Inna kobieta

Marion Post jest pisarką, która od długiego czasu żyje z mężem i córką z jego pierwszego małżeństwa. Właśnie skończyła 50 lat i jej związek jest dość rutynowy. Wszystko to się zmienia, kiedy zza ściany obok (gabinet psychologa) słyszy kobietę, która jest nieszczęśliwa. To wydarzenie zmuszą ją do przyjrzenia się swojemu życiu.

inna_kobieta1

Po dwóch dość chłodno przyjętych próbach zrobienia filmu w stylu Bergmana, Woody Allen nie odpuszcza i kręci najbardziej zaskakujący film w swoim dorobku. Owszem, jest to dramat obyczajowy, jednak jest on najbardziej przystępny i najbardziej oswajalny w porównaniu do „Wnętrz” i „Września”. Tutaj skupiamy się na psychice kobiety, która odniosła spory sukces, jednak czuje emocjonalną pustkę, której nie jest w stanie wyciszyć. Dawne żale i pretensje w końcu dają o sobie znać, jednak Allen rozgrywa je w dość ciekawy sposób, używając snów, wykorzystując wspomnienia. Choć jest poważny, nie szydzi ze swoich bohaterów. Reżyser daje nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno na zmianę. Okraszone to wszystko zarówno elegancką i piękną muzyką, jak i świetnymi zdjęciami Svena Nykvista.

inna_kobieta3

Jednak poza imitowaniem tematyki i stylu Bergmana, Allen świetnie prowadzi aktorów i kolejny raz nie pojawia się na ekranie. Marion w świetnej kreacji Geny Rowlands jest kobietą, która nie jest szczęśliwa. Kolejne sny i spotkania z osobami pozwalają dostrzec swoje błędy i zmusić ją do autorefleksji. Wszystko to przez pacjentkę Hope (Mia Farrow), która – przynajmniej dla mnie – jest odbiciem samej Marion – kobieta młodą, ale nieszczęśliwą i próbującą odebrać sobie życie. Spotkanie z nią w restauracji jest punktem zwrotnym. Wśród panów tutaj wybijają się będący w świetnej formie Ian Holm (dr Ken Post – lekarz, przyzwyczajony do swojej rutyny) i pojawiający się na krótko Gene Hackman (Larry Lewis – zakochany w Marion mężczyzna, który zostaje przez nią odrzucony). Dzięki temu kwartetowi ten film ożywa i wciąga.

inna_kobieta2

Poprzednie „poważne” filmy Allena zastanawiały mnie nad tym, dlaczego tak ceniony reżyser podejmował się wysiłku, który nie był do końca udany. „Inna kobieta” potwierdza, że ten reżyser potrafi nakręcić pełnokrwisty dramat, który potrafi poruszyć i angażować, co wcześniej się nie udawało.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wrzesień

W małym domku nad morzem, mieszka 5 osób: aktorka Diane i jej partner życiowy Lloyd, jej córka Lane, przyjaciółka Stephanie i pisarz Peter. Czasem dom odwiedza zakochany w Lane Howard. Lane zamierza sprzedać dom, zaś w ciągu dnia i nocy wyjdą dawno skrywane żale.

wrzesien2

Woody Allen znów postanowił zrobić poważny dramat, w dodatku mocno on przypominana bardziej sztukę teatralną. Mamy jedno miejsce, gdzie rozmawiają zazwyczaj dwie postacie, która ma swoje tajemnice, niespełnione ambicje i marzenia, które raczej nie zostaną spełnione, tak jak skryte namiętności i dawne żale, których eksplozja mocno rani. Problem dla mnie jednak jest taki, że Allen na poważnie nie za bardzo do mnie przemawia, nie rusza i nie angażuje tak bardzo, jak w swoich komediach. Jedynie finał jest mocny, ale to dla mnie trochę za mało. W zasadzie nie ma tez tu akcji jako takiej, bohaterowie gadają i miotają się ze sobą. Tak jak we „Wnętrzach”, choć tutaj jest to trochę bardziej strawne.

wrzesien1

Nie można się przyczepić do obsady, która trzyma poziom. Najbardziej wybija się tu Elaine Stritch jako toksyczna matka, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Mia Farrow i Dianne Wiest grające kolejne znerwicowaną Lane i jej przyjaciółkę Stephanie wypadły bardzo dobrze, tworząc ciekawe i złożone kreacje. Zaś partnerujący im panowie (Jack Warden, Sam Waterson i Denholm Elliot) trzymają fason.

wrzesien3

Niby tu jest wszystko utrzymane i na poziomie, ale nie trafia do mnie. Allen raczej nie powinien robić poważnych dramatów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wnętrza

Joey, Renata (poetka) i Flyn (aktorka) są siostrami z ambicjami artystycznymi, a film skupia się na relacjach między nimi, a także między ich rodzicami (matka – dominująca specjalistka od dekoracji wnętrz, ojciec – adwokat), żyjącymi w separacji. Wszystko się zmienia w momencie, gdy Arthur (ich ojciec) decyduje się ponownie ożenić z poznaną w Atenach kobiecie Pearl.

wnetrza1

Woody Allen tym razem postanowił zrobić film w stylu swojego ulubionego reżysera Ingmara Bergmana, czyli opowieści o pustce emocji i miotaniu się ze sobą, światem oraz swoimi ambicjami. Wszystko absolutnie na poważnie, bez żadnego żartu czy odrobiny humoru, który mógłby być pewną odtrutką. Jednak nazwać ten film za udany do końca. Film ten jest bardzo chłodny i zdystansowany wobec swoich bohaterów, z którymi naprawdę trudno się identyfikować. Alienacja i samotność jest też spotęgowana bardzo sterylnymi, chłodnymi dekoracjami oraz brakiem muzyki (obecna jest ona tylko w jednej scenie – dnia ślubu). Wszyscy bohaterowie są tu nieszczęśliwi, niespełnieni, mający wielkie ambicje i chęć zmiany swojego życia, kończy się zaś tylko na słowach.

Aktorsko trudno się przyczepić, bo jest to zagrane naprawdę dobrze (najlepiej wypadły Geraldine Page, i Mary Beth Hurt) ale dystans jest zbyt duży i film zwyczajnie męczy. Trochę szkoda, bo mogło z tego wyjść coś naprawdę ciekawego.

6/10

Radosław Ostrowski


Aviator

Biografie sławnych ludzi zawsze interesowały innych, także filmowców. Martin Scorsese nakręcił wiele biografii („Wściekły byk”, „Kundun”), ale najcięższym kalibrowo filmem w tej kwestii pozostaje „Aviator”. Jest to historia Howarda Hughesa – milionera, który zdecydował się zdominować rynek lotniczy.

aviator1

Reżyser skupił się na latach 1923-47, czyli czasów największej aktywności tego ekscentrycznego milionera (od realizacji „Aniołów piekieł” aż do lotu Herkulesa), tworząc prawie 3-godzinny fresk o geniuszu balansującym na granicy szaleństwa. Reżyser pokazuje i rozkłada na czynniki pierwsze osobowość Hughesa, którego nie było w stanie złamać nic i zawsze dostawał to, co chce. Nie ważne czy chodzi tu o realizację filmu, kobiety czy pieniądze. Całość robi epickie wrażenie, zaś sceny lotnicze (kręcenie „Aniołów piekieł”, lot samolotem szpiegowskim i katastrofa) robią ogromne wrażenie. Całość ogląda się znakomicie, choć pewne wątki są ledwo zasygnalizowane. Zdjęcia i montaż są rewelacyjne (m.in. sceny przesłuchań komisji Brewstera czy przybycie Hughesa na premierę), muzyka z epoki pasuje do realiów i dopełnia klimatu, a sama historia nie jest w żaden sposób schematyczna czy szablonowa. A obsesję bohatera są bardzo przekonująco pokazane.

aviator2

Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, reżyser wybrał prawdziwą śmietankę. Hughesa świetnie zagrał Leonardo DiCaprio w pełni pokazując jego obsesje (mycie rąk), lęki i paranoje, a jednocześnie pewnego siebie marzyciela, który dokonywał rzeczy niemożliwych. Jest to prawdopodobnie najlepsza rola w dorobku tego aktora. Drugi plan też jest wręcz przebogaty, a znani aktorzy jak Willem Dafoe czy Jude Law pojawiają się w epizodach. Jednak na tym planie dominuje zjawiskowa i fantastyczna Cate Blanchett jako Katherine Hepburn – silna, pewna siebie i temperamentna. Poza nią warto też zwrócić uwagę na Alana Aldę (skorumpowany senator Brewster), Iana Holma (prof. Fitz), wracającego do formy Aleca Baldwina (Juan Tripp, szef Pan Am) i Johna C. Reilly’ego (księgowy Noah Dietrich).

Scorsese tym filmem mi naprawdę zaimponował i pokazał, że wrócił do formy, kręcąc jeden ze swoich najlepszych filmów. I nie ma w tym przesady.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Kundun – życie Dalaj Lamy

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, czym był i jest Tybet. Kręcenie filmów o tym kraju, jest bardzo ryzykowne i grozi zakazem przyjazdu do Chin, które mają własną wersję historii. W 1997 roku powstały równolegle dwa filmy o Tybecie z Dalajlamą w tle – „Siedem lat w Tybecie” Jeana-Jacquesa Annauda i „Kundun” Martina Scorsese, o którym opowiem wam więcej.

kundun1

Film jest niczym innym jak biografią Dalajlamy XIV od odnalezienia przez mnicha i uznania jako kolejnego wcielenia Buddy aż do ucieczki do Indii, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego. Film imponuje zarówno rozmachem jak i realizacją. Udało się twórcom odtworzyć świat, który zniknął bezpowrotnie. Świat pozbawiony przemocy, głębokiej wiary i zwyczajnej dobroci, pełen kolorów i zwyczajów (pogrzeb ojca, wyrocznia, zwoływanie rządu), ale kiedy w Chinach władzę przejęli Chińczycy, Tybet zmienił się nie do poznania, co najbardziej pokazują sceny wizyt Lamy w Chinach oraz relacje jego najbliższych współpracowników, a także sceny wizji Dalajlamy, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością (genialnie zmontowane). Całość jeszcze jest okraszona genialnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza ujęcia plenerów i rysunków) oraz bardzo klimatyczną muzyką Philipa Glassa, dopełniając opowieści o bezsilności jednostki wobec Historii – bezwzględnej i ślepej.

kundun2

Aktorstwo w tym filmie jest fantastyczne, tym bardziej zaskakuje, że wszystkie role zagrali naturszczycy. Nie będę tu wymieniał nazwisk, bo wszyscy nie zawiedli, ale i tak najważniejszą postacią jest Dalajlama, który wierny ideom Buddy, stara się powstrzymać to, co nieuniknione. Naprawdę polubiłem tego człowieka.

Scorsese znów zaskakuje i nakręcił ostatni film, który był powszechnie uznany za arcydzieło. Potem podobno miał zejść w dół, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski

Nowojorskie opowieści

Nowy Jork to miejsce, o którym powstało wiele filmów i ma swoich ulubionych reżyserów. W 1989 r. trzech z nich postanowiło połączyć siły i stworzyć jeden film. Tak powstały „Nowojorskie opowieści” – trzy historie z Nowym Jorkiem w tle, nakręcone przez wybitnych filmowców. Ale jak wiadomo, kino to nie matematyka i tutaj 2+2 nie zawsze daje 4. Więc opowiem po kolei.

Całość zaczynają „Życiowe lekcje”, w których Martin Scorsese opowiada o toksycznej miłości ekscentrycznego malarza Lionela ze swoją asystentką, która marzy o działalności artystycznej. On potrafi tworzyć tylko w czasie kłótni, ona chce od niego odejść. Nie zabrakło tu paru znaków rozpoznawczych reżysera: długich, płynnych ujęć, szybkiego montażu (sceny malowania) oraz przebojowej muzyki (m.in. Procol Harum i Cream), tworząc ciekawy portret środowiska artystycznego w konwencji love story. W dodatku ze świetnymi rolami Nicka Nolte (Lionel) i Rosanny Arquette (Paulette) oraz przewijającego się w epizodzie Steve’a Buscemi (komik George). Jednak czułem pewien niedosyt oglądając ten film. Jak na pana Scorsese, mogło być lepiej, ale tak naprawdę wstydu wielkiego też nie ma.

newyork1

Dalej mamy „Życie bez Zoe”, którego bohaterką jest dziewczynka, której rodzice się rozstali, zaś sama Zoe jest bardzo zaradna i pomysłowa. Intryga zaczyna się w momencie, gdy w jej hotelu dochodzi do włamania, zaś złodzieje zgubili z depozytu ojca dziewczynki klejnot należący do arabskiej księżniczki. Niestety, sama historia jest dla mnie zbyt bajkowa i przesłodzona, a jedyne, co przykuło moją uwagę na dłużej to muzyka. Tym większe rozczarowanie, bo reżyserem tej noweli jest Francis Ford Coppola. Na szczęście to najkrótsza z trzech opowieści (ok. 30 minut).

newyork2

Trzecia mogła być albo jeszcze gorsza albo podniosłaby poziom. Stało się to drugie, ale nie ma co się dziwić, bo to w końcu Woody Allen. Tutaj mamy Sheldona – niemłodego faceta, który nie może przeciwstawić się swojej matce, której nienawidzi. Ale kiedy ona znika, tak naprawdę zaczynają się prawdziwe problemy, bo nawet z zaświatów go prześladuje. Nie brakuje typowo allenowskiego poczucia humoru (próby wypędzenia przez medium czy magiczny spektakl z matką Sheldona), zabawnych dialogów, psychiatry i Allena w roli głównej. Ale i tak całe szoł ukradła Mae Questel w roli matki Sheldona – jej troskliwość bywa wręcz drażniąca, jednak nie ma tu przerysowania. Ta nowela jest najlepsza z całego zestawu, bo w krótkim czasie Allen daje z siebie wszystko.

newyork3

Film ten jak każda kompilacja filmowa jest dość nierówna – Scorsese przyzwoity, Coppola nieudany, Allen najlepszy. Choćby dla tej ostatniej opowieści absolutnie warto, a bilans wychodzi na plus.

7/10

Radosław Ostrowski

Kolor pieniędzy

Szybki Eddie Felson był jednym z najlepszych bilardzistów, ale to było ponad 20 lat temu. Teraz sprzedaje alkohol, choć trochę kręci się po klubach bilardowych. I właśnie w jednym takim zauważa młodego, zdolnego chłopaka Vincenta z dziewczyną Carmen. Zaczyna go uczyć jak wygrywać dużą forsę, by dojść do wielkiego turnieju w Atlantic City.

kolor1

Dawno, dawno temu był taki film „Bilardzista” z Paulem Newmanem w roli młodego chłopaka, który miał nieprzeciętny talent do gry. Dalszy ciąg jego historii opowiedział Martin Scorsese w „Kolorze pieniędzy”. I znów idziemy do klubów, gdzie są stoły bilardowe, dymy z papierosów i wiele alkoholu. A jednocześnie pokazuje niby wyświechtaną relację uczeń-mistrz, podczas której uczeń przeskoczy mistrza oraz o wielkim powrocie do gry starego gracza. Całość ogląda się znakomicie, dzięki precyzyjnej realizacji (choćby czołówka z kapeluszem i dymem papierosowym czy świetnie zmontowane ujęcia rozgrywek bilardowych), świetnie dobranym piosenkom oraz dość zaskakującemu finałowi. Widać tu rękę Scorsese, który bardzo dokładnie buduje historię oraz postacie.

kolor2

A propos postaci, tutaj znów mamy galerię ciekawych postaci, granych przez świetnych aktorów. Eddie znowu zagrał Paul Newman (rok wcześniej dostał Oscara za całokształt), który znów pokazał wielką formę. Pozornie to jeden z wielu mentorów jakich na ekranie było wielu – trochę cyniczny, zgorzkniały, ale zawsze pewny siebie i powracający do gry w wielkim stylu. Nie wiem, jak to możliwe, ale nigdy nie widziałem filmu, w którym ten aktor wypadł słabo czy niewyraźnie i tutaj znów to potwierdził. Drugim mocnym punktem jest Tom Cruise, który nadal ma wkurzający śnieżnobiały uśmiech, ale bardzo przekonująco wcielił się w młodego, nieobytego gracza-cwaniaka. Powoli, ale stopniowo uczy się metod Falsona i w końcu go ogrywa. Trzecią do tej pary jest Mary Elizabeth Mastrontonio w roli bardzo pięknej Carmen, która tworzy zgrabną parę z Cruisem. Poza nimi jeszcze przewijają się na ekranie John Turturro (Julian) i Forest Whitaker (Amos – bilardzista, który ograł Felsona).

kolor3

Kolejny mniej znany, ale znakomity film w dorobku Martina Scorsese. Nie tylko dla fanów bilarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Ulice nędzy

Dzięki temu filmowi Martin Scorsese wypłynął na szerokie wody i przyniósł mu rozgłos wręcz międzynarodowy. W zasadzie jest to historia dwóch osób. Charlie to młody chłopak, który pracuje dla mafii, chce mieć własną restaurację, ale ciągle sprawia mu problemy kuzyn, Johnny Boy. Rozwiązywanie jego problemów staje się już coraz bardziej meczące, a na domiar złego Charlie spotyka się z Żydówką Theresą, co dla jego reputacji nie jest zbyt dobre.

nedza1

Jak wspomniałem, to pierwszy poważny film Martina S., który jest tutaj bardziej portrecistą Nowego Jorku, zaś sama fabuła służy mu jako pretekst do tego. A jest to miasto pełne knajp, spelun, drobnych cwaniaczków i różnych interesów, gdzie swoje grzechy odpokutuje się na ulicy, a forsa decyduje o wszystkim. Już tutaj pojawiają się obsesje charakterystyczne dla tego reżysera: gangi, wiara katolicka, honor, grzech. Zrealizowane to w konwencji wręcz paradokumentalnej, ale sama technika filmowania lekko się zestarzała i nie robi już takiego wrażenia jak wtedy. Są dłużyzny, pewne wątki lekko liźnięto (restauracja Oscara) i miałem poczucie chaosu, choć portret Nowego Jorku jest dość interesujący.

nedza2

Może i sama realizacja jest trochę archaiczna, ale aktorstwo nie zestarzało się za nic. Naszym przewodnikiem po Little Italy jest Charlie grany przez Harveya Keitela. To dobroduszny, prosty chłopak znający reguły i dotrzymujący słowa. Jednak nawet i on blednie, gdy na ekranie pojawia się genialny Robert De Niro wcielający się w Johnny Boya – prymitywa, który jest nieobliczalny, nieodpowiedzialny i nikogo nie szanuje. Te dwie postacie bardzo przyciągają uwagę od reszty, która też trzyma poziom.

Nie będę was oszukiwał, „Ulice nędzy” mają swoje lata i to niestety widać. Niemniej jest to jednak udany film, który może dostarczyć paru ciekawych obserwacji.

7/10

Radosław Ostrowski

Nieugięty Luke

Lucas Jackson jest młodym facetem, który walczył na wojnie, był wielokrotnie odznaczany, jednak wrócił jako szeregowy. Poznajemy go, gdy niszczy parkometry pod wpływem alkoholu z powodu nudy. Tak trafia do więzienia, gdzie trzeba się trzymać zasad, a wśród więźniów rządzi Dragline. Jednak Luke powoli zaczyna zdobywać szacunek współwięźniów.

luke1

Pozornie ten film wydaje się kolejną z wielu opowieści o więzieniu. Jednak Stuart Rosenberg nie serwuje kolejne banalnej opowieści o niepokornym więźniu. Na początku poznajemy reguły oraz więźniów, którzy w ostatecznym rozrachunku okazują się porządnymi i sympatycznymi gośćmi. Zaś strażnicy i naczelnik to ludzie dbający o władzę (czasem jej nadużywają) i porządek zgodny z ich przepisami. Zostaje to w końcu skonfrontowane ze zbuntowaną i niepokorną jednostką, która z góry jest skazana na przegraną. Wszystko zrealizowane w surowym stylu (bardziej stonowane zdjęcia), z dobrymi dialogami, solidnym montażem i kilkoma zabawnymi sytuacjami, które ubarwiały życie w więzieniu (m.in. próba zjedzenia 50 jajek w godzinę czy „wyścig” podczas nakładania asfaltu).

luke2

Jednak najmocniejszym atutem tego filmu jest dwóch aktorów, którzy wybili się i stworzyli świetne kreacje. Mówię tu o błękitnookim Paulu Newmanie, czyli tytułowym nieugiętym Lukiem, który nie daje się do końca złamać i tworzy ciekawy portret charyzmatycznego buntownika oraz nagrodzonym Oscarem George’u Kennedym, czyli Draglinie – twardzielu o gołębim sercu. Tych dwóch ciągnie ten film do samego końca.

Trochę zapomniana więzienna opowieść, która była poruszająca aż do czasów „Skazanych na Shawshank”. Chyba przez ten film obraz Stuarta Rosenberga trafił do krainy zapomnienia. Chyba niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kto się boi Virginii Woolf?

George i Martha są małżeństwem od długiego czasu – oboje sprawiają wrażenie znużonych sobą. Po kolejnej, sobotniej imprezie zapraszają do siebie młode małżeństwo – Nicka i Honey, którzy będą świadkami konfrontacji między starszą parą.

woolf1

Kino zawsze czerpało z literatury i teatru, choć nie zawsze było to udane połączenie. Jednak właśnie na teatr, a dokładniej na sztukę Edwarda Albee’ego przeniósł debiutujący na ekranie Mike Nichols. Na szczęście reżyserowi udało się uniknąć teatralności, choć większość akcji toczy się w domu Marthy i George’a. Zrobił to zarówno wyjściu na zewnątrz (m.in. knajpa), ale też dzięki dynamicznym zdjęciom (co z tego, że czarno-białym?) i sprawnemu montażowi. Nichols pewnie opowiada tę historię, mając przy sobie także mocne, ostre dialogi pełne złośliwości i sarkazmu pary, która prowadzi grę między sobą. I przez dwie godziny uważnie obserwujemy całą tą wojenkę, tak jak młoda para, więc nie ma tu miejsca na nudy.

woolf2

A wszystko jeszcze fantastycznie zagrane przez czwórkę aktorów. Najbardziej bryluje tutaj duet Elizabeth Taylor/Richard Burton. Ona mocno podniszczona, nadużywająca alkoholu, on spokojny i opanowany, zaś oboje wiedzą jak bardzo dołożyć drugiej osobie, żeby bardziej bolało, powoli odsłaniając słabości, lęki i frustracje. Partnerujący im George Segal i Sandy Dennis też wypadają przekonująco i powoli odsłaniają swoje demony i intencje.

Kolejny przykład znakomitego kina, które zawsze się obroni. Pasjonujące, wciągające i brutalnie szczere.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski