Mechaniczna pomarańcza

Londyn gdzieś w niedalekiej przyszłości. To tutaj Alex razem z trzema kolegami tworzą gang, który dokonuje przemocy i gwałtów w rytm muzyki klasycznej. Podczas jednego z napadów, podczas którego zostaje zabita młoda kobiet, Alex zostaje schwytany wskutek zdrady i skazany na 14 lat. Wówczas w więzieniu zostaje poddany eksperymentalnej formie resocjalizacji.

pomarancza1

Tak w skrócie można opisać ten głośny film Stanleya Kubricka – reżysera uważanego za jednego z największych geniuszy kina. Pytanie, czy można powiedzieć coś nowego na temat tego filmu? Chyba nie, ale nie zmienia to faktu, ze film ogląda się znakomicie i mimo lat nadal poraża. Już sam początek, kiedy poznajemy Alexa i jego gang w barze mlecznym Korova buduje klimat, który pozostaje z nami aż do samego końca. Ujęcia z jednej strony bardzo długie i zwracające uwagę na tło, z drugiej pełne  finezji i lekkości (m.in. włamanie i scena gwałtu w rytmie „Singing in the Rain'” czy nakręcona w zwolnionym tempie scena konfrontacji między członkami gangu nad rzeką). Ale później reżyser skręca w stronę dramatu społecznego pokazując jak bardzo nieludzka jest naukowa metoda resocjalizacji (świetnie zmontowana, jak zresztą cały film), która powoduje pozbycie się przemocy w człowieku. W tej sposób ludzie zostają pozbawieni wolnej woli, stając się zmechanizowanym, słabym bytem. Bo przemoc, czy tego chcemy czy nie – jest wpisana w ludzką naturę i pozbywając się przestajemy być ludźmi, co puentują losy Alexa na wolności oraz bardzo gorzki finał.

pomarancza2

Ale to wszystko działa jeszcze bardziej m.in. dzięki perfekcyjnie dopasowanej muzyce oraz rewelacyjnej kreacji Malcolma McDowell – niewinnie wyglądającego chłopaka o skórze diabła. Skąd się wzięło u niego zło? Tego do końca nie wiemy. Dla niego sztuka i muzyka kojarzy się z zabijaniem, ale to dzięki temu aktorowi jesteśmy w stanie współczuć temu chłopakowi, który wcześniej wywoływał przerażenie. Reszta obsady tez poradziła sobie wspaniale, ale to McDowell „zawłaszczył” ten film.

Co ja wam będę mówił, mimo ponad 40 lat, film Kubricka pozostaje perfekcyjnie zrealizowanym i nie dając się zębowi czasu.

9/10 + znak jakości

pomarancza3

Radosław Ostrowski


Niemożliwe

Rok 2004, Tajlandia. Tam na wypoczynek przybywa rodzina (Maria i Henry z synami – Lucasem, Thomasem oraz Simonem) w Wigilię Bożego Narodzenia. Ale wtedy następnego dnia pojawia się tsunami, które zalewa hotel i nasza rodzina zostaje rozdzielona. Cała piątka musi się odnaleźć.

Pozornie wydaje się, że to będzie kolejna hollywoodzka produkcja, ale reżyser Juan Antonio Bayona trzyma rękę na pulsie. Wie jak opowiedzieć historię tak, żeby poruszyć, chwycić za gardło i zaangażować, choć wszystko wydaje się bardzo proste. Pokazany jest kataklizm w skali mikro, gdzie przyglądamy się wydarzeniom w niemal paradokumentalnym stylu. Samo pokazanie tsunami jest naprawdę porażające, a zwłaszcza to, co robi żywioł z bohaterami naprawdę poraża. Mamy krew, bród, żółć i zieleń (świetna charakteryzacja i scenografia) – a jednocześnie zawsze bohaterowie i ich dramaty zawsze są na pierwszym planie. Ich desperacja, nadzieja, smutek, strach wynikający z braku informacji – to wszystko jest pokazane i  powiedziane w sposób całkowicie przekonujący, bez patosu i bez żadnego fałszu, co łatwo można było schrzanić (zwłaszcza w przypadku dzieci).

niemozliwe2

Poza konsekwentnie prowadzoną reżyserią oraz poruszającym scenariuszem, nie można nie wyróżnić aktorów. Na pierwszym planie są Naomi Watts i Ewan McGregor – jako poszukujący się małżonkowie są bardzo przekonujący i emocje malują się na ich twarzach, wierzy się im na słowo. Jednak najtrudniejsze zadanie mieli chłopcy grający braci: Tom Holland, Samuel Joslin i Oaklee Pendergrast (kolejno Lucas, Thomas i Simon). I wypadli świetnie, co w przypadku dzieci zdarza się naprawdę rzadko.

niemozliwe1

To jest jeden z tych filmów, który pozostanie w mojej pamięci na długo – nie mam co do tego wątpliwości. Dawno nie było tak poruszającego filmu z katastrofą w tle.

8/10

Radosław Ostrowski

Drogówka

Jest grupa siedmiu policjantów, których łączą pieniądze, przyjaźń i imprezy. Grupa ta jest zwarta, bierze łapówki i nie jest do końca taka uczciwa. Wszystko się zmienia w momencie, gdy jeden z nich, sierżant Lisowski zostaje zamordowany. W sprawę zostaje wrobiony sierżant Król, który był mu winien forsę. Ten jednak ucieka i próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę.

drogowka1

Kim jest Wojciech Smarzowski? Chyba nie trzeba go przedstawiać, bo to jeden z najciekawszych polskich reżyserów ostatniej dekady, który w bardzo brutalny sposób pokazuje naszą rzeczywistość, bez słodzenia i lukrowania. „Drogówka” to w zasadzie mieszanka paru gatunków i konwencji. Na początku mamy humorystyczno-ponure scenki ze zwykłego dnia pracy naszych bohaterów, by po 40 minutach pójść w stronę kryminału, gdzie intryga jest bardzo skomplikowana i sięga szczytów władzy. Ale nie jest to stricte film sensacyjny, bo tutaj wiele zdarzeń jest kręconych z telefonów komórkowych (świetnie zmontowanych z pozostałymi scenami), pościgi są mało efektowne i idziemy razem z kamerą. A przy okazji jak zawsze mamy pokazaną rzeczywistość, gdzie nikt nie jest uczciwy (każdy chce dać w łapę – bez względu na pozycję społeczną czy wykształcenie), a przekręty są po prostu wszędzie. Innymi słowy, witamy w polskim piekle, a o happy endzie możecie zapomnieć. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu wtórności, ale pomysłowa realizacja odwraca od tego uwagę.

drogowka2

Druga rzecz wyróżniająca Smarzowskiego od innych to posiadanie stałej grupy aktorów, która przewija się w jego filmach. Tak też jest i tutaj. Główną rolę gra będący w świetnej formie Bartłomiej Topa, tworząc postać sierżanta Króla, który może i nie jest świętym, ale tutaj jest ukazany jako ostatni sprawiedliwy, który musi się czaić i ukrywać. Poza nim są tutaj ci, których nie mogło zabraknąć: Marian Dziędziel (komisarz Gołąb), Eryk Lubos (sierżant Banaś), Robert Wabich (sierżant Hawryluk), Arkadiusz Jakubik (sierżant Petrycki) i Jacek Braciak (posterunkowy Trybus) – wszyscy spisali się bardzo dobrze i trudno się do nich przyczepić, bo stworzyli pełnokrwiste postacie. Jest parę zaskoczeń jak Marcin Dorociński (sierżant Lisowski) i Julia Kijowska (posterunkowa Madecka), którzy wypadają trochę wbrew swojemu wizerunkowi, a także masa epizodów m.in. Andrzeja Grabowskiego (poseł), Lecha Dyblika czy Krzysztofa Kiersznowskiego, którzy dopełniają całości.

drogowka3

Choć „Drogówka” wydaje mi się słabszym filmem od „Róży” nie zmienia ona jednego faktu: Smarzowski jest najlepszym polskim reżyserem, bo poniżej pewnego (bardzo wysokiego) poziomu nie schodzi.

8/10

Radosław Ostrowski

Najwspanialsza gra w dziejach

Początek XX w. Golf jeszcze nie był tak popularną dyscypliną jak teraz, choć wtedy też uważano go za grę dla dżentelmenów, a niekwestionowanym mistrzem był Anglik Harry Vardon. Kiedy w 1913 roku postanowiono rozegrać turniej mistrzostw USA, gdzie walczyli ze sobą zawodowcy i amatorzy, faworytem był właśnie Vardon. Ale wtedy pojawił się młody i ambitny amator Francis Ouimet, który wygrał ku zaskoczeniu wszystkich.

gra2

Największy problem w filmach o golfie jest golf – dyscyplina mało dynamiczna i niezbyt atrakcyjna dla kina, choć wielu twórców próbowało podjąć ten temat, m.in. Robert Redford w „Nazywał się Bagger Vance”. W 2005 roku do tego grona dołączył równie znany aktor Bill Paxton (m.in. „Apollo 13” czy „Obcy – decydujące starcie), dla którego ten film był jego drugą i jak na razie ostatnią próbą reżyserską. Podstawą była prawdziwa historia golfowego pojedynku między Ouimetem i Vardonem, spisana w książce Marka Frosta (współtwórca kulowego „Miasteczka Twin Peaks” oraz autor scenariusza tego filmu). Więc jak pokazać golf tak, żeby był atrakcyjny? Paxton wykorzystuje różne sztuczki, m.in. pokazanie toru lotu piłki (genialnie zrobione) czy w scenach, gdy Vernon widzi tylko piłkę i dołek, usuwając zbędne tło (to pokazuje koncentracje bohatera). Dzięki czemu nie tylko udaje się wciągnąć w tą grę, ale i też angażuje (choć sama historia jest dość łatwa do przewidzenia). Jednocześnie ciekawie pokazano tło tej gry, gdzie obowiązują dość twarde reguły oparte na przepisach (żeby grać nawet amatorsko, trzeba mieć sponsora i rekomendację), ale też pokazuje jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, by osiągnąć sukces (produkcja Disneya, więc czego się innego można spodziewać). Realia też zostały wiernie odtworzone (świetne kostiumy oraz scenografia), co się chwali.

gra1

Zaskoczeniem zaś było dla mnie naprawdę dobre aktorstwo. Nie byłem przekonany do Shia LaBeoufa, który na zawsze będzie mi się kojarzył z „Transformersami”, jednak tutaj gra bardzo dobrze. Francis w jego wykonaniu to młody i ambitny chłopak, który chce udowodnić sobie i ojcu, że potrafi zrobić coś wielkiego, dlatego gra w golfa. Równie wyborny jest Stephen Dillane jako opanowany i  czarujący Vardon, który też walczył o swoje i mierzy się z pewną traumą. Patrzenie na konfrontację tych dwóch aktorów było wielką przyjemnością. Zaś odrobinę humoru serwuje uroczy Josh Flitter (Eddie, chłopiec do kijów, wspierający Francisa). Tu trudno się do kogokolwiek przyczepić.

Nie jest to może najwspanialszy film w dziejach kina jaki widziałem, niemniej jest to kolejny dowód dobrego rzemiosła, z pokrzepiającym przesłaniem oraz porządną realizacją, co należy docenić. Te dwie godziny minęły szybko jak kijem strzelił.

7/10

Radosław Ostrowski

Testament

W miasteczku Hamlin życie toczy się bardzo spokojnie i bez poważnych zakłóceń. Tak wyglądało życie m.in. państwa Weatherly. Mąż pracował, żona zajmowała się domem. Któregoś dnia mąż normalnie pojechał do pracy, żona z dziećmi są w domu i wtedy przestaje działać radio, telewizja, telefon. Dochodzi do wybuchu nuklearnego, a mąż nie wraca do domu. Kobieta musi sama zmierzyć się z rzeczywistością i pomóc swojej rodzinie przetrwać.

Jeżeli ktoś się spodziewał filmu stricte SF, będziecie musieli się rozczarować. Ta mało znana produkcja jest tak naprawdę dramatem obyczajowym, który dzieje się w poważnych okolicznościach. Promieniowanie, choroby, śmierć oraz mała nadzieja, że ojciec wróci, że wszystko minie i będzie dobrze. Surowa stylistyka, statyczne ujęcia, nawet wybuch nie jest widowiskowy (parę jaśniejszych kolorów). Ten cały lęk pokazany jest w bardzo stonowany i subtelny sposób (narada w kościele czy pokazanie chowanych zwłok w płótnach), ale to właśnie najmocniej działa na wyobraźnię. Bez wysokiego budżetu, efektów specjalnych – tym bardziej robi to wrażenie. Reżyserka Lynne Littman pewną ręką trzyma w zainteresowaniu do samego stopnia, bardzo powoli pokazując stopniowy koniec świata oraz bardzo powolne umieranie małego miasteczka (potęgowane przez wręcz elegijną muzykę Jamesa Hornera).

testament1

Ale największą siłą tego filmu jest znakomita Jane Alexander w roli Carol. Jest to kobieta, która musi być twarda, ale jest jednocześnie niepewna i wystraszona, łudząca się jeszcze nadzieją, że wszystko będzie dobrze. Jednak z czasem to się zmienia, choć stara się zachować godność w tym świecie.  Za to trudno nie pochwalić aktorów dziecięcych, ze szczególnym uwzględnieniem Rossie Harris jako Brada, który szybko dojrzewa i stara się najbardziej pomóc matce. Z innych ról zwróciłem uwagę na Leona Amesa (radiowiec Henry Albert), Mako (Mike, właściciel stacji), a także grające młode małżeństwo Kevina Costnera i Rebeccę De Mornay. Od tej strony naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić.

testament2

Film ten popadł w zapomnienie, choć z perspektywy czasu ciągle się broni nietypowym podejściem do tematu i świetnym aktorstwem. Bardzo ciekawa i smutna opowieść, która nadal jest aktualna.

7/10

Radosław Ostrowski

Między wierszami

Rory Jensen jest młodym facetem, który bardzo chce być pisarzem, ale wydawcy nie są nim zbytnio zainteresowani, bo nie jest znany. I kiedy już zamiera się wycofać, wpada mu w ręce anonimowy rękopis który sobie przywłaszcza. Sława, popularność, kasa, respekt – wszystko stoi przed nim otworem. Punkt zwrotny następuje, gdy Rory poznaje autora skradzionego tekstu.

slowa1

I teoretycznie wiemy, co się stanie. Jednak nie chodzi tu o szantaż, a twórcy pokazują jakie konsekwencje może mieć kradzież nie tyle tekstu, ile życia tak naprawdę. Nie ma tu na siłę moralizowania, zaś sama konstrukcja (opowieść w opowieści w opowieści – pisarz czyta książkę o pisarzu, który ukradł książkę, literacka „Incepcja”) jest nieźle zrobiona. Problem polega na tym, że sama ta historia jest letnia, choć zarówno temat jak i forma jest interesująca. Zdjęcia lekko pastelowe (zwłaszcza w historii starca), ładna muzyka, wszystko to prosto i delikatnie opowiedziane, ale czegoś tu brakuje.

slowa2

Aktorzy próbują jak mogą, by nadać życia swoim bohaterom i wychodzi to całkiem przyzwoicie. Nieźle wypada Bradley Cooper, który próbuje zerwać z komediowym wizerunkiem. Jednak to Jeremy Irons ukradł ten film jako starzec, który opowiada historię swojego życia, co spowodowało stworzenie tej książki – jego ciepły głos jako narratora był bezbłędny. Pozostali wypadli też nieźle (Dennis Quaid, Zoe Saldana, Olivia Wilde), jednak tak naprawdę robili za tło.

slowa3

Debiutujący reżyserzy Brian Klugman i Lee Sternthal stworzyli kawał niezłego kina. Może nie powala, ale dobrze się ogląda. Obejrzeć nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wysoka fala

Jay Moriarty jest młodym 15-letnim chłopakiem, którzy poświęca się surfowaniu po falach. Ale jego największym marzeniem jest surfowanie po Mavericku (najwyższa fala, bo ponad 5-metrowa). Dlatego prosi o naukę Frosty’ego – doświadczonego surfera, który staje się dla niego kimś więcej niż tylko mentorem.

fala1

Ta historia wydarzyła się naprawdę, a twórcy tworzą opowieść o tym, że warto zawsze spełniać swoje pasje i marzenia, choć ta historia ma swoje post scriptum (młodzieniec ten utopił się podczas nurkowania), ale był najmłodszym surferem w historii. Nie mogło zabraknąć paru klisz (relacja uczeń-mistrz, dziewczyna, matka-pijaczka), jednak podświadomie surfing jest tu pokazany jako nałóg, od którego nie można się wyzwolić, zaś życie osobiste mocno na tym cierpi. Jednak film ten dobrze się ogląda, nie brakuje emocji, zaś same widoki fal są imponujące (znakomite zdjęcia Billa Pope’a).

fala2

Zagrane też jest dobrze. Bardzo zaskoczył mnie Jonny Weston w roli ambitnego Jaya. Przekonująco pokazał jego lęk, pasję i determinację, wzbudzając sympatię dla chłopaka. Po raz kolejny zabłysnął Gerard Butler. Frosty to mentor, twardziel „męczący” chłopaka, świetny surfer, ale nie najlepszy mąż i ojciec, czasami wypływają z niego emocje. Tych dwóch panów napędza ten film i tworzą bardzo dobry duet.

fala3

Nie jest to może film najwyższych lotów (albo fal), niemniej ogląda się go dobrze i dając niemało przyjemności. Może to niewiele i czasem ociera się o banał, niemniej jest to naprawdę kawał solidnego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Późny kwartet

Od 25 lat działa Fuga – słynny kwartet smyczkowy w składzie: Daniel (I skrzypce), Robert (II skrzypce), jego żona Juliette (altówka) i Peter (wiolonczela). Z tej okazji mają zagrać specjalny koncert. Jednak z Peterem jest coraz gorzej. Początkowe roztargnienie i niedyspozycja to było tak naprawdę wczesne stadium Parkinsona. To zdarzenie stanie się katalizatorem wydarzeń, które mogą doprowadzić do rozpadu zespołu.

Mało znany reżyser Yaron Zilberman stworzył film, który można określić jako stricte obyczajowe kino. Mamy zżytą ze sobą grupę. Jednak choroba mentora grupy doprowadza do wygrzebania tłumionych ambicji, pretensji i ran. Każdy ze składu, będzie musiał się zmierzyć ze swoimi problemami – przemijaniem, miłością, zdradą, rutyniarstwem, rywalizacją. Wszystko to opowiedziane bardzo subtelnie, z oszczędnymi dialogami, a każdy gest i spojrzenie ma istotne znaczenie. Drugą bohaterką jest muzyka, którą cała ekipa kocha i scala ich, zaś scena finałowego koncertu – po prostu kapitalna. Ogląda się to z dużym zaangażowaniem – to o czymś świadczy.

kwartet2

A w dodatku zagrane jest to wybornie. Każdy z aktorów w głównych rolach tworzy pełnokrwiste postacie i trudno mi wyróżnić, które z nich było lepsze czy bardziej błyszczało. A tu są mistrzowie swojego fachu – Philip Seymour Hoffman, Catherine Keener, Christopher Walken i Mark Ivanir – wypadli oni wręcz koncertowo. Ale towarzyszą im też wybijająca się z drugiego planu Imogen Poots w roli Alex, która czuje się opuszczona przez rodziców-muzyków.

kwartet3

Niby film jakich wiele, nie rzucający się w oczy. Jednak po bliższej znajomości okazuje się perłą. Dziwne, że jeszcze w Polsce nie ma jeszcze dystrybutora. Dlaczego? Nie wiem, ale jeśli macie możliwość, zobaczcie koniecznie.

8/10

Radosław Ostrowski

W drodze

Rok 1947. Młody pisarz Sal Paradise poznaje włóczęgę Deana Harrisona i zaprzyjaźniają się ze sobą. Razem z wyzwoloną dziewczyną Marylou wyruszają w drogę. Dokąd? Wszędzie, buntując się przeciwko rzeczywistości, a tak naprawdę szukając swojego miejsca.

w_drodze1

Adaptacji autobiograficznej powieści Jacka Kerouaca próbowało podjąć się wielu, ale udało się to wreszcie Brazylijczykowi Walterowi Sallesowi. Jednak efekt trochę rozczarowuje, bo film ten jest ciągiem zdarzeń i wędrówek bohaterów, które tak naprawdę prowadzą donikąd – rozmowy, seks, marihuana. Z jednej strony udaje się odtworzyć realia przełomu lat 40. i 50., gdzie młodzi ludzie buntowali się przeciwko porządkowi, prowadzili dość luźne życie osobiste i rozmawiali o dość głębokich sprawach. Ale problem polega na tym, że ta opowieść kompletnie nudzi i nie przyciąga uwagi, choć bohaterowie wydają się ciekawi (bohema artystyczna). Czegoś tutaj w tym zabrakło.

w_drodze2

Zagrane jest to całkiem przyzwoicie. Zarówno Sam Riley jak i Garrett Hudlund poradzili sobie w rolach Sala (alter ego Kerouaca) i Deana (wieczny dzieciak, który nie chce dorosnąć). Zaskoczeniem była dla mnie Kirsten Stewart (Marylou – atrakcyjna, pełna seksapilu), a w epizodach nie zabrakło m.in. Steve’a Buscemi (sprzedawca), Amy Adams (Jane), Kirsten Dunst (Camille), ale i tak wśród nich zabłysnął najbardziej Viggo Mortensen (Old Bull – mentor grupy wzorowany na Williamie Borroughsie).

Cóż, ten film jest wyzwaniem, choć niewiele się różni od innych filmów drogi poza realiami. Dlatego ta produkcja nie wydała mi się zbyt atrakcyjna. Trochę szkoda, ale jest na co popatrzeć.

5/10

Radosław Ostrowski

W imię ojca

Aż trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1974 roku brytyjski wymiar sprawiedliwości oskarżył Gerry’ego Conlona – drobnego złodziejaszka –  o dokonanie zamachu terrorystycznego. Razem z nim oskarżono trzech jego kumpli z komuny hippisowskiej oraz całą jego rodzinę, bo jak wiadomo wszyscy Irlandczycy to terroryści. Dopiero po 15 latach znaleziono dowody niewinności.

w_imie_ojca1

Opromieniony sukcesem debiutu Jim Sheridan znów opowiada prawdziwą historię największej pomyłki w historii brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, za którą do tej pory nikt nie odpowiedział. Sam film zaczyna się od zamachu bombowego, w którym zginęło 5 osób (w tle „In the Name of the Father” U2 i Gavina Fridaya), a następnie przenosimy się do Belfastu, w którym trwa wojna i z którego Irlandczycy uciekają, by być jak najdalej od polityki, zamachów itp. Jednak z momentem wsadzenia ojca i syna w jednej celi, zaczyna się opowieść o relacji ojciec-syn, która paradoksalnie zaczyna się odbudowywać, co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe, choć trwa to bardzo stopniowo i subtelnie. Al też pokazuje nie tylko niesprawiedliwość, ale też do czego może doprowadzić nadużycie władzy i wykorzystywanie jej w oparciu na stereotypach. Wszystko to naprawdę dobrze zrealizowane od strony technicznej, ze świetną muzyką (nie tylko piosenkami, gdzie spotykają się tu m.in. Hendrix, Thin Lizzy, Ray Davies i Sinead O’Connor, ale też instrumentalną Trevora Jonesa).

Zaś wisienką w tym filmie są dwie kreacje, o których nie można zapomnieć. Wiadomo, że jak pojawi się Daniel Day-Lewis, to on i tak ukradnie cały film oraz, że ta rola będzie bardzo autentyczna. I tak też jest tutaj. Gerry to na początku zagubiony, młody chłopak, który może nie jest świętym, ale stara się być uczciwym.  I w więzieniu przechodzi pewną metamorfozę, buntuje się i walczy o prawdę na wszelkie sposoby. Równym partnerem dla niego okazał się równie przekonujący Pete Postlethwaite – spokojny, opanowany i stonowany, ale ufający swojemu synowi i wspierający go. Ten duet nakręca ten film i jest jego siłą napędową. Poza nimi nie można nie wspomnieć Emmy Thompson (Gareth Pierce, obrońca w procesie apelacyjnym) oraz Colina Redgrave’a (śliski inspektor Dixon).

w_imie_ojca2

Takie filmy jak „W imię ojca” wywołują poruszenie i wściekłość wobec tego, co się stało. To nadal mocne i surowe kino, broniące się świetnym aktorstwem oraz historią. Absolutnie trzeba to obejrzeć.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 & Gavin Friday – „In the Name of the Father”