Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mowgli: Legenda dżungli

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga zawsze inspirowała filmowców i inspirować chyba będzie. Ale w ostatnim czasie pojawiły się aż dwa podejścia do tego samego materiału. Najpierw Jon Favreau odtworzył w nowej formie wersję Disneya, a dla Warnera postanowił swoją wersję przedstawić Andy Serkis. Reżysera bardziej znamy dzięki kreacjom w technice motion capture, ale czy ta próba się udała?

Niby znamy tą opowieść o Mowglim – chłopcu, wychowywanym przez dżunglę (niczym Tarzan) oraz próbującym żyć wśród wilków. Niby człowiek, ale i nie do końca, bo próbuje kierować się zasadami, jakie wpaja mu niedźwiedź Baloo oraz pantera Bagheera. Problem w tym, że już na jego życie czyha tygrys Shere Khan, który zabił jego rodziców, a także strasznie bruździ po okolicy. Ludzie chcą go zabić, bo zabija ich zwierzęta, a pozostałe zwierzęta zwyczajnie się go boją.

mowgli1

Reżyser jednak zamiast kina stricte przygodowego kreuje o wiele bardziej surowy i mroczny obraz niż dwa lata temu Favreau. Porównania z poprzednikiem są nieuniknione, a co gorsza działają na niekorzyść filmu Serkisa. Niby reżyser chce zrobić o wiele dojrzalszy, poważniejszy film o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, gdzie Mowgli musi odnaleźć swoje miejsce w dżungli. Czy będzie tak jak inni ludzie ją eksplorował dla własnej korzyści, czy będzie może starał się żyć w symbiozie z naturą. Te pytania intrygują, pokazując inne oblicze znanej (przynajmniej z filmów) opowieści. I za tą odwagę podziwiam twórcę, ale mam wrażenie, że twórcy nie pozwolono pójść dalej w tym kierunku.

mowgli2

Bo parę wątków zostaje potraktowanych po macoszemu (kwestia wykorzystania ognia, który czyni z człowieka równie groźnego drapieżnika, co Shere Khan czy ostatecznego potwierdzenia swojego miejsca dla Mowgliego, tak jak próba odnalezienia się wśród ludzi), zaś relacje między ludzkim szczenięciem – jak jest nazywany Mowgli – a resztą stada bardziej przypomina kino familijne. Niby pojawia się miejscami krew (pierwsza próba zabicia Mowgliego przez Shere Khana) czy pokazano niebezpieczeństwa dżungli, ale jest tego zbyt mało. Muszę jednak przyznać, że w obrazku wygląda to nieźle – kamera w ręku Michaela Seresina potrafi pokazać surowy krajobraz, a wiele scen jak wyścig o dołączenie do stada czy Mowgli przyjęty przez ludzi w czym, co mógłbym nazwać rytuałem wygląda naprawdę porządnie. Scenografia oraz efekty specjalnie (zwłaszcza mimika zwierzątek) też cieszą oko, a etniczna muzyka dodaje klimatu.

mowgli3

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Mowgli w wykonaniu Rohana Chanda wypada dobrze i przekonująco wokół całego otoczenia. W oczach widać jego zagubienie, a jednocześnie coraz bardziej rozwijającą się jego siłę, spryt oraz determinację. Za to głosowo największe wrażenie robi trio Christian Bale, sam reżyser oraz Benedict Cumberbatch. Pierwszy wciela się w Bagheerę, który ma dość ambiwalentną postawę i skrywa pewną tajemnicę, drugi jako Baloo jest bardziej szorstki oraz mniej przyjazny od oryginału, zaś trzeci w roli Shere Khana (to już drugi Khan w karierze Anglika) budzi postrach oraz przerażenie. I jeszcze bardziej tajemnicza Kaa z magnetyzującym głosem Cate Blanchett.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nową interpretację „Księgi dżungli” od Serkisa, bo brakuje w niej zaangażowania, pomysłu oraz czegoś powalającego totalnie na kolana. Wydaje mi się, że twórcom związano ręce, by jeszcze bardziej zaszaleć z materiałem, dodając bardziej „brudnego” realizmu. Szkoda, bo potencjał był tutaj naprawdę duży i dało się z tego więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Sherlock – seria 4

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, choć starałem się ich unikać! Jeśli nie oglądaliście poprzednich serii, czytacie na własną odpowiedzialność!!!

sherlock_41

Zrobiłem sobie dłuższą przerwę od pewnego inteligentnego mieszkańca Baker Street. Sherlock Holmes miał zostać oddelegowany na wschód, ale pojawił się filmik z Moriartym. Ale przecież Moriarty popełnił samobójstwo w drugiej serii, pamiętacie? Wiec, co tu się odjaniepawliło? Jego ostatnie działanie zostało wyparte i zmienione, a nasz detektyw tym razem czeka na kolejny ruch przeciwnika.

Kolejne trzy odcinki, ale tym razem Sherlock będzie musiał zmierzyć się z najtrudniejszymi dochodzeniami w swojej karierze. Znowu powróci przeszłość pani Watson, ktoś z niewiadomych powodów niszczy popiersia Margaret Thatcher, nasz detektyw dostanie obsesji na punkcie pewnego biznesmena, wreszcie wyjdzie na jaw pewna rodzinna tajemnica Holmesów. Czyli znowu się dzieje, ale jednocześnie twórcy stawiają nie tylko na kryminalne łamigłówki, ale też na relacje między bohaterami. Wątki obyczajowe mogą wydawać się na pierwszy rzut oka balastem, wręcz spowalniaczem tempa (nawet pojawiły się głosy, ze są zbyt telenowelowe), ale relacja Holmesa z Watsonem zawsze była silnym kośćcem, pozwalającym zachować człowieczeństwo naszego protagonisty. Facet jest nadal pokręconym, ekscentrycznym mózgowcem (ojcem wszystkich autystycznych geniuszy znanych z innych seriali), nie do końca orientującym się w sytuacji społeczno-politycznej, bo jak można nie znać Margaret Thatcher? Ale okazuje się bardziej ludzki niż na pierwszy rzut oka się wydaje.

sherlock_42

Oczywiście, mamy tutaj charakterystyczne elementy serialu: szybki montaż, skupienie na detalach przy scenach dedukcji, pałac myśli, nakładające się perspektywy. To wszystko ma zwieść nas za nos I kiedy wydaje się, że jesteśmy lepsi intelektualnie od Sherlocka Holmesa, ten wyciąga kolejnego asa w swojej talii kart. Wszystko znakomite technicznie, a ostatni odcinek to ciągłe zaskakiwanie oraz niebezpieczne moralnie testy. Więcej wam nie zdradzę, ale czwarta seria “Sherlocka”, moim skromnym zdaniem jest o wiele lepsza od trzeciej, ale do dwóch pierwszych nie ma absolutnie startu. A zakończenie wydaje się jednoznacznie sugerować, że to już koniec spotkań z Holmesem i Watsonem. Z drugiej strony, nigdy nic nie wiadomo.

sherlock_43

Nadal siłą napędową pozostaje ciągle zachowujący świeżość duet Benedict Cumberbatch/Martin Freeman, chociaż to ten drugi ma więcej do zaoferowania. Watson musi sobie poradzić ze śmiercią Mary (końcówka pierwszego odcinka) swojej żony, co mocno odbija się na jego stanie psychicznym. W końcu dochodzi do pogodzenia się, które musi odbyć się w dramatycznych okolicznościach, bo inaczej by się nie udało. Jednocześnie bardzo mocno widać, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować – Watson bez dreszczyku adrenaliny, Holmes bez trzymania się ziemi. Nadal fason trzyma Mark Gatiss (Mycroft), który trzyma więcej tajemnic i mimo poczucia wyższości oraz bycia tym mądrzejszym, jest tak naprawdę skończonym idiotą. Jeśli chodzi o przeciwników, to żaden nie dorównuje Moriarty’emu, ale też są to intrygujace postaci. Nie można nie wspomnieć o fantastycznym Tobym Jonesie, czyli biznesmienie Culvertonie Smith. Pozornie drobny, niepozorny, zabawny, ale tak naprawdę to seryjny morderca, działający bezwzględnie I przewrotnie. Tak samo wyrazista jest Sian Brooke, czyli zapomniana… siostra, Eurus. Mogła być siostrą Moriarty’ego, czyli jest bardziej cyniczna, prowokująca do trudnych wyborów manipulatorka z bardzo zaskakującym intelektem, ale jednocześnie jest bardzo zagubioną, delikatną dziewczyną. To trudna oraz bardzo niejednoznaczna postać.

sherlock_44

Czwarta seria “Sherlocka” była dla mnie powrotem do dawno niewidzianych kumpli, którzy troszkę się zmienili. Ale tylko troszkę, bo energia się zachowała, intelekt też, o tempie nie wspominając. I mam nadzieję, że więcej serii już nie zostanie. Nie dlatego, że mi się nie podobały, lecz z powodu fajnej klamry w postaci zakończenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Doctor Strange

Kim jest tajemniczy dr Strange? Neurochirurgiem, z niewyparzoną gębą, wielkim ego oraz ogromnym talentem medycznym. Brzmi jakby to był mieszkaniec 221b Baker Street, co nie jest tylko kwestią aktora. Ale jeden wypadek zmienia wszystko, przez co jego ręce nie są sprawne jak kiedyś i desperacko próbuje wrócić do czasów przed momentem krytycznym. Dlatego wyrusza do Tybetu, by sięgnąć ostatniej szansy. Tak trafia do Przedwiecznego, który uczy go magii. A nauka jest potrzebna, bo – jak to w klasycznych opowieściach Marvela – świat zmierza do ostatecznej rozwałki z powodu byłego ucznia Przedwiecznej, czyli Kaecillusa chcącego złączyć wszystkie światy w jedno. Dlatego sprzedał się mrocznej materii i trzeba go powstrzymać.

doktor_strange1

Marvel tym razem zapuszcza się do świata magii, a jeśli nie znacie poprzednich części tego uniwersum, to nie szkodzi. Scott Derrickson, specjalizujący się w świecie horrorów, od razu wrzuca nas w ten pokręcony świat, gdzie światy się mieszają ze sobą – świat astralny, lustrzany, zwykły. Po drodze będzie wiele obowiązkowego morału z przemianą bohatera, poznawaniem samego siebie oraz ratowaniem świata przed kompletnym scaleniem (czytaj: rozsadzeniem w pizdu). Innymi słowy: klasyczny origin story, ale jednocześnie nie do końca poważny. Dla mnie najfajniejsze były momenty (dość krótkie i uproszczone) nauki zdobywania kolejnych umiejętności i czarów (scena na Evereście – perełka), jednocześnie pozwalając na chwilę złapania oddechu. Powoli zaczynamy widzieć ewolucję wielkiego egoisty (niepozbawionego talentu ani inteligencji) w odpowiedzialnego wojownika stającego po stronie dobra. Bywa bezczelny (jak Sherlock), ale nie jest idiotą, zaczyna panować nad swoimi zapędami.

doktor_strange2

Gdy jesteśmy rzuceni w wir akcji, to dzieją się cuda jak z „Incepcji”, tylko jeszcze bardziej. Tutaj właściwie całe miasta, budynki i ulice zakrzywiają się na wszystkie możliwe kierunki, doprowadzając oczy niemal do ekstazy. Także, gdy przeskakujemy z wymiaru na wymiar (pierwszej wejście Strange’a) możemy poczuć się jak na haju. Nie wiem, co brali twórcy efektów specjalnych, ale to podziałało, przez co potyczki z Kaecillusem oraz jego pomagierami wskoczyły na wyższy poziom widowiskowości. Nawet jeśli mamy wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy, to nie mogłem oderwać oczu.

doktor_strange3

Poza brakiem czegoś oryginalnego, miałem tak naprawdę dwie poważne uwagi. Po pierwsze, wątek (nazwijmy go) romansowy, czyli relacja Strange’a z Christine jest traktowana po macoszemu. Kobieta jeszcze po wypadku z nim zostaje, ale ona sama nie jest zbyt ciekawa czy wyrazista. Potem pojawia się w dwóch scenach (w tym operacji) i znika – szkoda Rachel McAdams, ze nie dostała ciekawszego materiału. Po drugie, czarny charakter, chociaż nie do końca. Mads Mikkelsen świetnie pasuje do roli zbuntowanego Kaecillusa, który chce równego dostępu do transcendentalnych umiejętności, ale brakuje czegoś więcej w tej postaci.

doktor_strange4

Sytuację za to ratują dwie postacie, czyli nasz tytułowy doktorek i Przedwieczna. Benedict Cumberbatch nie kopiuje tutaj swojej roli z Sherlocka, choć pozornie mogłoby tak być –  hybryda inteligencji, złośliwości, pokory, odpowiedzialności i luzu. Brzmi znajomo? Ale jest to postać od początku do końca wiarygodna, a gdy posiądzie pelerynę, jest jeszcze bardziej cool niż możecie to sobie wyobrazić. Za to kompletną niespodzianką była dla mnie Tilda Swinton jako mentorka Przedwieczna, którą trudno mi było sobie wyobrazić w tego typu produkcji.

Z jednej strony „Doktor Strange” dobrze się zgrywa z Kinowym Uniwersum Marvela, a jednocześnie nie trzeba oglądać poprzednich części, by się w tym świecie odnaleźć. Nie tworzy niczego nowego, ale potrafi oszołomić i zafascynować. Jedno jest pewne: nasz mag jeszcze powróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt z diabłem

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

pakt_z_diabem1

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

pakt_z_diabem2

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

pakt_z_diabem3

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

pakt_z_diabem4

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10

Radosław Ostrowski

fortysomething

Dr Paul Slippery jest lekarzem pracującym w londyńskiej przychodni. Jest ojcem trzech synów, ma żonę, która po długiej przerwie zaczyna wracać do pracy oraz problemy z niejakim Pilbrym, który jest antypatycznym dupkiem. Jednak w jego związku coś zaczyna się psuć, a początkiem jest słyszenie myśli innych.

fortysomething1

Bogu należy dziękować za Anglików, bo bez nich świat byłby strasznie smutny. Telewizyjny serial jest adaptacją powieści Nigela Williamsa, dokonana przez samego autora (bo scenariusz napisał) oraz reżyserowana przez Nica Phillipsa i Hugh Lauriego (tak, TEGO Hugh Lauriego). I jest to słodko-gorzka opowieść o kryzysie wieku średniego z perspektywy zagubionego mężczyzny, który niejako zostaje zmuszony do weryfikacji swojego życia oraz związku. Po drodze dzieją się różne szalone sytuacje, spowodowane przez synów (statecznego i spokojnego Rory’ego, sypiającego z każdą Daniela oraz mającego obsesję na punkcie seksu Edwina, który w szkole nie był  – jak myślicie, który z nich mógł zamówić sztuczne penisy?) oraz własnymi demonami. Śmiech – błyskotliwy, niepozbawiony ironicznego humoru, idzie tutaj ręka w rękę z poważną refleksją (zwłaszcza ostatni odcinek to emocjonalny majstersztyk) i wnikliwą obserwacją obyczajową. Śmierć przyjaciela, kontrola inspektora, wreszcie planowane w tajemnicy zjazd kolegów ze szkoły, które zostaje odebrane za… nie, nie powiem. Humor jest tutaj pierwszorzędny, czasami absurdalny, ale wiele mówiący o pracy, przyjaźni, miłości – o życiu i całej reszcie. A jest czego słuchać i co oglądać.

fortysomething2

Mini serial ten nie miał takiej siły, gdyby nie kapitalnie grający aktorzy. W Paul wcielił się sam Laurie i zrobił to pięć minut przed przyjęciem praktyki jako dr House. Pokazuje jak znakomitym jest komikiem (scena, gdy udaje holenderskiego lekarza czy przebiera się w muzułmańska szatę, by wejść na przemówienie swojej żony), ale też pokazuje jak nie radzi sobie z własnymi obsesjami (zazdrość, silna chęć kochania się ze swoją żoną i nieudolne próby osiągnięcia tego). Partneruje mu bardzo atrakcyjna Anna Chancellor jako Estelle – kura domowa, stająca się poważna bizneswoman, co pośrednio wywołuje spięcia (a raczej jej szefowa – lesbijka Gwendolyn). Kiedy nie ma jej w domu, można odnieść wrażenie, iż tam panuje chaos – pojawiają się lodówki, dziewczyny, ich rodzice.

fortysomething3

Nie można nie docenić Petera Capaldiego (antypatyczny i arogancki dr Pilfrey, który jest mocno psychiczny) czy powoli wybijającego się Benedicta Cumberbatcha (Rory), ale tak naprawdę wszyscy poradzili sobie znakomicie.

fortysomething4

Znakomita komedia i jednocześnie bardzo wnikliwa obserwacja obyczajowa. Takie kombinacje są zawsze mile widziane. Choć jest to mało znana produkcja i jest dość krótka (tylko 6 odcinków?), absolutnie warta jest uwagi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gra tajemnic

Wszyscy wiemy, czym była Enigma. Niemcy używali jej do szyfrowania wiadomości i wydawało się, że nie ma takiej możliwości, by złamać ten szyfr. Brytyjski wywiad starał się jednak dokonać niemożliwego i złamać niemiecką maszynę szyfrującą. Szef wywiadu Marynarki Wojennej, komandor Denniston oraz oficer MI-6 Stewart Menzies ściągnęli kryptologów oraz matematyków do Bletchley. Jednym z nich był Alan Turing, o którym stara się opowiedzieć film „Gra tajemnic”.

gra_tajemnic1

Zadania tego podjął się norweski reżyser Morten Tyldum, którego polscy widzowie powinni kojarzyć z tragikomedii „Kumple” oraz kryminału „Łowcy głów”. Sama historia jest tutaj rozbita na dwa – a w zasadzie trzy – plany czasowe. Pierwszy to rok 1952, kiedy to Turing zostaje aresztowany z powodu dokonania czynu niemoralnego (innymi słowy był gejem) i podczas przesłuchania na komisariacie przez detektywa Roberta Nocha. Drugi plan to wspomnienia wojenne, czyli praca przy łamaniu szyfru. Trzecim planem (moim zdaniem kompletnie niepotrzebnym) jest okres szkolny Turinga. To wszystko się miesza i przeplata, a działanie tajnych służb nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Podstawą jest tutaj lojalność, kłamstwa i tajemnice – żeby wróg nie domyślił się tego, że my wiemy. Cały czas jednak miałem wrażenie, że ta opowieść jest opowiedziana po bożemu, bez emocji (w niemal większości czasu) oraz z podniosłymi słowami oraz problemami etycznymi, jakby niczego innego nie było. Wykorzystanie archiwalnych materiałów niewiele pomaga, a wątek relacji Turinga z Joan Clarke wydawał się jedynym intrygującym momentem. Ale nawet to nie do końca zostało wykorzystane. Szkoda, bo mógł powstać naprawdę interesujący film i liczyłem na wiele.

gra_tajemnic2

To, że o udziale polskich matematyków przy łamaniu szyfru nie jest zbyt wiele powiedziano (ograniczono się do powiedzenia, że polski wywiad przekazał kopię Enigmy, co jest prawdą), ale to akurat nie jest wina filmowców, że ich to kompletnie nie obchodzi i o tym się nie mówi. W zasadzie to jednak nie ma żadnego decydującego wpływu na sam film, który jest zaledwie poprawnym tytułem.

gra_tajemnic3

Poziom gry aktorskiej jest tutaj dość nierówny. Najbardziej rozczarowuje Benedict Cumberbatch, który poradził sobie zaledwie nieźle. To jeden z tych aktorów, co radzi sobie w błysku reflektorów, tutaj jednak Turing za bardzo mi przypominał Sherlocka Holmesa – też jest to ekscentryczny, ale genialny outsider bardziej radzący sobie z matematyką niż rzeczywistością. Za drugim razem to już nie ma takiej siły ognia i zwyczajnie przynudza, a nawet wywołuje irytację. Lepszy jest Matthew Goode jako bardziej trzymający się ziemi (choć nie pozbawiony geniuszu) Hugh Alexander. Ale tak naprawdę film ożywał dzięki trójce aktorów. Pierwsza to świetna Keira Knightley – genialna matematyczka Joan, która jednak musiała żyć w czasach, kiedy kobiety najwyżej mogło być sekretarkami. Jest jedyną osoba, z którą udaje się nawiązać w miarę normalną relację z Alanem. Widać na twarzy oddanie, lojalność, a nawet sympatię. pozostałych dwóch to dowódcy – Charles Dance (komandor Denniston) oraz Mark Strong (szef MI-6 Stewart Menzies), zwłaszcza ten drugi nadaje swojemu bohaterowi bardziej demoniczny charakter.

gra_tajemnic4

Cóż mogę powiedzieć? Ta gra mnie mocno rozczarowała, choć wydawała się mieć wszystko, by przykuć uwagę. Ale to wszystko jest zbyt równiutkie, bardziej wykalkulowane niż angażujące emocjonalnie. A wydawało mi się, że czas takich filmów już dawno minął. Jak widać, żyję chyba w jakimś innym świecie. Wstyd, panie Tyldum – niech pan opuszcza Hollywood, bo się zwyczajnie marnuje pan.

6/10

Radosław Ostrowski

Hawking

Pewnie wielu z was może nie znać Stephena Hawkinga – jednego z najwybitniejszych umysłów w historii fizyki i astronomii. Naukowiec, który ustalił początek Wszechświata, który podobno był od zawsze. A dokonał tego, mimo wykrycia stwardnienia zanikowego bocznego (paraliż mięśni). O nim już jest planowany film przez Jamesa Marsha („Teoria wszystkiego”), ale dziesięć lat temu próbę podjęło BBC, a dokładnie Philip Martin, który pracował przy serialu „Poirot”.

hawking1

Akcja tej produkcji rozwija się dwutorowo. Pierwszy wątek, to rozmowa w dniu wręczenia Nagrody Nobla z laureatami – Arno Penziasem i Robertem Wilsonem, który znaleźli naukowy dowód na potwierdzenie tezy Hawkinga. Drugi wątek dotyczy czasów studencki przyszłego profesora, dojścia do odkrycia oraz jego walka z chorobą. I na to wszystko mieli tylko półtorej godziny. Problem tego filmu nie polega na konstrukcji, tylko na tym, ze reżyser próbował złapać kilka srok za ogon. Zarówno pokazując stadium rozwoju nieuleczalnej choroby, jego relacja z przyszłą żoną Jane, a także pasja głodu wiedzy oraz poszukiwania nieznanego. To wszystko jest tak po troszku opowiedziane, choć dla mnie nie do końca wyczerpuje całą opowieść (najbardziej wybija się wątek naukowy, który zgrabnie pokazuje wielką pasję oraz jak często przypadek decyduje o wielkim odkryciu). Technicznie jest solidnie, choć trzęsąca się kamera w statycznych rozmowach może rozpraszać.

hawking2

Od strony aktorskiej jest co najwyżej średnio, bo scenariusz nie pozwala na zbyt wiele. Najbardziej jednak wybija się jedna rola – poza główną – a mianowicie Toma Warda jako Rogera Penrose’a, który w dość przejrzysty i nie do końca szablonowy sposób opowiada o swojej nauce (topologia). Ale tak naprawdę jest to one man show Benedicta Cumberbatcha. Ten aktor maksymalnie przeistoczył się w Hawkinga, budując bardzo wiarygodny portret naukowca w pełni oddanego swojej pasji, mimo choroby. Sceny, w których opiera się podczas chodzenia o ściany czy gdy dokonuje przypadkowego odkrycia to małe perły. On wnosi życie do tego – prawdę powiedziawszy – średniaka, stanowiąc jego największą siłę.

hawking3

Film częściowo rzuca światło na postać Hawkinga i może zachęcić do dalszych poszukiwań. Pod tym względem to ciekawa propozycja, ale BBC miało lepsze produkcje na swoim koncie. Ale dla raczkującego wtedy Cumberbatcha zobaczyć trzeba koniecznie, bo już wtedy pokazywał wielki potencjał, za co otrzymał nominacje do BAFTY.

6/10

Radosław Ostrowski

Czas wojny

Pierwsza wojna światowa zbliża się wielkimi krokami. A w Devon życie toczy się dość spokojnie. Na małej farmie Narracotów, stary Ted wykupuje (za dość spora sumę) konia, który ma pomóc w gospodarstwie, choć nie wygląda na takiego. Jednak dzięki nauce i determinacji syna Teda, Alberta udaje się na ugorze zasadzić buraki. Jednak burza niszczy zbiory, co zmusza starszego Narracota do sprzedania konia armii. Tak zaczyna się odyseja zwierzaka zwanego Joey.

czas_wojny1

Steven Spielberg kręcąc „Przygody Tintina” zrobił wszystkim wielka niespodziankę. „Czas wojny” to jednak powrót reżysera do sprawdzonych elementów, gdzie miesza pełnokrwisty dramat z elementami kina obyczajowego i wojennego. Przychodzi do głowy określenie „epicki fresk”, gdyż rozmach jest ogromny, sceneria bardzo plastyczna (nawet pole bitwy i okopy wyglądają pięknie). Końska odyseja potrafi poruszyć, choć jest trochę mocno sentymentalna. Po drodze koń będzie trafiał z różnych stron konfliktu (od Anglików do Niemców i francuskich cywili), by mógł powrócić do swojego pana. Nie brakuje tu odrobiny humoru (próby zaorania ziemi), wiary w człowieczeństwo mimo okoliczności (Niemiec z Anglikiem na ziemi niczyjej wyciągają wspólnie konia z drutu) oraz pokazywania wojny przedstawiającej ludzi pokazujących się z najlepszej strony mimo nie najlepszych okoliczności. Należy też docenić fakt, że sceny batalistyczne zostały zrobione w klasycznym stylu, bez efektów komputerowych, a zwierzęta grają tak naturalnie dzięki pomocy swojego talentu oraz treserów.

czas_wojny2

Głównymi aktorami są tutaj naprawdę zwierzęta, ze szczególnym uwzględnieniem Joeya (elegancki i bardzo pięknie się porusza) oraz epizod gąsiora. Reszta to tak naprawdę element dekoracji nie pozbawiony bardzo znanych twarzy jak Emily Watson, Peter Mullan, David Thewlis, Tom Hiddleston czy Benedict Cumberbatch. Wszyscy poradzili sobie naprawdę przyzwoicie, tworząc bardzo wyraziste postacie mając do dyspozycji kilka lub nawet kilkanaście minut. To naprawdę wyczyn potwierdzający ich umiejętności.

czas_wojny3

Może to nie jest najlepszy film Spielberga i na pewno nie jest to najlepszy film wojenny, ale Spielberg poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi. Taki jest ten amerykański reżyser.

7/10

Radosław Ostrowski