Na moich ustach

Carla jest młodą i dość atrakcyjną kobietą. Pracuje jako sekretarka w firmie, ale jest niesłysząca, o czym nikt z firmy nie wie. Dlatego kobieta czuje się osamotniona, nie ma nikogo i jest zawalona pracą. Dlatego przychodzi do urzędu pracy, by zatrudnić asystenta. Tak poznaje Paula – mężczyznę, który niedawno opuścił więzienie, nie ma mieszkania, pracy, niczego. Między tą dwójką powoli tworzy się więź, jednak mężczyzna ma kłopoty, a dokładniej długi od pewnego gangstera.

na_ustach1

Jacques Audiard to reżyser, który zawsze prowadzi grę z widzem i miesza różne gatunki w jednym filmie. Tutaj mamy mieszankę dramatu z thrillerem i wątkiem kryminalnym, co muszę przyznać – robi dobre wrażenie. Reżyser rozgrywa wszystko bardzo powoli, kamera nie do końca jest stabilna, co ma spowodować wrażenie autentyzmu, jakbyśmy oglądali reportaż. Dodatkowo narracja jest prowadzona z perspektywy obojga bohaterów – jego wizyty u kuratora oraz w drugiej pracy u gangstera i jej po pracy, gdy stoi przed lustrem (tylko czemu się przy nim rozbiera?). Wszystko rozgrywane jest spokojnie i powoli, jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, a finał w domu gangstera trzyma w napięciu. Wielu może to tempo znużyć i ta realistyczna konwencja, a całość wymaga odrobiny (nawet więcej skupienia), jednak Audiard opowiada tą historię z zainteresowaniem, przez co czekałem na dalszy rozwój wypadków oraz tego, jak się ułoży naszym bohaterom. Jedyne, co mi się nie podobało to zbędny (przynajmniej dla mnie) wątek związany z zaginięciem żony kuratora, a za sposób przedstawienia odbieranych informacji od otoczenia z perspektywy Carli (zniekształcony dźwięk) – świetne.

na_ustach2

Plusem jest zdecydowanie bardzo dobre aktorstwo. Błyszczy znakomity Vincent Cassel oraz Emmanuelle Devos. Oboje skryci, troszkę nieśmiali i tajemniczy, przyciągający oraz odpychający siebie nawzajem. Nie boją się wykorzystywać i manipulować nawzajem, ale szukają też bliskości, swojego miejsca i to czasami motywuje ich działania. Ale czy będzie z tego coś więcej?

na_ustach3

Kolejny przykład na to, że we Francji nadal powstają ciekawe filmy, idące w innym kierunku niż standardowe produkcje made in Hollywood. I chyba o to chodzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tragedia człowieka śmiesznego

Primo Spagharri jest właścicielem fabryki sera, która przynosi całkiem niezły dochód. W urodziny od swojego syna dostaje czapkę kapitana oraz lornetkę. Podczas obserwowania okolicy, widzi jak auto jego syna jest ścigane przez drugi samochód i po krótkim pościgu, chłopak zostaje porwany. Policja zaczyna prowadzić śledztwo, jednak podejrzewa, że porwanie mogło być sfingowane. Dlaczego? Bo firma przeżywa kryzys i okup mógłby pomóc załatać dziurę finansową. Primo dostaje list z żądaniem okupu.

smieszny1

Bernardo Bertolucci lata 80. zaczyna od dziwnego miksu kryminału (właściwie thrillera) z dramatem psychologicznym, próbującym wejść w umysł człowieka śmiesznego, jakim jest nazywany Primo. Jednak samo rozwiązanie intrygi związanej z porwaniem schodzi na dalszy plan, jak w „Kostusze” i jest tylko pretekstem do portretu głównego bohatera. A kim on jest? Kapitalistą, który przywiązał się do przedmiotów, syn się go wstydzi i coraz bardziej oddala się od innych ludzi. Jego próby dojścia do prawdy są problematyczne i narracja z offu, gdzie poznajemy jego myśli, domysły wywołuje mętlik i zaczyna nużyć, doprowadzając do kompletnego pogubienia się w dalszej części filmu. Spotkanie z osobami mającymi kontakt z porywaczami (Laura – dziewczyna Giovanniego oraz jego przyjaciel Adolfo), próba oszustwa, zbieranie pieniędzy przez żonę – pozornie dzieje się wiele, jednak brakuje napięcia i mimo dobrych zdjęć, za które odpowiadał Carlo Di Palma oraz montażu, było mi obojętne to, czy było porwanie czy nie.

smieszny2

Scenariusz nie wciąga, reżyseria średnia, a z aktorów najbardziej błyszczy Ugo Tognazzi w roli głównej. Owszem jest to film lepszy od „Kostuchy” czy poprzedniego „Księżyca”, ale to Bertolucci w co najwyżej niezłej dyspozycji.  Jednak to miało się wkrótce zmienić.

 

smieszny3

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Księżyc

Caterina Silveri jest cenioną śpiewaczką operową. Mieszka w Stanach z mężem i jej agentem Douglasem oraz nastoletnim synem Joe. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie kończy się, gdy Douglas dostaje zawału podczas jazdy samochodem. Matka razem z synem, wbrew jego woli przenosi się do Włoch. Ona dalej śpiewa, on razem z kolegami z towarzystwa zaczyna ćpać, co musi doprowadzić do poważnych decyzji.

ksiezyc_1

Tym razem Bertolucci nakręcił dramat za amerykańskie dolary i przez to czuć, że nie jest to w pełni jego dzieło. Pojawiają się pewne stałe elementy – włoska opera w tle, brak ojca, rodzinne tajemnice – jednak całość nie porywa. Wątek narkotykowy zwyczajnie śmieszy – nie widać specjalnie różnicy w charakterze Joego (syna Cataliny), a „głód” ogranicza się do stękania i mówienia o bólu. Rezygnacja z kariery scenicznej, by zająć się synem też nie przekonuje, bo kobieta niby chce próbuje ogarnąć problem, jednak sobie odpuszcza i daje wejść chłopakowi na głowę, a nawet wchodzi w relację kazirodczą (że co?), co jeszcze bardziej drażni. Logika zachowań bohaterów dziwi (matka idzie do dilera i dostaje od niego narkotyki), fabuła jest dziurawa i pomieszana, przez co kompletnie nie obchodzą losy bohaterów. Broni się tak naprawdę tylko strona wizualna – Vittorio Storaro potwierdza swoją klasę jako operator (zwłaszcza widoki księżyca robią ogromne wrażenie) i dobrze próbująca sobie radzić Jill Clayburgh w roli Cataliny.

ksiezyc_2

Wiadomo było, że po latach tłustych, muszą pojawić się lata chude. I to dotyczy każdego reżysera, nawet Bertolucciego, który tutaj próbuje operować nastrojem i symboliką, ale robi to nieudolnie. „Księżyc” jest artystyczną porażką, która próbuje wiele wcisnąć do jednego worka, ale efekt może być tylko rozczarowujący. Jedynie debiut zawodził bardziej.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Body/Ciało

Janusz Koprowicz jest zapracowanym, cynicznym prokuratorem, mieszkającym z córką Olgą. Dziewczyna jest anorektyczką, która po kolejnej próbie samobójczej trafia do szpitala. Tam Olga poznaje terapeutkę Annę – niemłodo wyglądającą kobietę, stosującą dość nietypowe metody. Jakby tego było, kobieta uważa się za medium, nawiązujące kontakt ze zmarłymi.

body_cialo1

Z Małgorzatą Szumowską jakoś niespecjalnie jest mi po drodze. Sięga po trudne tematy, jednak w jej filmach brakuje czegoś, co by mnie poruszyło, przygniotło lub doprowadziło do rozbicia. Nie inaczej jest w przypadku nagradzanego filmu „Body/Ciało”, aczkolwiek widzę tu pewien progres. Świat, w którym się znajdujemy, to niby współczesność, ale nie można odnieść wrażenia obecności w latach 90. (telefony komórkowe, stare przenośne radio, niedzisiejsze stroje i fryzury, ale też wyglądy budynków), co wydaje się być celowym zabiegiem twórców. Sam film to zbiór pozornie niepołączonych scen, skupiający się na trójce bohaterów – prokuratorze, jego córce oraz terapeutce. Widzimy ich w pracy (prokurator zajmuje się różnymi morderstwami, inspirowanymi sprawami z mediów jak śmierć Madzi czy zabójstwo malarza Zdzisława Beksińskiego), jednak one są tylko tłem do próby naprawy relacji ojca z córką, w czym pośredniczy terapeutka-medium. Dość wolne tempo i próba wplecenia wątków metafizycznych („nawiedzenie” domu prokuratora) może wywołać dezorientację oraz znużenie, zwłaszcza w środkowej części filmu. Ale jest kilka scen rewelacyjnych (taniec przyjaciółki prokuratora do „Śmierci w bikini” – czegoś takiego nie widziałem i nie zobaczę prędko na naszym podwórku czy sceny terapii – wyciszone i stonowane formalnie, ale pełne głęboko tłumionych emocji, powoli wychodzących na wierzch), które potrafią przykuć uwagę na dłużej, doprowadzając do ciekawego finału. Formalnie jest to proste kino, gdzie nie zabrakło zabaw montażem (jedzenie posiłku), zbliżeń na detale (pierwsza scena z wisielcem) oraz niemal kompletnego braku muzyki. Chłodna reżyseria Szumowskiej jest tutaj bardzo nierówna i jak na tak krótki film pojawia się znużenie.

body_cialo2

Częściowo sytuację próbują ratować aktorzy i troszkę podnoszą film na wyższy poziom. Nie będę ukrywał – uwielbiam Janusza Gajosa i dla niego chciałem obejrzeć ten film. Powiem tyle, że aktor nie zawiódł, pokazując klasę w roli cynicznego i zgorzkniałego prokuratora, oddalającego się od swojej córki (świetna, troszkę wyglądająca jak zombie Justyna Suwała – uwierzycie, że to debiutantka?), czującej do niego tylko nienawiść i wrogość. Jednak dla mnie objawieniem była fantastyczna Maja Ostaszewska, której nie jestem wielkim fanem. Tutaj kompletnie mnie zaskoczyła w roli Anny, grając w bardziej oszczędny sposób niż zwykle. Spokojnie wypowiadane słowa, ubrania zdecydowanie postarzające ją , a sceny jej „transu” potrafią wywołać ciarki na plecach. I do samego końca nie jest jasne, czy naprawdę jest medium czy tylko próbującą przetrawić swoją traumę nieszczęśliwą kobietą. Sprytnie to poprowadzono.

body_cialo3

„Body/Ciało” to – ku mojemu zaskoczeniu – bardzo przyzwoity film, jednak zastanawia mnie to ile w tym czasie zdążył „wykosić” nagród na różnych prestiżowych imprezach filmowych. Także jest to lepszy z filmów Szumowskiej, chociaż daleko mu do „33 scen z życia”, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły. Ale jest to krok w dobrym kierunku i zacznę baczniej obserwować tą reżyserkę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Eichmann Show

Adolf Eichmann – jeden z największych nazistowskich zbrodniarzy, twórca ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (wymordowanie wszystkich Żydów w Europie) w 1961 roku został schwytany przez izraelski wywiad. Sprowadzony do Jerozolimy, został tam osądzony i skazany na śmierć. Ale nie o tym opowiada ten film. Tylko jest to opowieść o telewizyjnej transmisji z procesu zbrodniarza. Dla amerykańskiej telewizji zrealizowali go producent Milton Fruchtmann oraz skazany na „czarną listę” reżyser Leo Hurwitz.

eichmann_show1

Telewizyjna produkcja BBC2 może wydawać się mało interesująca, bo już o Holocauście opowiedziano wszystko, co tylko możliwe. Mimo to film Paula Andrew Williamsa potrafi zainteresować i wciągnąć, mimo nośności tematu. Poza samym przebiegiem procesu (nadal mocne materiały archiwalne wplecione w film, także z samego procesu), jest to kolejna opowieść pokazująca jak potężnym medium była – i nadal jest – telewizja. Ale żeby była takim medium, musi zwrócić naszą uwagę. Bo inaczej żaden film, relacja nie będzie miała żadnej mocy. Realizacja tego procesów pokazana jest dość uważnie i porusza ważkie problemy etyczne (co sfilmować, co nie; granica manipulacji; jak sfilmować proces nie umieszczając kamer na sali sądowej,; obiektywizm) i te elementy były znacznie ciekawsze od samego procesu.

eichmann_show2

Przy okazji, podczas rozmów bohaterów z mieszkańcami Jerozolimy (członkami ekipy, właścicielki hotelu i prawnikiem), twórcy próbują wejść w umysł nowo powstałego państwa Izrael. Proces był dla nich nie tylko z powodu sprawiedliwości, ale też – jakby to ująć – przekonać ludzi, także wśród osób nie doświadczonych nazistowską machiną mordu, że ich przeżycia nie były wyssane z palca. I temat mrocznej przeszłości przestał być tabu, chociaż nie wszystkim było to na rękę. Były próby zastraszania ekipy, problemy ze zgodą (na początku), oglądalność na początku też nie powalała – Gagarin i kryzys kubański odwróciły uwagę – ale te poboczne wątki nie są zwykłymi zapychaczami, wiernie odtwarzając realia tego okresu.

eichmann_show3

Dodatkowo mamy dwie mocne role, trzymające w zainteresowaniu. Nie zawodzi Martin Freeman w roli odważnego producenta. Z jednej strony to idealista, z drugiej biznesmen, a z trzeciej mąż i ojciec. Postać bardzo złożona, która potrafi kupić gestem, spojrzeniem i słowem. Wiarygodny i naturalny do końca. Drugim bohaterem jest reżyser Hurwitz. Grający go Anthony LaPaglia naprawdę dobrze radzi sobie ze swoim zadaniem – to skupiony i przygotowany profesjonalista. Przyjeżdża do Jerozolimy wierząc, że Eichmann był człowiekiem, który popełnił błędne decyzje. I dlatego tak skupia się na filmowaniu jego sylwetki, by wychwycić jego emocje, rozbicie jego obojętnej maski. Aktor naturalnie ogrywa tą obsesję, a także próbę zrozumienia tego bezmiaru okrucieństwa. Każdy z aktorów ma tutaj swoje pięć minut (role Nicholasa Woodersona i Rebecki Front zostają na długo w pamięci) i nie ma miejsca na słabizny.

eichmann_show4

„The Eichmann Show” nie jest idealnym filmem. Bywa troszkę dydaktyczny i nie próbuje analizować samego nazizmu, ale przypomina, iż ten system nie umarł wraz z samobójstwem Hitlera i może wrócić w innym miejscu świata, gdzie nienawiść do innych jest zabójcza. I te poboczne wątki wzbogacają ten tytuł i czynią go tak ważkim.

7/10

Radosław Ostrowski

Konformista

Faszystowskie Włochy – pierwsze totalitarne państwo w Europie. Właśnie tutaj przyszło żyć niejakiemu Marcello Clerici. Matka narkomanka, ojciec psychicznie chory. Marcello decyduje się wstąpić do policji politycznej i bierze ślub z drobnomieszczanką, Giulia. Podczas podróży poślubnej dostaje zadanie do wykonania – zbliżenia się do swojego dawnego profesora i zabicie go.

konformista1

Film ten otworzył Bertolucciemu międzynarodową sławę. Adaptacja powieści Alberto Moravii to studium człowiek pozbawionego charakteru i idącego z prądem. A że są to czasy faszystowskie, nie może być wesoło. Ale nie jest to stricte polityczny thriller, tylko psychologiczny dramat skupiony na psychice tytułowego konformisty.  Napięcie jest tutaj budowane bardzo powoli i stopniowo, by w finale w lesie sięgnęło zenitu. Reżyser skupia się na Marcello, łamie chronologię zdarzeń i pokazuje człowieka pozbawionego energii, sympatii, woli życia. O ile na początku można było to wytłumaczyć profesją bohatera, jednak następne sceny nie dają jednoznacznej odpowiedzi w sprawie jego motywacji – strach, tragiczne zdarzenie z dzieciństwa, brak ojca. Świat naszego bohatera jest chłodny i pusty, a dominuje w nim niemal instynkt seksualny, nuda oraz kontrolowanie siebie. Ten portret jest potęgowany przez mistrzowską pracę kamery (genialna rozmowa z profesorem w jego gabinecie odbywająca się w półmroku) oraz scenografię. Zderzenie dekadenckiej architektury odchodzącej epoki arystokratycznej (pałac, w którym mieszka matka Marcelo oraz niszczony ogród) z prostą i chłodną proponowaną przez faszystów robi ogromne wrażenie i mówi nam o bohaterze więcej niż jego słowa. Dlatego „Konformista” sprawia wrażenie filmu zimnego, zmuszającego do większego wysiłku, dając na końcu satysfakcję.

konformista2

Bertolucci nie tylko pewnie opowiada tą tragiczną historię, ale wykorzystuje ją do rozliczenia z okresem faszystowskim, a także podkreśla uniwersalny charakter, co dobitnie podkreśla filmowy epilog. Grany przez Jean-Louis Trintignanta Marcello to niemal archetypiczny człowiek-kameleon dopasowujący się do czasów, w których przyszło mu żyć. Pozbawiony własnych przekonań, charakteru, panujący nad swoimi emocjami tchórz, wybierający zło dla własnej wygody. O jakiejkolwiek sympatii można zapomnieć, jednak aktor potrafi skupić uwagę odbiorcy. Poza nim wybijają się także dwie kobiety, obydwie urodziwe: Stefania Sandrelli (drobnomieszczanka i żona Giulia) oraz Dominique Sanda (wyzwolona i szczera Anna), których relacje z głównym bohaterem troszkę uatrakcyjniają ten film. Nie zapominajmy też o Gastonie Moschinie, czyli doświadczonym tajniaku Manganiello współpracującym z Marcello.

konformista3

Mimo 45 lat na karku, „Konformista” pozostaje mocnym i porażającym portretem słabości człowieka. Wobec losu, historii, życia. A że wielu jest takich kameleonów wokół nas, tym bardziej film boli.

konformista4

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Mistrzowski rzut

Jest rok 1951 i trafiamy do Hickory – małego miasteczka gdzieś w stanie Indiana. Farmy, kościół, domy i szkoła, a w niej lokalna drużyna koszykówki. Niestety, poprzedni trener zmarł i trzeba powołać kogoś nowego na jego miejsce. I tu pojawia się niejaki Norman Dale – niemłody, ale doświadczony trener, który miał dość długą przerwę (ostatnie 10 lat służył w wojsku). Miejscowi jednak nie do końca są przekonani do nowego trenera i powoli liczą na powrót do drużyny gwiazdy drużyny, Jimmy’ego Chitwooda.

mistrzowski_rzut1

Takich filmów sportowych były co najmniej setki w USA, gdyż tam koszykówka jest (obok baseballa i futbolu amerykańskiego) narodowym sportem. Ale kiedy w 1986 roku debiutujący reżyser David Anspaugh (wcześniej pracował dla telewizji) nie widział albo nie interesował się taką tematyką. Wszystko toczy się wokół sprawdzonej i starej formuły: nowy trener, nowe otoczenie i nowe reguły, docieranie się obydwu stron, wreszcie poważne sukcesy oraz walka o mistrzostwo. Skoro znamy reguły tej gry, to dlaczego udaje się reżyserowi nie tylko zaangażować emocjonalnie, ale i trzymać kciuki za chłopaków do samego końca? Może dlatego, że nie próbuje kombinować i na siłę udziwniać, dodając coś więcej.

mistrzowski_rzut2

Twórcy przy okazji decydują się pokazać portret małego miasteczka – Hickery to dziura tak mała, że nie ma jej nawet na mapie. Koszykówka jest rzeczą, która łączy mieszkańców, a zawodnicy są niemal traktowani jak bogowie. Ale sukces w tej dyscyplinie może być pułapką, z powodu silnej presji. Porażka nie zostanie wybaczona i może być wykorzystana przeciwko tobie. bo gdy przyjdzie czas, że nie będzie można grać, co wtedy pozostanie? Życie przeszłością i (do kompletu) alkohol, ewentualnie praca trenera. Cóż innego można w takiej mieścinie zrobić? Te obserwacje oraz poboczne wątki związane zarówno z niektórymi zawodnikami (jeden z nich ma ojca-alkoholika, drugi jest zbyt niski jak na gracza, a największa gwiazda Jimmy zobowiązał się, że już nie wróci do tego) oraz mieszkańcami, początkowo nieufnymi wobec przybysza.

mistrzowski_rzut4

Najważniejsze elementy filmu sportowego, czyli treningi, inspirujące mowy trenera oraz same mecze, są zrealizowane bardzo porządnie i uczciwie wobec odbiorcy. Nie brakuje obowiązkowych spowolnień, dynamicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha, szybkiej pracy kamery i montażu. Wszystko to angażuje i trzyma w napięciu do samego (co z tego, że przewidywalnego) finału, a dialogi oraz scenografia nadają tylko autentyzmu całości.

mistrzowski_rzut3

Tak samo nie można zignorować świetnej obsady. Gene Hackman ma charyzmę oraz klasę, kompletnie przekonując w roli trenera Dale’a. Stosujący niemal wojskowe metody (stepowanie, bieganie linii, odbijanie piłki od ściany do zawodnika itp.), wymaga całkowitego posłuszeństwa i jest bardzo wymagający. Jednak ta postać ma pewną tajemnicę, a jego porywczy temperament wielokrotnie się udziela, w szczególności na meczach, gdy sędziowie sprawiają wrażenie ślepych kretynów. Równie młodzi chłopcy w rolach zawodników są bardzo przekonujący, oddając swoje lęki, budując pewność siebie i stając się pełnokrwistymi graczami, zyskującymi szacunek otoczenia. Ale i tak cały film skradł wspaniały Dennis Hopper. Aktor wciela się w Wilbura „Strzelca” Fletcha – świetnego znawcy koszykówki oraz miejscowego pijaka. Jego oczy i niepewne spojrzenie mówi więcej niż tysiąc słów, a dobitniej widać to w scenach, gdy działa jako asystent trenera. Ta postać wnosi film na wyższy poziom i wzrusza do samego końca, zapadając mocno w pamięci.

David Anspaugh jeszcze parę razy wejdzie na boisko, a debiut mimo lat oraz ogranych schematów pozostaje świeżym i piekielnie dobrym filmem. Wiemy jak to się skończy, ale jest to bardzo poruszający film, dający potężnego kopa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Strategia pająka

Athos Magnani przyjeżdża do małego miasteczka Tara, gdzie spoczywa jego ojciec, Athos. Zresztą jest do niego bardzo podobny. Jego ojciec – znany antyfaszysta – został zamordowany w 1936 roku podczas wystawienia opery w miejscowym teatrze. Sprawcy nie udało się schwytać, a miejscowa kochanka mężczyzny – Dalida wierzy, że zabił go ktoś stąd. Początkowo Athos jr. nie jest zainteresowany tym, jednak po wieczornych zajściach (zostaje zamknięty w stodole i potem rano pobity), próbuje na własną rękę ustalić prawdziwych sprawców zbrodni.

strategia_pajaka1

Bernardo Bertolucci próbuje bawić się w kino gatunkowe, by opowiedzieć o małej miejscowości pełnej mrocznych tajemnic. Zagadka wydaje się być trudna – wiele osób nie chce odpowiedzieć, choć wokoło sami przyjaciele. Przynajmniej tak twierdzą. Zmowę milczenia i nieufności powoli udaje się przebić, dzięki rozmowom z czterema najbliższymi przyjaciółmi – Dalidą, Gaibazzim, Rasori i Costą. Nie wszyscy jednak mówią pełną prawdę, a dojście do niej nie przyniesie nikomu satysfakcji. Tara jest przepięknie sfotografowana przez Vittorio Storaro, nadając kadrom malarskiej estetyki. Łąka, nocny spacer, wizyta w operze – to robi wielkie wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z muzyką Verdiego. Chociaż rozwiązanie zagadki okaże się raczej spodziewane, to nie poczułem się rozczarowany.

strategia_pajaka2

Także złego słowa nie powiem ani o aktorach, ani o dialogach, bo są co najmniej przyzwoite. Dobrze sobie poradził Giulio Brogi, grający zarówno Athosa sr jak i juniora – obydwaj spokojni, wyciszeni i uważnie obserwujący swoje otoczenie. Pozostali aktorzy, też odnaleźli się w swoich bardziej złożonych postaciach, pełnych tajemnic.

„Strategia pająka” to ostatni film Bertolucciego, przed najgłośniejszymi tytułami. Przewijają się tu elementy nowego stylu, zwłaszcza w warstwie wizualnej, znika estetyka nowofalowa, ale to była dopiero rozgrzewka.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Do utraty sił

Filmowcy kochają boks i nie jest to żadne zaskoczenie. Bowiem jest to jeden z bardziej dynamicznych sportów, widowiskowy, gwarantujący emocje, krew, pot i łzy. Ile razy widzieliśmy opowieści o facetach, którzy dostają szansę na osiągnięcie sukcesu lub powrotu do glorii i sławy? To jeden z fundamentów amerykańskiego snu, że nie ma rzeczy niemożliwy i nieosiągalnych. I czy można nadal coś ciekawego opowiedzieć w tej materii, czyli w kinie bokserskim?

do_utraty_sil1

Poznajcie wielką nadzieje białych – nie, nie mówię o Andrzeju „Endrju” Gołocie, tylko o Billym Hope. To młody, ale doświadczony bokser z czterema pasami mistrza świata. Jednak styl, w którym walczy jest dość dyskusyjny – wystawiając się na ciosy i wyglądając przy tym jak krwawy rzeźnik. Ale wtedy wygrywa, publika wyje i jest uwielbiany. Do czasu, kiedy pojawia się jedna chwila. Podczas imprezy charytatywnej jego żona zostaje zastrzelona i wszystko się sypie. Bańka pęka, a Billy zostaje sam ze swoimi demonami i traci wszystko – towarzystwo się rozchodzi, córka zostaje oddana do pomocy społecznej, dom idzie na sprzedaż, by spłacić swoje długi. Ostatecznie Hope trafia do slumsów i małej siłowni prowadzonej przez doświadczonego Ticka Willsa.

do_utraty_sil2

Brzmi znajomo? Reżyser Antoine Fuqua opowiada historię jakich było w kinie setki, jeśli nie tysiące. Schemat jest prosty: szczyt – upadek – walka o powrót. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że udaje się zaangażować emocjonalnie w tą historię i czyniąc ją wiarygodną do samego finału. Uważnie pokazuje światek bokserski, gdzie naszego bohatera otacza świta podlizujących się przydupasów, pazerny i chciwy promotor, żywiołowi komentatorzy i oczekująca widowiska widownia. A kiedy upadasz, jesteś sam, zdany tylko na siebie i wtedy wychodzi na jaw, kto był prawdziwym przyjacielem. Boks tak naprawdę jest tylko otoczką dla klasycznej opowieści o walce. Walce, która trwa nie tylko na ringu, lecz także poza nim – o swoja godność, życie, rodzinę.

do_utraty_sil3

Dalej jest ostra praca i trening, który ma zmienić filozofię walki – te sceny, mimo iż je widzieliśmy wiele raz, nadal potrafią porwać. Niby proste elementy, ale są spójnym elementem tego świata i co najważniejsze, nie odniosłem wrażenia gry znaczonymi kartami.

Zarówno sekwencje treningowe, jak i same walki są zrealizowane w widowiskowy sposób – nie brakuje klasycznego planu ogólnego, ale są też pewne eksperymenty w postaci pokazania z perspektywy głowy pięściarza czy spowolnienia. Mauro Fiore znów potwierdza swoją klasę, nadając tym scenom nerwu, tempa oraz adrenaliny, w czym pomaga dynamiczny montaż oraz muzyka spod znaku Eminema.

do_utraty_sil4

Żeby jednak nie było tak słodko, Fuqua nie uniknął skrętów w hollywoodzki styl (troszkę przesłodzony finał), a relacja Billy’ego z córką, która jest kośćcem dramatycznego wątku jest traktowana po macoszemu i nie zostaje do końca wygrana. Tu można było wycisnąć ciut więcej. Także brak czegoś nowego w tej konwencji można uznać za poważny zarzut, ale to już czepialstwo na siłę.

Fuqua poza świetną robotą jako reżysera, ma asa w rękawie – wielkiego Jake’a Gyllenhaala, grającego tutaj (moim skromnym zdaniem) rolę życia. Billy w jego interpretacji to wściekłe zwierzę na ringu, które dopiero, gdy zaserwuje widowni krwawy spektakl jest sobą. Ale po stracie swojej kobiety (bardzo przyzwoita Rachel McAdams), górę bierze gniew, wściekłość i droga ku autodestrukcji. Zarówno w scenach z żoną, podczas wizyt u córki, jak i podczas walk nie czuje się żadnego fałszu. Widzimy fightera, próbującego na nowo posklejać się. I wierzyłem w każde jego słowo i spojrzenie. Aktor zawłaszcza swoja osobowością cały film. Kto wie, może zgarnie nominacje do Oscara. Poza nim nie można nie pochwalić świetnego Forresta Whitakera, który wraca do formy, ogrywając schemat doświadczonego mentora – Till Wills to pozornie trener jakich wiele. Niespełniony bokser, opiekujący się młodymi chłopakami, próbując ich naprowadzić na jasną stronę Mocy. Tutaj nawet średni aktor i upadły finansowo raper 50 Cent w roli cwanego promotora dobrze się odnalazł.

do_utraty_sil5

Antoine Fuqua może w „Do utraty sił” nie serwuje niczego nowego w tym bokserskim dramacie, ale nie zmienia to faktu, że nakręcił najlepszy film w swojej karierze. Świetne, kipiące emocjami i fantastycznie zrealizowane. Niepozbawione wad, ale reżyser serwuje mocne ciosy, powalając na łopatki.

8/10

Radosław Ostrowski

Piknik pod Wiszącą Skałą

Walentynki 1900 roku zapowiadały się jak zwykły dzień. Uczennice ze szkoły dla pań prowadzonej przez panią Appleyard, wyruszają na piknik razem z opiekunkami. Miejscem spędzenia czasu jest Wisząca Skała – duża i surowa góra. Na miejscu cztery dziewczyny oddzielają się od reszty, by wejść na górę. I wtedy dzieje się coś dziwnego – jedna z uczennic wraca z krzykiem i dziurawym ubraniem, nie pamiętając niczego. Znika także jedna z opiekunek, starsza pani McCraw. Zaczynają się poszukiwania.

wiszaca_skala1

Z powyższego opisu można byłoby sugerować, ze film (obchodzącego dzisiaj – tekst ten pisany jest 21 sierpnia) Petera Weira z 1975 roku jest kryminałem. Jeszcze nigdy tak bardzo nie można się omylić. Wszystko toczy się tutaj sennym rytmem, wyciszonym i spokojnym, a całe zniknięcie jest tylko katalizatorem wydarzeń. Mnożą się pytania, a odpowiedzi brak. Od razu uprzedzę pytanie – znikniecie nie zostanie rozwiązane ani wytłumaczone. Bardziej interesuje Weira to, co dzieje się z tymi, co zostali (kojarzycie taki serial „Pozostawieni”, oparty na podobnym koncepcie?), jak próbują wyjaśnić niewytłumaczalne, odkryć Tajemnicę. Reżyser mierzy wysoko z ambicjami i chciał zrobić film w podobnym klimacie co „2001: Odyseja kosmiczna” czy „Solaris” Andrieja Tarkowskiego – zbudować klimat czegoś wymykającemu ludzkiemu rozumowaniu i logice.

wiszaca_skala2

Nie sposób się nie zachwycić stroną plastyczną z genialnymi zdjęciami Russela Boyda, mocno inspirującego się malarstwem impresjonizmu. I tu nie chodzi mi tylko o grę światłem, ale także zbliżeniami na obrazki przyrodnicze i widok samej góry – surowej, ale jednocześnie magnetyzującej i skupiającej uwagę. Podobnie aurę Tajemniczości tworzy niezwykła muzyka grana na fletni Pana. Wystarczy wspomnieć scenę budzenia dziewczyn, która dzięki tym dźwiękom nabiera nowego znaczenia. Zagrane jest to bardzo naturalnie i wiarygodnie, w sporej części przez debiutantki.

wiszaca_skala3

I teraz zaczyna się dla mnie problem – rozumiem i doceniam to, co robi Weir, jednak „Piknik…” zadziałał na mnie bardzo usypiająco i zmęczył mnie. Do momentu zniknięcia dziewczyn oraz poszukiwań przez policję, było interesująco. Potem jednak fabuła zaczyna się rozłazić, skupiając się na dygresjach, obserwacjach oraz próbach wyjaśnienia, co tak naprawdę stało się na Wiszącej Skale. Pamiętam scenę zniknięcia, ataku dziewczyn na odnalezionej dziewczynie przez koleżanki (atak to za mocne słowo, ale osaczenie przez koleżanki), taniec dziewczyn na górze – bardzo zmysłowe. Reszta niespecjalnie mnie interesowała i ciągle czekałem na przełom, wytłumaczenie i oświecenie. Dostałem coś zupełnie innego, po prostu i nie mogłem się przestawić.

wiszaca_skala4

Oceny wyjątkowo nie dam, bo jak ocenić coś, czego nie da się wyjaśnić ani opowiedzieć. Jedno jest pewne – „Piknik” będzie doświadczeniem, które zostanie bez względu na ocenę, która będzie zawsze nieadekwatna do stanu emocjonalnego.

?/10

Radosław Ostrowski