Olive Kitteridge

Uchowaj nas od strzelb i samobójstw naszych ojców.
John Berrymann

Tytułowa Olive Kitteridge była nauczycielką matematyki, żoną aptekarza i matką Christophera. Poznajemy jej życie na przestrzeni 25 lat z jej życia, gdy syn dojrzewał, a kobieta powoli przechodziła w wiek starczy. Poznajemy ją jednak w dość ponurych okolicznościach – starą, zmęczoną kobietę idącą do lasu, żeby popełnić samobójstwo. I cofamy się w przeszłość.

olive_kitteridge1

Kolejna produkcja telewizyjna od HBO, tym razem zrealizowana przez Lisę Cholodenko. Niby takich obyczajowych opowieści znamy setki czy tysiące, jednak twórcy unikają prostych szablonów i schematów, unikając sentymentalizmu jak ognia. W ogóle nie ma tutaj ciepłych obrazków, a jeśli już, to tylko dzięki stronie plastycznej, skupiającej się na detalach (scena wesela Christophera). Rzeczywistość bardziej przypomina tą z „American Beauty”, gdzie uśmiechnięci i szczęśliwi ludzie są tak naprawdę zgorzkniali, niespełnieni, próbujący odebrać sobie życie i uwikłani w toksyczne związki. Humor jest tutaj złośliwy i gorzki jak lekarstwo, które trzeba łyknąć, choć nie smakuje. Drobne obrazki powoli układają się w jedną całość, chociaż chronologia jest zaburzona. I to te obserwacje dnia codziennego, powolne wchodzenie w starość, gdy trzeba zrobić bilans oraz interakcje z całym otoczeniem są clue tego serialu.

olive_kitteridge2

Można było pewne wątki dłużej rozwinąć i zbudować dłuższą opowieść, jednak Cholodenko trzyma się tego stonowanego i pozornie chłodnego dzieła. Nie działa to jednak usypiająco, co jest zasługą pewnej pracy reżyserki, świetnych dialogów oraz wnikliwej obserwacji. Serial troszkę przypominał mi sposobem opowiadania „Boyhood” Linklatera, jednak tutaj konstrukcja jest zwarta, pojawiają się dramaturgiczne uderzenia (śmierć Jacka, niedoszłe utonięcie przyszłej panny młodej czy udar męża Olive) i każda część łączy się w spójną opowieść o starości, poszukiwaniu szczęścia oraz… trzymaniu się życia, mimo wszystko. A otwarte zakończenie pozwala samemu dopowiedzieć ciąg dalszy.

olive_kitteridge3

Nie miało by to jednak takiej siły ognia, gdyby nieznakomite aktorstwo. Zacznę od wspaniałego drugiego planu i fantastycznego Richarda Jenkinsa – safandułowatego, naiwnego oraz ciepłego męża Olive, aptekarza Henry’ego. Jego melancholijne spojrzenie mówiło więcej niż słowa, a oddanie wobec żony nie budziło moich wątpliwości. Polubiłem tego faceta od razu. Podobnie jak świetnego Petera Mullana (nauczyciel Jim O’Casey), niezawodnego Billa Murraya (złośliwy i zrzędliwy Jack Kennison, który nie daje sobie w kaszę dmuchać) czy przeuroczą Zoe Kazan (pracownicę apteki Denise) – każde z nich zbudowało pełnokrwiste postacie, mając do dyspozycji kilka- lub kilkanaście minut.

olive_kitteridge4

Ale królowa jest tutaj tylko jedna i jest to wielka – napiszę to inaczej – WIELKA Frances McDormand. Olive w jej wykonaniu to jedna z najlepszych postaci kobiecych jakie kiedykolwiek się pojawiły. Zimna, złośliwa i nie bawiąca się w subtelności „królowa mrozu”, która nigdy się nie poddaje. Życzliwość i uprzejmość do dla niej oznaka słabości, ale pod tym chłodem kryje się ciepła i uczuciowa kobieta. Tylko trzeba to bardzo uważnie dostrzec, bo niuansów jest więcej niż się wydaje.

olive_kitteridge5

Kolejny dowód na to, że telewizja doścignęła kino dawno temu. „Olive Kitteridge” angażuje, dzięki precyzji wykonania, znakomitemu aktorstwu oraz ciekawej obserwacji obyczajowej.  Będę bardzo tęsknił za tym chłodem.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelnie proste

Zaczyna się klasycznie – właściciel baru Julien Marty wynajmuje prywatnego detektywa, by śledził jego żonę. Odkrywa on, że żona Marty’ego ma kochanka – kolegę z baru, Raya. Mężczyzna jeszcze raz wynajmuje detektywa, żeby zgasić ogień w majtkach swojej żony oraz jej gacha.

smiertelnie_proste1

Debiut braci Coen wydaje się niczym typowym w ich dorobku wpisując się w nurt kryminału, gdzie prosty plan musi się rozsypać, a działanie jednego człowieka wywołuje poważne perturbacje w życiu pozostałych. Początek – nie boję się użyć tego słowa – przebiega dość żmudnie i usypia bardziej niż jakakolwiek kołysanka. Dialogi są bardzo w stylu braci C., a mroczne zdjęcia Barry’ego Sonnenfelda bardziej niż z czarnym kryminałem, przypominał troszkę kino Davida Lyncha, balansującego na granicy rzeczywistości i snu. Tylko w ten sposób jestem w stanie wytłumaczyć irracjonalność zachowań bohaterów, a dokładniej jednego – Raya (irytujący John Getz). Pamiętajcie, jeśli znajdziecie swojego szefa martwego w barze/biurze/urzędzie (niepotrzebnie skreślić), najpierw weźcie pistolet, którym go zabito i schowajcie mu do kieszeni. A że będą tam wasze odciski palców i nie sprawdziliście, czy szef naprawdę nie żyję – to już jest inna kwestia. To akurat jest najskrajniejszy przykład idiotyzmu, a im dalej, tym głupiej – czasami miałem wrażenie, że detale gubiły się twórcom (zapalniczka schowana za rybami), a krwawy finał to jedyna scena trzymająca w napięciu do samego końca.

smiertelnie_proste2

Zdjęcia i muzyka potrafią zbudować klimat, jednak nudna fabuła oraz bardzo średnie aktorstwo działają odstraszająco. W tym ostatnim aspekcie broni się tylko M. Emmett Walsh (detektyw) ze swoimi powiedzonkami, kowbojskim kapeluszem, sprawiającym wrażenie niegroźnego i dowcipnego kolesia. W tej twarzy jednak pojawia się niebezpieczne spojrzenie, precyzyjnie działającego cwaniaka.

smiertelnie_proste3

„Śmiertelnie proste” miało być mocnym wejście, dzięki któremu Coenowie wybili się na szerokie wody. I było czymś takim, jednak z dzisiejszej perspektywy jest on dość archaiczny, a bardzo prosta i przewidywalna intryga działa bardzo nużąco. Po prostu następne filmy braciszków były dużo, dużo lepsze i ciekawsze od debiutu. Widziałem wersję reżyserską.

5/10

Radosław Ostrowski

Z Księżyca spadłeś?

Wiele mil kosmicznych stąd znajduje się planeta, gdzie mieszkają sami mężczyźni. Ich narządy rozrodcze są strasznie małe, więc rozmnażają się przez klonowanie. Wódz Grayston wysyła swojego najlepszego agenta, by przybył na Ziemię i zapłodnił jedną z kobiet, by dokonać podboju. Ale nie jest to takie proste jak się wydaje.

z_ksiezyca1

Mike Nichols zaczął nowy wiek od filmu, który odniósł kasową porażkę. Z czego to wynika? Być może z faktu, ze scenariusz napisało czterech kolesi (powszechnie wiadomo, ze gdy jest więcej niż dwóch scenarzystów, efekt jest zazwyczaj słaby). Sam humor oparty na seksie jest, niestety dość niskich lotów, choć taka metoda podboju i ubranie tego w komediowe szatki wydawało się całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że sama opowieść jest mało wciągająca, podejście naszego agenta (nazwiskiem Harold Anderson) jest zaskakująco naiwne i na początku jest to nawet zabawne. Jednak świszczący penis to nie jest zbyt fajna rzecz, a parę wątków (praca w banku, agent lotniczy tropiący naszego bohatera) nie do końca kleją się w całość. Jest parę niezłych gagów (nieudany seks), a i aktorzy też dają sobie radę (m.in. Annette Bening, Ben Kingsley, John Goodman czy grający główną rolę Garry Shamling).

z_ksiezyca3

Nie będę was jednak dłużej oszukiwał. Jako komedia jest nieśmieszna, choć punkt wyjścia był naprawdę ciekawy. Niestety, to najsłabszy film  karierze Nicholsa, który jest kompletną stratą czasu. Unikać jak kosmitę, chyba że jesteście nawaleni.

4/10

Radosław Ostrowski

Teoria spisku

Nowy Jork miał wielu taksówkarzy na ekranie, choć wśród nich najbardziej znany był Travis Bickle, bohater „Taksówkarza”. Jednak taki Jerry Fletcher to jest zupełnie inny egzemplarz. Facet jest kompletnym paranoikiem mającym fioła na punkcie teorii spiskowych, którymi dzieli się z prawnikiem z Departamentem Sprawiedliwości, Alice Sutton. Wszystko się zmienia, gdy taksiarz zostaje porwany przez tajniaków. I wtedy dzieją się rzeczy…

teoria_spisku1

Filmów z teoriami spiskowymi, które stają się prawdą była cała masa z nieśmiertelnym „JFK” na czele. Richard Donner nie miał aż takich ambicji jak Oliver Stone, tylko chciał zrobić dobry film sensacyjny. A że jest tak doświadczonym reżyserem, było spore prawdopodobieństwo sukcesu. Owszem, jest tu trochę klisz (sam przeciw wszystkim, obsesje, spiski, nieprzypadkowa znajomość dwójki bohaterów), ale udaje się twórcy zbudować paranoiczny klimat (czołówka!!!, mieszkanie Jerry’ego z wycinkami gazet), bez pójścia w stronę efekciarskiej rozpierduchy. Nie znaczy to, że nie ma tutaj scen akcji – nie mówię tu tylko o finałowej konfrontacji w psychiatry ku, ale tez o ucieczce Jerry’ego przywiązanego do siedzenia czy ataku na mieszkanie Jerry’ego. Całość ma dobre tempo, świetne zdjęcia (zwłaszcza te nocne i w ciemnych pomieszczeniach) oraz elegancką muzykę, która sprawnie buduje napięcie (jazzująco).  Poza pewnymi schematami, wadą jest tutaj typowo hollywoodzki finał (mdły lekko) oraz to, ze nasz bohater trochę łatwo radzi sobie z antagonistami (ale to pewnie z powodu swojej paranoi).

teoria_spisku2

Skoro reżyserem jest Donner, to główną role musiał zagrać jego ulubieniec – Mel Gibson. I rzeczywiście widać, że z jego bohaterem jest coś nie tak, a w rolach nie do końca normalnych ludzi sprawdza się bez zarzutu. Facet ma dziwaczne nawyki (wszystko zamknięte na szyfr, zbiera „Buszującego w zbożu”) i rozpowiada szalone teorie, ale jednocześnie skrywa pewną tajemnicę. Drugim mocnym punktem jest błyszcząca Julia Roberts, która jest dość mocno sceptyczna wobec rewelacji Jerry’ego i skrywa traumę. Ale mimo różnic podejścia jest odczuwalna chemia między tą dwójką i to nakręca ten film. Drugi plan to przede wszystkim niezawodny Patrick Stewart, czyli niejaki dr Jonas, którego tożsamość nie do końca jest jasna, tak jak motywy działania (jednak sprawniejsi kinomani domyślą się tego).

teoria_spisku3

Cóż, nie jest to najlepsze dzieło Donnera (gdyż jest nim „Zabójcza broń”), ale reżyser nie zawodzi i trzyma fason. Hollywoodzkość mocno widoczna pod koniec staje się poważną wadą, jednak szalony Mel oraz piękna Julia bronią ten tytuł. I nie jest to żaden spisek.

7/10

Radosław Ostrowski

Big Lebowski

Krótkie spodenki, szlafrok i klapki na nogach, a w ręku Biały Rusek i okulary na nosie – tak poniekąd wygląda. W papierach ma napisane Jeff Lebowski, ale woli być nazywany Kolesiem. Niby menel jakich wielu, jednak to jemu dwóch zbirów naszczało mu na dywan. Potem okazało się, że to pomyłka. Wzięto go za innego Jeffa Lebowskiego – strasznie dzianego gościa. Ale kiedy panu Lebowskiemu (nie mylić z Kolesiem) zostaje uprowadzona żona, Koleś wplątuje się w dość poważną kryminalną intrygę.

lebowski1

Ten film braci Coen przyniósł im status dzieła kultowego. Co wyróżnia braciszków od innych filmowców? Ich filmy zazwyczaj są albo prostymi opowieściami kryminalnymi, gdzie intryga ulega komplikacjom, obnażając chciwość, zło i głupotę ludzką (‘Fargo”) albo komediami z masą absurdalnego humoru („Arizona Junior”). Więc czym jest „Big Lebowski”? To wypadkowa obydwu konwencji – czarna komedia kryminalna, gdzie nie ma spraw oczywistych, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna (m.in. scena pokazania kręgielni czy odjechane „wizje” Kolesia – najsłynniejsza z nich to „Jaja w rynsztoku”). Już sam początek, gdy mamy wziętą z westernu melodię oraz zaczerpnięta z tego gatunku „jadący” kłąb zmierzający do Los Angeles – można być pewnym jednej rzeczy. Tak zacznie się przygoda waszego życia. A co po drodze? Porwanie, skomplikowana intryga, w której „jest wiele różnych czynników”,  kręgle, niemieccy nihiliści, wkurwiony Polak, artyści, Biały Rusek, kasa i takie tam. Wplątując się w cała historię, będziemy próbowali rozgryźć, co tu jest tak naprawdę grane, zaś zakończenie wywróci wszystko do góry nogami. I to wszystko okraszone kapitalnymi dialogami – takie filmy się po prostu przeżywa, a opowiadanie o nich mija się kompletnie z jakimkolwiek celem.

lebowski2

Jeśli chodzi o aktorstwo mógłbym wymienić tylko jedną osobę, a i tak by wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. A imię jego Jeff Bridges i jest to najbardziej rozpoznawalna rola tego aktora. Kim jest Koleś? To podstarzały hipis, który nie ma pracy, ma wszystko gdzieś i ma fajny styl. Przypadkowo wplątany w intrygę, która go przerasta, ale okazuje się, że nie jest do końca takim idiotą, za jakiego jest uważany. Poza nim nie można nie wspomnieć o Walterze Sobczaku, brawurowo zagranym przez Johna Goodmana. Narwany i agresywny Polak, który przeszedł na judaizm z jednej strony potrafi rozśmieszyć, z drugiej mocno balansuje na granicy obłędu i po części to on komplikuje całą sprawę. Poza nimi jest tu przebogata galeria postaci epizodycznych i drugoplanowych, zagrana przez gwiazdorską obsadę. Ale skoro ma się do dyspozycji takie osoby jak Julianne Moore (ekscentryczna artystka Maude Lebowski), Philip Seymour Hoffman (lokaj Brandt), Steve Buscemi (nieogarnięty Donny), Johna Turturro (Jesus Quintana – gracz w kręgle) czy Petera Stormare’a (nihilista Uli Kunker) to byłoby grzechem zmarnować taki potencjał.

Zdrowo kopnięty i dla wielu mocno porąbana historia. Dla mnie do bracia Coen w najczystszej postaci oraz w najwyższej formie. Jeśli jeszcze nie mieliście jeszcze kontaktu z tego typu kinem, musicie koniecznie to nadrobić. Wasze zdrowie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Piąta władza

Jak wymyślił Monteskiusz, władza dzieli się na trzy części: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ale nieoficjalnie wytworzyła się władza czwarta, czyli media, czego francuski myśliciel nie przewidział. Nawet współcześni dziennikarze nie byli w stanie przewidzieć, że powstanie piąta władza, która spróbuje zniszczyć wszystkie poprzednie. Tak narodziło się WikiLeaks, a wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy niemiecki informatyk Daniel Berg poznał Juliana Assange’a.

piata_wladza1

I o tym próbuje opowiedzieć najnowszy film Billa Condona („Kinsey”, „Dreamgirls” czy finał Sagi „Zmierzch”), który jest pewną mieszanką. Z jednej strony mamy biografię, która skupia się na blondwłosym przywódcy ruchu ujawniającego tajne dokumenty, pokazujące nadużycia władzy. Jednak pokazanie gościa z laptopem w ręku, który tylko przyciska klawiszami, było mało atrakcyjne dla filmu, więc pojawiają się elementy thrillera – spotkania z informatorami, obserwacje przez CIA, polowanie i potajemne rozmowy. To uatrakcyjnia historię, przenosząc ją z miasta do miasta (od Niemiec przez Islandię) i nadając odrobinę szybsze tempo. Punktem przełomowym jest dotarcie do dzienników wojskowych USA oraz korespondencji dyplomatycznej, nie tylko dla filmu, ale i głównych bohaterów, co doprowadza do rozłamu między nimi. Nie dość, że jest to naprawdę sprawnie zrealizowane (choć parę razy kamery drży, a napięcie od połowy tylko rośnie, potęgowane przez elektroniczną muzykę Cartera Burwella), ogląda się to z dużym zainteresowaniem, nawet znając rozwój wypadków. I to była dla mnie spora niespodzianka, bo tak się chyba rodzi historia.

piata_wladza2

W dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. W szczególności wyróżnia się Benedict Cumberbatch w roli Assange’a. Ten blondyn w jego interpretacji na początku sprawia wrażenie charyzmatycznego przywódcy, który wierzy w słuszność swoich działań (anonimowość informatorów i przekazywanie informacji bez edycji). Ale potem staje się manipulatorem i oszustem, posuwającym się do wszystkiego, skrywającym niejedną tajemnicę. Przeciwieństwem jest Daniel Berg, w równie przekonującym wykonaniu Daniela Bruhla – stonowany, rozsądny i zafascynowany swoim kolegą. Ale tylko do czasu. Poza tym duetem, drugi plan jest dość bogaty – od niezawodnych Stanleya Tucci (James Boswell) i Davida Thewlisa (dziennikarz Nick Davies) przez dawno nie widzianą Laurę Linney (dyplomatka Sarah Shaw) i Carice van Houten (Brigitta, współpracowniczka Assange’a).

piata_wladza3

Sam Assange uznał „Piątą władzę” za propagandę. Jednak zakończenie daje wiele do myślenia i stawia pytanie: co tak naprawdę wiemy o Assange’u i WikiLeaks? No właśnie. Ale może być początkiem poszukiwania prawdy o całej tej sprawie.

7/10

Radosław Ostrowski

Simone

Victor Taransky jest reżyserem filmowym, który swoje najlepsze lata już ma za sobą, a kino zmieniło się totalnie. Przy pracy nad kolejnym filmem, żadna aktorka nie chce z nim współpracować przy nowym filmie. I wtedy pojawia się pewien programista, który stworzył program tworzący żywą kobietę, która zostaje jego aktorką – Simone. Tylko jak to ukryć?

simone1

Andrew Niccol to sprytny i łebski scenarzysta. Przynajmniej za takiego był uważany, gdy napisał „Truman Show” zrobione przez Petera Weira. Tutaj mamy z jednej strony komedię będącą satyrą na środowisko filmowe, gdzie gwiazdy mogą zerwać kontrakt z tak błahego powodu jak brak odpowiedniej odległości do przyczepy, drwiny z mediów i mas będących w stanie kupić wszystko, co im się da (film nakręcony przez lipną aktorkę, która… żre ze świniami z koryta wywołuje aplauz i entuzjazm). Z drugiej strony jest tu dramat reżysera, który chce „ją” wykorzystać, by wrócić do pierwszej ligi. Ale bardzo niebezpieczne okazuje się stworzenie takiego dzieła, bo nikt nie uwierzyłby w to, że ona nie istnieje. Pomysł jest świetny, realizacja już nie do końca, bo humor zaczyna się powtarzać (finał jest jednak naprawdę mocny i niespodziewany) i chyba nie do końca wiadomo, w którą stronę ten film ma pójść.

simone3

Aktorzy częściowo bronią ten tytuł i dzięki nim dobrze się go ogląda. Al Pacino to Al Pacino – zawsze przykuwa uwagę, nawet jeśli nie jest w najlepszej formie. Tutaj też daje sobie radę jako uwspółcześniony Pigmalion. Zarówno jako pomysłowy filmowiec, jak i kompletnie „uzależniony” od swojego dzieła, twórca wypada naprawdę dobrze. Wspierają go tutaj niezawodna Catherine Keener (była żona i szefowa Elaine), niezła Evan Rachel Wood (córka Lainey) i Winona Ryder (aktorka Nicola Anders) oraz duet Jason Schwartman/Chris Coppola (dziennikarze Echo). Jednak tak naprawdę najciężej miała Rachel Roberts, bo zagrać ideał jest zawsze trudno. No i poradziła sobie.

simone2

Mam lekki niedosyt, jednak to zgrabne połączenie dramatu i komedii wypadło zaskakująco dobrze. Miejscami bawi, miejscami zastanawia, ale mam nadzieję, że jeszcze nie dojdzie do takiej sytuacji, że wszyscy aktorzy będą komputerowi, chociaż kto wie.

7/10

Radosław Ostrowski

Carter Burwell – Rob Roy

Carter Burwell - Rob Roy

W 1995 roku pojawiło się wiele filmów historyczno-przygodowych jak „Rycerz króla Artura” czy „Braveheart”. I wtedy tez też pojawił się kolejny film, który tak jak ostatni z wymienionych toczył się w Szkocji, ale bohaterem był kolejny szkocki bohater, Robert Roy McGregor zwany Rob Roy. To kolejna ciekawa produkcja filmowa, która trochę została zapomniana. Podobnie się stało z muzyką.

burwellTym większe było zaskoczenie, bo jej autorem jest Carter Burwell – kompozytor znany ze współpracy z braćmi Coen, ale nigdy nie mający styczności z wysokobudżetowymi produkcjami. Jednak efekt był dla wielu osób zaskakujący, choć tematyka jest bardzo surowa (zemsta, krwawe porachunki, gwałt) to muzyka jest tutaj bardzo romantyczna i liryczna. Zaś przez większość czasu słyszymy temat przewodni pojawiający się juz w uwerturze otwierającej, gdzie słyszymy – smyczki irlandzkie, harfę, flety i bębny. W połowie następuje zmiana i smyczki ustępują miejsca dudom (uileean pipes) i bębnom oraz wokalizom Karen Matheson z wspierającego muzykę zespołu Capercaille.

Ten miłosny temat przewija się na płycie wielokrotnie (zagrany bardzo delikatnie jak w „Home from the Hills” czy rozpisany na całą orkiestrę w finale), ale dość intensywne wykorzystanie tego tematu może wywołać znużenie. Burwell konsekwentnie wykorzystuje ludowe instrumentarium, co na pewno pomaga zbudować klimat filmu i dopomaga orkiestrę jak w „Blood Sport” z lekko fanfarowymi trąbkami, które w połowie zastępują dudy czy w naprawdę skocznym „Gaelic Reels” rozpisanym na bębny, smyczki, flety i klaskanie. Trzeba być naprawdę uprzedzonym do ludowego grania, by odrzucić tą muzykę.

Zaś zespół Capercaille jeszcze parokrotnie wykorzystuje swoje możliwości i przewija się parokrotnie, zwłaszcza wokalistka Karen Matheson, której głos naprawdę porusza („Ailein Dunn” czy „Morag’s Lament”). Trzeba też pochwalić Burwella za muzykę w scenach akcji, gdzie bazuje on na oryginalnych brzmieniach z użyciem perkusyjnych instrumentów jak w „Troops in the Mists” czy „Rannoch Moor Suite” (bardzo delikatny fortepian, smyczki). Klasycznie brzmienie instrumentów symfonicznych przewija sie w „Honor Inflamed”, gdzie bardzo ponuro brzmi temat przewodni grany na smyczkach z kotłami.

Burwell nigdy wcześniej ani później nie miał do czynienia z wysokobudżetowymi produkcjami. A szkoda, bo „Rob Roy” pokazuje drzemiący w nim potencjał i być może stałby się bardziej rozpoznawalnym muzykiem, który jakoś nie może przebić się do czołówki. Jeśli kogoś nie razi silne użycie ludowych brzmień, „Rob Roy” powinien być zadowalającym dziełem i jest to jedna z najlepszych prac Burwella.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Rob Roy

Rok 1713. W Szkocji dochodzi do poważnych spięć między angielską arystokracją a szkockimi klanami. Jednym z takich górali jest Robert Roy McGregor – człowiek uczciwy i prawy, który jest przywódcą swojej miejscowości. Zwraca się on z prośbą do markiza Montrose o pożyczkę na zakup bydła. Jednak jego zausznicy, Killean i Archibald Cunningham knują intrygę, okradając go. Markiz może zapomnieć o długu pod warunkiem, że Szkot skłamie wobec księcia Agryll. Odmawiając, ściąga na sobie jego gniew.

rob_roy1

Walter Scott był takim szkockim Sienkiewiczem, który pisał powieści historyczno-przygodowe ku pokrzepieniu szkockich serc, zaś Rob Roy stał się odpowiednikiem naszego Janosika. Adaptacji w 1995 roku podjął się scenarzysta Alan Sharp i reżyser Michael Caton-Jones. Choć wydawało się, że będzie to nudna i dość przewidywalna opowieść, to jednak reżyserowi udaje się wciągnąć i przykuć uwagę. Historia jest nieźle opowiedziana, dobrze zrealizowana (piękne plenery Szkocji – w ogóle zdjęcia są naprawdę dobre), montaż bywa pomysłowy, zaś sceny akcji (niewiele ich) są zrobione naprawdę porządnie, choć to bardziej kameralne kino (zwłaszcza finałowy pojedynek). Nasuwały się skojarzenia z „Braveheart”, ale nie porównywałbym tych filmów tak bardzo. Bywa przewidywalne, ale udaje się zaangażować i przeżywać emocje bohaterów.

I a propos bohaterów, od strony aktorskiej jest naprawdę dobrze, choć najbardziej błyszczą trzy postacie. Reszta, choć jednowymiarowa, też jest zagrana porządnie. Tytułową rolę zagrał Liam Neeson i jemu wierzymy, choć jest tak szlachetny i prawy jak tylko to może być. Roy jest przede wszystkim człowiekiem honoru, który jest dla niego najwyższą wartością. Jego przeciwieństwem jest żona Mary (świetna Jessica Lange), która bardziej kieruje się rozumem niż honorem. Najwyborniej z całej trójki wypada Tim Roth, który tutaj wciela się w kompletnego drania, pozbawionego emocji i mającego najgorsze możliwe wady. Już jego sama obecność wzbudzała nienawiść i chyba o to tu chodziło.

rob_roy2

Caton-Jones nie zawiódł i nakręcił kolejny udany film. Ta dobra passa miała trwać długo, zaś „Rob Roy” uważany jest za jedno ze szczytowych dokonań tego reżysera, co i ja mogę tylko potwierdzić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Carter Burwell – In Bruges

In_Bruges

To było jedno z zaskoczeń roku 2008. „In Bruges” (w Polsce pod wyjątkowo finezyjnym tytułem „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”) to czarna komedia z wątkiem kryminalnym. Dwaj cyngle Ray i Billy na polecenie szefa Harry’ego przyjeżdżają do Brugii, czekając na dalsze instrukcje. Zwiastun zapowiadał dynamiczne kino z dość rubasznym żartem, a okazało się mieć błyskotliwe dialogi, wyraziste postacie oraz klimat Brugii, spotęgowany także dzięki muzyce.

To zadanie przypadło Carterowi Burwellowi – zdolnemu kompozytorowi znanemu ze współpracy z braćmi Coen, ale jednocześnie jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów. Wydana przez Lakeshore Records ścieżka zawiera 24 utwory, z czego 4 to kompozycje nie napisane przez Burwella i przeplatają się one z jego ścieżką. Ale o dziwo, nie gryzą się one z partyturą, a nawet się ciekawie uzupełniają. W zasadzie tą ścieżkę budują trzy tematy: temat Brugii, temat nazwijmy go winy oraz Harry’ego. Pierwszy pojawia się tutaj bardzo często w różnym instrumentarium – to bardzo refleksyjny temat, który jest w pewnym sensie wizytówką tego filmu, pojawia się w kluczowych momentach i brzmi świetnie, choć pojawia się trochę za często, co może być wadą (m.in. „Prologe”, „Medieval Waters” czy „Dressing for Death”). Drugi temat pojawia się po raz pierwszy w „The Little Dead Boy” i przypomina ten pierwszy i nie pojawia się tak często jak tamten. Ale wraz z pojawieniem się tematu Harry’ego, ścieżka nagle przyśpiesza i nabiera rumieńców. Opadające i wznoszące się smyczki, fortepian, bębny i perkusja nadają lekkiej dynamiki, która pojawia się m.in. w „Harry Walks” czy „The Kiss Walk Past”.

Zaś jedyna w filmie scena akcji (pościg Raya za Harrym) w muzyce zostaje rozbity na dwie części. „Shootout Part 1” zaczyna się jak temat Harry’ego, ale potem dołącza gitara elektryczna, perkusja wali jak szalona, wszystko przyśpiesza ze smyczkami włącznie. Druga część jest znacznie spokojniejsza, zaczyna się jak wariacja tematu Harry’ego z wyraźnie słyszalnymi bębnami oraz bardzo nerwowymi smyczkami w połowie, a w ostatniej minucie robi się naprawdę posępnie za sprawą fagotu.

To tyle, jeśli chodzi o muzykę Burwella, która w filmie wypada rewelacyjnie, a poza nią też się słucha dobrze. Wspomniałem o utworach śpiewanych, tu wybrano dość ciekawy zestaw – ballada „St. John’s Gambler”, pop-rockowe „The Milkman”, irlandzkie „On Rigley Road”, koncert Schuberta oraz wieńczące album kapitalne „2000 Miles”.

Jako całość muzyka do „In Bruges” to jedna z najlepszych prac Burwella – pomysłowa, wręcz idealnie współgrająca z obrazem, bardzo dobrze wydana i może trochę monotonna, ale nadal przyjemna w odsłuchu. Jeśli będzie mieli okazję, odwiedźcie Brugię zimą.

8/10

Radosław Ostrowski