy stalinowskiego PRL-u. Jest mrocznie i niepokojąco, ale satysfakcji nie ma zbyt wiele, a nieliczny mogą zasnąć w trakcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Najlepszy

Kiedy poznajemy Jerzego Górskiego, jest końcówka lat 70. Kiedyś był naprawdę zdolnym sportowcem, ale potem pojawiły się narkotyki. Kumple, dziewczyna (córka komendanta MO), kumple, meliny, ucieczki przed milicją. Zszedł on na samo dno, ciąża, śmierć przyjaciela, wreszcie nieudane samobójstwo. Czy w ogóle jest szansa wyjścia na prostą?

najlepszy1

Ostatnio coraz bardziej widoczny jest trend realizacji biografii obsadzonych w realiach PRL-u. Po „Bogach” i „Sztuce kochania” tym razem przyszła kolej na „Najlepszego”. Tym razem historia opowiedziana przez Łukasza Palkowskiego, tym razem przedstawia losy człowieka, o którym mało kto słyszał (przynajmniej przed filmem). Jest to mieszanka dramatu, kina sportowego oraz odrobinę komedii. I jak zawsze udało się wiernie odtworzyć realia epoki – wrażenie robi scenografia, ze szczególnym wskazaniem na melinę oraz ośrodek Monaru. Surowa faktura, meble, sprzęt szpitalny czy kostiumy tworzą klimat tamtego okresu, bez wywoływania zgrzytu. Dialogi też są zrozumiałe i niepozbawione błysku, a gdy dodamy świetną, rockową muzykę Bartosza Chajdeckiego, to wszelkie zmysły są zaspokojone. „Najlepszy” trzyma w napięciu, mimo sięgania po sprawdzone klisze kina sportowego (szybki montaż a’la „Rocky”, trener będący mentorem czy nowa kobieta wspierająca bohatera), co nie jest wcale takie proste. Na pewno pomaga w tym wiele humoru (pierwsze próby pływania pod okiem trenera czy nauka tanga – perełki) oraz pewna ręka reżysera.

najlepszy3

Żeby nie było tak słodko, to są dwie mocne łyżki dziegciu. Po pierwsze, czuć pewną skrótowość i uproszczenia w historii. Głównie podczas scen odwyku oraz przygotowań, aż chciałoby się wejść głębiej. Drugim problemem (chociaż nie dla mnie) mogą być sceny „rozmów” bohatera z samym sobą przed lustrem, pokazujące jego mroczną stronę. Dla wielu takie sceny mogą być zbyt dosłowne i łopatologiczne (chociaż w finale potrafi to zbudować suspens), chociaż nie każdemu będą one przeszkadzały.

najlepszy2

Jednak to wszystko jest kapitalnie zagrane. Do wielkiej formy wraca Jakub Gierszał, który ostatnio pogubił się lekko, ale tutaj jest wręcz znakomity, przechodząc bardzo dużo zarówno fizycznie (sceny sportowe oraz „głodu”), jak i psychicznie. Zagubienie, gniew, poczucie bezsensu, determinacja, wreszcie walka. To wszystko jest przedstawione przez aktora bezbłędnie, przez co chciałem kibicować Górskiemu. Ale za to drugi plan jest wręcz gwiazdorski (jak na hollywoodzkie kino przystało). Na mnie największe wrażenie zrobił niezawodny Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu, przyszły trener), świetny Janusz Gajos (Marek Kotański, scena rozmowy w samochodzie – klasa), opanowany Szymon Piotr Warszawski (Paweł, kierownik ośrodka) oraz w drobnym epizodzie Mateusz Kościukiewicz (kumpel Andrzej) i Mirosław Haniszewski (instruktor tańca). Muszę też wspomnieć debiutującą Kamilę Kamińska jako pielęgniarkę Ewę – nie tylko wyglądającą naturalnie i uroczo, ale też odgrywającą kluczową rolę w całości.

najlepszy4

Powiedzmy sobie to od razu: „Najlepszy” to nie jest najlepszy polski film, jaki widziałem w tym roku. To jest przykład dobrego, miejscami nawet bardzo dobrego kina, przeszczepiającego hollywoodzki styl na nasze podwórko. Palkowski wyrasta na rzemieślnika z wysokiej półki i powiem tylko jedno: chcę więcej takiego kina na poziomie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Człowiek z magicznym pudełkiem

Wyobraźcie sobie świat, w którym Polska jest potężnym krajem, rozdającym karty. Gdzie ludziom żyje się dobrze i w dostatku, a nad wszystkim czuwa zawsze uczciwy Wielki Brat. Tak właśnie wygląda Warszawa 2030 roku. Oczywiście, że nie jest zbyt dobrze, bo to świat pełen zamachów, inwigilacji i terroryzmu.

W tym świecie znajduje się Adam. Nie pamięta kim jest, co robił, ma tylko jakie krótkie przebitki. W końcu udaje się mu zdobyć mieszkanie (podniszczona kamienica) oraz pracę w korporacji jako sprzątacz. Wtedy na jego drodze pojawia się ona – Goria, typowa korporacyjna twarda kobieta. Pozornie niedostępna, ale coś zaczyna się powoli rodzić. I wtedy znajduje się pewne stare radio, a jednocześnie odzywa się przeszłość, czyli rok 1952.

magiczne_pudelko2

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w Polsce powstanie dobry film SF, wyśmiałbym go w twarz. Ale reżyser Bodo Kox ma więcej jaj i odwagi niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wizja świata, którą proponuje reżyser może nie jest zbyt oryginalna (wszelkie skojarzenia z „Brazil” Gilliama na miejscu), ale mocno aktualna. Z jednej strony duże biurowce, sterylny świat pełen reguł i zasad, z drugiej chropowate, podniszczone budynki, gdzie wszystko można zdobyć w niekoniecznie legalny sposób. Czy poza pracą jest miejsce na coś więcej? Ludzie się tu przyzwyczaili do kolejnych zamachów, dokonywanych przez… to nieważne. Niby jest dostatek, bo wszystko możesz kupić (ręka działa jak karta kredytowa), ale woda jest limitowana, światło czasami szwankuje i gaśnie (jakby nadal był 20. stopień zasilania), ludzie zaś rozmawiają jakby przez słuchawki oraz głośno. I w tym świecie dochodzi zaczyna się odzywać uczucie. Miłość, pożądanie, przywiązanie – może i jest dość skrótowo przedstawione, ale wierzy się w tą relację.

magiczne_pudelko3

Jednocześnie próbujemy poznać tajemnicę skupioną wokół Adama – kim jest, co robi i przebitki z przeszłości budują zagadkę. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, krótkie scenki, by w finale uderzyć z bardzo gorzkim finałem. Wrażenie robi świetna scenografia – z jednej strony bardzo oszczędna i pięknie sfotografowana (bardzo wystylizowane zdjęcia), z drugiej czuć inspiracje wielkimi (neony jak z „Blade Runnera”, maszyna do podróży w czasie niczym z Gilliama), okraszone jest to przepiękną muzyką oraz sporą ilością humoru i porządnymi efektami specjalnymi. A paralele między rokiem 1952 z 2030 w paru miejscach poraża.

magiczne_pudelko1

Kox potrafi też dobrze prowadzi aktorów, choć pojawiają się znane twarze jak Wojciech Zieliński (agent Targosz) czy Arkadiusz Jakubik, nigdy nie schodzący ze swojego poziomu. Film wyleczył mnie z alergii na punkcie Olgi Bołądź, która (w końcu) ma szansę pokazać coś więcej i – przy okazji – wygląda zjawiskowo. Ale prawdziwym odkryciem jest Piotr Polak (Adam) – tajemniczy, bardzo oszczędny w pokazywaniu emocji i jakiś taki niedzisiejszy. Do tego te piękne oczy, które potrafiłyby rozkochać niejedną kobietę.

magiczne_pudelko4

Kompletnie nie byłem pewny, co spłodził Kox i miałem wątpliwości. Ale „Człowiek z magicznym pudełkiem” to film w polski wyjątkowy, bo SF praktycznie od 30 lat w zasadzie nie istnieje. Jest to intrygujący melodramat traktujący konwencję kina fantastyczno-naukowego jako otoczkę do wydarzeń ekranowych. Dowcipne, wzruszające, troszkę bawiące się konwencją i bardzo gorzkie kino. Drugi taki film może tak szybko nie powstać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Kiedy w tytule filmu pada słowo miłość, kochanie czy seks, już mamy pewne przypuszczenia o czym to może być – komedia romantyczna, melodramat, erotyk. A kiedy jeszcze jest historia, to już wszystko staje się jasne – to będzie biografia. A kim była Michalina Wisłocka? Kobietą, która jako pierwsza w kraju zaczęła mówić o tym, o czym każdy chciał, ale się bał zapytać (i chyba niektórzy nadal się boją). Tak, zgadliście, chodzi o seks. Rzecz, która – mam wrażenie – nadal jest tematem tabu, budzącym wstyd oraz skrępowanie.

sztuka_kochania1

Ale po kolei. O jej życiorysie, przeplatanym z próbą wydania pierwszej książki o życiu seksualnym Polaków próbuje opowiedzieć Maria Sadowska. Zanim zaczniecie się rzucać, czemu piosenkarka jazzowa bierze się za kino, uprzedzę, że pani reżyser ukończyła też łódzką filmówkę i jest to druga fabuła (lepsza od poprzedniego „Dnia kobiet”). „Sztuka kochania” nie powstałaby, gdyby nie ogromny sukces „Bogów”, czyli przykładu przeszczepienia amerykańskich szablonów biografii na polskie podwórko. I tutaj jest podobnie, bo udaje się odtworzyć nie tylko fakturę epoki (od okupacji do lat 70.: pięknie wyglądające stroje, muzyka w tle, scenografia i rekwizyty – no nie ma się tu czego przyczepić), ale przede wszystkim mentalność tej epoki. Epoki, w której sprawy intymne (dokładniej kobiet z przyjemnością) są niewygodne zarówno dla partyjnej władzy, jak i Kościoła (rozmowy z urzędnikami, jak i biskupem – trafne w punkt).

sztuka_kochania2

Jednocześnie zaczynamy poznawać losy bohaterki (dość barwne, skandalizujące – życie w trójkącie, kolejni partnerzy, pobyt w Lubniewicach), a jednocześnie widzimy walkę o publikację „Sztuki kochania”, wziętą jakby z konwencji heist movie. Ciągle problemy (bo ilustracje, bo słowo, bo się „pierdolą tam”, próba skonfiskowania tekstu), ciągła walka, nieugięty charakter Wisłockiej budził mój podziw. Wszystko jest podkręcone do granic możliwości, sceny erotyczne nie są zrealizowane po to, by szokować czy doprowadzić widza do stanu podniecenia, ale jest to zrobione ze smakiem (wszelkie skojarzenia z „Masters of Sex” w pełni uzasadnione).

sztuka_kochania3

I jeszcze jak to jest świetnie zagrane. Nie da się nie zauważyć Magdaleny Boczarskiej, która jako Wisłocka trzyma fason. Jej ewolucja od młodej, troszkę pogubionej dziewczyny do twardo stąpającej, doświadczonej oraz pewnej siebie kobiety jest przedstawiona bez cienia fałszu, sztuczności czy zakłamania. Ale tak naprawdę całość skradł zaskakujący Eryk Lubos jako niemal idealny mężczyzna i kochanek, chociaż nie sprawia tego wrażenia. I ta chemia między nim a nią jest siłą napędową środkowej części filmu. Poza nimi jeszcze warto wspomnieć o trzymających fason duecie Jakubik/Mecwaldowski (urzędnicy Wydziału Kultury), wyjątkowo dobrym Piotrze Adamczyku (Staszek Wisłocki), jak i o Jaśminie Polak (redaktorka Teresa, walcząca o publikację).

sztuka_kochania4

„Sztuka kochania” to ciekawa mieszanka dramatu, komedii, filmu obyczajowego oraz wręcz heist movie (walka o publikację) pokazując, jak ciężko jest walczyć o przedstawienie czegoś tak naturalnego dla życia każdego człowieka jak seks. Bo przecież wiemy, co, kiedy i jak, prawda? A jeśli nie, to poczytajcie „Sztukę kochania” albo zobaczcie film pod względem edukacyjnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Zmartwychwstaniemy

ru-1-r-640,0-n-2358717kZKy

Arkadiusz Jakubik i reszta ferajny znana pod szyldem Dr Misio powraca z trzecim wydawnictwem. Konsekwentnie trzymając się rockowej stylistyki, ale tym razem wspierani przez producenta Kubę Galińskiego. Czy to znaczy, że złagodnieli i nie będzie punkowo-alternatywnego sznytu?

Już tytułowy utwór wprawia w zakłopotanie: minimalistyczna, etniczna perkusja, w tle organy (prawie jak w kościele), do tego jeszcze sitar. I dopiero w połowie wchodzi gitara, która daje lekkiego ognia, by na koniec znowu zgasnąć, a kobiecy wokal w refrenie dodaje niesamowitości. Równie intrygujące jest szybki, perkusyjny „Mordor” z krzykliwie kiczowatą elektroniką oraz wplecionymi rozmowami, jakby żywcem wziętymi z biura jakiejś korporacji, przez co nabiera charakteru kpiny z korpo-świata. Wyciszenie przychodzi w singlowym „Piśmie”, ocierającym się o niemal akustyczne brzmienie, z chwytliwym riffem oraz „sakralnymi” organami oraz bardziej nowofalowym (czyli pełnym minimalistycznej elektroniki) „Bądź moim Googlem”. Mroczniej się robi w minimalistycznym „Ochroniarzu” oraz tandetnym (celowo) „Nonsensie”, gdzie całość wydaje się strasznie kiczowata.

Zespół gra znacznie przystępniejszą muzykę, przez co na pewno zyska większych zwolenników, nawet jeśli wydaje się to na początku dziwaczną sklejką. Sam Jakubik daje radę, bardziej recytując niż śpiewając, ale pasuje do całości. Nie zawodzą za to teksty, tworzone przez Krzysztofa Vargę i Marcina Świetlickiego. Panowie nie szczędzą ostrych słów wobec Kościoła, korporacji, wirtualnego życia oraz pewnego rozczarowania („Klubokawiarnia Smutek”). I to uderza z prawdziwą siłą.

„Zmartwychwstaniemy” to najbardziej przystępny i mocno postrzelony stylistycznie album Dr Misio. Jakubik i spółka bardziej bawią się w alternatywny pop, naszpikowany elektroniką, co może wielu wprawić w konsternację, ale jest to na tyle dobrze zrobione (do tego te teksty i charyzma Jakubika), iż można to wybaczyć. Dobra i bezpretensjonalna płyta.

7/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o morderstwie

Wszystko zaczyna się bardzo gwałtownie: trupy, krew, policja. Do mieszkania wpada młody chłopak i… koniec. A wtedy, by poznać wszystko cofamy się do tyłu. Trafiamy do małego miasteczka, Strzelec. Tutaj wszyscy wiedzą o sobie wszystko. I to tutaj mieszka rodzina Lachów, której (prawie) męscy właściciele zostają policjantami. Jacek zostaje przydzielony do patrolu razem z ojcem Romanem. Tylko, że tatuś nie jest zbyt idealnym człowiekiem, delikatnie mówiąc. Towarzyszy mu kilka procentów, a i przypierdolić z piąchy potrafi. Najczęściej żonie. Kiedy oboje zostają znalezieni martwi, Jacek próbuje wyjaśnić sprawę. I wbrew tytułowi, nie jest to prosta historia.

prosta_historia_o_morderstwie1

A wszystko to postanowił opowiedzieć Arkadiusz Jakubik, którego talent aktorski nie podlega żadnej dyskusji. By nie było wcale tak prosto, jak się tylko wydaje, reżyser zaburza chronologię, gdzie mamy dwa wątki. Pierwszy dotyczy morderstwa obojga rodziców, druga dotyczy domu. A dokładnie przemocy domowej, gdzie pojawia się alkohol – demon jeszcze przez nikogo nie ujarzmiony. Aż chce się odruchowo powiedzieć – Dom zły. Skojarzenie ze Smarzowskim nasuwa się automatycznie i nie powinno dziwić, w końcu Jakubik to ulubiony aktor twórcy „Wołynia”. Ale paralele nie dotyczą tylko tematyki – jest podobnie rwany montaż (sceny śledzenia czy pościgów), niemal kręcone z ręki zdjęcia pełne mroku oraz deszczu (jedna z ulubionych zagrywek twórców kryminału). Wątek kryminalny wydaje się dość mało wyraziście zarysowany (postacie nie są zbyt rozbudowane), ale i tak dobrze się go ogląda. Mocniej się robi podczas walki naszego bohatera o życie matki z dala od ojca-alkoholika. Do tego osadzenie w kontekście małego miasta, gdzie wszyscy znają wszystkich oraz ich tajemnice – taka decyzja wymagałaby odwagi, by zmierzyć się z nieuniknionym napiętnowaniem. Tym większa szkoda, że to się kończy tak tragicznie (to nie jest spojler), ale samo rozwiązanie intrygi satysfakcjonuje.

prosta_historia_o_morderstwie2

Do tego Jakubik ma dobrą rękę do aktorów. Kolejny raz zaskakuje Filip Pławiak (Jacek), którego trudno nie polubić. Zdeterminowany, uparty, dbający o rodzinę, ale mający swoją tajemnicę i udaje pasujący do wizerunku romantycznego twardziela, przejmując niejako inicjatywę jako „ojciec”. Dobrze się prezentuje w tej kurtce i z tym pistoletem. Jeszcze większe wrażenie robi Andrzej Chyra, czyli Roman. Walczący z własnymi demonami, nie potrafiący wyrazić swojej miłości do rodziny, a to wszystko pokazane jednym spojrzeniem oraz mową ciała. Tak samo nie mogłem odwrócić oczu od Kingi Preis, czyli związanej w toksycznej relacji z mężem. Na tym trójkącie opiera się całe kino, jednak trudno nie zapomnieć drobnych ról Eryka Lubosa (mechanik Marcin), Marka Kasprzyka (komendant) czy Andrzeja Konopki (prokurator).

prosta_historia_o_morderstwie3prosta_historia_o_morderstwie4

Troszkę żałuję, że nie widziałem debiutu reżyserskiego Jakubika („Prosta historia o miłości”), ale jednego jestem pewny. Mam nadzieję, że reżyser jeszcze nie raz pokaże się po tej stronie kamery, gdyż zaskakuje swoim talentem. Czekam na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski