Ucieczka do zwycięstwa

Bardzo ciężko mi się o tym filmie mówi, bo po raz pierwszy go widziałem BARDZO dawno temu. Kiedy jeszcze moja wiedza o filmach była bardzo malutka. Ale sama koncepcja zorganizowania meczu piłkarskiego podczas II wojny światowej, była czymś absolutnie fantastycznym. To chyba wiadomo o jakim filmie mowa.

Słyszeliście o meczu śmierci? 6 sierpnia 1942 roku w Kijowie odbył się mecz między zawodnikami ligi ukraińskiej (utworzono drużynę Start Kijów) z żołnierzami Luftwafe. Ukraińcy wygrali go 5:1, ale Niemce chcieli rewanżu. Ten nastąpił 9 sierpnia i zakończył się wygraną Ukraińców 5:3. Krążyła fama, że w nagrodę za zwycięstwo piłkarze zostali… rozstrzelani. Prawda była bardziej przyziemna, bo zawodnicy zostali aresztowani przez Gestapo i trafili do obozów pracy. Nie wszyscy przeżyli, a tym, co się udało, zostali oskarżeni o kolaborację z Niemcami. Brzmi jak scenariusz filmowy? Historia ta była inspiracją m.in. dla filmu Johna Hustona z 1981 roku.

zwyciestwo1

Jest rok 1942, gdzieś we Francji znajduje się obóz jeniecki. Wszystko zaczyna się od nieudanej ucieczki jednego z więźniów. Przyjeżdża tam w celu dochodzenia przedstawiciel Czerwonego Krzyża oraz oficer propagandowy, major von Steiner. Rozpoznaje wśród jeńców piłkarza, kapitana Johna Colby’ego. Podczas spotkania rzuca propozycję zorganizowania meczu między żołnierzami Wehrmachtu a więźniami. Pomysł podchwytuje niemiecka machina propagandowa, zaś najwyżsi oficerowie obozu chcą wykorzystać okazję do zorganizowania ucieczki. Jednak będący szefem drużyny Colby nie chce brać w tym udziału.

zwyciestwo2

Przez większość filmu mamy do czynienia z obozową rutyną: nielegalne radio, fałszowanie dokumentów, robienie zdjęć, organizowanie oraz… granie w piłkę. Dla zabicia czasu, którego jest bardzo dużo. Sama intryga może się wydawać niedorzeczna, ale staje się pretekstem do ważkiego pytania. Czy jest możliwe granie na zasadach fair play, gdy świat od pewnego czasu gra bardzo nieczysto? I czy to może być ważniejsze od instynktu przetrwania? Ważniejsze niż ucieczka, rozkaz, zdrowy rozsądek? Nieczyste zagrania z obu stron (organizacja ucieczki, ustawiony sędzia) każą poważnie zastanowić się nad tymi kwestiami. Ale prawdziwą wisienką na torcie jest ostatnie pół godziny, czyli sceny meczu. Dynamicznie zmontowane oraz sfotografowane, z podnoszącą adrenalinę muzyką Billa Contiego to prawdziwa uczta. Coś, co najbardziej zapada w pamięć i trzyma w napięciu jak cholera.

zwyciestwo3

Do tego jest to więcej niż porządnie zagrane. Co jest o tyle zaskakujące, że obok aktorów mamy piłkarzy i nie wywołuje to sztuczności. Klasę potwierdza Michael Caine jako kapitan drużyny Colby, który odpowiedzialność ma wypisaną na twarzy i ma tony charyzmy. Pozytywnie zaskakuje Sylwester Stallone jako Hatch – sprytny, trochę rozgadany Amerykanin. Początkowo myślący tylko o sobie, staje się mocny filarem drużyny. Dobrze radzi sobie Max von Sydow jako major von Steiner, czyli dobry Niemiec. Spośród piłkarzy najlepiej wypada Pele (kapral Fernandez) oraz Bobby Moore (Terry Brady).

