Mauretańczyk

Sama tematyka niemal od razu jest w stanie złapać za serce. I w zasadzie reżyser czy scenarzysta wydają się nie mieć zbyt wiele do roboty. Ale czy aby na pewno? To zbyt duże uprowadzenie, bo bez solidnej fabuły oraz pracy reżysera nawet najlepszy temat można położyć. Czy tak jest z „Mauretańczykiem”, który został pominięty przy oscarowych nominacjach?

mauretanczyk2

Brytyjski reżyser Kevin Macdonald opowiada historię przetrzymywanego w Guantanamo obywatela Mauretanii. Jak się okazuje jego kuzyn był jednym ze współpracowników Osamy bin Ladena. No i sam Mohamadou przez pewien czas szkolił się w Al.-Kaidzie. A że wszystko zaczyna się po 11 września, resztę możecie sobie dopowiedzieć. „Amerykanie oszaleli”. Całą jego historię jednak poznajemy z perspektywy niejakiej Nancy Hollander. Jest ona prawnikiem idącą od wielu dekad na kolizyjnym kursie z rządem oraz wszelkim dokonywanych przez nich nieprawości. I to właśnie ona dostaje sprawę Mauretańczyka, choć nie jest ona łatwa.

mauretanczyk1

Czy jest to dramat sądowy? Nie do końca, to bardziej dreszczowiec opowiadający o tym, o czym niby pamiętamy, ale nie chcemy. Sama narracja toczy się dwu-, a nawet trzytorowo. Po pierwsze, mamy perspektywę mecenas Hollander (fantastyczna Jodie Foster), podejmującej się obrony przebywającego w Guantanamo mężczyzny. Kobieta razem z asystentką (solidna Shailene Woolley) podejmuje walkę o ustalenie prawdy. Dlaczego mężczyzna jest przetrzymywany, czy ktoś mu postawił zarzuty. Druga perspektywa to reprezentujący prokuraturę pułkownik Stuart Couch (zaskakujący Benedict Cumberbatch), który wie równie dużo, co jego oponentka – choć sam nie jest tego w pełni świadomy. Jest zdeterminowany do znalezieniu dowodów, lecz biurokracja mocno mu przeszkadza. Dochodzenie obojga do odkrycia utajnionych dokumentów jest jednym z kluczowych elementów tej tajemnicy.

mauretanczyk4

Ale najmocniejszym i najbardziej chwytające za gardło są wspomnienia samego Mohamadou (rewelacyjny Tahar Rahim), które utrzymane są w formie retrospekcji. Nawet zdjęcia są utrzymanie w innym formacie, jakby ekran się zmniejsza. Ten zabieg ma wywołać klaustrofobię oraz spotęgować poczucie izolacji wobec całego świata. Im dalej w las, tym bardziej przesłuchają stają się nieprzyjemne. Zwłaszcza kiedy do akcji wkracza armia i z jego perspektywy widzimy te wszystkie okrucieństwa w celu złamania go. Po co ta cała Konstytucja i przestrzeganie prawa, skoro można ją w imię strachu oraz żądzy zemsty ją zawiesić, łamać, okrążać dookoła? – pyta reżyser niejako między słowami.

mauretanczyk3

To jest o tyle zaskakujące, że to reżyser brytyjski przygląda się bardzo krytycznie amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Że w imię polowania na czarownice oraz podsycaniem nienawiści próbuje się piętnować czy zastraszać osoby działające w zgodzie z prawem. Pytanie w którym momencie większość ludzi nie ulegnie temu szaleństwu i pociągnie władze do odpowiedzialności. ale to chyba jednak pobożne życzenie, tak samo jak równość wobec prawa i szacunek do niego. Bardzo mocna rzecz oraz przypomnienie, że trzeba pilnować tej granicy.

8/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Ikar. Legenda Mietka Kosza

Lubicie jazz? Ja czasami skręcam w rewiry tej muzyki i paru muzyków znam. Ale nigdy nie słyszałem o Mietku Koszu. Nic dziwnego, ten pianista tworzył na przełomie lat 60 i 70 oraz zmarł w bardzo młodym wieku. Dorobek też był skromniutki, więc pojawia się pytanie: czy warto tworzyć film o takiej postaci? Reżyser Maciej Pieprzyca odpowiedział na to pytanie pozytywnie. Jaki jest finalny efekt? Po takim filmowcu należało liczyć na coś więcej.

Kosz niemal od dziecka był niewidomy, co mocno go napiętnowało. I właśnie wtedy, ucząc się w ośrodku w Laszkach pojawiła się nowa pasja: muzyka. A dokładnie gra na fortepianie. Była nauka w konserwatorium muzycznym, wreszcie usłyszenie płyty Billa Evansa, która ukształtowała jego styl. Czyli improwizacyjna muzyka jazzowa, najpierw w trio, a potem solo.

Pozornie wszystko wydaje się być tu na miejscu, bo jest historia, jest fantastyczna muzyka oraz bardzo przekonująco odtworzone realia czasów przełomu Gomułki i Gierka. Scenografia oraz kostiumy są zrobione na wysokim poziomie. Tak samo jak montaż w scenach, gdzie widzimy działające zmysły naszego bohatera. To naprawdę działa. Ale jednak jest pewien zgrzyt, bo jako całość „Ikar” nie porywa. Motywy są tutaj znajome: muzyk z problemami osiąga sukces artystyczny oraz rozpoznawalność, co odbija się na jego życiu prywatnym. Wielkie ego i woda sodowa uderza do łba, wszystkich zaczyna traktować z góry i odnosi moralny upadek. Takich historii było setki, a nawet tysiące, więc schemat zbyt dobrze znałem. Co gorsza, wiele wątków (w tym także kariery muzycznej) jest spłaszczone, pozbawione głębi i strasznie chaotyczne. Narracja się miesza, przeszłość z teraźniejszością wchodzą sobie w drogę, co jeszcze bardziej mnie dezorientowało. I kompletnie nie poznałem bohatera, nie wszedłem w jego głowę, a w tym portrecie czegoś brakuje.

Sytuację częściowo ratuje tylko strona muzyczna oraz sceny, kiedy Kosz (fantastyczny Dawid Ogrodnik) gra albo próbuje tworzyć swoją muzykę. Kiedy on gra, film się wręcz unosi i potrafi zaczarować. I nawet jak jest kilka mocnych oraz ciekawych ról (choćby Justyna Wasilewska czy drobny epizod Mai Komorowskiej), jednak to dla było za mało. Bo reżyser i scenarzysta w jednej osobie zachował się jak dziecko we mgle, skupiając się na niezbyt ciekawych drobiazgach oraz sięgając po ograne schematy. I przez to „Ikar” okazuje się pozbawionym duszy nielotem, który przynudza.

6/10

Radosław Ostrowski

Szarlatan

Czy słyszeliście o Janie Mikolasku? Ja też nie, a jest to zaskakująco barwna postać. Syn ogrodnika, znający się na ziołach, wyczuł dość specyficzny talent. Po spojrzeniu na człowieka wiedział, kiedy on umrze. Dlatego po służbie w armii c.k. decydował się leczyć uczyć oraz podjąć naukę u znachorki, pani Muhlbacherowej. Ale kiedy go poznajemy, jest rok 1957 i umiera jeden z pacjentów uzdrowiciela – prezydenta Zapotockiego. Mikolaskiem zaczyna interesować się bezpieka, co kończy się aresztowaniem i oskarżeniem o zabójstwo.

O historii tego człowieka postanowili opowiedzieć scenarzysta Marek Epstein oraz reżyserka Agnieszka Holland. Przygotowania do procesu są dla twórców do przedstawienia postaci, która jest – w przeciwieństwie do choćby „Obywatela Jonesa” – bardziej złożona niż się wydaje. Dwutorowa narracja wciąga, pokazując przeszłość bohatera (epizod wojenny, praca w ogrodzie, nauka u zielarki, w końcu kupno rezydencji oraz praktyka) i komunistyczną teraźniejszość. Ta nie znosi niekonwencjonalnej medycyny, dużego majątku oskarżonego oraz jego współpracy z nazistami. A tak, bo nasz bohater może i chciał leczyć ludzi, lecz nie był kryształowym bohaterem i ofiarą systemu. Uzdolniony, empatyczny znachor nie zawsze był w stanie każdemu pomóc (wtedy odsyłał do lekarza) bywał też narcyzem z manią wielkości, uparcie dąży do celu, konformistą oraz ukrytym homoseksualistą, za co wtedy były represje. I to właśnie ta relacja z asystentem dodaje kolorytu tej dość konwencjonalnie poprowadzonej historii.

To, co wyróżnia „Szarlatana” to także świetna warstwa realizacyjna. Każdy okres jest inaczej pokazany wizualnie. Szaro-bure więzienie skontrastowane są z zarówno barwnym czasem młodości. Wtedy kolory są bardzo nasycone, zdjęcia Martina Strby zachwycają oczy. Jednocześnie jest to bardzo przyziemne, z kilkoma bardzo mocnymi scenami (wtargnięcie bezpieki, „test” w Gestapo czy wykonanie wyroku śmierci podczas wojny). Troszkę zakończenie może rozczarować, tak jak brak informacji o dalszych losach Mikolaska. Nawet nie poznajemy wyroku procesu, co mnie zdziwiło.

Ale to wszystko nic w porównaniu z absolutnie rewelacyjną rolą Ivana Trojana. Dzięki niemu Mikolasek jest bardzo fascynująca postacią, pełną niejednoznaczności, jednocześnie jest to bardzo wyciszona, zniuansowane, subtelnie poprowadzona kreacja. Jego młodsze wcielenie gra Piotr Trojan, czyli syn Ivana, a przejście między tymi aktorami nie wywołuje zgrzytu. Jednak zaskoczeniem jest Juraj Loj jako Frantisek Palko, czyli asystent Mikolaska. Równie interesująca kreacja, pokazująca trudną relację między panami: od fascynacji po toksyczne uzależnienie oraz podporządkowanie. Tą dynamikę aktor potrafi sprzedać choćby w ostatniej scenie, tworząc równie ciekawą postać.

Jestem kompletnie porażony tym, ile udało się Agnieszce Holland wycisnąć z tego filmu. „Szarlatan” to mocny, udany oraz miejscami poruszający film z magnetyzującą główną rolą. Reżyserka wraca tutaj do formy i tworzy swój najlepszy film w XXI wieku. Nie spodziewałem się, że to kiedyś powiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

Proceder

Ja fanem hip-hopu jestem bardzo umiarkowanym. Kojarzę pewnych wykonawców oraz utwory, ale nie siedzę w tym głęboko. Gdzieś się o uszy obijało nazwisko Tomka Chady, czyli syna Bogdana. Wykonywał tzw. rap uliczny, gdzie opowiadał o nędzy, bandyterce, dilerce, odsiadkach oraz czerpaniu z życia mimo niesprzyjającego środowiska. Tam walutą miała być lojalność, przyjaźń i dotrzymywanie słowa. I jak w tym wszystkim znaleźć czas na nagrywanie płyt oraz koncertowanie?

proceder1

Miałem spore obawy co do filmu z powodu twórców. Bracia Węgrzyn (reżyser Michał oraz autor zdjęć Wojciech) raczej tworzą kino niezależne, które mocno odstaje poziomem od produkcji z USA. Były albo chaotyczne, albo przegadane w negatywnym znaczeniu tego słowa. Pod tym względem „Proceder” jest sporym skokiem jakościowym. Twórcy chcą opowiedzieć niemal całe dorosłe życie Chady od końcówki lat 90. aż do tragicznej śmierci. Materiału jest tutaj bardzo dużo, tylko że tutaj zabrakło selekcji. Twórcy z jednej strony chcą pokazać bardzo nieprzyjemne życie rapera, gdzie był wychowywany przez matkę-pielęgniarkę w brudnej kamienicy. Wypłata jest skromna, ledwo starcza na życie, więc trzeba znaleźć dodatkowe źródło. I pojawia się szansa w postaci Łysej – dawnej kumpeli, co kradnie auta oraz diluje narkotyki. Szybka kasa łatwo kusi i pojawiają się problemy z prawem. Z drugiej mamy tutaj (bardziej jako tło) etap tworzenia dzieła i przekucie swoich doświadczeń na muzykę. Ta przewija się w tle jako zgrabny komentarz do wydarzeń na ekranie, niejako pozwalając głębiej wejść w skórę naszego bohatera. Szkoda tylko, że Chada-muzyk praktycznie tu nie istnieje, ustępując pola Chadzie-gangsterowi, który nie potrafi do końca zerwać z bandycką przeszłością. Ta jednak przykleja się jak rzep do psiego ogona i wraca w najbardziej niespodziewanym momencie.

proceder2

Scenariuszowo cała ta historia jest pokazana bardzo skokowo, przez co można się w tym pogubić i nie brakuje dziur (wydanie płyty przez Chadę czy bardzo niejasne zakończenie). Działa to wszystko jednak na polu psychologicznym naszego bohatera. Z jednej strony to łobuz z dobrym sercem, nie pozbawiony talentu artystycznego, ale z drugiej staje się więźniem autodestrukcyjnych demonów: alkohol, narkotyki, kradzieże. To doprowadza do kolejnych odsiadek, aresztowań, a nawet ucieczek, tworząc pewien zamknięty krąg. Z czasem jednak ta powtarzalność wywołuje znużenie, przez co film zaczyna tracić swój impet i gubić się. Nie brakuje kilku świetnych dialogów oraz smakowitych epizodów, podnoszących poziom (tutaj wybija się Krzysztof Kowalewski jako więzień „Szajba” i Gabriela Muskała jako przyszła teściowa).

proceder3

Ale tak naprawdę liczy się tutaj jeden aktor, czyli Piotr Witkowski jako Chada. I to jest największe odkrycie tego filmu. Chłopak jest absolutnie szczery w każdym momencie tej historii: jako raper (chociaż widać, że nie nawija swoim głosem), uroczy łobuziak, złodziej czy facet ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. Wszystkie te skrajne emocje wypada bez fałszu, tworząc bardzo wielowymiarową postać, która fascynuje i budzi współczucie.

proceder4

„Proceder” niby czerpie ze znanych schematów opowieści o ludziach z marginesu, ale potrafi wciągnąć i jest całkiem niezłym kinem. Gdyby skrócono całość o kilkanaście minut albo wykorzystano ten czas na pogłębienie relacji byłby to świetny film. Może bracia Węgrzyn rozwiną to w formie serialu?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne wody

Czy wiecie, co to jest PFOA albo C-8? Pewnie ten skrót nic nie mówi? A może teflon? Już chyba bliżej, bo z tego robi się m.in. patelnie, buty czy farbę. Mało kto jednak wiedział, że ten związek nie tylko jest nie do zniszczenia, ale może też człowieka zabić. I nie tylko człowieka, ale każdy żywy organizm po kontakcie ze sobą. jedną z film, które ukrywały ten fakt była korporacja DuPont. Oni jednak posunęli się o krok i ten zabójczy związek umieszczał w jeziorze, rzekach, niszcząc środowisko oraz trując tysiące nieświadomych niczego ludzi. O sprawie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie pewien uparty farmer, który stracił całe stado krów. Zdecydował się skontaktować z prawnikiem Robertem Billotem, który – początkowo niechętnie – przygląda się sprawie bliżej. Jest rok 1998.

mroczne wody1

Film zaangażowane społecznie nie są zbyt popularne i nie zarabiają kupy kasy. Jednak Todd Haynes postanowił zaryzykować, wykorzystując prawdziwą historię walki z potężną korporacją. I otrzymaliśmy krzyżówkę „Spotlight”, „Zodiaka” oraz „Adwokata”. Innymi słowy, jest dochodzenie, walka z korporacją pełna kruczków prawnych, śledczy (tutaj prawnik) z kompletną obsesją sprawy oraz bardzo wolne działanie systemu. Reżyser bardzo dokładnie przygląda się całej tej sprawie, której szczegóły mogą zjeżyć włos na głowie. Jeszcze bardziej przeraża fakt pewnego rodzaju bezsilności, bo wielka firma nie zamierza się poddać. Mając bardzo duże fundusze, może zrobić wiele rzeczy w celu opóźnienia sprawy: zawalenie dokumentami, powołanie zespołu naukowego, by przed procesem ustalić dopuszczalne normy zatrucia. I mimo dość wolnego tempa, potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować.

mroczne wody2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj klimat. Wszystko jest w stonowanych kolorach, wydaje się bardzo melancholijne. Zupełnie jakby nadzieja coraz bardziej słabła, zaś szansę na wygraną z roku na rok maleją. Nadal wrażenie robią sceny pokazujące jakie konsekwencje w życiu prywatnym. Bo ciężko jest wytrzymać z człowiekiem, który poza sprawą wydaje się kompletnie nieobecny. I to wszystko jest w stanie działać, nawet w pozornie nudnych momentach. Niby to widzieliśmy wcześniej, ale Haynes potrafi wciągnąć, zaangażować oraz zmusić do myślenia.

mroczne wody3

No i jak to jest zagrane. Absolutnie znakomity jest Mark Ruffalo jako Billot, tworząc bardzo wyciszonego, ale zdeterminowanego adwokata. Może sprawia wrażenie grającego na jednej minie, jednak nie dajcie się zwieść. W tych oczach i tikach widać o wiele więcej niż się wydaje, zwłaszcza w chwilach bezsilności. Na drugim planie też jest świetnie, nawet drobne role są bardzo wyraziste. Ale skoro ma się takich aktorów jak Bill Pulman (Harry Dietzler), Bill Camp (Wilbur Tennant) czy bardzo zaskakująca Anne Hathaway (pani Billot). Największą niespodzianką dla mnie okazał się dawno nie widziany Tim Robbins jako szef. Niby drobna rola, ale potrafi zawłaszczyć każdą scenę i nadal potrafi pokazać siłę.

Smutnym faktem jest to, że film przeszedł praktycznie bez echa, zaś u nas w ogóle nie miał dystrybucji. Haynes pokazuje, iż nawet w gatunku thrillera prawniczego potrafi stworzyć coś bardzo wyrazistego. Mimo spokojnego tempa, potrafi walnąć obuchem w łeb i zmusi do zastanowienia.

8/10

Radosław Ostrowski

Zdrajca

Włoskie kino gangsterskie nie jest tak znane jak produkcje amerykańskie i to się raczej nie zmieni. Zeszłoroczny film Marco Bellochio opowiada historię niejakiego Thomaso Buscetty. Niby to drobna persona w mafijnym szczeblu, bo to soldato. Kiedy go poznajemy jest rok 1980 i ma dojść do pokoju między rodzinami mafijnymi w Brazylii. Pokój ma to do siebie, że w świecie mafijnym jest bardziej kruchy niż lodowce latem. Dochodzi do strzelanin, egzekucji, zaś sam Thomaso zostaje aresztowany przez policję. Na mocy ekstradycji trafia do Włoch, gdzie decyduje się na coś, co żadnemu członkowi mafii nie wolno było zrobić. Idzie na układ i zaczyna kablować.

zdrajca1

Sam film to właściwie gatunkowa zbitka, bo jest i biografia, gangsterka oraz – co mnie najbardziej zaskoczyło – dramat sądowy. Reżyser lawiruje między gatunkami, łamie chronologię i ewidentnie próbuje odbrązowić mit gangstera-człowieka honoru. Chociaż czy aby na pewno? Buscetta uważa siebie za idealistę, wiernego zasadom Cosa Nostry i to go motywuje do tej decyzji. Bo według niego – i chyba także reżysera – mafia bardziej przypomina opętanego na punkcie władzy i kasy maniaka. dla tych rzeczy można złamać takie zasady jak niezabijanie dzieci, kobiet czy osób z wymiaru sprawiedliwości. Nie brakuje tutaj brutalnych egzekucji (głównie na początku i zrealizowanych za pomocą kamery cyfrowej), barwnych, wręcz nieprawdopodobnych sytuacji oraz coraz bardziej ostrego konfliktu między mafią a systemem sądowym.

zdrajca2

Większość tego, co zobaczymy na ekranie to zeznania Buscetty. Zarówno przed sędzią śledczym Giovannim Falcone, jak i przed sądem. Same reakcje oskarżonych są tak różnorodne, że początkowo wydają się groteskowe, przerysowane, śmieszne. Jest sporo nazwisk oraz postaci przez co można dostać bólu głowy. Kto jest kim, kto dla kogo pracuje, kto z kim jest powiązany – powodzenia w odplątaniu tego węzła. Sytuację komplikują jeszcze zarówno sceny retrospekcji, jak i dalsze, pokazane skrótowo losy byłego gangstera: program ochrony świadków, przebywanie w USA, późniejsze zeznania w latach 90., wizyta w telewizji itd. I to powoduje, że seans „Zdrajcy” jest dość męczący. Po mocnym początku oraz pierwszym procesie chyba zabrakło impetu. Owszem, jest parę mocnych scen jak śmierć Falcone’a czy zeznania na ostatnim procesie, jednak to troszkę za mało.

zdrajca3

Na swoich barkach film ciągnie Pierfrancesco Favino w roli Buscetty i robi to naprawdę świetnie. Jego przemiana z człowieka uciekającego przed policją na człowieka uciekającego przed mafią pokazana jest bardzo przekonująco, bez cienia fałszu. Od pewnego siebie, wręcz silnego charakteru do noszącego okulary informatora czuć zarówno siłę jego osobowości, jak i chwile zwątpienia. Pełny dumy oraz bezsilności. Żaden paradoks tej postaci nie prowadzi do przegięcia czy groteski, o co było łatwo.

Jaki jest ten „Zdrajca”? Z jednej strony ma wiele energii, próbuje mieć epicki rozmach, z drugiej bywa bardzo przyziemny. Chaotyczny i precyzyjny, pełen paradoksów, przez co trudno go jednoznacznie ocenić. Przynajmniej mi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Przeklęta liga

Jest rok 1974. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy trener Leeds United – drużyny uznawanej za najbrutalniej grającą w lidze angielskiej – Don Revie dostaje propozycję objęcia funkcji trenera reprezentacji Anglii. Więc ktoś musi przejąć zwolnione miejsce po Leeds. Wybór pada na bardzo ambitnego Briana Clougha, który z Darby osiągnął mistrzostwo kraju. Problem w tym, że trener przybywa bez swojego asystenta, Petera Taylora. Dodatkowo chce ich wyzbyć swoich nawyków, co już czyni sytuację konfliktową.

przekleta liga1

Film Toma Hoopera proponuje spojrzenie na piłkę z perspektywy trenera. I to nie byle jakiego, bo Clough był bardzo trudnym człowiekiem do współpracy. Nie idzie on na kompromisy, działa za plecami swojego zarządu (kupując zawodników) i jest bardzo pewny siebie. Jeszcze byłoby to do przeżycia, gdyby nie jego niewyparzona gęba. Reżyser skupia się nie tylko na pracy Clougha jako trenera Leeds, ale cofa się do roku 1969. Wtedy jeszcze ten butny trener pracował w Derby County – małym, prowincjonalnym klubie i po raz pierwszy starł się z drużyną kierowaną przez Reviego. Od tej pory dojdzie do bardzo ostrej obsesji na punkcie Leeds przez Clougha. Piłka nożna z jednej strony bywa tutaj traktowana jako piękna gra, której kibice są głodni i traktują ją niemal jak świątynię. Ale w tej grze zdarzają się bardzo nieczyste i brutalne zagrywki (mecz Derby z Leeds przed walką z Juventusem w deszczu), a trener nie zawsze jest najważniejszym ogniwem drużyny.

przekleta liga2

To także historia trudnej, szorstkiej przyjaźni między trenerem a jego asystentem, Petem Taylorem. Kontrast między nimi jest ogromny i to nie tylko na poziomie fizycznym, ale także charakterów. Taylor jest bardzo wycofany, spokojniejszy i podchodzi do wszystkiego z chłodną głową, bardziej odpowiedzialny. W momencie krytycznym panowie tworzą bardzo zgrabny, intrygujący duet. Tylko, że ego Clougha działa wręcz destrukcyjnie i ta przyjaźń jest wystawiona na ciężką próbę.

przekleta liga3

Realizacyjnie wygląda to troszkę jak produkcja telewizyjna i nie ma tutaj jakiś fajerwerków. Ale broni się scenariuszem, ciętymi dialogami oraz pewną ręką reżysera (ciężko w to uwierzyć, prawda?). jednak całość na wyższy poziom wznosi absolutnie fenomenalny Michael Sheen jako Clough. Mimo wad tego człowieka (arogancja, zbytnia pewność siebie i egoizm), udaje się wzbudzić sympatię dla tego pasjonata. Osoby, która chce osiągnąć jak najlepsze efekty, choć nie zawsze utrzymuje nerwy na wodzy, co najdobitniej pokazuje jego rozmowa z Reviem w telewizji. Oprócz niego świetnie sobie radzi Timothy Spall w roli Pete’a Taylora, tworząc mocny duet z Sheenem i elektryzując samą obecnością. Reszta obsady też prezentuje się bardzo dobrze i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

przekleta liga4

„Przeklęta liga” pokazuje, że Tom Hooper miał wielki potencjał jako reżyser. Niby kameralna historia, ale wciąga jak diabli i jest to spektakl z wyższej półki. Dynamiczny, intensywny, fantastycznie zagrany, potrafi zarazić swoją pasją do piłki nożnej. Ale czego po Brytyjczykach można się spodziewać?

8/10

Radosław Ostrowski

Na cały głos

Ostatnio o Rogerze Ailesie (a dokładniej o aferze związanej z molestowaniem seksualnym pracownic) powstał film „Gorący temat”. Ale parę miesięcy wcześniej stacja Showtime postanowił zrobić serial o karierze tego kontrowersyjnego człowieka mediów. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy ten bogobojny konserwatysta dostaje propozycję pracy dla Ruperta Murdocha, szefa News Corporations. Jest rok 1995 i powstaje Fox News – tuba bardziej prawicowej strony Ameryki, wierzących w Boga, rodzinę oraz prawo do bycia równiejszych od równych.

na caly glos1

Ekipa pod wodzą scenarzystów Alexa Metcalfa i Thomasa McCarthy’ego w ciągu siedmiu odcinków próbuje opisać tą 20-letnią pracę Ailesa w Fox News. Jeśli spodziewacie się uczciwego, obiektywne spojrzenie na USA, tego człowieka – bardzo świadomego jaką moc mają media – to nie interesuje. Zamiast informacji, slogany i wrażenia, rzucane hasła, ostre i bezpardonowe ataki na bardziej lewą stronę. Bo rację mamy my, którzy dzięki swoim wartościom tworzymy prawdziwą Amerykę. I dzięki temu udaje się dotrzeć do ludzi spoza establishmentu, uważający się za wykluczonych, odrzuconych, zapomnianych. Są to prości ludzie, do których trzeba dotrzeć nieskomplikowanym językiem oraz przekazem, stąd ten sposób formy. Dlatego oglądalność śrubuje wysoki poziom, ludzie są zadowoleni, zaś Ailes staje się coraz potężniejszy. I udaje się pokazać jak większą kontrolę zaczyna mieć ten człowiek, coraz bardziej pozbawiony kontroli oraz jakiejkolwiek smyczy.

na caly glos2

I to wszystko pokazane jest w sposób przystępny, mimo masy nazwisk oraz postaci. Jednocześnie pokazuje się to bardziej prywatne życie, gdzie bohatera cały czas wspiera żona. Co troszkę mnie dziwi, bo mąż bardzo mocno ją ogranicza. Kiedy ma szansę pracy w dawnej firmie, decyduje się i… zostaje potem zwolniona. Ostatecznie staje się wręcz zaślepioną fanką, wspierającą jego działania w pracy. Ale jednocześnie do samego końca pozostaje nieświadoma relacji męża z innymi kobietami. Bo wątku molestowania oraz zmuszania kobiet do seksu nie da się uniknąć. Choć początkowo wydaje się ledwo naznaczonym tłem (oprócz wątku Laurie Luhn), to nawet w tych momentach czuć obrzydzenie, wstręt wobec tego zachowania. I dopiero ten wątek pod koniec uderza ze zdwojoną siłą, nadal potrafiąc uderzyć mocnymi scenami (rozmowy z kobietami przeprowadzane przez prawników najpierw w firmie, a potem w biurze).

na caly glos3

Nie ma tutaj jakichś formalnych zabaw – może poza krótkimi przebitkami montażowymi – niemniej ta historia fascynuje i angażuje. Akcja skupia się na przełomowych wydarzeniach: od odpalenia Fox News przez 11 września i kadencje Baraka Husseina Obamy (to drugie imię oczywiści przypisał mu Ailes) aż do upadku oraz odejścia Ailesa z Fox News. Mimo tych paroletnich skoków, udaje się twórcom zachować spójną narrację, bez poczucia dezorientacji czy przeoczenia czegokolwiek. A to nie jest takie proste. Niemniej mam pewne poczucie niedosytu, jakbym troszkę za mało czasu spędził z Ailesem. Albo inaczej: nie poznałem go zbyt dobrze i nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, co go uczyniło takim, jakim był. Nie, żebyśmy nie poznali przeszłości, bo nasz bohater troszkę o niej opowiada, niemniej było to dla mnie za mało.

na caly glos4

Choć udało się zebrać świetnych aktorów, powiedzmy to sobie wprost: „Na cały głos” to wielki show Russella Crowe’a. Aktor postanowił pójść drogą Christiana Bale’a i mocno przybrał na wadzę, by wcielić się w Ailesa, będącego tutaj niemal niepowstrzymaną siłą. Z jednej strony człowiek świadomy wielkiej siły mediów oraz dotarcia do innych ludzi. Nie można mu odmówić charyzmy oraz determinacji w przekazywaniu swojej wizji Ameryki, ale z drugiej jest bigotem, egotykiem, przekonanym o swojej nieomylności. Kiedy wybucha, balansuje na granicy groteski, ale nigdy nie przekracza granicy przerysowania. Drugi plan też ma wiele do zaoferowania, choć największe pole do popisu dostaje zaskakująca Sienna Miller (bardzo wyciszona, ale równie konserwatywna żona Elizabeth), dawno nie widziana przeze mnie Naomi Watts (dziennikarka Gretchen Carlson), poruszająca Annabelle Wallis (Laurie Luhn) oraz ostry jak brzytwa Seth MacFarlane (bezwzględny Peter Lewis).

Wydawałoby się, że już po „Newsroom” czy fragmentach „House of Cards” nie da się już niczego powiedzieć o mediach. Ale „Na cały głos” pokazuje, że nawet ograny temat można przedstawić w ciekawy, fascynujący sposób. A siłę tych mediów pokazały wyniki wyborów prezydenckich z 2016 roku, stanowiąc gorzki finał tego dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski