Śmierć Stalina

Jeśli film robi Arnando Iannucci, to wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z polityczną satyrą. A punktem wyjścia tego filmu jest śmierć towarzysza Stalina w 1953 roku. To czas, gdy terror był rozkręcony do granic możliwości, a każdy szary człowiek bał się powiedzieć i zrobić cokolwiek, bo w każdej chwili mógł zapłacić za to życiem. A kiedy wódz narodu umiera, najbliższy współpracownicy zaczynają to, co politycy najlepiej: uszczknąć jak najwięcej dla siebie.

smierc_stalina1

Tylko Brytyjczycy byliby zdolni do takiej zagrywki? Nie do końca, gdyż „Śmierć Stalina” oparta jest na komiksie… francuskim. Ale reżyser miesza tutaj bardzo mocno komedię z bardzo smolistym humorem, polewając to brytyjskim absurdem. Jednocześnie to wszystko bardzo sugestywnie pokazuje spiralę strachu i terroru, która niby toczy się w tle (więzienia Berii, rekwirowanie posiadłości Stalina), jednak to wszystko polane jest bardzo gorzką pigułką, pokazującą mechanizmy władzy wręcz dyktatorskiej. A ten niepokój czuć na początku, gdy dyrektor Radia Moskwa, musi utrzymać i zagrać koncert Mozarta jeszcze raz, bo… Stalin chce nagrania, a tego nie zrobiono. Panowie trzymają się na swoich urzędach, dzięki terrorowi oraz wyczuciu odpowiedniego momentu.

smierc_stalina2

Reżyser coraz bardziej pokazuje kolejne podchody, intrygi, machlojki oraz to, jakie są konsekwencje tych działań (wszystko wokół pogrzebu Stalina i nie wpuszczeniu mieszkańców na plac czy wstrzymanie egzekucji w jej trakcie), co śmieszy i przeraża jednocześnie. Śmiech czasami mocno tkwi w gardle, choć nie brakuje ostrych dialogów czy soczystych wiązanek, nie pozbawionych odniesień do postaci zgniłego kapitalizmu. Ale Iannucci bardzo brutalnie przypomina, że rewolucja i terror są w stanie dosięgnąć każdego bez względu na wpływy i koneksje, a każdy jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Ostro też krytykuje ludzi u władzy, jako mocno oderwanych od rzeczywistości, dla których liczy się tylko łaskawość wodza. A by ją uzyskać są w stanie zrobić wszystko.

smierc_stalina3

Do tego jeszcze jest to koncertowo zagrane, a aktorzy ciągle balansują między komediowym tonem i poważnym, bezwzględnym spojrzeniem. Najmocniej zapadają w pamięć dwaj konkurencji: szef NKWD Ławrentin Beria (kapitalny Simon Russell Beale) oraz sekretarz Nikita Chruszczow (cudowny Steve Buscemi). Pierwszy – pozornie niegroźny misio, ale bezwzględny egzekutor, wykorzystujący każdą nadającą się okazję i mający haki na wszystkich, drugi bardziej przypomina szczura czekającego na właściwy moment cwaniaka. Pojedynek tych panów to prawdziwa przyjemność, ale drugi plan też jest bardzo bogaty: niepewny siebie, zakompleksiony Malenkow (rewelacyjny Jeffrey Tambor), bardzo wycofany Mołotow (trzymający fason Michael Palin), twardy marszałek Żukow (kradnący film Jason Issacs) czy dzieci Stalina – nadwrażliwa i naiwna Swietłana (Andrea Riseborough) oraz nadużywający alkoholu, impulsywny Wasilij (Rupert Friend).

„Śmierć Stalina” to mocna, ostra, ale i bardzo gorzka komedia, stanowiąca ostrzeżenie przed politykami, marzącymi o władzy wręcz absolutnej. A sam Stalin by się mocno wkurzył i twórcom filmu dał bardzo ciężką karę – śmiech się przeplata z przemocą i czasami utkwi w gardle, dając wiele do refleksji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Born to be Blue

Rok 1966. Dla Cheta Bakera – jednego z najlepszych trębaczy jazzowych jest to okres trudny. Uzależniony od heroiny muzyk, wiele czasu spędzał w areszcie, niczego nie komponował. W końcu dostaje szansę wyjścia na prostą. Ma zagrać samego siebie w przygotowywanej biografii, ale pierwszego dnia po nakręceniu zdjęć, zostaje pobity przez dawnego dilera. Niby nic, ale Chet stracił wszystkie przednie zęby, co dla muzyka oznacza wręcz koniec kariery. Przy nim zostaje tylko partnerka z planu – Jane.

born_to_be_blue1

Filmowcy taśmowo wręcz produkują kolejne biografie, jednak dzieło Roberta Budreau próbuje wejść w stan umysłu bohatera. Reżyser skupia się na przełomowym roku 1966, w którym Baker zaczyna powracać do formy jako muzyk, jednocześnie próbuje pokonać swojego największego wroga – heroinę. Powoli poznajemy początki uzależnienia, drobne retrospekcje (świetne, stylowe czarno-białe zdjęcia), ale najważniejszy jest stan obecny oraz jego związek z Jane. Kolejne próby gry na trąbce z niewygodną protezą, skomplikowane relacje z rodzicami (krótka wizyta w ich domu), pierwsze drobne popisy w studiu – to wszystko potrafi zaangażować, a melancholijny klimat podbija stawkę. Niby wydaje się to szablonowe, ale znacznie bardziej angażuje. I kiedy wydaje się, że wszystko skończy się dobrze, finał ma bardzo słodko-gorzkie zabarwienie.

born_to_be_blue2

W tle grają jazzowe standardy, oddające realia epoki, tak samo jak wygląd studia czy słynnej Bluebird, gdzie Baker zaczął swoją karierę i gdzie kończy się nasza historia. Montaż – tak jak muzyka – płynnie przechodzi, czasem w szybszym tempie pokazuje powrót Bakera (pobyt na wsi i próby gry), a wątek miłosny poprowadzony jest bez cienia fałszu.

born_to_be_blue3

Poza muzyką, najbardziej wybija się w tym filmie Ethan Hawke, tworząc prawdopodobnie najlepszą rolę w karierze. Baker w jego wykonaniu to z jednej strony fenomenalny muzyk, potrafiący czarować swoją trąbką, ale też bardzo zagubiony, niepewny siebie człowiek, odbywający swój taniec z heroiną. A to trudna partnerka, nie idąca na żadne kompromisy, przez co walka z nią jest diablo trudna. Jej na ekranie nie widzimy za często, za to pojawia się dobrze wypadająca Carmen Ejogo, czyli Jane. Nie jest to potulna dziewczyna, ale potrafiąca zawalczyć o swoje kobita z ambicjami. Warto też wspomnieć Calluma Keitha Rennie (menadżer i producent Dick), wybijającego się mocno na drugim planie.

O Bakerze można powiedzieć, ze urodził się niebieski (w sensie smutny), a „Born to Be Blue” to porządnie wykonana biografia z wybitną kreacją Hawke’a i poprowadzona bez nudy czy wazeliniarstwa. Niby tylko dobra robota, ale znacznie spójniejsza oraz klimatem i świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski

I Saw the Light. Historia Hanka Williamsa

W Polsce muzyka country nie jest ani tak ważna, ani tak popularna jak w macierzystej Ameryce. To wyjaśnia fakt, ze wiele filmów o tym nurcie muzycznym nie trafia za często do kin. Nie inaczej było w przypadku „I Saw the Light”, czyli biografii ulubionego wykonawcy jednego z więźniów „Skazanych na Shawshank” – Hanka Williamsa.

i_saw_the_light1

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Hank bierze ślub z Audrey Mae pod koniec lat 40. Muzyk i wokalista pracuje w radiu, gdzie razem ze swoim zespołem gra muzykę gitarowo-folkową. Ale Hank chce więcej – marzy o karierze muzyka, nagrywaniu płyt oraz koncertowej trasie. Tylko, że Hank ma jednego demona, z którym nie radzi sobie za dobrze: alkohol. „I Saw the Light” to posklejany z różnych kawałków portret, odtwarzający okres przełomu lat 40. i 50., gdzie wiele osób zaczęło wracać z wojny, a Ameryka powoli zaczynała się odnosić z Wielkiego Kryzysu. Nie brakuje zarówno śpiewania, relacji z koncertów, jak i bardziej osobistych fragmentów z życia Hanka: chlanie, kochanki, ciąże oraz coraz większy ból kręgosłupa. Wszystko to stanowi jedną wielką przeplatankę, tylko że wszystko to sprawia wrażenie taśmowej produkcji, pozbawionej większego pazura, głębszego wejścia w postać oraz jego wpływ na muzykę. Owszem, pojawia się kilka ważnych piosenek z „Lovesick Blues” na czele, jednak nie poznajemy samego Williamsa, a cały film wydaje się oparty na kliszach (zawsze wspierająca matka, artysta z nałogami) jakie z filmów o zbyt młodo odchodzących twórcach znamy dość dobrze. A wykorzystane wywiady na czarno-białej taśmie sprawiają wrażenie balastu.

i_saw_the_light2

Ale mimo tej matrycy i sztancy, film ogląda się całkiem nieźle. Z jednej strony jest to zasługa stylowych zdjęć (pierwszy występ Hanka, śpiewającego a capella w mroku) Dante Spinottiego, pomagającego zbudować klimat lat 50. Te korytarze biura, sale muzyczne czy nowojorski hotel prezentuje się okazale Z drugiej sama muzyka prezentuje się okazale i wpada w ucho, a co najbardziej zaskakuje, wykonują ją aktorzy (bez playbacku) i radzą sobie nieźle.

i_saw_the_light3

Wszystko to próbuje nieść na swoich barkach Tom Hiddleston jako Hank Williams i jest on najmocniejszym punktem tego filmu. Kiedy musi śpiewać, robi to z lekkością (poza wizerunkiem Luke’a The Driftera), a stany psychiczne są odtwarzane bezbłędnie. Tylko, że aktor jest tak naprawdę zdany na siebie, bo scenariusz ani reżyser nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału aktora. Podobnie niewykorzystana jest Elisabeth Olsen jako charakterna, zadziorna i ambitna Audrey Mae, chociaż też ma swoje momenty.

„I Saw the Light” to niestety przykład przeciętnej biografii, marnującej potencjał swojego bohatera. O samym Williamsie nie dowiadujemy się zbyt wiele, a cała historia wydaje się zebrana z poradnika „Jak zrobić biografię artysty na łatwiznę”. Należało to zrobić o wiele lepiej.

5/10

Radosław Ostrowski

Duchy Goi

Francisco Goya był jednym z najbardziej znanych hiszpańskich malarzy przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak ostatni film Milosa Formana nie jest stricte biografią tego twórcy, ale jego losy przeplatają się z dwójką bohaterów, w których losy zostanie wplątany. Pierwszy to inkwizytor ojciec Lorenzo, nawołujący do powrotu wykorzystania dawnych metod, drugą jest modelka malarza – Ines Bilbatua, oskarżona o tajemne praktykowanie judaizmu.

duchy_goi3

Reżyser portretuje realia epoki, skupiając się na dwóch przestrzeniach czasowych – rok 1792 oraz 1807, kiedy do Hiszpanii przybywa Napoleon z hasłami „wolności, równości i braterstwa”. Najpierw mamy terror św. Inkwizycji oraz panującą psychozę strachu, gdzie na podstawie drobnego gestu można zostać oskarżonym o herezję, a tortury tylko wywołują jeszcze większy ból. Bóg się tylko przygląda i nie ingeruje, robi to za niego Historia – przewrotna, okrutna oraz złośliwa persona. Wszystko to okraszone bardzo sugestywnymi rycinami Goi, trafnie punktującego okrucieństwo, podłość oraz wszelkie grzechy ludzkie. Ale potem na scenę wkracza sam Napoleon oraz jego wojska, wprowadzające swój porządek: gwałty, morderstwa, powieszenia, egzekucje. Kraj niby wydaje się „oświecony”, ale jest tak samo zdegenerowany i zgniły jak przedtem, zwłaszcza że ludzie za sterami są niemal ci sami. Może i nie ma św. Inkwizycji, a wpływy Kościoła osłabły, ale poza tym? Forman pokazuje niezmienną siłę władzy dokonywanej przez ludzi, lecz także pewną przewrotność ludzkiego losu, tak zaskakującego i nieoczywistego, doprowadzając do dość ciekawego finału. Cała intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, a niektóre dialogi do dziś mogą robić wrażenie.

duchy_goi4

Technicznie „Duchy Goi” przypominają obraz – trudno oderwać oczu od trafnej kolorystyki, czasem wręcz surowej (wizyta w zakładzie dla obłąkanych), a jednocześnie pełnej masy detali oraz szczegółów. Przepięknie wyglądały sceny w tawernie czy pierwsze kadry, gdzie inkwizytorzy rozmawiają o grafikach Goi. Także kostiumy robią wręcz piorunujące wrażenie, jakie był pod tym względem (i nie tylko pod tym) osiągnął tylko „Barry Lyndon” oraz scenografia, wiernie rekonstruująca Hiszpanię w czasie fermentu, wręcz z ogromnym pietyzmem odtwarzając choćby tworzenie rycin przez Goyę czy tortury św. Inkwizycji, budząc wielki podziw.

duchy_goi2

To wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się ojciec Lorenzo, fenomenalnie zagrany przez Javiera Bardema. Sprawia wrażenie początkowo oddanego sprawa fanatyka, ale to tak naprawdę to śliski facet, zmieniający przekonania niczym chorągiewka na wietrze oraz mający wiele, BARDZO WIELE na sumieniu. Ale mimo to ta postać pozostaje ludzka, nie jest czystym wcieleniem zła, co byłoby bardzo łatwo osiągnąć. Równie piorunujące wrażenie robi podwójna kreacji Natalie Portman. Ines, gdy ją poznajemy jest energiczną, żywiołową dziewczyną, pełną radości. Ale pobyt w lochach Inkwizycji zmienia ją nie do poznania, a charakteryzacja dopomogła aktorce w pokazaniu zagubienia, lęku oraz poczucia obcości. Z kolei jej córka Alicia to jej przeciwieństwo – pewna siebie, pozbawiona troszkę zębów, lecz nadal atrakcyjna. I każda z tych Pań mówi i zachowuje się inaczej, co jest ogromnym plusem.

duchy_goi1

A jak z Goyą? Wcielający się w tego malarza Stellan Skarsgaard wydaje się jedynie postacią poboczną, pionkiem wplątanym w opowieść Ines oraz Lorenzo. Pozornie wyluzowany, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany obserwator, nie opowiadający się po żadnej ze stron. Niby tło, ale zapada w pamięć. Drugi plan też jest przebogaty: od wielkiego Inkwizytora (solidny Michel Lonsdale) przez ojca Ines (świetny Jose Louis Gomez) aż po pozbawionego talentu muzycznego króla Hiszpanii (bardziej poważny Randy Quaid).

„Duchy Goi” dla wielu były sporym rozczarowaniem, bo oczekiwano drugiego „Amadeusza”. Jednak Milos Forman potwierdza swój imponujący warsztat, zarówno od strony audio-wizualnej i prowadzeniu aktorów aż do przewrotności w opowiadaniu historii. Gorzkie, refleksyjne oraz bardzo brutalne kino, chociaż pozornie statyczne i teatralne w formie. Bardzo niedoceniony tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Paterno

Kim jest Joe Paterno? To jeden z najaktywniejszych trenerów ligi uniwersyteckiej, pracujący od ponad 60 lat w szkole Penn State. Jednak jego ostatni, 66 sezon miał odbić się na jego karierze najmocniej. 29 października 2011 Paterno wygrywa 409 mecz w swojej karierze, co robi imponujące wrażenie, ale niecały tydzień po meczu wybucha prawdziwa bomba – były asystent trenera, Jerry Sadursky został oskarżony o molestowanie seksualne 8 chłopców. Dziennikarka lokalnej gazety, Sara Ganim, próbuje dalej śledzić sprawę.

paterno1

Barry Levinson ostatnimi czasy łapie wiatr w żagle, dzięki współpracy z telewizją HBO. „Paterno” potwierdza tą tezę, a reżyser opowiada o jednym z największych skandali pedofilskich ostatnich lat. Ale twórcy prowadzą swoją narrację dwutorowo: z perspektywy dziennikarki oraz samego Paterno, skupiając się na dwóch tygodniach. Levinson wprowadza retrospekcje, miesza wątki, mnoży postacie, ale jednocześnie wszystko jest bardzo czytelne. Ale czy to oznacza, że wiemy wszystko w tej kwestii? Dlaczego w 2001 roku nie powiadomiono policji? Czemu próbowano zamieść pod dywan? Ale na najważniejsze pytanie, czyli czy Paterno wiedział odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Skąd ten wniosek? Im dalej poznajemy całą historię, zdarzenia i fakty, coraz bardziej wszystko zaczyna przybierać kolor szary. Jest wiele sprzeczności (brak rozmowy członków z ofiarą, braki pamięci i szok, z drugiej maile mówiące, że Paterno był na bieżąco informowany, próba pozbycia się odpowiedzialności), a sam Paterno sprawia wrażenie zagubionego dziecka, pionka pozbawionego głosu w obawie, że może jeszcze bardziej zaszkodzić. Z drugiej strony jest ofiara (Aaron), traktowany tylko przez dziennikarkę oraz osoby z opieki społecznej poważnie, bez osądzania, szczucia i straszenia.

paterno2

Levinson bardzo zręcznie stosuje montaż oraz kolorystykę. Retrospekcję związane z rozmowami głównych graczy tej historii wyglądają jak stare fotografia, pełne światła, wręcz stonowane. Z kolei szybkie cięcia (czytanie aktu oskarżenia czy momenty wywołujące mętlik w głowie trenera) jeszcze bardziej podkręcają klimat tajemnicy, niejasności, potęgowany przez niepokojącą muzykę. Ale ostatnie kadry (rozmowa dziennikarki przez telefon) wprawią w konsternację, pozbawiając kropki nad i.

paterno3

„Paterno” nie byłby tak świetnym filmem, gdyby nie wracający do wielkiej dyspozycji Al Pacino. Aktor znakomicie pokazuje zagubienie oraz mętlik w głowie trenera, który jest bardziej skupiony na swojej pracy trenerskiej niż na czymkolwiek innym. Ale jednocześnie jest przekonany o swojej pozycji i sile, ciągle oddany drużynie oraz szkole, traktowany przez uczniów jak Bóg. Tak zniuansowanego Pacino chciałoby się oglądać jak najczęściej, żeby zapomnieć o takiej „wybitnej” roli z „M jak morderca”. Gwiazdor zmiótł pozostałych aktorów z powierzchni ziemi, że choćby nie wiadomo jak się starali (a starają się bardzo), nie są w stanie odwrócić od niego uwagi. Nie można nie wspomnieć Riley Keough (dziennikarka Ganim), Petera Jacobsena (naczelny gazety, David Newhouse) czy świetnego Bena Cooka (bardzo wycofany Aaron – ofiara Sadursky’ego), którzy również tworzą wyraziste postacie.

paterno4

„Paterno”, mimo pozornie sięgania po temat, mający tylko wywołać kontrowersje, prowokuje do pytań. O odpowiedzialność, moralność i kwestię komu tak naprawdę można dziś ufać. Bo jeśli najbliższy przyjaciel czy współpracownik jest pedofilem, to czy mógłbyś dać pod opiekę swoje dzieci? Jakkolwiek pomyślimy o tytułowym bohaterze i jego czynach (nie wiedział, nie chciał wiedzieć, zrobił ile trzeba, a może za mało), zawsze będzie go stawiać w złym świetle. Poza tym, to znakomite kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pusty i głupi gest

Film jest próbą pokazania postaci Douga Kinneya. Nic wam nie mówi to nazwisko? A nazwa „National Lampoon”? to było w latach 70. najpopularniejsze czasopismo satyryczne, gdzie pisali ludzie kierowani przez Kinneya oraz kolegi ze studiów, Henry’ego Bearda. A wszystko to zaczęło wywracać amerykańską komedię do góry nogami.

pusty_i_glupi_gest2

Film Davida Waina wyprodukowany przez Netflixa jest oparta na biografii Kinneya. I muszę przyznać, że wreszcie udało się skleić dobry film. Nie jest to jednak stricte klasyczna biografia, tylko czysta komedia, gdzie znajomość postaci z tego okresu nie będzie stanowić żadnego problemu. Ale jednocześnie twórcy bawią się tą konwencją (obecność narratora, łamanie czwartej ściany, zabawa chronologię), co bardzo oddaje wywrotowy charakter naszego bohatera. Imponujące wrażenie robi droga od pierwszych tekstów na studiach, będących parodiami książek literatury aż po wielkie nakłady do realizacji pierwszych filmów („Menażeria”, „Golfiarze”) i nagłej śmierci. Wszystko to tworzy bardzo przyjemny koktajl, gdzie mamy masę absurdalnych pomysłów, zgrabnych żartów (szybko pokazywany spis rzeczy, które zmieniono względem prawdziwych wydarzeń), ale i zaskakująco gorzkich obserwacji. Bo reguły szołbiznesu są bardzo okrutne, a jeśli się nie wyrabiasz, to możesz wejść w ciemną stronę sławy: alkohol, narkotyki. Wtedy ceną może być poczucie wypalenia, ciągłe udowadnianie swojej wartości, wreszcie autodestrukcja i zagubienie.

pusty_i_glupi_gest1

Te dwa elementy, czyli komediowe żarty oraz wręcz egzystencjalny dramat są wygrywane bez cienia fałszu, nie doprowadzając do zaburzenia balansu. Można się przyczepić tego, że aktorzy nie są fizycznie podobni do postaci, w jakie się wcielają, ale nawet to zostaje obśmiane.

Twórcy parę razy zaskakują montażem (rozstanie Douga z pierwszą żoną w formie… komiksowych kadrów, sposób realizacji okładek), w tle grają piosenki z epoki. Wrażenie też robi scenografia (siedziba redakcji), kostiumy z epoki oraz fryzury, co bardzo pozwala wejść w klimat lat 70. i 80. Ale kiedy trzeba, film potrafi wejść w dramatyczne tony, chwytając za gardło.

pusty_i_glupi_gest3

Swoje też robi świetne aktorstwo. Największe wrażenie robi Will Forte (Doug) oraz Martin Mull (narrator, czyli starszy Doug). Z jednej strony Doug to inteligentny, sypiący bon-motami jak asem z rękawa, ale też to facet naznaczony rodzinną tragedią, nie spełniający oczekiwań rodziców. Ta dziwna mieszanka błyskotliwości z brakiem akceptacji ma zaskakującą siłę ognia, jakiej nikt się nie spodziewał. Na drugim, bardzo bogatym, planie wybija się kompletnie nie do poznania Domhnall Gleeson, czyli Henry Beard. Druga połówka składu założycielskiego, ma w sobie z jednej strony wiele luzu, dystansu, otwartości na pomysły, z drugiej jest tym bardziej odpowiedzialnym, mądrzejszym, opanowanym facetem. Razem z Forte aktor tworzy bardzo mocny duet. Z pań najbardziej wybija się Emma Rossum (druga partnerka Douga, Kathlyn Walker), dodając wiele powagi do całego filmu.

pusty_i_glupi_gest4

„Pusty i głupi gest” to zaskakująco dobra komedia oraz jedna z bardziej przełamujących schematów dla kina biograficznego, co nie jest częste. Dowcipne, ale i miejscami gorzkie kino pokazuje do czego może doprowadzić sława oraz chęć rozśmieszania ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Maria Skłodowska-Curie

Czy ktoś w tym kraju nie znał tej kobiety? Naukowiec, żona, matka, kochanka i podwójna laureatka Nagrody Nobla. Było o Skłodowskiej-Curie wiele filmów, ale w zeszłym roku powstała polsko-francuska koprodukcja, próbująca przedstawić portret tej niezwykłej kobiety.

maria_curie1

Akcja toczy się między pierwszą, a drugą Nagrodą Nobla, bardziej skupiając się na jej życiu prywatnym. Z jednej strony mamy pracę nad radem i wykorzystania do zwalczania nowotworów, ale z drugiej jest nagła śmierć męża, samotne wychowywanie oraz ukryty w tajemnicy związek z innym naukowcem. Ale reżyserka Maria Noelle nie do końca panuje nad materiałem, tworząc kompletny chaos wątków. Nie udało się w pełni rozwinąć żadnego z wątków: próby zdobycia katedry na Sorbonie, spotkanie z Einsteinem, kontynuacja badań, próba pogodzenia się ze śmiercią męża – to wszystko jest ledwie dotknięte, pozostawiając w kompletnej obojętności. Nawet wątek związany z siostrą wydaje się wrzucony na siłę, podobnie jak senne wizje gdzieś na pustyni czy w wodzie – po co to? Mówi się o zasługach, jednak za co ten Noble były przyznane, to będziecie mogli poczytać w Wikipedii, o twórcy kompletnie tą kwestię olali. Ja po biografii zawsze się spodziewam, że o głównym bohaterze/bohaterce będę wiedział więcej po niż przed. Niestety, Noelle nie jest w stanie tych informacji dostarczyć, a co gorsza gubi się w tym, o czym tak naprawdę ma być ten film. O nauce, feminizmie, przełamywaniu schematów, romansie? Nic z tego mieszania grzybków nie wynika.

maria_curie2

Broni się za to warstwa techniczna. Zarówno do scenografii, jak i kostiumów trudno się przyczepić, widać przywiązanie do realiów. Także muzyka potrafi delikatnie zbudować klimat oraz pokazać emocje, których tutaj zadziwiająco jak na lekarstwo. Tylko, że to dużo za mało, by pociągnąć całość do końca.

Aktorsko jest może nie tyle nierówno, ile nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Znane nam nazwiska (Kuna, Olbrychski, Frycz) są ograniczeni tylko do roli tła, które nie wnosi zbyt wiele. Świetny jest Piotr Głowacki w roli Einsteina, wnoszącego odrobinę lekkości oraz humoru, ale pojawia się tylko w jednej scenie. A jak sobie poradziła w głównej roli Karolina Gruszka? Jest najmocniejszym atutem w tej talii, przyciągającym uwagę aż do samego finału. Tylko, że nawet ona nie była w stanie zamaskować niedoróbek scenariusza, przeskoków z wątku na wątek.

maria_curie3

Jeśli to miał być mocny, wspaniały pomnik, to twórcy filmu zrobili go z bardzo kruchego materiału. Pomieszanie z poplątaniem, czyli próba złapania kilku srok za ogon, musiała doprowadzić do uderzenia głową w mur. „Maria Skłdowska-Curie” nie daje żadnej satysfakcji i nawet nie sprawdza się ani jako laurka, ani jako dramat, ani jako opowieść o niezwykłej kobiecie, przecierającej szlaki innym w świecie nauki.

5/10

Radosław Ostrowski