Widzę parę wad filmu (zakończenie a’la deus ex machina, schematy kina obozowego), ale energia tego film jest nadal silna. Bardzo porządnie wykonany film z fantastycznymi scenami meczu. Krążą plotki o planowanym remake’u, tylko czy jest potrzebny.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Nomads

Los Angeles, noc jak każda inna w szpitalu. Zawsze przywożą jakichś rannych, trzeba zrobić obchód. Normalna robota, którą wykonuje dr Flax. Tym razem trafia bardzo wykrwawiony mężczyzna, mówiący po francusku, w ostatniej chwili dostaje gwałtownego ataku i umiera, wypowiadając niezrozumiałe słowa, przy okazji raniąc lekarkę. I od tej pory bohaterka zaczyna widzieć zdarzenia z życia nieboszczyka swoimi oczami.

nomads1

Sama fabuła brzmi dość dziwnie i zagadkowo, a za kamerą stanął debiutujący reżyser John McTiernan, kojarzony głównie z kinem akcji. Ale jego pierwsza fabuła (do której także napisał scenariusz – po raz pierwszy i ostatni) idzie ku horrorowi, gdzie mamy do czynienia z tajemniczą grupą ludzi, tytułowymi Nomadami. Wyglądają niczym gang motocyklistów, cały w skórach, na czarno i nie wypowiadają ani jednego słowa. Kim są? Co ich nakręca? I dlaczego nie widać ich na zdjęciach? Reżyser parokrotnie potrafi wywołać dezorientację, mnożąc kolejne pytania, przynajmniej na początku. Wszystko to przypomina sen, gdzie logika działań (także naszego Francuza) wydaje się niezrozumiała. Ale McTiernan parę razy potrafi podkręcić napięcie prostymi sztuczkami, nadal potrafiącymi zadziałać (odgłos bicia serca, spowolnienie kadru, mroczne uliczki i pewne opuszczone domostwo z tajemnicą), mimo poczucia lekkiego deja vu. Motywy są tutaj znajome, ale potraktowane jak najbardziej serio, przez co nie do końca straszył.

nomads2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj nie tylko solidna warstwa wizualna z odpowiednim wykorzystaniem oświetlenia, ale przede wszystkim muzyka zgodna z realiami epoki, czyli mieszanka elektroniczno-rockowa, pozornie nie pasująca do całości. Jednak w połączeniu z nocnymi ujęciami oraz miejscami ostrym montażem (scena rozmowy z zakonnicą) i szybkimi najazdami kamery potrafi stworzyć intrygującą mieszankę. Tylko, że to wszystko nie daje do końca satysfakcji (zwłaszcza finał), zaś postawa wdowy, do której w końcu trafia pani doktor jest dość zagadkowa (bardzo szybko przyjmuje do wiadomości, że lekarka „widzi” wspomnienia jej męża oraz bardzo dobrze zna dom, nie wywołując żadnego zdziwienia).

nomads3

McTiernan sprawnie opowiada i miejscami potrafi podkręcić tempo. Aktorsko najlepiej prezentuje się Pierce Brosnan jako Jean-Charles, próbujący na własną rękę wyjaśnić całą tajemnicę, co staje się dla niego obsesją i doprowadzi do zguby. Solidnie wypada Leslie-Ann Down, choć jej ataki mogą wydawać się odrobinę przeszarżowane, ale nie przekracza tej granicy.

Choć sam film popadł w zapomnienie, „Nomads” pozostaje klimatycznym dreszczowcem z elementami nadprzyrodzonymi. Aura tajemnicy utrzymuje się aż do końca, może czasami nie zawsze to ma sens i skręca w kicz. Jednak już tutaj czuć spory potencjał i talent McTiernana.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Bill Conti – Rocky

Rocky

Rok 1976 był przełomowy dla Sylvestra Stallone’a. Aktor grający wówczas drobne epizody oraz główne role w pornosach pod wpływem trudnej sytuacji materialnej, napisał scenariusz i zagrał główną rolę w filmie o podrzędnym bokserze, który ma szansę powalczyć o tytuł mistrza. „Rocky” okazał się nie tylko wielkim sukcesem artystycznym (3 Oscary w tym za najlepszy film) i komercyjnym, ale też uczynił Stallone’a gwiazdą. Drugą gwiazdą były bardzo rozpoznawalne fanfary z tematu przewodniego, które zagrzewały do walki.

Ich autorem, a także całej ścieżki dźwiękowej jest Bill Conti, który na zawsze będzie kojarzony z tym filmem, zaś jego muzyka była wydawana kilkukrotnie (ostatnio zremasterowana w 2006 roku). W filmie sprawdza się po prostu rewelacyjnie, choć jest oszczędnie dawkowana, zaś na płycie zajmuje ona nieco ponad pół godziny (wystarczająca długość) i jest bardzo zróżnicowana, więc po kolei.

contiCałość zaczyna się od czegoś, co śmiało można nazwać przebojem nie tylko tego czasu – bazującym na przewodnim temacie (fanfary) „Gonna Fly Now” (nominacja do Oscara) ze świetnymi dęciakami, rytmicznym basem, perkusją, smyczkami i gitarą elektryczną, tworząc mocną mieszankę. Na tym bazowana jest cała muzyka akcji – jest podniosła, dynamiczna i oszczędnie zagrana (nie ma tu orkiestry). Słychać tą dynamikę w „Fanfare for Rocky” (jak nazwa wskazuje, są to fanfary), „Going the Distance” (dzwony na początku) czy „Butkus”, tworząc ciekawą mieszankę funku z nibyorkiestrą. Ma być podniośle i zachęcać do walki.

Druga grupa to muzyka bardziej wyciszona, stonowana, która bazuje na przeciągających się smyczkach i/lub fortepianie w scenach dziejących się poza ringiem. Pojawia się to w „Philadelphia Morning”, a także w najżywszym i eksperymentalnych „Reflections”, romantycznym „First Date”, pięknym „Alone in the Ring” czy lekko barokowym „Rocky’s Reward”. Do tej refleksyjnej grupy dołączają się dwie piosenki – „Take You Back” (śpiewana a capella przy klaskaniu) i „You Take My Heart Away”. Te utwory są ciekawym dodatkiem do muzyki akcji (cała reszta), która razem tworzy mocną mieszankę.

Tematy przewodnie z filmu są wykorzystywane do dnia dzisiejszego przez ludzi, którzy szukają inspiracji i motywacji. I to wszystko jest tutaj, w dodatku zrobione w bardzo lekki sposób. Nie zawaham się powiedzieć, że to najsłynniejsza praca Contiego. Nie wypada nie znać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Bill Conti – Escape to Victory

Escape_To_Victory

Wiele razy widziałem ten film, w którym dochodzi do meczu między jeńcami wojennymi a Niemcami w 1943 roku. Choć sama historia wydaje się mocno naciągana, Johnowi Hustonowi udało się nakręcić świetny film z wciągającą fabułą, genialnie pokazanym meczem piłkarskim oraz mocną obsadą, gdzie poza gwiazdami kina (Sylvester Stallone, Michael Caine, Max von Sydow), pojawiły się gwiazdy futbolu (Pele, Kazimierz Deyna, Bobby Moore, Osvaldo Ardiles). To już jest kultowe dzieło. Ja jednak zamiast na filmie, skupię się na muzyce.

Została ona wydana w 2005 roku w edycji limitowanej przez Prometheus Records, zawiera ona 42 minuty muzyki, zaś jej autorem jest Bill Conti – doświadczony w boju filmów sportowych (seria „Rocky”), który jest już trochę zapomnianym twórcą. Kompozytor postawił tutaj na wojskowe marsze, inspirując się ścieżkami do filmów z lat 60. i 70. autorstwa m.in. Rona Goodwina czy Jerry’ego Goldsmitha. Może nie jest to zbyt oryginalna ścieżka, ale jak się tego słucha.

contiJuż otwierający film „Victory/Main Title” zaczyna się od porywającej, marszowej perkusji i dęciaków (trochę patosu nie zaszkodziło), a potem temat przejmują smyczki i cymbałki, wracając do dęciaków, a jednocześnie zmienia się klimat oraz tempo (dużo klarnetów, smyczków, trójkąt i marszowa perkusja). Drugi temat, częściowo bazujący na pierwszy towarzyszy naszym „piłkarzom” podczas treningów „The Team Uniforms” zaczyna się marszową perkusją i dęciakami, by potem lekko odsapnąć i zaakacentować cymbałki i lżej brzmiące trąbki, wywołujące uśmiech na twarzy, kończąc całość zapętlającymi się cymbałkami i dzwonkami. Temat ten pojawi się jeszcze w połowie płyty parokrotnie (m.in. w „End Credits”. A po tym utworze pojawiają się najsłabsze utwory na płycie, bo jest to muzyka tworząca napięcie, która poza filmem niespecjalnie się sprawdza – „Match’s Getaway” i „The Paris Express” – gdzie dominują wolno snujące się wiolonczele i smyczki czy „The Team Outing”, który jest ciekawszy tematycznie.

Druga połowa płyty to muzyka, która towarzyszy nam przy meczu piłkarskim (zaczynając od wspomnianego „The Team Outing”). Dramatyczno-elegancki „Krauts on the Roll” podnosi napięcie za pomocą dęciaków w połowie oraz cymbałków i nieprzyjemnych smyczków. To samo jest podtrzymywane przez „Don’t Leave”, by potem pojawił się drugi (po „The Team Uniforms”) najlepszy utwór. „Let’s Get Guys” to taki sympatyczny marsz, który czerpie z „The Team Uniforms” lekko modyfikując i dodając szybkie smyczki i dęciaki, by w kapitalnym finale podnieść na duchu. Reszta utworów (poza „Stark Kick” rozpisanym na instrument dęty drewnianym 5-towcu, który brzmi lekko magicznie) jest wariacją tego tematu. Poza tym mamy jeszcze dodatku alternatywne wersje utworów: „The Team Uniforms”, „Let’s Get Guys” i „Match’s Revenge”.

Conti nadal jednak będzie kojarzony z „Rockym”, ale nie zmienia to faktu, że napisał kilka interesujących ścieżek (m.in. wspominany wcześniej „Pierwszy krok w kosmos”). „Ucieczka do zwycięstwa” to sympatyczna i bardzo przyjemna ścieżka w odsłuchu, a i w filmie też się dobrze sprawdza. Więc czemu by nie posłuchać.

7/10

Radosław Ostrowski

Bill Conti – The Right Stuff

the_right_stuff

W 1957 roku NASA podjęła się realizacji bardzo ambitnego projektu Merkury. Zadaniem było wysłanie siedmiu astronautów i wysłanie ich w przestrzeń kosmiczną. O tej niezwykłej operacji opowiadał niesamowity film Philipa Kaufmana „Pierwszy krok w kosmos”. Największe wrażenie poza rekonstrukcją wydarzeń i świetnymi scenami Ziemi widzianej z kosmosu (to jedyna rzecz, której tak naprawdę zazdroszczę astronomom) oraz znakomitemu aktorstwu (m.in. Sam Shepard, Dennis Quaid i Ed Harris), choć całość trwa ponad 3 godziny, to jednak nie przynudza i ogląda się go bez znużenia.

Ale jednak opowiem o muzyce, która została doceniona Oscarem. Jej autorem jest Bill Conti – kompozytor, któremu rozgłos i nieśmiertelność zapewniła seria „Rocky”. Zaś muzykę całą wydano dopiero w 2009 roku przez wytwórnię Varèse (wcześniej była wydana razem z muzyką z serialu „Północ-Południe”). Całość zawiera 12 utworów trwających 37 minut, czyli niewiele jak na 3 godziny filmu.

contiPartyturę zaczynamy od „Breaking the Sound Barier”, w którym pojawia się temat przewodni pojawiający się tu parokrotnie rozpisany na podniosłe dęciaki i powolne smyczki, które tworzą bardzo ładną całość, co może brzmi patetycznie, jednak nie jest to wadą. Jednak w połowie następuje uderzenie kotłów, zaś smyczki przyśpieszają, dęciaki grają podniośle wspierane przez bęben, tamburyn, werble i harfę, by potem się to lekko uspokoiło i znów popędziło (scena przekroczenia prędkości dźwięku) aż do samego końca. Brzmi to rewelacyjnie i wyczuwa się napięcie. Dalej mamy elektroniczną wersję tematu przewodniego, czyli „Mach I”. Następnie dwie kompozycje naraz, czyli „Training Hard” (podniosłe flety, dęciaki oraz smyczki niemal żywcem wzięte ze „Szczęk” kończące harmonijką ustną oraz „Russian Moon” („rosyjskie” smyczki, bałałajka oraz dęciaki). Następny utwór mówi z czym mamy do czynienia, bo jest to „Tango” i nadal czuć pewną rosyjskość. Popisuje się trąbka, kastaniety, tamburyn, pojawiają się też smyczki oraz marszowa perkusja. To pewnego rodzaju odskocznia od patetycznych brzmień.

Te są kontynuowane przez „Mach II” (te dęciaki!!!), z niepokojąco monotonnymi smyczkami oraz „rosyjską” zaprawą, zaś pod koniec pojawia się temat przewodni (genialne smyczki z dęciakami). Szósty numer to zbiór melodii, których witano astronautów po udanych misjach. Czysta Americana z fletami, cymbałkami, obowiązkowymi dęciakami i werblami. „Yeager and F104” to znów temat przewodni, z bardzo nerwowymi smyczkami w tle, perkusją i dęciakami. Ale w połowie utwory, smyczki grają smutno, zaś bębny potęgują suspens. Dalej nerwowo się robi na początku „Light This Candle” – zapętlające się smyczki, szybko grające dęciaki i nadające rytmu bębny z werblową perkusją. W połowie smyczki się niby uspokajają, ale potem zaczynają grać znów niespokojnie i towarzyszą im flety oraz smutne dęciaki. „Glenn’s Flight” zaczyna się od mocnych uderzeń kotła i złowrogich smyczków, które zaczynają wybrzmiewać coraz wyraźniej aż do pojawienia się perkusji i dęciaków, też nieprzyjemnych. I wtedy trąbka gra swoje solo, smyczki brzmią przyjaźniej i zapętlają się, aż do samego końca, gdzie towarzyszą im flety, klarnet i harfa. Piękny utwór i tyle.

Z kolei najdelikatniejszym utworem jest „Daylight in Space” portretujące świt Ziemi pokazany z kosmosu. Delikatne flety, trąbka i smyczki na początku tworzą magię i nie potrafię tego opisać słowami. A wszystko to kończy się w „Yeager’s Triumph” (czyli kończącym film locie Yaegera) – klarnet ze smyczkami na początku, potem zaczyna się z każdym instrumentem robić się podnioślej (dzwonki z werblami, trąbki, cymbałki), przewija się też temat przewodni (smyczki, perkusja i trąbki) i brzmi to genialnie. Zaś pewnego rodzaju bonusem jest „The Right Stuff (single)”, czyli temat przewodni z dodatkiem elektronicznej perkusji

Conti dostał trudne zadanie napisania muzyki epickiej, a jednocześnie pełnej emocji i nie zawiódł. Czas trwania jest na tyle krótki, że nie można się znudzić, zaś muzyka z obrazem współgra całkowicie. Więc nie mam tu mowy o porażce. A ci, co nie widzieli „Pierwszego kroku w kosmos”, niech nadrobią zaległości.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski