Rocketman

Każda osoba, która choć troszkę interesuje się muzyką kojarzy nazwisko Eltona Johna. Niby rockman, ale grający na fortepianie, mieszający gatunki oraz robiący na scenie wielkie show. Aktywny od ponad 50 lat, choć ostatnio przeszedł na muzyczną emeryturę. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że jest to postać na tyle ciekawa, by nakręcić o nim film. Zadania podjął się Dexter Fletcher, jednak nie jest to stricte film biograficzny, tylko historia w konwencji musicalu.

rocketman1

Wszystko zaczyna się, kiedy nasz bohater trafia na odwyk. I już na dzień dobry sam Elton mówi, co mu dolega: alkohol, seksoholizm, narkotyki, zakupoholizm. Innymi słowy, przestał kontrolować swoje życie. I podczas kolejnych scen zaczynamy poznawać go coraz bliżej. Od dzieciństwa, kiedy był wychowywany przez matkę i babcię (ojciec zostawił ich), naukę w Akademii Muzycznej aż do sytuacji, kiedy szef wytwórni daje chłopakowi teksty, by napisał do nich muzykę. Tak poznaje Bernie’ego Taupina, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Ale jest jeszcze menadżer John Reid (pamiętacie go z „Bohemian Rhapsody”, prawda?), czyli ta bardziej mroczna strona sukcesu.

Twórcy pozbawieni obowiązku ścisłego trzymania się faktów, pozwalają sobie na wiele i są tego w pełni świadomi. Pojawia się masa musicalowych wstawek m.in. w pierwszej piosence czy podczas pierwszego występu w pewnym podrzędnym barze, zakończonym bijatyką. Piosenki za to dobrane są idealnie do wydarzeń, podbudowując je oraz korespondując ze stanem emocjonalnym oraz opisując moment życia sir Eltona. Dlatego podczas pierwszego występu w USA (Klub Trubadur) słyszymy „Crocodile Rock” czy podczas kolacji z matką pod koniec jest „Sorry Seems To Be the Hardest Word”. Takich smaczków jest więcej, a kilka scen (m.in. mały Elton w swoim pokoju „dyrygujący” orkiestrą czy topiący się w basenie) to inscenizacyjne perełki. Takie momenty czynią ten film ciekawszym, wybijając go z konwencji klasycznego bio-picu.

rocketman4

Fletcher bardzo pewnie stąpa po gatunku, a jednocześnie nie czuć tutaj, że film powstał tylko dla kasy. Bo skoro biografia Queen, o której już pamiętają tylko nieliczni, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie tyko odtworzenie klimatu lat 70. oraz tej wizualnej otoczki, ale kostiumy Eltona, w których występował na koncertach. Ta cekinada, krzykliwe kolory, wręcz kiczowata otoczka odtworzona jest wręcz po mistrzowsku. Wali to po oczach (w końcu o to chodzi), ale też oddaje szołmeńską stronę naszego bohatera.

rocketman2

Choć nie jest to film pozbawiony wad, bo parę wątków nie wybrzmiewa zbyt mocno (żona Renata pojawia się na chwilę), a kilka decyzji montażowych może wywoływać zgrzyt (orgia zmieszana ze wspomnieniami z dzieciństwa). To są jednak bardzo drobne rysy na tym dziele, które na wyższy poziom wznosi niejaki Taron Egerton. Sam wybór do tej roli jest idealnym castingiem, zaś aktor wyciska z tej postaci maksimum możliwości. Do tego sam śpiewa wszystkie piosenki (i robi to naprawdę dobrze), choć głosu nie ma aż tak zbliżonego do oryginału. Mi to nie przeszkadzało. A jednocześnie udaje się bardzo przekonująco pokazać skonfliktowanie (tłumiony homoseksualizm, zagubienie, ciemna strona sławy, niska samoocena) tylko za pomocą spojrzenia czy sposobu mówienia. Ale jak wchodzi na scenę, to charyzma wylewa się z niego wiadrami. Wydawałoby się, że drugi plan z powodu dominacji charyzmatycznego frontmana będzie zwyczajnie nijaki. Nieprawda. Tu na tym polu wybija się fantastyczny Jamie Bell jako Bernie Taupin. Tutaj widać rodzącą się więź i przyjaźń między tą dwójką, zaś sam Bell jest uroczy po prostu. No i jeszcze jest Richard Madden jako menadżer John Reid. Facet udający przyjaciela, a może nawet kogoś więcej, lecz tak naprawdę jest śliskim manipulatorem myślącym tylko o zyskach i kasie. Takich nie chcecie spotkać na drodze.

rocketman3

„Rocketman” to nietypowa biografia, nie bojąca się pokazywać także tej mrocznej strony sławy i jest taka jak jej bohater. Mieni się różnymi kolorami, pełna jest energii i pokazuje jak wielką siłę ma miłość (w różnych odcieniach) oraz wsparcie najbliższych osób, co najdobitniej widać w finale. Jestem oczarowany, poruszony i zachwycony.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Papillon. Motylek

Paryż, rok 1931. Tutaj żyje Henri Charriere zwany Papillon. Był bardzo znanym i szanowanym złodziejem półświatka. Ale jego stabilne życie uległo gwałtownej zmianie, kiedy zostaje oskarżony o morderstwo. Choć nie popełnił tego czynu, został skazany na dożywocie w Gujanie Francuskiej. Więzienie jest na wyspie, otoczonej przez rekiny, pozbawionej żywności. Szansy na ucieczkę praktycznie brak, ale w drodze do nowego domu poznaje Louisa Degę. Ten facet trafił do więzienia za fałszerstwo. Panowie zaczynają łączyć siły, by uciec.

papillon3

Historia Papillona została przez niego spisana w 1969 roku i stała się bestsellerem. Tak wielkim, że w 1973 roku (kiedy Charriere zmarł) powstała ekranizacja ze Stevem McQueenem oraz Dustinem Hoffmanem w rolach głównych. Ale opowieści mają to do siebie, że po pewnym czasie lubi się do nich wracać. Dlatego powstała nowa wersja historii Papillona. W sumie nie ma tutaj zaskoczeń, bo jest to dramat więzienny. Tutaj więzienie jest piekłem, gdzie trafiają najgorsi, a chodzi tylko o złamanie charakteru. Więc co naprawdę trzyma naszych bohaterów przy życiu? Dlaczego decydują się uciec, choć nic nie mają? Narracja prowadzona jest bardzo spokojnie, ale nie oznacza to, że nic się tam nie dzieje. Reżyser Michael Noer nie boi się pokazać przemocy oraz obojętności strażników, zaś sama natura wydaje się drugim zagrożeniem. Tutaj nie do końca wiadomo komu można zaufać, a przyjaźń wydaje się być wystawiona na ciężką próbę.

papillon1

Pozornie wiemy, co się wydarzy, lecz potrafi trzymać w napięciu. Widać to w każdej scenie próby zabicia Papillona i Degi (montaż potrafi podkręci adrenalinę) czy podczas ucieczek. Tutaj czuć poczucie zagrożenia, niemal namacalnego do samego końca. Równie mocne sceny robią momenty izolacji naszego protagonisty. Rzeczywistość oraz omamy mieszają się ze sobą, przez co zwyczajnie jeszcze bardziej zależało na postaci. Nie miałem okazji zobaczyć oryginału, więc nie mogę porównać nowej wersji. Czuć tutaj lepkość, brud, wręcz naturalizm w pokazywaniu okrucieństwa.

papillon2

Równie zaskakujący okazał się casting. Do roli tytułowej zaangażowano Charliego Hunnama, co wywołało pewne kontrowersje. Bo za ładny, bo nie ma talentu, bo za sztywny. Ale tutaj wyjątkowo dobrze sobie radzi. Jest bardzo wyciszony, szorstki i twardy, a największe wrażenie robił we mnie podczas scen izolacji oraz finałowych partiach na Diabelskiej Wyspie. Jeszcze lepszy jest Rami Malek jako Dega. Niski, troszkę niedowidzący cwaniak, z lekko rozedrganym głosem, sprawia wrażenie troszkę nieporadnego. Jednak z czasem zaczyna nabierać barw, zaś relacja z Hunnamem daje masę dynamiki. Drugi plan też jest dość mocny, choć dla mnie faworytem jest Roland Moller jako bezwzględny Ceiller oraz Michael Socha w roli porąbanego Julota.

„Motylek” AD 2017 to więcej niż porządny dramat więzienny. To mocna, angażująca, chwytająca za serce opowieść o woli wolności, której żadne kraty nie są w stanie zatrzymać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Witajcie w Marwen

Byliście kiedyś w Marwen? To miasteczko znajdujące się w Belgii. To tam podczas II wojny światowej trafił kapitan Hogie – pilot, którego myśliwiec został zestrzelony. Poza nim w miasteczku przebywa ekipa dzielnych kobiet, którego wspierają naszego herosa w walce z nazistami. Problem jednak w tym, że to wszystko jest fikcją. Całe miasteczko, jak i wszystkie postacie to lalki, kupione przez Marka Hogenkampa – rysownika i fotografa, który został brutalnie pobity przez neonazistów. Dlaczego? bo przyznał się, że lubi nosić damskie buty. Dlatego nie może już używać rąk do pracy, zaś stworzenie Marven ma pomóc mu funkcjonować w tym świecie. Trzy lata po pobiciu, wprowadza się nowa sąsiadka.

marwen1

Najnowszy film Roberta Zemeckisa znowu opiera się na prawdziwej historii. I daje dość spore pole do popisu dla twórcy, by opowiedzieć o walce ze swoimi demonami. One mają tutaj twarz Deji – wiedźmy, która niejako uwzięła się na naszego bohatera. Więzi go i obwinia za to, co się wydarzyło. Cała przeszłość (wymazana z pamięci Marka) zostaje pokazana w formie albumu, zaś wszystkie lalki mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. Powolne dochodzenie do siebie oraz odzyskanie energii jest – jak dla mnie – mocno uproszczone i nie do końca mnie przekonuje. Dialogi miejscami brzmi sztucznie, zaś postacie drugoplanowe są ledwo zarysowane. Brakuje troszkę większych interakcji Marka z resztą otoczenia, które – w sporej większości – chce mu pomóc.

marwen2

Mam wrażenie, że Zemeckis bardziej się skupia na wykreowaniu Marven oraz potyczek z nazistami. Efekty specjalne (technologia motion capture) robi piorunujące wrażenie. Lalki wyglądają jak lalki z ludzkimi twarzami, zachowując umowność tego świata. I te sekwencje są zdecydowanie najlepsze w całym filmie. Chociaż nie brakuje tutaj mrocznych i brutalnych scen (pobicie Marka czy potyczka z niemieckim kapitanem) czy chwil, gdzie te światy się przenikają. Wtedy niejako wchodzimy do głowy Marka, granego przez świetnego Steve’a Carrella. Aktor gra tak naprawdę dwie postacie: Marka i Hogiego, tworząc mocny kontrast. Złamany, zalękniony Mark oraz będący chojrakiem Hogie, czyli dwie strony tej samej monety.

marwen3

Poza nim aktorsko najbardziej wybijają się dwie kreacje: Leslie Mann oraz Diane Kruger. Ta pierwsza jako nowa sąsiadka Nicol, powoli budującą więź z Markiem. Ale czy aby na pewno? Kruger udziela się tylko głosowo jako wiedźma Deji, która sączy jad i manipuluje naszym bohaterem. Niejako osłabia go, czyniąc z niego słabeusza. Bardzo mocna kreacja.

Czy film zasłużył na marny los w box office? Nie. Czy to udany film Zemeckisa? Nie do końca, bo potencjał był tutaj o wiele większe dzieło. Brakowało mi większego zaangażowania, głębszego wejścia w temat walki z traumą, a same sceny z lalkami – choć świetne – to tylko dodatek.

6/10

Radosław Ostrowski

Dżungla

Byliście kiedyś w dżungli? Gdzie nie ma cywilizacji, ludzi, telefonów czy wygody. Tak w 1981 roku zrobił Yossi Ghinsberg, który przybywa do Boliwii. Chce przeżyć przygodę, a nie być mężem i ojcem (a wcześniej studentem oraz przebyciem służby wojskowej). Dlatego podróżuje po całym świecie. W Boliwii poznaje dwóch Amerykanów, z którymi się dość szybko zaprzyjaźnia. Ale pewnego dnia zaczepia go tajemniczy Karl. Mężczyzna proponuje wyprawę przez dżunglę, gdzie można odnaleźć nieznane plemię Indian. Jednak podróż nie idzie zgodnie z planem, a Yossi zostaje zmuszony do walki o przetrwanie.

dzungla1

„Dżungla” to jest oparty na faktach film, będący mieszanką dramatu z thrillerem. Reżyser Greg McLean zaczyna swoją opowieść niczym bezpretensjonalny film o szorstkiej przyjaźni. Są ładne krajobrazy, nie brakuje odrobiny humoru oraz pewnej aury tajemnicy. A dalej zaczyna się dość oczywista trasa – polowania, konflikty, jeden z towarzyszy zostaje ranny w nogę. Sytuacja zaczyna się robić coraz bardziej nerwowo, ale i – niestety – bardzo przewidywalnie. Przez spory początek troszkę mnie to usypiało. W drugiej połowie, gdy Yossi zostaje zdany na siebie, całość staje się soczystsza. Obcy teren, węże, zniszczony dom, mrówki, halucynacje. Dzieje się tutaj wiele, a teatr jednego aktora jest w stanie przykuć uwagę. Montażysta z operatorem starają się wyczyniać cuda, ale już wtedy czułem się zmęczony. Dlaczego? Bo reżyser wrzuca jeszcze retrospekcje, próbujące pokazać troszkę głębiej naszego bohatera. Ale bywa to czasami sentymentalne, wręcz kiczowate (scena w Las Vegas), przez co czułem się wybity z rytmu. Zupełnie jakby reżyser nie do końca wie, co chce osiągnąć.

dzungla2

Najmocniejszym punktem całego filmu jest Daniel Radcliffe, który wręcz fizycznie buduje swoją rolę. Troszkę taki wolny ptak, który nie chce się ustatkować, żądny przygody i starający się zachować w miarę rozsądnie. Jego ból, cierpienie oraz zmęczenie są bardzo namacalne, bez poczucia fałszu. Nie można go zlekceważyć, po raz kolejny pokazując się z dobrej strony. Jedyny wybijający się z drugiego planu jest Thomas Kretschmann, czyli Karl. Doświadczony w kwestiach przetrwania, wydaje się urodzonym liderem. Zawsze opanowany i spokojny, ale jednocześnie ma w sobie pewną tajemnicę.

dzungla3

„Dżungla” wydaje się takim jednorazowym filmem o przetrwaniu, jakich było już tysiące. Bo człowiek jest w stanie wytrzymać więcej niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Ale ja to już wiem, to znam zbyt dobrze.

5/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy Rick

Historia opisana w tym filmie brzmi nieprawdopodobnie. Słyszeliście o Ricku Wersche Jr.? Pochodził z Detroit lat 80. – miasta pełnego nędzy, pozbawione perspektyw. Jego ojciec handlował bronią (legalną), matka zostawiła ich, a siostra ćpa. Perspektyw praktycznie brak. W końcu młody chłopak (lat 14) sprzedaje kałacha lokalnemu handlarzowi narkotyków. Policja oraz FBI proponują dzieciakowi współpracę: kontrolowany handel dragami oraz infiltracja gangu.

kokainowy rick1

Yann Demange zwrócił uwagę kinomanów debiutanckim „Belfast ‘71”. Jego najnowsze dzieło już nie zrobiło takiej furory. Nie oznacza to, że jest to film nieudany. Połączenie kryminału z dramatem obyczajowym nie wydaje się niczym oryginalnym. Jednak wrażenie robi tutaj miejsce akcji, czyli podupadłe Detroit lat 80. Miasto coraz bardziej podupadające, domy podniszczone, a przestępczość jest bardzo wysoka. Dilerka, strzelaniny, handel bronią – każdy próbuje jakoś tam żyć. Szansa na uczciwe życie wydaje się praktycznie żadne. Chyba że będziesz sprytny i nie dasz się złapać. Ale reżyser bardziej się skupia na działaniach młodego Ricka, choć tło jest bardzo ciekawe. Bezwzględna czarnoskóra mafia, jeszcze bardziej bezwzględna policja oraz federalni. Ci drudzy nie boją się nie dotrzymywać słowa (niby obiecali pomoc, kiedy aresztowano bohatera, lecz i tak dostał wyrok), byleby kogoś przyskrzynić. Mafiozi są wyczuleni na zdradę i też nie wybaczają.

kokainowy rick2

Problem jednak w tym, że wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. I to troszkę wywołuje dezorientację, jednak im bliżej końca, całość nabiera silniejszego impetu. Napięcie jest budowane powoli, sceny przemocy są gwałtowne (próba zabicia Ricka czy zamach na konkurenta), zaś realizacja pomaga wejść w klimat. W tle pogrywa dyskotekowa muzyka albo niepokojąca elektronika, co dodaje dramatyzmu. Parę wątków (siostra czy dziadkowie) sprawiają wrażenie zapychaczy, zaś półświatek zasługuje na głębszą obserwację. Niemniej reżyser potrafi poruszyć, dialogi są soczyste, a relacje między postaciami wiarygodne.

kokainowy rick3

Petardy ten film ma dwie. Pierwsza to niezawodny Matthew McConaughey w roli ojca. Pozornie wygaszony, ale jednocześnie walczący o godne życie. Nie jest święty, ale chce jak najlepiej dla dzieci. Kradnie film każdym swoim wejściem. Drugą petardą jest grający tytułową rolę Richie Merritt. Opanowany, spokojny oraz bardziej sprytny od ojca jest absolutnie fantastyczny. No i barwę głosu ma jak czarnoskóry, co dodaje smaczku. Dawno nie widziałem tak charyzmatycznego debiutanta. Poziom też zachowuje Jennifer Jason Leigh (agent Snyder) oraz Bel Powley (Dawn), rządząc na drugim planie.

Szczerze mówiąc, do wielu rzeczy można się przyczepić podczas oglądania „Kokainowego Ricka”, ale Demange trzyma fason. Bardziej skupiony na rodzinnym dramacie niż gangsterskich porachunkach, co dla wielu może być sporą wadą. Dla mnie to zaskakująco kameralny film z wieloma mocnymi scenami oraz świetnym aktorstwem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Kid

Ile powstało już opowieści o Billym the Kidzie? Któż jest w stanie je wszystkie wyliczyć. Najbardziej znane mi były „Pat Garrett i Billy Kida” od Sama Peckinpaha oraz „Młode strzelby”. Ale tym razem za jego historię postanowił opowiedzieć Vincent D’Onofrio – aktor znany z legendarnych ról w „Full Metal Jacket” oraz serialu „Daredevil”. Jak sobie poradził na stołku reżyserskim?

the kid1

Pat i Billy się pojawiają w filmie, ale nie wokół nich toczy się cała opowieść. Bohaterami jest tutaj rodzeństwo: Rio i Sara. Kiedy ich poznajemy ich ojciec bije matkę na śmierć. Chłopak zabija ojca, a oboje muszą uciekać przez wujem i jego bandą. Bo wuj chce zabić dzieciaka, a z siostry zrobić kurewkę. Ukrywają się w jakiejś stodole, by ruszyć do Santa Fe. A kiedy rano się budzą, obok nich jest banda Billy’ego the Kida. I są oni atakowani przez ludzi Garretta.

the kid2

Cieszy mnie realizacja westernów na ekranie. Obydwa te wątki są bardzo zgrabnie poprowadzone, ale zaskakuje tutaj spokój oraz kameralność tej historii. Strzelanin oraz rozwałki nie ma tutaj zbyt wiele, lecz nie o to tu chodzi. Reżyser powoli buduje klimat Dzikiego Zachodu, który nie jest taki fajny. Z jednej strony mamy piękne plenery oraz zachwycającymi zdjęciami, lecz nie brakuje tutaj krwi, brudu, piachu. Jest też próba demitologizacji losów dwójki ikonicznych postaci, odzierając ich z otoczki romantyzmu. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi, ale ich drogi rozeszły się. Pat wydaje się stąpać twardo po ziemi, dla którego prawo i porządek stają się najważniejsze. Z kolei Billy stał się bandytą mimo woli, nie do końca dojrzałym (ksywa Kid nie wzięła się znikąd) człowiekiem, łatwo łamie słowa. Udaje się połączyć fikcyjną fabułę z prawdziwymi wydarzeniami, a wiele scen trzymało za gardło (próba przebicia się Garretta z Billym przez blokadę z ludzi miejscowego szeryfa czy finałowa konfrontacja).

the kid3

Nawet aktorsko jest tu więcej niż dobrze. Aczkolwiek jest jeden problem, czyli Jake Schur w roli Rio. Dzieciak stawia tutaj swoje kroki, więc nie spodziewałem się cudów. Wypada ok, choć w scenach bardziej dramatycznych (prośba o pomoc do Pata) bywa nadekspresyjny. Chris Pratt w roli głównego złego, czyli wuja, nie ma tu zbyt wiele do roboty. A najbardziej będzie się pamiętać jego brodę. Za to Billy oraz Pat to zupełnie inna para kaloszy. Szorstki Ethan Hawke w roli Pata znowu magnetyzuje, tworząc silną postać, trzymającą się zasad. Za to zaskoczył mnie Dane DeHaan jako Billy, który nie jest niewinny, ale bardzo zagubiony, trochę cyniczny. Sprawia tylko wrażenie twardego, ale naznaczonego przeszłością. Bardzo daleki od wizji znanej z legendy.

Film D’Onofrio nie będzie wielkim klasykiem westernu, ale jest na tyle solidnym dziełem, że nie da się przejść obojętnym. Pięknie wygląda, ma mocnych aktorów oraz dobrą rękę reżysera. Czekam na kolejne filmy, panie D’Onofrio.

7/10

Radosław Ostrowski

Podły, okrutny, zły

Ted Bundy – na pierwszy rzut oka wydaje się przystojnym, miłym facetem. Taki, co budzi dobre wrażenie, ma dobry kontakt z ludźmi i działa na kobiety. To jakim cudem udało mu się zabić ponad 30 kobiet? Czemu nikt tego nie zauważył? O tym postanowił opowiedzieć Joe Berlinger, tylko poszedł w innym kierunku.

podly okrutny zly1

Chyba każdy mniej więcej słyszał o tym seryjnym mordercy, którego proces był transmitowany w telewizji. Ale reżyser pokazuje całą historię z perspektywy jego dziewczyny, Liz. Poznali się na drinku, a ten dość szybko zadomowił się w jej domu. Dość szybko zbudował więź z dziewczyną oraz jej dzieckiem. Pewnym ryzykownym zabiegiem było nie pokazywanie scen mordu na ekranie. Dla wielu może to być niezrozumiała decyzja, ale rozumiem cel. Było nim zasianie wątpliwości, które mieli wszyscy ci, co oglądali proces w telewizji. Bo czy taki przystojny, inteligentny facet mógł dokonywać takie makabryczne zbrodnie? Zabijać, gwałcić, dusić? Ten myk dodaje sporo świeżości w pokazywaniu seryjnych morderców na ekranie. Bo zazwyczaj mamy albo perspektywę tropiących go śledczych, albo widzimy makabryczne zbrodnie sprawcy. Tu jest zupełnie inaczej, zaś przeskoki między Tedem a Liz dodają bardzo ciekawej perspektywy. Czy to oznacza, że reżyser wybiela postać Bundy’ego? O nie, nie, nie. Same zbrodnie są bardziej opowiedziane (sceny procesu), przez co mogą działać na wyobraźnię bardziej niż pokazanie makabry tuż przed naszymi oczami.

podly okrutny zly2

Reżyser bardzo konsekwentnie prowadzi swój pomysł do końca, pokazując bardzo opanowanego, spokojnego Bundy’ego. Przez co wątpliwości coraz bardziej się nasilają aż do samego finału, gdzie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. I tu poznajemy prawdziwe oblicze naszego bohatera, co dla nie znających sprawy, będzie bardzo szokujące. Spokojnie prowadzone jest to wszystko, a dla wielu problemem może być brak jakiegoś mocniejszego pazura. Czegoś, żeby bardziej walnęło i uderzyło.

podly okrutny zly4

Na mnie największe wrażenie zrobił jednak Zac Efron w roli głównej, co też było sprytnym zabiegiem. Bo przecież ten chłopaczek z idealnym wyglądem nie może dobrze wypaść jako seryjny morderca. Prawda? Ale to kolejna zmyłka, bo aktor absolutnie zaskakuje. Nie popisuje się wściekłym spojrzeniem, jest bardzo opanowany, choć w oczach i twarzy są takie mikrogesty, zmuszające do weryfikacji naszych przekonań. Równie świetna jest Lily Collins jako Liz, dla której miłość do Teda staje się ciężkim balastem. Relacja ta staje się toksyczna i mimo zakończenia tego etapu, on ciągle wraca jak bumerang. Chemia między tą dwójką jest bardzo silna, co dodaje wiarygodności. Choć na drugim planie przewija się masa znajomych twarzy (Jim Parsons, Haley Joel Osment, Kaya Scodelario czy sam James Hetfield z Metalliki), najbardziej wybija się John Malkovich jako sędzia. Z jednej strony sprawia wrażenie wyluzowanego i obracającego sytuację w żart, ale z drugiej zachowuje powagę sytuacji. Jego monolog (scena ogłaszania wyroku) ma w sobie dużo soczystości.

podly okrutny zly3

„Podły, okrutny, zły” odświeża filmowe portrety seryjnych morderców, dzięki oryginalnemu konceptowi oraz fantastycznemu aktorstwu. Dla wielu ta sztuczka może zadziałać odpychająco oraz być niezrozumiała, ale warto dać szansę temu tytułowi. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Doktor Freud

Zygmunt Freud – jedna z najważniejszych postaci przełomu XIX i XX wieku, tworzący silne fundamenty pod współczesną psychologią. Jego teoria dotycząca „kompleksu Edypa” była przełomem dla nauki, choć początkowo była odrzucona przez środowisko naukowe. Wreszcie o jego pracy postanowili sięgnąć filmowcy, zaś jednym z pierwszych był John Huston.

dr freud1

Cała opowieść zaczyna się w momencie, kiedy Freud popada w konflikt ze swoim przełożonym w Wiedniu, dr Meynerta. Wszystko dotyczy histerii – wówczas uważanej za chorobę kobiecą, będącą źródłem nerwic. Zygmunt decyduje się wyjechać do Paryża, gdzie poznaje profesora Charcota, mającego inne zdanie oraz wykorzystujący hipnozę do leczenia pacjentów (a to było nieuznawane za środowisko). Wraca do Wiednia, gdzie pojawia się na jego drodze dr Breuer, który prosi go o pomoc przy badaniu swoich pacjentów.

dr freud2

Scenariusz do filmu napisał znawca naukowca, słynny francuski filozof Jean-Paul Sartre, jednak mający ponad tysiąc stron tekst nie za bardzo nadawał się do ekranizacji. Twórcy skupiają się na pięciu latach badań Freuda, doprowadzających do odkrycia, że świadomość a myśli to nie jest to samo. A co jest źródłem histerii i czy dotyka tylko kobiet? Odpowiedzi na te pytania są poznawane bardzo powoli, zaś kluczowe są tutaj dwa wątki: badanie pacjentki Cecylii Koertner (kobieta cierpi na paraliż nogi i bezsenność) oraz męcząca tajemnica Freuda, która męczy go od momentu pogrzebu ojca (lekarz mdleje przed bramą cmentarza). Obydwa te „dochodzenia” są prowadzone za pomocą dialogów oraz ciągle odkrywanych retrospekcji z lekko „zasmugowanymi” ujęciami. Dla mnie problemem było – troszkę wrzucone na siłę – wątki dotyczące żony Freuda, które tak naprawdę niczego dla mnie nie wnosiły. Wrażenie za to robią monochromatyczne zdjęcia, bardzo szczegółowa scenografia oraz wyrazista muzyka Jerry’ego Goldsmitha (jedna z pierwszych dużych prac kompozytora), wykorzystująca elektronikę.

dr freud3

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach Montgomery Clift w tytułowej roli. Bardzo wycofany, wręcz powściągliwy, ale konsekwentnie dociekliwy i skupiony. Zwłaszcza podczas rozmów z pacjentką (mocna Susannah York) oraz ze swoim przyjacielem Breuerem (świetny Larry Parks), potrafi wyczuć swoją postać. No i ma pewne własne demony do poskromienia.

„Doktor Freud” to jeden ze spokojniejszych, bardziej kameralnych filmów w dorobku Hustona. Solidna biografia, skupiona przede wszystkim na naukowych dokonaniach lekarza, z wybijającą się rolą Clifta (jedną z ostatnich w karierze).

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Pierwszy człowiek

Przestrzeń kosmiczna to miejsce nieodgadnione. A filmów o eksploracji kosmosu powstało kilka jak „Pierwszy krok w kosmos” czy „Apollo 13”. Na pierwszy rzut oka „Pierwszy człowiek” wydaje się iść w tym tonie, opowiadając o życiu Neila Armstronga. Ale Damien Chazelle wykonuje tu skok na głęboką wodę z trzech powodów. Po pierwsze, jest to film biograficzny. Po drugie jest on oparty na cudzym scenariuszu (autorem jest Josh Singer, zdobywca Oscara za „Spotlight”). Po trzecie, dostał większy budżet (jakieś 60 milionów dolców). Czyżby nasza zdolna bestia zawarła pakt z diabłem i się zwyczajnie sprzedał Hollywoodowi?

pierwszy_czlowiek1

Wszystko zaczyna od lotu Armstronga samolotem X-15 a kończy się lądowaniem na Księżycu, które nie zostało wyreżyserowane w studio przez Stalneya Kubricka (tak twierdzą fani teorii spiskowych). Jednak jeśli spodziewacie się wiadra patosu, kilogramów efektów specjalnych oraz blockbusterowego przepychu, to… nie. „Pierwszy człowiek” bardzo mocno trzyma się ziemi i bardziej wygląda jak dokument niż dzieło dużej wytwórni, co było wielką niespodzianką. Narracja tutaj skupia się na samym Armstrongu, który jest bardzo wycofany, co pogłębia śmierć córki Karen, przez co „odcina się emocjonalnie” od swojej rodziny. Z drugiej strony mamy tą rywalizację z Ruskimi o dominację w przestrzeni kosmicznej, co jest kolejnym polem działań zimnej wojny. Ale co mniej najbardziej uderzyło, to realizacja tych ujęć. Kamera niemal przyjmuję perspektywę naszego bohatera, przez co podczas scen lotów czy treningów miałem wrażenie, jakbym to JA uczestniczył w tych lotach, szkoleniach czy treningach. To poczucie immersji przypominało mi „Grawitację” Cuarona, w czym pomaga udźwiękowienie (niemal ciągle wyginające się metale, pręty) oraz kamera skupiająca się na detalach i trzęsąca się niczym ofiara epilepsji. Tymi metodami Chzelle buduje napięcie, mimo znajomości finału, co pokazuje scena lotu Gemini 8, kiedy pojazd zaczyna koziołkować czy obserwując lądowanie na Księżycu.

pierwszy_czlowiek2

Ale jednocześnie Chazelle pokazuje, jak bardzo takie loty i misje były niebezpieczne dla pilotów. I ile ofiar pochłonęło to marzenie, by przekroczyć kolejne bariery poznania oraz rozwoju technologii, o czym dość niechętnie się wypowiada. Śmierć tutaj towarzyszy bardzo często, potęgując miejscami melancholijny klimat filmu. Bo wiele trzeba było prób i błędów tu na Ziemi, by nie powtórzyły się w kosmosie. Dla mnie problemem była tutaj dość skokowa narracja, pokazująca 8 lat z życia naszego astronauty oraz jego rodziny czy pokazanie członków NASA jako nie do końca poważnych gości. Jednak to wszystko rekompensuje wręcz znakomita reżyseria, balansująca między patosem, rozmachem, a kameralnością oraz rewelacyjna muzyka. Jest to zbalansowane wręcz perfekcyjnie.

pierwszy_czlowiek3

Wiele osób może mieć zastrzeżenie do obsadzenia Ryana Goslinga jako Neila Armstronga, który kolejny raz wciela się w wycofanego, tłumiącego emocje faceta. Problem jednak w tym, że ten casting zwyczajnie działa i łatwo było wejść w skórę zamkniętego w sobie człowieka, który jest bardzo konkretny i mało wylewny. Jeszcze to człowiek czy już robot? Widać, że jeszcze nie przepracował żałoby i tylko raz jego żona (świetna Claire Foy) stawia go do pionu, by powiedział synom, iż może nie wrócić z tego lotu. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy z małego i dużego ekranu jak Kyle Chandler (Deke Slayton), Corey Stoll (Buzz Aldrin), Ciaran Hinds (Bob Gilruth) czy Patrick Fugit (Elliott See), to dla mnie całość kradnie Jason Clarke w roli przyjaciela i sąsiada, Eda White’a. tutaj w zasadzie nie mam się do kogokolwiek przyczepić, nawet dzieci wypadają naturalnie.

Troszkę żałuję, że „Pierwszy człowiek” został olany przez wiele prestiżowych gremiów, bo to jeden z najlepszych filmów roku 2018. Bardzo kameralna jak na film z dużym budżetem, ale zrobiona po swojemu i niejako wbrew oczywistym schematom. Wiele ujęć i kadrów zostanie ze mną na długo, a eksploracja kosmosu jeszcze nie była tak intensywnym doświadczeniem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Can You Ever Forgive Me?

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć trudno w to uwierzyć. Jest rok 1991 i dla Lee Israel był to paskudny rok, ponieważ ta autorka biografii nie może znaleźć zatrudnienia. Z kolei jej materiał na nową książkę nie cieszy się zainteresowaniem nawet jej agentki. A z czegoś trzeba opłacić rachunki, kupić leki dla kota. Przypadkiem decyduje się sprzedać list, jaki otrzymała od Katherine Hepburn, własnoręcznie podpisany. Dostaje za to całkiem niezłe pieniądze i decyduje się na pewne oszustwo – sprzedawanie listów znanych postaci z literatury. I nie tylko, w czym pomaga dawno nie widziany znajomy Jack „Przystojniak” Hock.

can_you_ever_forgive_me1

Reżyserka Marianne Heller przedstawia historię samotniczki, próbującej odnieść sukces na polu zawodowym. A ciężko jest to zrobić, jeśli nie jest się „gorącym”, gwarantującym spore zyski autorem w wieku średnim. Wszystko osadzone w realiach Nowego Jorku początku lat 90., który jest tutaj pięknie fotografowany – zwłaszcza nocne ujęcia w mocnej, żółtej kolorystyce. I znów, niczym u Woody’ego Allena, krążymy po świecie wyższych sfer tego miasta – tutaj są nimi wydawcy oraz kolekcjonerzy korespondencji od zmarłych i cenionych literatów. To wszystko ma taki słodko-gorzki posmak, gdzie humor (miejscami nie pozbawiony ironii) współgra z poważnymi dramatami oraz wątkiem kryminalnym. A to wszystko pozwala troszkę głębiej wejść w świat naszej bohaterki, bardzo nieufnej, zamkniętej w sobie, ale też dość egoistycznej, szorstkiej, z niewyparzonym językiem. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że zwyczajnie zależał i obchodził mnie jej los, bo… było mi jej zwyczajnie żal. Równie głęboko jest zarysowane coś na kształt przyjaźni między Lee a Jackiem – dwójką outsiderów, których podejście do życia różni się ogromnie. Z jednej strony, rozwaga, planowanie i opanowanie, z drugiej czerpanie z życia garściami, wręcz hedonizm, ale bez popadania w przesadę. I to ten wątek bardziej mnie pociągał niż cała akcja z fałszowaniem listów oraz ich sprzedażą. Choć całość może pod względem formy nie zaskakuje, film ma swój elegancki styl w czym pomaga rozluźniająca, jazzowa muzyka oraz dialogi.

can_you_ever_forgive_me2

Jeśli coś wyróżnia nowy film reżyserki „Wyznań nastolatki” to aktorstwo z wysokiej półki. Sporym zaskoczeniem było obsadzeniem w roli głównej Melissy McCarthy. Aktorka znana z dużego talentu komediowego, ostatnio jednak zaliczała mniejsze lub większe wpadki z rubaszno-wulgarnym humorem w tle. Tutaj jest wyjątkowo stonowana, subtelniejsza, co pokazuje jej inne oblicze. Bardzo dobrze sobie radzi z tą trudną kreacją lekko zołzowatej, ale jednak budzącej sympatię kobiety. Jednak film kradnie cudowny Richard E. Grant, tworząc bardzo wyrazistą postać „niebieskiego ptaka”, jakim był Hock. Gej, diler narkotykowy, drobny złodziej z czarującą prezencją skupia całą uwagę do samego końca, nie popadając w banalne stereotypy, o co byłoby warto. I ten duet Grant/McCarthy jest kołem zamachowym tego filmu.

Bardzo żałuję, że ten film nadal nie ma w Polsce dystrybutora, bo trafiłby na dobry grunt. To sympatyczny, słodko-gorzki komediodramat w starym, dobrym stylu. Ci, co nie przepadali za Melissą McCarthy powinni po tym filmie się do niej przekonać.

7/10 

Radosław Ostrowski