Las, 4 rano

Cała historia skupia się na pewnym mężczyźnie. Gdy go poznajemy, jest on człowiekiem biznesu, czerpiącym garściami z życia. Bogaty, jeżdżący na motorze, bierze dragi i wyrywa kobiety. Parę minut filmu później ten sam mężczyzna mieszka w leśnej ziemiance, oddalony od całego świata, żywiąc się tym, co natura oferuje. Skąd ta nagła zmiana otoczenia? Wtedy w jego życiu pojawia się 13-letnia Madzia.

las_4_rano1

Jan Jakub Kolski to reżyser coraz bardziej nieobliczalny, który dawno opuścił swój baśniowy świat. Ostatnio przygląda się rzeczywistości tak, jak wygląda – burej, bardzo szarej, z postaciami skrywającymi mroczną tajemnicę. Tak w było w przypadku „Zabić bobra”, nie inaczej jest tutaj. Reżyser (i jednocześnie autor zdjęć) tworzy kino bardzo hermetyczne, oparte na szczątkowej fabule, małej ilości dialogów oraz tajemnicy. Wszystko jest skupione na postaci granej przez Krzysztofa Majchrzaka (powrót po 10 latach!), który dominuje na ekranie. Jaka trauma skrywa się pod tym wielkoludem o ciele niedźwiedzia? Ten odludek odcięty od cywilizacji, żywiący się tym, co znajdzie i upoluje, coraz bardziej zaczyna odlatywać (wykopanie dołu, w którym śpi), a jego relacja najpierw z prostytutką Natą (dobra Olga Bołądź) oraz pojawiającą się Madzią (niezła Maria Blandzi) pozostają równie zagadkowe. Skoro pierwsza mogłaby być jego kochanką (ale nie korzysta), a druga córką, czemu trzyma je na dystans, unika bliskości?

las_4_rano3

Pojawia się wiele pytań, lecz nie należy się spodziewać jakichkolwiek odpowiedzi (nawet cytaty z Księgi Hioba wydają się słabą poszlaką). Pewne sceny potrafią poruszyć jak nauka zastawiania pułapek czy bardzo smutny finał, jednak Kolski stawia na niedopowiedzenie, nie oferując zbyt wiele w zamian. Może poza niejednoznacznym finałem.

las_4_rano4

Wydaje się, że „Las, 4 rano” to historia o radzeniu (właściwie) nie radzeniu sobie z traumą, tylko że forma wybrana przez Kolskiego działa odpychająco i odbiłem się od niego. Rwany, szybki montaż, powolne kadry, dialogi jakby improwizowane. Tylko, że niewiele z tego wynika, a akcji jako takiej tu nie ma, przez co ogląda się to ciężko. Sama mocna rola Majchrzaka to za mało, by przebić się przez tą sferę.

4/10

Radosław Ostrowski

Plac zabaw

Debiutanci coraz bardziej się rozpychają na naszym kinie, próbując z jednej strony sięgać po mocne i poważne tematy, z drugiej bawić się w kino gatunkowe. Pełnometrażowy debiut Bartosza M. Kowalskiego próbuje być połączenie pierwszego z drugim. Dramat z thrillerem, próbujący być zaangażowany.

plac_zabaw1

Początek jest bardzo spokojny, gdzie powoli poznajemy trójkę bohaterów: Gabrysię, Szymona i Czarka. Wszystko toczy się bardzo niespiesznie, zaczynamy poznawać – chciałoby się powiedzieć – dzieci, lecz w przypadku dwóch ostatnich ciężko mi to przechodzi przez gardło. Pierwszy opiekuje się swoim niepełnosprawnym ojcem, drugi mieszka z niemowlakiem w jednym pokoju i ma wyjebane na matkę i brata. Reżyser chce w ten sposób pokazać skąd bierze się zło, a dorośli są tutaj kompletnie nieobecni. Nie reagują na nic, są obojętni (matka Czarka), a próby reakcji kończą się klęską. Wszystko bazuje na długich ujęciach (w sporej części zza pleców postaci) oraz niemal klasyczną muzykę w tle.

plac_zabaw2

To spokojne, wręcz powolne tempo wielu może nie wytrzymać i ja też czasami usypiałem. Do czasu, gdy dochodzi do dwóch scen przemocy: psychicznej (chłopaki nad Gabrysią) oraz fizycznej w finale. Ale ten pierwszy wątek zostaje porzucony i niepotrzebny. Tutaj reżyser niby pokazuje to z daleka, ale niemal czuć każdy cios zadawany przez bohaterów i niemal bezsilność wobec faktu bycia tylko obserwatorem. A finał tylko ma wyłącznie zaszokować i nie jest to w żaden sposób podbudowane, brakuje napięcia.

plac_zabaw3

Poza dobrą realizacją, trzeba pochwalić aktorów młodych. U nas jest z tym problem, by aktor dziecięcy, jeszcze nie posiadający doświadczenia wypadł naturalnie przed ekranem, a tutaj nie czułem ani zgrzytu, ani fałszu w żadnym słowie. Nawet jeśli czasami miałem problem ze zrozumieniem tego, co mówią. Sami dorośli są tutaj tylko i wyłącznie statystami (najbardziej w pamięć zapadła mi matka Czarka i ojciec Szymona), bo skupiono się na dzieciakach. I ten zabieg jest w pełni uzasadniony.

„Plac zabaw” z jednej strony ma coś ważnego do powiedzenia, z drugiej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam wydmuszkę (zwłaszcza pod koniec). Reżyser jest świadomy materii i wie, co chce opowiedzieć, za co należy pochwalić. Wierzę, że Kowalski jeszcze pokaże, na co go stać.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaćma

Julia Brygisterowa to jedna z najbardziej zagadkowych postaci okresu PRL. Bezwzględna prokurator czasów stalinowskich, zajmująca się inwigilacją Kościoła, pod koniec swojego życia nawróciła się ku Bogu i zmarła jako żarliwa katoliczka. Postać pełna sprzeczności, która zasługuje na bliższe poznanie. „Zaćma” to próba poznania tej niejednoznacznej bohaterki.

zama1

Punktem wyjścia dla opowieści jest spotkanie „Krwawej Luny” (tak nazywano Brygisterową ze względu na swoje okrucieństwo) z prymasem Wyszyńskim. Miejscem spotkanie był Zakład dla Niewidomych w Laskach, prowadzony przez zakonnice. Kobieta, będąca już teraz osobą prywatną, nie ma takich wpływów i znajomości. Sama jest poddana inwigilacji (narracja z offu), traktowana przez księży tak, jak swoich więźniów podczas przesłuchania, tylko bez stosowania tortur. Tylko, że Bugajski nie jest w stanie wejść głębiej i brakuje zwyczajnie odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego Brygisterowa chce się nawrócić? Czy to wynika z próby przewartościowania, strachu przed oskarżeniami o przeszłość czy dawno skrytymi wyrzutami sumienia? Czyli co było przyczyną zmiany?

zama2

Reżyser idzie niebezpiecznie w stronę banału i kiczu. W retrospekcjach kobieta przedstawiana jest jako ta zła, brutalna i bezwzględna. Jakby to była adaptacja jakiegoś komiksu – skrajnie przerysowana, niepoważna, z nachalną symboliką (Ewangelia wg Mateusza, więzień przypominający Chrystusa i pojawiający się w Kościele jako ukrzyżowany). Dlatego tak trudno mi było uwierzyć w tą przemianę, jak i samą bohaterkę. Nie pomagają w tym też dialogi, bardzo mechaniczne, czasami skrajnie urzędowe, a rozmowa Julii z prymasem ogranicza się do rzucania nazwiskami filozofów oraz banałów o wierze, winie, karze, dokupieniu. I do tego ta sakralna muzyka w tle – chyba bardziej się nie da.

zama3

Tak naprawdę całość przed porażką ratuje strona wizualna. Piękne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, ze świetnym oświetleniem potrafią zbudować klimat epoki. Także wręcz surowa scenografia może się podobać. Ale aktorsko wybijają się dwie role: Maria Mamona jako Brygisterowa oraz Janusz Gajos w roli niewidomego księdza, mającego do pogadania z kobietą. Aktorka bardzo sugestywnie pokazuje zagubienie bohaterki, która się miota, wręcz wypiera się swojej przeszłości, a największe wrażenie robi podczas rozmowy ze szpiclem, gdzie odzywa się jej dawny charakter. Gajos z kolei skrywa pewną tajemnicę i jego rozmowy z panią prokurator mają wiele iskier.

zama4

Bugajski chyba podczas kręcenia „Zaćmy” dostał chwilowego oślepienia, bo film jest sporym rozczarowaniem. Historia mogąca wywołać dyskusję na temat nieobliczalnego charakteru człowieka, staje się banalnym dyskursem na temat wiary i przeszłości. Potencjał zmarnowany po całości.

5/10

Radosław Ostrowski

W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski

Manchester by the Sea

Poznajcie Lee. To mężczyzna już nie młody, mieszkający w Bostonie i pracujący jako cieć oraz złota rączka. Nie sprawia wrażenia miłego gościa – taki wycofany, zamknięty w sobie i raczej nieprzyjemny, a życie prowadzi dość stabilne. Ale pewnego dnia dostaje telefon – jego brat mieszkający w Manchester umiera, trzeba zorganizować pogrzeb. Powrót do dawnego domu dla Lee miał trwać krótko, jednak testament brata wywraca wszystko do góry nogami: ma zostać opiekunem jego syna, Patricka, aż do pełnoletności. Mężczyźnie nie odpowiada to za bardzo, gdyż przeszłość i demony odzywają się.

manchester1

Pozornie film Kennetha Lonergana to zwyczajne kino obyczajowe, gdzie nic się nie dzieje (tylko pozornie), ale to tylko złudzenie. Powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę Lee – człowieka, który kiedyś miał rodzinę, piękne córki i żonę. Właśnie miał. Nie powiem wam, co się stało, ale to wydarzenie pokazane jest tak, że mnie chwyciło za gardło i czułem jakby coś pękło, rozumiałem bohatera oraz to, dlaczego nie chciał znowu się pojawić tutaj. Żeby było jeszcze ciekawiej, reżyser miesza chronologię i robi to tak płynnie, że nie można się w tym wszystkim pogubić, co jest zasługą świetnego montażu. Ciągle czekałem na to, co zrobi Lee i jak poradzi sobie z własną winą, prześladującą go od wielu lat oraz jak będzie w stanie nawiązać relację z siostrzeńcem. Na tym opiera się cała siła tego filmu, pełnego kipiących emocji, których nie jestem w stanie opisać – żadne słowa nie potrafią. Nawet ta wręcz „sakralna” muzyka i odrobina czarnego humoru (złośliwość rzeczy martwych) tylko dodają ciężaru do całości.

manchester2

Poza świetnym scenariuszem, całość trzyma na sobie Casey Affleck jako Lee. Pozornie wydaje się takim flegmatycznym gościem, nie wypowiadającym zbyt wiele słów. Ale aktor koncertowo pokazuje jego wściekłość (stłuczenie pięścią szyby w oknie), ból, żal i poczucie beznadziei. Jakby ciągle zasługiwał tylko na karę, a szczęście odeszło raz na zawsze. Trudno przejść obojętnie wobec człowieka, którego los na pewno paru osobom pozwoli odbić się jak w lustrze. Partneruje mu Lucas Hedges w roli irytującego, zagubionego Patricka. Panowie razem muszą się dogadać i te interakcje między nimi są najsilniejszym atutem, wygranym bez cienia fałszu. Poza nimi nie można nie wspomnieć o świetnym Kyle’u Chandlerze jako wspierającym bracie Joe oraz Michelle Williams (Randi, była żona), która jedną sceną kradnie film (pierwsza rozmowa po latach na ulicy, gdzie oboje próbują sobie wiele powiedzieć, lecz nie potrafią).

manchester3

„Manchester” to bardzo skromne, ale poruszające, trzymające mocno za gardło kino, nie pozwalające o sobie zapomnieć. Nawet jeśli historia pozostaje otwarta, nie dając nadziei, to wierzę, że naszemu bohaterowi jeszcze wszystko się wyprostuje. Naprawdę w to wierzę, że coś się zmieni w tym życiu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

13 godzin: Tajna misja w Benghazi

Libia po 2011 roku przestała być spokojnym krajem. Kiedy obalono Kadafiego, wydawało się, że demokracja uczyni ten kraj wolnym, szczęśliwym i wspaniałym. Zarówno Trypolis jak i Benghazi stały się najniebezpieczniejszymi miejscami na świecie. To właśnie tam we wrześniu 2012 w rocznicę zamachów terrorystycznych doszło do ataku na amerykańską ambasadę oraz tajną bazę CIA, szukającej niebezpiecznej broni chemicznej i nuklearnej na czarnym rynku. Ochroną kryjówki zajęło się sześciu kontraktowych najemników, którzy byli zdani tylko na siebie.

13_godzin1

Brzmi znajomo? Skojarzenia z „Karbalą” i „Helikopterem w ogniu” nasuwają się same, a całość ma wiele elementów, by stać się klasykiem kina akcji. Największy szok przeżyłem, gdy zobaczyłem kto odpowiada za ten film. To sam Michael „Transformers” Bay, czyli facet lubiący wielką rozwałkę za wielkie pieniądze, jest do bólu amerykański jak się da (patos na cm taśmy filmowej przekracza wielokrotne normy dla osób spoza USA), a prawdziwymi gwiazdami są popisy pirotechniczne i efekty komputerowe. Więc spodziewałem się rozpierduchy, patosu oraz kompletnego gniota. A tymczasem dostałem pełnokrwiste, męskie kino akcji z flakami, bez chodzenia na kompromisy w pokazywaniu rzezi na ekranie.

13_godzin2

Bay oczywiście korzysta z ulubionego arsenału, ale jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Unika wskazywania palcem odpowiedzialnych za ten stan oraz wątków politycznych, jednak nie jest tak bardzo zapatrzony w Amerykę jak do tej pory. Gwieździsty sztandar tutaj jest dziurawiony jak sity albo znajduje się kompletni brudny w pobojowisku, biurokracja i głupota stają się ciężkimi barierami do przekroczenia. Widać to mocno w postawie szefa komórki, mówiącego wprost: „Nie wchodźcie nam w drogę”. Tych sześciu wyszkolonych komandosów, co niejedno przeszli i widzieli, mogą liczyć tylko na siebie, swoje doświadczenie oraz sprzęt. Jednocześnie Bay nie przedstawia mieszkańców Libii jako islamskich fanatyków, co by chcieli tylko mordować Amerykanów (napisy końcowe oraz postać tłumacza Ahmeda).

13_godzin3

Kiedy jednak dochodzi do akcji, czyli 13 godzinnego oblężenia, a wcześniej odbiciem ludzi z ambasady, Bay wciska gaz do dechy. Już wcześniej parę razy buduje napięcie, zwłaszcza gdy nie wiadomo czy osobnik po drugiej stronie to przyjaciel czy wróg. Strzelaniny, popisy pirotechników wyglądają niesamowicie. Nocne ujęcia (Dion Beebe!!! – facet pracował przy „Zakładniku” oraz „Na skraju jutra”) wyglądają znakomicie, adrenalina ciągle jest podkręcana i razem z bohaterami czeka się. Na pomoc, kolejny atak, chwilę oddechu. Może i bohaterowie nie są jakoś specjalnie rozbudowani czy przedstawieni, ale chemia między nimi jest bardzo silna. Nawet finał wydaje się dość gorzki, nawet jak na happy end.

13_godzin4

Reżyser postawił też kompletnie na niezbyt znane twarze, co tylko dodaje realizmu całości. Ekipie przewodzi tutaj John Krasinski jako nowy członek grupy John Silva, który jako jedyny – poza dowódcą Ronem (świetny James Badge Dale) – jest bardzo mocno zarysowany i wiemy więcej niż pozostałych ludziach. Może rozmowy między nimi nie są jakieś bardzo głębokie, ale tym bohaterom po prostu się wierzy. Nocą trudno rozróżnić ich (wszyscy brodaci i niewiele widać), jednak nie przeszkadza to.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Michael Bay jest w stanie zrobić dobry film, wyśmiałbym każdego. Ten filmowiec swoje najlepsze dzieła robił w połowie lat 90., gdzie pozwalał sobie na teledyskowy montaż, podkręcał tempo i mógł sobie na wiele pozwolić. „13 godzin” ma świetne tempo, jest fantastyczne pod względem wizualnym oraz ma coś więcej do powiedzenia niż tylko przedstawić widowiskową jatkę. Jestem pod wielkim wrażeniem i chcę więcej takiego Baya.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ja. Daniel Blake

Społeczne zacięcie zawsze było czymś, co interesowało Kena Loacha. Nie inaczej jest z jego ostatnim filmem, który przyniósł mu drugą Złotą Palmę w Cannes. Kim jest tytułowy Daniel Blake? To zwykły szaraczek, pracujący jako stolarz. Ale ostatnio przeszedł zawał serca i lekarz zabronił powrotu do pracy, ale co innego uważa pomoc społeczna. Jednak by móc odwołać się od decyzji, mężczyzna musi dostać wezwanie oraz przedstawić, że stara się dostać pracę. Niestety, to nie jest żart. Wtedy na jego życiowej drodze pojawia się Katie – samotna matka dwójki dzieci, która przyjechała z innego miasta.

daniel_blake1

Loach jak nikt inny potrafi obserwować ludzi z nizin społecznych znajdujących się w dziwacznych sytuacjach, ale tutaj wszystko przypomina „Proces” Kafki. Mężczyzna jedynie potrzebuje pieniędzy oraz wsparcia, jednak dla urzędów jest tylko imieniem, nazwiskiem i notką na komputerze. I nikim innym. Ale jeszcze nikomu nie udało się w pojedynkę wygrać z systemem (symbolem tego starcia staje się scena, gdy bohater sprayem pisze swój postulat): doczekanie się rozmowy telefonicznej wydaje się trwać wieczność, a wszyscy tłumaczą się jakimiś przepisami, które dla zwykłego człowieka brzmią bez sensu –  musisz mieć CV, a jak nie masz, to dostaniesz się na kurs. A potem szukaj pracy, której nigdzie nie ma. I udowodnij urzędnikowi, że szukasz tej fuchy, bo inaczej kara. Chciałoby się zaśmiać, ale ten absurd wywołuje niemal zadławienie się.

daniel_blake2

Czy jest jakaś szansa na wyjście z tego zaklętego kręgu? Mogą pomóc przyjaciele i sąsiedzi, pod warunkiem, że nie będziesz czuł wstydu. Wstydu, że nic ci nie wychodzi, robiąc dobrą minę do złej gry. Nie brakuje odrobiny humoru (próby obsługi komputera czy sąsiedzi Blake’a handlujący butami zakupionymi z Chin), ale nie jest on w stanie kompletnie osłabić siły dramatu naszego bohatera (fantastyczny Dave Johns). Relacja bohatera z Katie daje jeszcze siłę, by walczyć i zbudować nową rodzinę, a rozmowy wnoszą wiele ciepła, a oboje starają się nawzajem wspierać, mimo poczucia wstydu i bezsilności (scena w banku żywności czy jak opowiadają o sobie), co daje dodatkowy zastrzyk energii.

daniel_blake3

Loach jednak nie zostawia żadnych złudzeń: w walce z systemem człowiek jest nikim. Prostymi środkami, niemal dokumentalną realizacją „Ja, Daniel Blake” łapie za serce, unikając jak ognia emocjonalnego szantażu. Od emocji wręcz kipi aż do bardzo gorzkiego finału – po seansie łatwo poczujecie się jak Blake w klinczu absurdu. Mocne i szczere kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Rain Man

Charlie Babbitt jest młodym japiszonem, który nie utrzymuje kontaktu ze swoim ojcem. Obecnie jego firma ma drobne problemy finansowe, ale daje sobie radę. Gdy dowiaduje się, ze ojciec zmarł jakoś nie przejmuje się tym. Szok przychodzi w momencie, gdy 3 miliony dolarów dostaje ośrodek w Wallbrook. Na miejscu odkrywa, że przebywa tam jego starszy brat Raymond, o którego istnieniu w ogóle nie wiedział. Licząc na połowę spadku, mężczyzna postanawia porwać swojego brata.

rain_man1

Barry Levinson to filmowiec, który nie posiada żadnego znaku rozpoznawczego, ale z reputacją bardzo dobrego rzemieślnika nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Ale „Rain Man” z 1988 roku uważany jest na największe osiągnięcie tego filmowca z Baltimore. Jest to spokojna, wyważona historia obyczajowa o zderzeniu dwóch obcych sobie ludzi. Wspólnie spędzone dni zmieniają Charliego – nie jest to jednak pokazane w sposób sentymentalny czy ckliwy. Levinson stawia na prostotę, próbując pokazać percepcję osoby z autyzmem. Dlatego mamy aż tyle zbliżeń na źródła dźwięku, mogącego doprowadzić do paniki (woda lecąca z kranu, syreny policyjne na autostradzie czy czujnik dymu). Te sceny podkręcają napięcie, ale powoli ta relacja zaczyna nabierać głębi. I nie chodzi tylko o to liczenie kart oraz wygranie kupy forsy w Las Vegas (fantastycznie zrealizowana scena gry w blackjacka). Początkowe spięcia, wynikające z niezmienności pewnych nawyków oraz rytuałów są źródłem humoru (majtki tylko z K-Martu) i wzruszeń, co podkręca bardzo wyciszona muzyka Hansa Zimmera. Trudno mi było być obojętnym, a nie poczułem emocjonalnego szantażu, czego się bardzo obawiałem.

rain_man2

„Rain Man” byłby tylko solidnym, dobrym filmem. Na wyższy pułap wznosi go aktorstwo. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do Toma Cruise’a, który tutaj pokazuje dramatyczny pazur. Egoistyczny dupek, wykorzystujący innych do swoich celów, skonfliktowany ze swoim ojcem. Początkowo ta postać odpycha swoim zachowaniem, jednak z czasem widać coś więcej – poczucie odrzucenia, krzywdy i zgorzknienie. Te sześć dni zmuszają naszego bohatera do przewartościowania swojego stosunku do innych i nie czuć w tej przemianie fałszu. Ale najważniejszy jest tutaj wielki Dustin Hoffman jako Raymond. Ten człowiek żyjący w swoim świecie nigdy nie staje się karykaturą czy parodią – wszelkie tiki (powtarzanie fragmentów filmu), mrukliwy głos, ciągłe powtarzane słowa czy bardzo specyficzny chód są spójną całością tej roli.  Sceny szału budzą autentyczny strach, a te nieobecne oczy potrafią zauroczyć.

rain_man3

„Rain Man” to proste, ale bardzo poruszające kino obyczajowe. Niby takich opowieści znamy setki, jeśli nie tysiące, ale to wszystko układa się w spójną całość. Nie ma tutaj zbędnej sceny, niepotrzebnych słów czy fałszywego gestu. Levinson pewną ręką daje tyle emocji, jakimi można obdzielić dziesiątki filmów, co świadczy o klasie tego dzieła. Bardzo dobre i piękne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Shotgun Stories

Mała wiocha bez perspektyw, gdzie mieszkają trzej bracia: Son, Kid i Boy. Panowie byli samotnie wychowywani przez matkę, gdyż ojciec zostawił ich bardzo dawno temu. Cała trójka żyje jakoś od pierwszego do pierwszego. Wszystko się zmienia, gdy dowiadują się o śmierci ojca. Mężczyzna związał się z inną kobietą, z którą miał czterech synów. Przyjście Sona na pogrzeb i powiedzenie wielu gorzkich słów staje się impulsem do spirali przemocy.

shotgun_stories1

Debiut reżyserski Jeffa Nicholsa jest bardzo spokojnym dramatem dziejącym się gdzieś na prowincji. I jak można wywnioskować to opowieść o nienawiści tak trującej serca, że może być ona odziedziczona. Nicholsa jednak nie interesuje pokazywanie scen przemocy – widzimy jedynie skutki tych wydarzeń oraz pojedyncze sceny bójek. Kameralność oraz bliższe skupienie na naszych bohaterach oraz ich egzystencji buduje klimat. Tak samo jak bardzo plastyczne kadry prowincji kontrastujące z dość skromnym stanem materialnym. Widać pewien skrywany żal i pretensje do tego ojca, który nie dał niczego. Podskórnie czuć napięcie oraz lęk, że może stać się najgorsze. Każde pojawienie się przyrodnich braci może skończyć się krwawą jatką, która samoczynnie się nakręca. I jedno pytanie: czy jest szansa na wyrwanie się z tego kręgu nienawiści? Odpowiedź wcale nie jest jednoznacznie prosta. Ale jest pewna nadzieja. Ale to sami sprawdzicie.

shotgun_stories2

Dla wielu to spokojne tempo oraz śladowa ilość przemocy (na cały film pada tylko jeden strzał) może dziwić. Przecież „Shotgun Stories” reklamowane było jako thriller/kino zemsty. Ale Nicholsa nie interesuje pokazywanie zemsty oraz scen ataków (pogryzienie psa przez węża czy finał bójki z użyciem noża poznajemy z relacji innych). Bardziej skupia się na psychologii bohaterów, którzy próbują zmienić swój los, szukając tego, co my wszyscy: miłości, wsparcia, pieniędzy.

shotgun_stories3

A wszystko świetnie zagrane. Stawce prowadzi Michael Shannon jako wycofany Son, próbujący żyć za pomocą hazardu. Małomówny, skrywający pewną tajemnicę (ślady po kulach na plecach), magnetyzujący samym spojrzeniem oraz obecnością. Nie jest jednak jedyną wartą uwagi, bo także trenujący kosza Boy (Douglas Ligon), jak i zakochany Kid (Barlow Jacobs) wykonują kawał dobrej roboty. Czuć silną więź między bohaterami, a reszta obsady gra bez słabych punktów.

shotgun_stories4

„Shotgun Stories” jest mocnym, klimatycznym dramatem z podskórnym budowaniem napięcia. Idzie pod prąd wobec typowych filmów tego gatunku i dobrze. Nichols powoli zaczyna zaznaczać swoją obecność na filmowej mapie, potwierdzając prawdę, że im mniej się pokazuje, tym lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski