Koniec trasy

Na hasło pisarz wiele osób wyobraża sobie człowieka bardzo inteligentnego, oczytanego, sięgającego tylko po rzeczy z wysokiej półki. I to z każdej gałęzi kultury – żadne tam chłamidła, krąży na najwyższym poziomie socjety, a wszyscy ludzie lgną do niego jak ćma do światła. W filmie Jamesa Ponsoldta „Koniec trasy” widzimy inne oblicze pisarza.

koniec_trasy1

Punktem wyjścia opowieści jest wywiad jaki dziennikarz Rolling Stone (niepozbawiony ambicji literackich) David Lipsky przeprowadził w 1996 roku z objawieniem literatury amerykańskiej, czyli Davidem Fosterem Wallacem. Pisarz promuje swoją gigantyczną (nie chodzi tylko o to, że ma ponad 1000 stron) powieść „Infinite Jest”, więc dziennikarz spędza z nim 5 dni pod koniec tej trasy. Całość jest zwykłym, spokojnym i „gadanym” filmem w klimacie „Dymu”. O czym rozmawiają panowie? O wszystkim: sławie, myślach, nałogach, wenie, książkach, sztuce, fanach i demonach. Co dziwne, nie jest to pretensjonalna, pełna bełkotu rozmowa. Podczas niej zaczynamy dostrzegać to, co pozornie może wydawać się banalne: pisarz to też człowiek. Lubi zjeść sobie z McDonaldzie, może być uzależniony od telewizji (jedyna używka Wallace’a, poza colą) i może pójść ze znajomymi na film Johna Woo. Razem z Lipsky’m próbujemy wejść w umysł naszego pisarza, by go rozgryźć. Ciągle pytając, czy to jest prawdziwy „on” czy jakaś maska, poza, mechanizm obronny przed otoczeniem. Podczas tych kilku dni panowie powiedzą o sobie więcej niż przez całe życie, a dla jednego z nich będzie to punkt zwrotny w karierze.

koniec_trasy2

Wszystko jest tutaj bardzo spokojne, bez wariactw, dzikiego montażu, ale ten wycinek mówi więcej o Wallace, a reżyser unika tworzenia biograficznego bryka. Relacja między panami ulega ciągłej dynamice: od szybkiego nawiązania kontaktu, luźne rozmowy po skrywaną (przez Lipsky’ego) zazdrość o talent, podskórnie jednak wyczuwana jest pewna nieufność. Nie brakuje kilku trudnych tematów (sława, zasłyszana plotka o braniu heroiny), przez co jest wiele mocnych dialogów, pełnych trafnych obserwacji.

koniec_trasy3

Całość nie robiłaby tak dobrego wrażenia, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Jesse Eisenberg jako Lipsky jest troszkę innym obliczem aktora: wycofany, z jednej strony zazdroszczący talentu, z drugiej bardzo podejrzliwy i nie wierzący w charakter Wallace. Ten pisarz w interpretacji Jasona Siegela jest bardzo trudny do rozgryzienia: jest świadomy swojego talentu, ale nie chcę sławy za wszelką cenę (walczy z ego), unika towarzystwa ludzi, choć ma paru znajomych, woli psy od ludzi. Na ile to jest on, a na ile to jego mechanizm obronny, pozostaje to zagadką. Aktor, znany dotychczas z komediowego emploi, kompletnie zaskakuje i wchodzi w buty Wallace’a tak płynnie, jakby na chwilę ożył. Przejął jego gesty, ale nie jest tylko małpowanie. Siegel intryguje, zwodzi, czaruje, wymyka się wszelkiej szufladki, tak jak jego bohater.

Reżyser „Cudownego tu i teraz” zrobił dobrą, pomysłowo zrealizowaną biografię, konsekwentnie ją prowadząc do samego końca. Choć finał jest dramatyczny, to film skłania do przemyśleń, a wiele tekstów jest trafnych jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Aż do kości

Ellen jest młodą dziewczyną, która cierpi na anoreksję. Próbowała wiele razy wyjść z tej matni, ale za każdym razem kończyło się to porażką. Matka mieszka z inną kobietą, ojciec jest ciągle nieobecny, a jedyną osobą, na której zależy Ellen jest jej przyrodnia siostra. W końcu dziewczyna (artystka rysunku), nie do końca ze swojej woli, decyduje się na niekonwencjonalną terapię u dr Beckhama w jego ośrodku.

az_do_kosci1

Kolejna fabularna (czyli nie serial) produkcja Netflixa, która jest utrzymana w duchu kina niezależnego. Czyli jest on bardzo delikatnie poprowadzony, w tle gra oszczędna muzyka z fajnymi piosenkami, zdjęcia są bardzo przezroczyste, a całość – choć dotyka poważnych problemów – jest lekka w odbiorze. Z jednej strony to zaleta, bo łatwo się to wchłania, twórcy unikają jak ognia emocjonalnego szantażu, byśmy musieli polubić Ellen. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia płytkości dotyczącego jej problemu z chorobą. Jasne, to jest bardzo złożony problem i jedna fabuła nie wyczerpie tego w całości. Strasznie mi przeszkadzały dwie rzeczy: po pierwsze skrótowość i pourywane pewne wątki związane z terapią. Kiedy Ellen trafia do ośrodka, mieszka jeszcze sześć osób i każda ma inne problemy (złamana noga, nieplanowana ciąża, pokątne rzyganie), ale tylko dwie postacie zostają głębiej zarysowane: to tancerz Luke oraz ciężarna Megan.

az_do_kosci2

Sama terapia (podobno niekonwencjonalna) ogranicza się do rozmów (mocna rozmowa lekarza z rodziną, pełna kłótni i ataków), gdzie doktorek próbuje wejść i zrozumieć swojego pacjenta, wspólnego jedzenia mieszkańców i ewentualnego wspólnego wyjścia poza budynek – ładna scena z deszczem w muzeum sztuki. Ale daje im wybór i nie zmusza do leczenia. Wiem, że chciano uniknąć „mechanicznego” sympatyzowania z bohaterką, jednak ktoś poszedł za daleko w tym kierunku, bo czasami brakuje scen mający większy ciężar dramatyczny. Sam mechanizm anoreksji jest ledwo liźnięty, by być wyłącznie zapalnikiem do historii o mierzeniu się z własnymi demonami. A gdy całość się rozpędza, już jesteśmy w zakończeniu, dającym otwartą furtkę dla dalszych losów.

az_do_kosci3

Gdybym miał wskazać jeden mocny punkt filmu to jest to rola Lily Collins jako Ellen – młoda, inteligentna, złośliwa i trzymająca wszystkich na dystans. A jednocześnie widać pewne zagubienie, bezsilność, próbując zrozumieć ją i skąd się wzięła jej choroba. Fascynuje ta postać i z czasem zacząłem jej współczuć. Drugi plan kradnie Luke, czyli Alex Sharp – pełen pozytywnej energii facet, starający się być takim wsparcie dla otoczenia, nawet mimo własnych problemów. A jak Keanu Reeves jako terapeuta? Jest on w porządku, choć trudno uwierzyć w tą niekonwencjonalność jego metod. Jest to taki doktor, jakiego wiele osób chciałoby mieć – cierpliwy, empatyczny i próbujący wejść do umysłu pacjentów.

az_do_kosci4

„Aż do kości” nie pogłębia wiedzy na temat anoreksji, jej mechanizmów i przyczyn, ale tak naprawdę jest to opowieść o dojrzewaniu do walki ze swoimi słabościami. Jako taki jest porządny, choć mocno uproszczony. Aż chciałoby się bardziej poznać tych bohaterów, choć seans daje nadzieję. Że można z tego wyjść, ale trzeba tego chcieć. Niby banał, ale tu działa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalny

David Dunn jest zwyczajnym człowiekiem, który pracuje jako ochroniarz w Filadelfii. Ale jego życie rodzinne to bajzel – żona i syn nie utrzymują z nim kontaktu, on chce się przeprowadzić. Gdy go poznajemy, wraca pociągiem z Nowego Jorku, gdzie starał się o pracę. Ale podczas powrotu dochodzi do wykolejenia pociągu. David jako jedyny przeżył wypadek i to bez zadrapania. Przypadek? Cud? Zbieg okoliczności? Pewien właściciel galerii Elijah Price – wielki miłośnik komiksów ma swoją hipotezę. Uważa, że Dunn ma wszelkie predyspozycje, by walczyć ze Złem niczym superbohater.

niezniszczalny1

M. Night Shyamalan po realizacji „Szóstego zmysłu” zawiesił wysoko poprzeczkę wobec swojego następnego filmu, czyli zrealizowanego rok później „Niezniszczalnego”. Wszyscy znamy filmy o superbohaterach, gdzie musi nosić lateksowy strój, walić pięściami po złych, posiada różne mega moce (rentgen w oczach, nadludzka siła czy posługiwanie się bronią) oraz jest prawym rycerzem bez skazy. Oczywiście, ma swoje słabości i wady, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, walcząc ze swoimi demonami. Ale tutaj reżyser wywraca całą konwencję do góry nogami i ubiera w konwencję dramatu psychologicznego, kompletnie rezygnując z charakterystycznych wizualne oraz ikonograficznie dla komiksowego sztafażu. Shyamalan podpuszcza i przez większość czasu nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy David posiada nadprzyrodzone zdolności, czy to tylko kwestia przypadku. Symboliczne są tutaj aż trzy sceny: podnoszenie ciężarów przez Davida (coraz większa waga), trzymająca w napięciu chwila, gdy Josef (syna Davida) próbuje strzelić, by udowodnić „niezniszczalność” Dunna oraz moment „intuicji”. Wtedy jeszcze możemy się zastanawiać i podejrzewać, ale suspens osiągany jest prostymi środkami: długimi ujęciami, skupieniem na twarzach, mroczne otoczenie plus kapitalna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

niezniszczalny2

Kulminacją dla całości jest pierwsza akcja naszego bohatera, rozgrywająca się niemal pod koniec filmu, gdy stawką jest ludzkie życie. Ale nawet wtedy, Shyamalan nie popisuje się, choć jest jedna bardzo widowiskowa scena upadku widziana oczami „herosa”. Zdjęcia oraz bardzo spokojny montaż zaskakują i dają ogromną satysfakcję. Tak samo jak naturalne dialogi oraz spokojne sceny z życia rodziny, pokazujące pewną tajemnicę z życia Dunna. Także finałowa wolta prowokuje do myślenia.

niezniszczalny3

Największym zaskoczeniem za to jest bardzo powściągliwe, ale świetne aktorstwo. Bruce Willis ze swoim melancholijnym spojrzeniem skupia swoją uwagę i czuć pewne wewnętrzne napięcie w naszym bohaterze. Jakby wiedział coś więcej niż chce powiedzieć i przyznać się swoją rodziną. Nawet w scenie pierwszej akcji, zachowuje opanowanie. Podobnie stonowany jest Samuel L. Jackson jako ekscentryczny i zagadkowy Elijah, obdarzony łamliwymi kośćmi oraz wielką miłością do komiksu. Poza tą intrygującą parą trzeba koniecznie wspomnieć o Robin Wright (wtedy jeszcze Penn), czyli Audrey oraz wyglądającej niczym sobowtór Haleya Joela Osmonta – Spencer Treat Clark.

niezniszczalny4

„Niezniszczalny” to udana próba realistycznego spojrzenia na mit superherosa – człowieka pomagającego ludziom, choć niekoniecznie chwalącego się przed całym światem. Podobno Shyamalan chciał zrobić trylogię o Davidzie Dunnie, a ostatnie sukcesy spowodują, że może dostać zielone światło. Ale zobaczymy czy powstaną kolejne części najbardziej niedocenionego filmu Hindusa.

8/10 

Radosław Ostrowski

Okja

Wyobraźcie sobie świat, gdzie korporacja jest dobra, porządna i życzliwa ludziom. Brzmi jak surrealistyczny sen? Dla firmy Miranda, zajmującej się wcześniej toksynami, pod wodzą nowej szefowej Lucy zmieniła swoje wcielenie. Teraz zajmuje się hodowlą świnek i przekazała swoje wielkie stworzonka 25 farmerom z 25 krajów świata, by za 10 lat wybrać tą najlepszą. Wybór pada na pochodzącą z Korei Okję, którą zajmuje się Mi-ja razem ze swoim dziadkiem. Dziewczynka jednak tak silnie związana ze zwierzątkiem, że nie chce dopuścić do spełnienia jej przeznaczenia, czyli przerobienia na mięsko dla wszystkich ludzi i wyrusza za nim aż do Nowego Jorku.

okja1

Koreański reżyser Jo-Hoon Boog zapadł w pamięć wielu kinomanom, dzięki swoim specyficznym filmom, wymykającym się jakimkolwiek szufladkom gatunkowym jak w „Snowpiercerze”. Wsparty finansowo przez Netflixa, dostał wolną rękę i znowu to zrobił. Czego tu nie ma: jest kino akcji, SF, gorzka satyra na współczesny świat i dramat, pomieszany, szalony oraz dziki. Reżyser wymierza swoje ostrze przeciwko wszystkim: korporacyjnym praktykom opartym na dezinformacji (albo na braku informacji), celebrytom ograniczonym do roli maskotek i łaknącym sławy jak ćma światła, eko-terrorystom walczącym niby o zwierzęta, ale tak naprawdę uzależnionymi od adrenaliny „narkomanami” w eleganckich gajerkach. Wreszcie zwykłym ludziom ograniczającym się do roli obserwatorów czy pragnących być w stanie niewiedzy. Bo czy tak naprawdę nas obchodzi, co jemy czy po prostu nie chcemy wiedzieć jak to jest robione?

okja2

Losy dziewczynki i zaprzyjaźnionej z nią superświni (nie, nie nosi lateksowych ciuchów, nie walczy ze światem), wyglądającej jak zmutowana, gigantyczna istota z aparycją buldoga, po prostu chwytają za serduszko. Widać silne przywiązanie oraz to, jak bardzo zależy na niej, mimo pewnej niezdarności (ucieczka oraz demolka sklepu). Oboje są tak naprawdę tylko pionkami w rozgrywce między eko-terrorystami a korporacją, próbującą zachować swój wizerunek. Wielu może odstraszyć groteskowość całego projektu oraz ta dziwaczna mieszanina, ale jest ona po prostu świetnie zrealizowana. Nawet jeśli w tle gra „bałkańska” galopka a’la Goran Bregović (niesamowita próba odbicia Okji przez „ekologów” i ucieczka z tempem jakby to był Bourne) czy stonowane dźwięki spod znaku kina niezależnego. Reżyser prowokuje, atakuje i zmusza do myślenia, nie pozostawiając obojętnym (mocna scena pokazu wymykającego się spod kontroli czy próba odbicia Okji wprost spod rzeźni).

okja3

Do tego jest to świetnie, wręcz rewelacyjnie zagrane. Najbardziej zachwyca debiutująca Seo-hyeon Ahn jako Mi-ja, stanowiąca niemal ideał dla rodziców – odpowiedzialna, troskliwa, ale też uparta i nie dająca się tak łatwo manipulować. Tak samo świetnie wygenerowana komputerowo Okja – duża, lekko niezdarna (przejście skrótem), ale tak urocza, że tylko pozbawiony wrażliwości człowiek mógłby przejść obojętnie. Szoł jednak skradła aktorska trójca Swinton/Gyllenhaal/Dano. Tilda w roli Lucy (oraz jej siostry Nancy) jest ucieleśnieniem wszystkiego, co znany z „szefów Mordoru” – pozornie spokojna, wręcz wycofana, na scenie tryska niemal dziką energią, odgrywając rolę otwartej oraz kreatywnej szefowej. Z kolei Gyllenhaal tutaj wciela się w dr  Wilcoxa – żałosnego celebryty, nie potrafiącym żyć bez kamery, poza nią zmieniając się w zgorzkniałego pijaka (rewelacyjna scena w laboratorium, gdy po kilku głębszych wylewa cały swój smutek i żal). Z kolei Dano jako szef Frontu Wyzwolenia Zwierząt – Jay zaskakuje swoją wysoką kulturą osobistą, przywiązaniem do tradycji swojego ruchu, a jednocześnie jest w tym bardzo niepokojący.

okja4okja5

Jeśli ja, człowiek nie będący wielkim fanem kina azjatyckiego ze względu na swoją hermetyczność oraz dziwaczność, docenia taki film jak „Okja” to znaczy, ze coś się stało. Hybryda skutecznie trzyma w napięciu, miesza konwencję i porusza do ostatniego kadru (jest scenka po napisach końcowych – jak w Marvelu). Ciekawe, ile osób po obejrzeniu przejdzie na wegetarianizm.

8/10

Radosław Ostrowski

Tytuł do praw

Już widzę, jak pod tym filmem rozpęta się piekło, że to gejowska propaganda i atakowanie swoją innością oraz afiszowanie swoją orientacją. Ale zanim zaczniecie się rzucać, walczyć i gryźć niczym wściekłe psy, przeczytajcie spokojnie i zobaczcie ten film, oparty na prawdziwej historii, którą już raz opowiedziano (dokument z 2007 roku „Freeheld”).

freeheld1

Poznajcie Laurel Hester. To bardzo doświadczona policjantka z hrabstwa Ocean w New Jersey, oddana sprawie i walcząca do końca. Jest też lesbijką, ale o tym wiedzą tylko osoby z najbliższej rodziny. Nawet jej partner z pracy Dane, nie będący obojętny wobec niej, o tym nie wie. W 2002 roku w jej życiu pojawiła się ona – Stacie Andree, niska, bardzo młoda dziewczyna, obcykana w sprawach motoryzacyjnych. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie wyszła najlepiej – za duża przerwa, zbyt wiele nerwów. Wiecie jak to bywa na takich spotkaniach. Ale po pewnym czasie wszystko zaczęło się zgrywać. I wydawało się, ze tak już będzie na zawsze. Wtedy pojawił się ktoś trzeci – zaawansowany nowotwór, a szansę na wyjście z tego cało są bliskie zeru. Jest problem – Laurel chciałaby przekazać swoją emeryturę, lecz prawo nie pozwala osobom tej samej płci na takie zdarzenie. Kobiety nie postanawiają odpuścić i walczyć o swoje.

freeheld2

Niby kolejna obyczajowa historia o walce o swoje prawa – godność, równość, starcie konserwatyzmu z liberalizmem. Znamy to z wielu różnych filmów i jest ona skrótowa, skupia się na najważniejszych momentach z życia naszych bohaterek (pierwsza randka, kupno mieszkania, wizyty w szpitalu), ALE czy to znaczy, iż jest to nudny i nieciekawy dramat? Absolutnie nie. Reżyser stara się jak ognia unikać patosu (wyjątkiem jest scena ostatecznego zebrania komisji, gdzie wsparcia udzielają jej wszyscy), powoli pokazując przełamywanie otoczenia. Jest to możliwe, gdy jest się w stanie zobaczyć charakter tej drugiej osoby, a takie sprawy jak orientacja czy wiara nie powinny wchodzić na pierwszy plan. Najmocniej to widać w postaci Dane’a (potwierdzający klasę Michael Shannon), okazującym się przez większość czasu największym sojusznikiem w tym starciu, chociaż gdy poznaje prawdę reaguje wściekłością. Nie z powodu jej orientacji, lecz z powodu jej nieufności, czuje się zdradzony – w końcu partnerowi można powiedzieć wszystko. Polityczny wydźwięk jest tutaj zepchnięty na drugi plan (i bardzo dobrze), bo zostaje ta sytuacja wykorzystana do walki o legalizację małżeństw homoseksualnych (postać postrzelonego aktywisty Stevena Goldsteina, nie kryjącego swoich zamiarów, lecz nigdy nie przekraczającego granicy moralnej), ale wzmacnia jedynie wydźwięk całości.

freeheld3

Najważniejsze jednak są obydwie panie, koncertowo zagrane przez Julianne Moore i Ellen Page. Ta pierwsza bardzo sugestywnie wygrywa swoją postać, powoli przechodzącą na drugą stronę, niemal namacalnie czuć jej zmęczenie, wysiłek by iść, oddychać i mówić. Ta druga wydaje się być drobna, niemal wycofana, ale pełna determinacji i walki. Czuć między nimi chemię, widać zaangażowanie w ten związek, w każdym geście, spojrzeniu, wypowiadanym słowie, czyniąc cała tą opowieść pełnokrwistym dramatem. O Michaelu Shannonie już wspominałem, jednak nie sposób też docenić Steve’a Carrella w roli pełnego charyzmy aktywisty Goldsteina, który nie jest stereotypowym, do bólu przerysowanym gejem.

freeheld4

„Tytuł do praw” nie trafił do polskiej kinowej dystrybucji (wyszedł od razu na DVD), co przyjmuje z pewnym bólem. To bardzo poruszający, trzymający za serce dramat, nawet jeśli jedzie oczywistym szlakiem. Nie brakuje jednak emocji, zaangażowania oraz serca w tym dziele. Absolutnie warte uwagi.

7/10

Radosław Ostrowski

Ten Thousand Saints

Rok 1986. Gdzieś w małym wygwizdowie mieszka Jude – młody chłopak samotnie wychowywany przez matkę. Ojciec mieszka w Nowym Jorku, zajmując się dilerką i żyje z Dianą, wychowującą swoją córkę Elizę. Dziewczyna w Sylwestra przyjeżdża do przybranego brata, choć początek nie zapowiadał niczego dobrego. Rozmowa się nie kleiła, imprezka, kokaina, seks z kumplem chłopaka, który następnego dnia umiera. Jakby było tego mało, Eliza jest w ciąży (zgadnijcie z kim i kto się w niej podkochuje) i to dopiero komplikuje całą sytuację, a Jude trafia pod opiekę ojca.

ten_thousand_saints2

Duet reżyserski Shari Springer Berman/Robert Pulchini od lat krąży poza głównym nurtem, a mogą uwagę skupił dzięki debiutanckiemu „American Splendor”. Ich najnowsze dzieło to kolejny reprezentant kina niezależnego, opisującego osoby próbujące normalnie funkcjonować w nie do końca normalnych relacjach. Mamy tutaj wiele – wspominana jest aborcja, adopcja (wiele razy), niespełnieni, nieodpowiedzialni ojcowie (powinienem napisać rodzice) i wszystko w czasach, gdy jeszcze pamiętany był duch hipisowski. Gdy bliżej się przyjrzeć, to poza tą otoczką jest to niemal klasyczne kino inicjacyjne, czyli powolne wchodzenie w dorosłość oraz branie odpowiedzialności za siebie i innych. Nie brakuje smutku, trudnych i ważkich wyborów, którymi sobie (czasami niepotrzebnie) komplikujemy sobie życie. Wielką rolę tutaj odgrywa przypadek, a śmierć jednego z bohaterów jest katalizatorem wszelkich działań, kładąc się na naszych bohaterach cieniem. I jak się w tym wszystkim odnaleźć – ze swoimi lękami, niepewnością, obawą przed rozstaniem? Mimo, iż jest to poważny dramat, mocno osadzony w realiach (wspomina się o AIDS, władza próbuje wykurzyć bezdomnych z parku), nie brakuje tutaj odrobiny humoru, lekko łagodzącego całą sytuację.

ten_thousand_saints1

Bo skoro nawet dorośli mają problemy ze zbudowaniem relacji jak Lester, który wydaje się być takim wolnym ptakiem, to jak sobie z tym mają poradzić wchodzący w dorosłość nastolatkowie? Są jeszcze matki, jakoś dające sobie z tym radę. Dziwne to kino oparte na scenkach, powoli i konsekwentnie tkanych w układankę jak radzić sobie z traumą, zagubieniem i byciem dorosłym, jednak nie dające żadnych gotowych recept i odpowiedzi. Do tego jeszcze punkowe koncerty, dziwaczne hinduistyczne ruchy (Straght Edge), choć kilka wątków zostaje potraktowanych trochę po macoszemu. Chodzi tutaj o Johnny’ego, ukrywającego swoją orientację i swój związek z kumplem z zespołu czy bliższe nakreślenie relacji Lestera z Dianą. Z drugiej strony, czy nasze życie nie jest troszkę takim bałaganem bez ładu i składu?

ten_thousand_saints4

Całość jednak zostaje mocno uwiarygodniona dzięki świetnemu aktorstwu. i nie chodzi tylko o niezawodnego Ethana Hawke’a (Lester), troszkę powtarzającego swoją rolę z „Boyhood” (tylko lekko zmodyfikowaną), który w decydującym momencie okazuje się wsparciem dla Jude’a czy przewijający się na dalszym planie Emily Mortimer (Diana) czy Julianne Nicholson (Harriet), ale przede wszystkim na trójkę głównych bohaterów. Jude (bardzo dobry Asa Butterfield) jest bardzo wycofanym, nieśmiałym i lubiącym dragi chłopakiem, mierzącym się ze stratą kolegi oraz skrywającym swoje emocje. Łatwo wejść w skórę chłopaczka z małego miasteczka, próbującego poukładać sobie wszystko. Kontrastem dla niego jest Johnny (dawno nie widziany przeze mnie Emile Hirsch) – sprawiający wrażenie pewnego siebie, poważnego i umiejącego znaleźć rozwiązanie, ale i on ma pewne tajemnice oraz demony do pokonania. Jednak całość zawłaszcza fantastyczna Hailee Steinfeld, czyli Eliza. I nie chodzi tylko o to, że wygląda zjawiskowo (bo wygląda od pierwszej sceny), ale jest równie skomplikowana jak cała reszta z poczuciem winy wobec swojej matki, czując się rozczarowaniem.

ten_thousand_saints3

„Ten Thousand Saints” to pozornie kolejne inicjacyjne kino w stylu indie (ujęcia z ręki, naturalne oświetlenie), ale jest ono szczere, bez nadęcia, zadęcia i wydumania. Zmusza do refleksji i pokazuje okres pełnoletności jako kolejny etap naszej dalszej wędrówki, którą zwykliśmy nazywać życiem. A co wy z tego wyniesiecie? Sami się przekonajcie.

7/10 

Radosław Ostrowski

Trzynaście powodów – seria 1

UWAGA!

Tekst może zawierać spojlery, choć autor będzie się ich starał unikać jak ognia. Niemniej czytacie na własną odpowiedzialność.

Liberty High wydaje się zwykłym, nudnym liceum. A wiadomo jak jest w liceum – nauczyciele próbują uczyć dzieci, a dzieci (już nie takie małe, bo prawie dorosłe) próbują wejść w poważne życie, nawiązać przyjaźnie, stworzyć silne więzi i osiągnąć dobre wyniki, by trafić na dobry uniwerek oraz upragniony zawód. Jednym z takich uczniów jest Clay Jensen – inteligentny, wrażliwy chłopak, który ma pewne problemy w nawiązywaniu kontaktów z innymi (szczególnie z dziewczynami). Pewnego dnia po szkole, pod domem znajduje oklejone pudełko po butach. W środku jest mapa z zaznaczonymi rejonami oraz kasety magnetofonowe sztuk 7. Już pierwsze usłyszane zdania budzą przerażenie, gdyż głos na nich należy do dziewczyny, która tydzień wcześniej popełniła samobójstwo – Hannah Baker. I przekazuje komunikat: Jest trzynaście powodów, dla których odebrałam sobie życie. Jeśli słuchasz tych kaset, jesteś jednym z nich. Podaje dokładnie instrukcje w sprawie kaset (przesłuchać wszystkie i przekazać następnej osobie oraz odwiedzić miejsca oznaczone na mapie) i grozi, że jeśli nie dotrzyma ich, cały materiał zostanie upubliczniony.

13_powodw_113_powodw_2

Wszystko zaczęło się od powieści Jaya Ashera, która stała się wielkim bestsellerem. Historii Hannah dotykała kwestii alienacji, samotności, trudności z zaufaniem do ludzi, którzy przynoszą tylko rozczarowania. Przyznaje, ze książka mocno na mnie podziałała, a emocje wylewały się z taką intensywnością, że drugi raz tego już przeczytam – w każdym razie nie tak prędko. Prędzej, czy musiało dojść do ekranizacji (po to właśnie są bestsellery), ale początkowo miał to być film. Wtedy włączył się Netflix i tak postanowiono rozbić całość w 13 odcinków (tyle samo, ile stron zostało przez Hannę nagranych), a w realizację włączył się debiutujący w roli twórcy pisarz Brian Yorkey oraz ekipa reżyserów pod wodzą Thomasa McCathy’ego. To nie miało prawa nie wypalić, prawda?

13_powodw_313_powodw_4

Tylko, że na samym początku przeżyłem konsternację, gdyż twórcy serialu postanowili zwyczajnie rozbudować cały świat. W pierwowzorze całą historię dziewczyny (to akurat zachowano) poznajemy oczami Claya, który przez całą noc przesłuchuje wszystkie taśmy i przekazuje je następnej osobie dzień później. Serial rozbija to na kolejne dni, przez co całość może wydaje się mniej intensywna, ale kto by chciał oglądać produkcję z kręcącym się całą noc chłopakiem i scenami retrospekcji? I to wydaje się całkiem sensowne, gdyż twórcy próbują bardziej podbudować pozostałych „winowajców”, pozwalając naszemu bohaterowi na rozmowę z nimi, doprowadzając do konfrontacji między nim a resztą. Efekty są zaskakujące, bo motywy są dość błahe ich działań: zwykła zazdrość (Alex), odrzucenie (Zach), sprawdzenie reputacji bohaterki jako „łatwej”, zwykły strach czy poczucie bezkarności.

13_powodw_513_powodw_6

Choć cała intryga skupia się na przeżyciach Hanny, która coraz bardziej zostaje odrzucona i coraz bardziej traci nadzieję na dalszy sens swojej egzystencji, to tak naprawdę bohaterem jest Clay oraz jego reakcja na jej historię. Im dalej, tym bardziej nasz bohater zaczyna mieć schizy: wszędzie widzi Hannę (scena, gdy widzi jej ciało leżące podczas meczu koszykarskiego – ciary), zaczyna słyszeć zupełnie coś innego, niż zostaje powiedziane. Jej perspektywa jednak nie zawsze pokrywała się z tym, co mówi reszta „bohaterów” taśm, co parę razy zostaje wypunktowane („mówi swoją prawdę”). Ale ci ludzie tworzą coś w rodzaju spiskowców, którym bardzo zależy, by cała sprawa ucichła i nie wyciekła poza szkołę. O ile te drobne podłości można było jeszcze przełknąć (plotki, ochrona reputacji, publikacja wbrew jej woli wiersza w gazetce), to dalej jest jeszcze gorzej – wypadek, gwałt, brak pomocy u szkolnego pedagoga, w końcu najgorsza decyzja, czyli samobójstwo pokazane bez upiększenia jako brudne, brutalne i nieprzyjemne, pozostawiające pustkę wokół najbliższych. Natomiast bardzo nie podoba mi się zakończenie sugerujące drugą serię (co niestety zostało potwierdzone przez Netflixa), gdzie może dojść do znacznie brutalniejszych wydarzeń.

13_powodw_713_powodw_8

I jest jeszcze jedna rzecz, która zasmuciła mnie – chodzi o dorosłych. A dokładniej o to, że nie tyle nie wiedzą o tym, co robią swoje dzieci, ale raczej fakt, iż one nie dopuszczają ich do swojego świata. Z czego to może wynikać? Nawet pedagog okazuje się osobą kompletnie nierozumiejącą i nie potrafiącą wyczuć, że coś jest nie tak (nadmiar uczniów i natłok obowiązków może być usprawiedliwieniem, ale tutaj zabrzmiało to fałszywie).

13_powodw_913_powodw_10

Realizacja jest więcej niż sprawna, zwłaszcza w kwestii montażu, gdzie zdarzenia z przeszłości bardzo płynnie przechodzą do teraźniejszości (zwróćcie uwagę na kolory), do tego okraszając całość bardzo chwytającą za serce muzyką, pozostającą w pamięci na długo. Nawet te mroczne i ostre sceny są zrobione tak, by łatwiej było wejść w skórę bohaterów. Ale to wszystko pozwala wybrzmieć tej gorzkiej historii pokazującej „efekt motyla” – jedno zdarzenie, niczym kamień rzucone z góry wywołuje cała lawinę sytuacji.

Trudno też nie być obojętnym wobec bohaterów, którzy nie są tacy jednoznaczni w ocenie. W dodatku świetnie zagrani przez kompletnie nieznanych – poza Dylanem Minnette wcielającym się w Claya – aktorów. Bo nawet sprawcy (przynajmniej niektórzy) potrafią wzbudzić współczucie, gdyż w pewnej sytuacji zachowali się egoistycznie (Alex, Zach, pod koniec Justin, cheerleaderka Sheri). Jednak uwagę skupia dwójka bohaterów, czyli Hannah (debiutująca Katherine Longford) i Clay. Czuć między tą parą chemię – gdyby nie okoliczności – mogliby być parą. Ona niebrzydka, jako nowa w szkole próbująca się zaaklimatyzować, coraz bardziej czującą się osamotniona, z czasem coraz bardziej zamknięta. Zdarza się jej także, popełniać błędy i źle oceniać innych (zgubienie pieniędzy rodziców, odrzucenie zakochanego w niej chłopaka z powodu poprzednich doświadczeń). On jest wycofanym, ale w swojej nieśmiałości uroczy. Jako jedyny sprawia wrażenie kogoś, kto chce coś z tym zrobić, chociaż robi to (przynajmniej na początku) trochę na ślepo, kierując się wściekłością, gniew i poczuciem, że ktoś musi za to odpowiedzieć. To on niszczy kompromitującym zdjęciem szkolnego fotografa, który był stalkerem, niszczy samochód Zacha, doprowadza do płaczu Courtney, bojącej przyznać się do swojej orientacji seksualnej. Wszystko zmienia się dopiero w momencie przesłuchania własnej taśmy (ciekawe, że jedno zdarzenie może być odbieranie w tak różny sposób). I choć pozornie jego wina wydaje się błahostką (w porównaniu z resztą), będzie go prześladowało poczucie, że mógł coś zrobić (scena, gdy wyobraża sobie moment, w którym zostaje w pokoju z dziewczyną). To uczucie znam aż za nadto i też uważam, że mogłem pewną sprawę wobec bliskiej osoby rozegrać inaczej, przez co łatwiej było mi się identyfikować z tym bohaterem.

13_powodw_1113_powodw_12

Jest jeszcze bardzo tajemniczy, sprawiający wrażenie wszystkowiedzącego Tony (Christian Navarro) – kumpel i jedyny przyjaciel, jaki pozostał Clayowi. Zawsze pojawiają się w serialu momenty wspólnych rozmów, gdzie wspierający kumpel próbuje zrozumieć działania naszego bohatera (przełomowe staje się wyznanie prawdy o swojej roli podczas wspinaczki na wzgórze), przez co więź staje się silniejsza. No i Bryce (Justin Prentice) – kompletnie antypatyczny bohater, przypominający łotrów z kina. Rozpieszczony, dziany, bezkarny, biorący i chcący mieć wszystko, na co ma ochotę. Do tego diler, mający swoje dojścia oraz gwałciciel.

13_powodw_1313_powodw_14

Zazwyczaj jest tak, ze seriale i w ogóle produkcje o nastolatkach są infantylne, ckliwe do bólu, dotykające ich problemów w sposób płytki oraz powierzchowny. „Trzynaście powodów” wyróżnia się i brutalnie przypomina, że psychika wchodzącego w życie młodego człowieka bywa czasami zrobiona ze szkła, które może pęknąć z byle powodu. Nie zawsze objawy depresji, przygnębienia oraz psychicznych ran są widoczne gołym okiem. I chciałbym, ale to bardzo chciałbym, że każdego takiego człowieka zawsze można uratować, wesprzeć i pomóc. Ale boję się, że druga seria będzie zwykłym skokiem na kasę, a pierwszą radzę obejrzeć z synem/córką w wieku licealnym i wtedy pomówić o paru kwestiach. Chciałbym, żeby to troszkę zmieniło ten świat na lepsze.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Marnie. Przyjaciółka ze snów

Anna jest młodą, ale bardzo skrytą dziewczyną z astmą, która ma problemy z akceptacją siebie oraz otoczenia. Ma swoje humory, potrafi bez powodu się wkurzyć i trudno jest nawiązać relacje z kimkolwiek. Jej opiekunowie (rodzice nie żyją) decydują się zaprowadzić dziewczynę do wujostwa na wieś, by się polepszyło. Pewnego dnia trafia na opuszczone domostwo, które ja intryguje i zaczyna je rysować. Wieczorem trafia na młodą, blondwłosą dziewczynkę o imieniu Marnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mieszka w opuszczonym domku. Anna zaczyna się z nią przyjaźnić, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy nowo poznana koleżanka istnieje naprawdę.

marnie_11

Rzadko zdarza mi się odwiedzać kino azjatyckie, jednak animację to skośnoocy potrafią zrobić. W końcu to owiane legendą studio Ghibli, z którym nie miałem zbyt wiele do czynienia. I pierwsza, co rzuca się w oczy to piękna, ręcznie rysowana animacja z zachwycającymi krajobrazami. Dom na mokradłach, których woda podnosi się i opada wygląda prześlicznie, twórcy skupiają uwagę na pełnej szczegółach scenografii, wprowadzając na w pociągający i tajemniczy świat. Do tego bardzo delikatna, liryczna muzyka, wpadająca mocno w ucho, tworząca niezwykły klimat całości.

marnie_13

A cała historia skupia się wokół tajemniczej Marnie – twórcy długo wodzą za nos, co do jej tożsamości. Jej obecność w życiu zahukanej i strachliwej Anny działa bardzo pozytywnie. Dziewczyna bardzo stopniowo zaczyna się zmieniać, dostrzegać inaczej świat i mierzyć się z własnymi demonami. Kluczowa wydaje się wspólna wyprawa do podniszczonego silosu podczas burzy – wtedy robi się naprawdę mroczniej i to Anna (ta wyciszona) staje się wsparciem dla wystraszonej Marnie. Stopniowo odkrywamy kolejne elementy układanki, tworząc bardzo spójną, logiczną oraz poruszającą historię z wieloma ślicznymi fragmentami (wspólny taniec dziewczynek, retrospekcje z życia Anny), które dają wiele do myślenia, a także pokazują zagubienie oraz lęk bohaterki przed otworzeniem się.

marnie_14

Przyznam się wam do czegoś: po raz pierwszy odkąd pamiętam, rozkleiłem się w trakcie oglądania filmu, co nie zdarzyło mi się nigdy. Końcówka to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, który doprowadzi do łez nawet największego twardziela i poznajemy prawdziwą historię Marnie. To bardzo mocne emocjonalnie, choć bardzo klasycznie zrealizowane kino.

marnie_12

Tym większa szkoda, że ta nominowana do Oscara produkcja nie trafiła do kin, tylko od razu na DVD. I chyba skuszę się, by posmakować japońszczyzny, bo jest bardzo dobra. Takie filmy powinno się pokazywać dzieciom, a następnie porozmawiać z nimi o pewnych sprawach. To już wiecie, co macie robić, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Persepolis

Iran wydawał się przez pewien czas krajem spokoju i sporych swobód, jak na państwo monarchiczno-dyktatorskie. Ale rok 1978  oraz rewolucja wywróciły wszystko do góry nogami. To w tych czasach przyszło żyć młodej Marjanne Satrapi – rysowniczce, autorce komiksów oraz reżyserce filmowej. W 2007 roku (w formie filmu) postanowiła opowiedzieć swoją historię, którą wcześniej pokazała w komiksie.

persepolis1

Reżyserka wsparta przez Vincenta Paronnauda miesza jej wspomnienia, historie bliższych, by pokazać jak silne były przemiany społeczno-polityczne w Iranie. Jak kraj posiadający swobody, coraz bardziej idzie w stronę prawa opartego na islamie i Koranie. A prawo to mocno ogranicza prawa kobietom (i nie tylko), a wszystko co zachodnie (muzyka, filmy) są zabronione. Dla nas, tzw. ludzi zachodu wydaje się to czymś nie do pomyślenia. Dodatkowo bardzo surowa, ale piękna kreska oparta na czerni i bieli (więcej nie trzeba).

persepolis2

Samą historię można podzielić na trzy etapy: dzieciństwo, wyjazd do Francji oraz powrót do kraju. Każdy z tych etapów coraz bardziej pozbawia złudzeń naszej bohaterki, która przedwcześnie zaczyna dojrzewać. Bezsensowna wojna, czystki polityczne, wreszcie obowiązkowe prawo nakazujące wszelkiego rodzaju życia towarzyskiego (zakaz alkoholu, spoglądania na kobiety, sama kobieta nie może publicznie chodzić w innym stroju niż zasłaniającym wszelkie wdzięki), przez co każda próba wszelkiego „normalnego” życia staje się formą buntu. Jednak to zachłyśnięcie Zachodem, podczas pobytu we Francji, zaczyna pokazywać swoje mroczniejsze oblicze. Dystans innych ludzi do niej, rozczarowania miłosne, bezdomność, choroba, poczucie alienacji.

persepolis3

I musiało dojść do powrotu, niby normalności, bo wojna się skończyła, ale nie oznaczało to, iż w kraju jest bezpiecznie. Dominacja religii, poczucie przygnębienia, bezsilności – to wszystko przebija się z ekranu, doprowadzając do dziwnej konsternacji. Że w każdym kraju, na każdej szerokości geograficznej, jest potrzeba normalnego życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Czasami jednak takie życie bywa nie do zniesienia w takim państwie opartym na dyktaturze, teokracji czy innej formie indoktrynacji. Historia Marjanne bywa czasem okraszona humorem (jej rozmowy z Bogiem, wyjście z letargu, a w tle „Eye on the Tiger” – pasuje ten kawałek idealnie), jednak trudno wymazać obrazki z wojny (bombardowania, trupy, kości) czy scenę nalotu policji podczas imprezy.

persepolis4

Satrapi uderza, ale nie jest w żaden sposób ani sentymentalna, ani przesadnie okrutna. Próbuje zachować równowagę, portretując wszelkie próby zwykłego życia w Iranie. Wszystko spina się w mocną, silnie angażującą całość, przez co wiele razy nie mogłem wyjść ze zdumienia. „Persepolis” skupiło uwagę widowni na całym świecie potwierdzając, że każdy temat można pokazać w formie animacji, tylko trzeba mieć do tego odpowiedni klucz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska sielanka

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

amerykanska_sielanka1

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

amerykanska_sielanka2

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

amerykanska_sielanka3

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

amerykanska_sielanka4

5/10

Radosław Ostrowski